2010-12-29

Szerokiej drogi nasz mały przyjacielu...


To miało być miłe popołudnie. Jak każde wspólnie z dziećmi spędzone... 

Słońce zaglądało na nas od rana, śpieszyłam się więc z obowiązkami, które wstrzymywały nas przed wyjściem do ogrodu. Dzieci w piżamach, uśmiechnięte, wśród świątecznych prezentów, wyjątkowo grzeczne, zgodne i zadowolone z przerwy świątecznej, która gwarantuje pośpiech wyrzucony za drzwi... Psy jak zwykle blisko nich. Jeden wygrzewał się na niewielkiej plamie słońca, która przez drzwi tarasowe wtargnęła na róg dywanu... uszka drgały mu na każdy ruch dzieci, starał się zdrzemnąć, jednak oni dla niego są ważniejsi... Drugi, ten będący z nami od ponad pięciu lat spał między poduszkami na kanapie, z których przestałam już go przeganiać, mimo iż były świeżo wyprane, bo każdy przecież musi mieć swój kąt. Szczególnie on, był wyjątkowy, nie odstępował nas na krok, kochał całym swym małych, słabym jak się okazało sercem. Był najwierniejszym psem jakiego do tej pory mieliśmy... Lolę budził o poranku liżąc jej małe rączki, Charliego ubóstwiał bo byli kumplami z jednej drużyny piłkarskiej, z mężem się przyjaźnie droczył... Uwielbiał ciepło, moje podkurczone nogi nocą i miejsce za nimi; mój lekko drżący od miarowego oddechu brzuch; dywanik pod wanną, na którym zawsze czekał na moje ciepłe stopy, by zlizać z nich resztki wody. Kochał swoją dmuchaną marchewkę, która nie miała już czubka i miała naderwany nos. Każde rano radośnie wskakiwał z nią na łóżko, a kiedy ścieliłam pościel porzucał ją, by zagrać ze mną w berka. Biegał wkoło na łóżku ze swym uroczo podwiniętym ogonkiem, który uchował się cudem przed ostrymi nożycami, mimo iż rocznik wskazywał na to, że powinien być go pozbyty. Z braterskim uczuciem zaakceptował Znajdę, która trafiła do nas pół roku temu. Nie był zazdrosny, dzielił się z nią naszą miłością i miejscem w łóżku.

Po trzynastej zima zaprosiła nas na zewnątrz, mroźna, zła, już przez nas nielubiana. Zeszliśmy wszyscy do ogródka, ja z aparatem na szyi z myślą o pięknych wspólnych zdjęciach, Charlie dzielnie z całym sprzętem do zjeżdżania, Lola radośnie podskakująca, a za nią trzy psiaki... Berneńczyk jest zahartowany, małe yorki mniej, więc dbałam zawsze o to, by załatwiały swe potrzeby w pięć minut... Dziś patrząc na ten radośnie merdający ogonek, pozwoliłam mu na kilka minut dłuższej z nami zabawy. Może było to osiem, może dziesięć minut. Chciał tego, był szczęśliwy przy nas. Nagle upadł, zapadł się w śniegu, jakby mu Zima podcięła złośliwie łapki, serce wyrwała.. ile sił w nogach pędziłam do domu z wątłym dwu i półkilogramowym ciałkiem, pocierałam jego stalową, gołębią sierść, dmuchałam, błagałam, okryłam łzami. Charlie zorientował się co się dzieje... krzyczał tylko nie on, nie mój najlepszy przyjaciel. 

Nie daliśmy rady. Siedzieliśmy we trójkę na kafelkach w przedpokoju, pomiędzy resztkami śniegu, kroplami łez, bezradnością, pytaniami... Nasz ukochany przyjaciel miał na imię Scooby, Bibi, Bibcio... 14 czerwca skończył pięć lat, a dziś już nam go odebrano. Dlaczego? Każdą noc spędził ze mną, wciskając się swym małym noskiem pod kołdrę. Był jak kamień, nieraz było mi niewygodnie, ale kochałam go ponad życie i zawsze trzymałam dla niego miejsce, albo on ogrzewał fragment na wysokości mojego brzucha, kiedy mnie jeszcze w łóżku nie było.

Nienawidzę zimy. Dzieci już nie chcą ferii, nie chcą zjeżdżać ze skalniaka, nie chcą plastikowych jajek, sanek, bałwana... nie chcą świątecznych prezentów, swoich pokoi, ulubionych lalek, wypasionego nowego telefonu. Lola jest w stanie oddać swe serduszko, Charlie nie chce pianina, pyta Boga dlaczego to jego najlepszy przyjaciel musiał odejść? Pierwszy raz stracił kogoś tak dla siebie ważnego. Trudno to pojąć dziesięcioletniemu, nad wyraz wrażliwemu chłopcu. Ciężkie dni przed nami.

Kilka godzin temu poszliśmy wspólnie do ogrodu, świąteczne lampki z sąsiedniego domu towarzyszyły temu ostatniemu pożegnaniu... owinęliśmy go porządnie, naszą miłością i dziecięcymi rysunkami. Dopiero kiedy kogoś bliskiego tracimy, dowiadujemy się o sile miłości jaką go darzyliśmy... nawet jeśli mowa o psie.

I wygląda na to, że nie mam do nich szczęścia. Mojego pierwszego pogryzł śmiertelnie bokser sąsiadów, trzynastoletnia suczka umierała mi na rękach dziesięć lat temu. Drugi zniknął sprzed domu, będąc pod opieką mojego męża. Trzy dni poszukiwań i spora nagroda nie przyniosły efektów. Trzeciego tak bardzo kochałam, że pozwalałam mu na wszystko... te dziesięć minut na śniegu, blisko nas, okazały się dla niego śmiertelne. Mogłam temu zapobiec. Mógł patrzeć na nas przez okno tarasowe, jak jeszcze kilka dni temu.
Wiem, że są gorsze dramaty, wiem, że życie toczy się dalej, wiem, że dla tych, którzy nie mają psów mój przesadny smutek będzie niezrozumiały.. ale dziś mi tak cholernie ciężko, że nadal nie potrafię powstrzymać łez! 

Będzie nam Ciebie brakowało drogi Psi Przyjacielu... śpij spokojnie.

p.s Dopisek z Nowego Roku... Dziękuję Wam za wszystkie komentarze. Nawet nie wiecie jak bardzo mi pomogły.

2010-12-28

Nowy numer Archipelagu


Mimo iż nie przepadam za czytaniem z ekranu monitora, to tak właśnie przeczytałam kilka miesięcy temu pierwszy numer Archipelagu. Wraz z drugim numerem byłam już mądrzejsza, zaopatrzyłam się w 111 białych kartek i kolorowy tusz, a potem patrzyłam kilka minut z przekrzywioną głową, jak z mojego Canona, niczym z prawdziwej prasy drukarskiej wyjeżdża kartka za kartką, a na nich... "Świadomość bycia według Nabokova"; tekst o "Esther" Stefana Chwina, którą wówczas czytałam; mistrz opowieści Paweł Huelle; potem kilka stron malowniczych zakątków i domów pisarzy, trochę o "Buddenbrookach", tajemnicach kamienic, tropem C.S Lewisa i szlakiem warszawskich antykwariatów... niesamowita rozpiętość tematyki przewodniej jaka towarzyszyła temu wydaniu, a mianowicie "Dom. Zamieszkać w książce". Byłam zachwycona! Jestem zresztą do dzisiaj i chętnie wracam do drugiego numeru Archipelagu, niezależnego magazynu bukinistycznego, który stworzyły wspólnymi siłami blogerki, czytelniczki, miłośniczki słów i literackich poszukiwań (redaktor naczelna ma swoją siedzibę tu http://chihiro.blox.pl/html ). Gratuluję wszystkim, którzy mają swój wkład w tworzenie tego magazynu, i wierzę, że nadejdzie moment, kiedy Archipelag będzie wydawany drukiem. Trzymam kciuki dziewczyny! Zapewniacie nam Czytelnikom sporo uniesień, inspirujecie, poszerzacie czytelnicze horyzonty, otwieracie nowe drzwi, gwarantujecie miło spędzony czas przy słowie, które dla nas wszystkich jest najważniejsze. Uwielbiam Was :)

A o trzecim numerze Archipelagu (tym razem aż 200 stron) czytam u Agnieszki http://ksiazkowo.wordpress.com/ :
"Odwiedzamy najsłynniejsze metropolie świata, swobodnie podróżując w czasie i przestrzeni. Obserwujemy Paryż za czasów Emila Zoli, przenosimy się myślami do parnej Hawany, szukamy śladów Brunona Schulza w Drohobyczu. Spacerujemy po współczesnym Londynie z książkami pod pachą, dumamy nad mitycznymi miastami Adama Zagajewskiego, zwiedzamy Tel Awiw, badając jego dziedzictwo kulturowe. Praga odkrywa przed nami swoje skarby i tajemnice, Lizbona czaruje światłem, a Berlin poznajemy od strony miłości do literatury jej mieszkańców. Wojciech Górecki wspomina swoje wojaże po Kaukazie. Zainspirowani podróżami, które nie wymagają ruszania się z fotela, podsuwamy książki o kolejnych miastach:Amsterdamie, Kabulu, Tokio, Nowym Jorku, Pekinie i Szanghaju, Reykjavíku, Buenos Aires i Kairze. Przybliżamy czytelnikom sylwetki wielu pisarzy. Z Sulaimanem Addonią rozmawiamy o jego debiucie literackim, Miłość i jej następstwa i wolności. Antoni Libera mówi o sobie i sukcesie MadameMarcin Bruczkowski uchyla rąbka swego prywatnego życia. Amos Oz dzieli się z nami pasją życia i tworzenia, a Jacek Dehnel opowiada nam o procesie pisania i wspomina swoje najważniejsze fascynacje literackie. Przedstawiamy portrety kilku ciekawych czeskich pisarzy, analizujemy twórczość Marcina Świetlickiego w zbiorze 49 wierszy o wódce i papierosach, a dzięki Leo Lionniemu spoglądamy nowym okiem na ilustrację dziecięcą.
Pochylamy się nad dwiema książkami o Romach autorstwa Jacka MilewskiegoKarla-Markusa Gaussa, zastanawiając się nad różnymi podejściami do członków tego narodu. Poprzez literaturę wspomnieniową, opisującą traumatyczne losy pisarzy z Sudanu, Rwandy, Korei Północnej, Kambodży i Sierra Leone zbliżamy się do esencji człowieczeństwa.
Anna Świtajska, założycielka wydawnictwa Smak Słowa, opowiada nam o swojej pasji książkowej i prężnym rozwoju oficyny. Poznajemy historię papieru od epoki Egipcjan piszących na papirusie po czasy współczesne. Dzięki Zuzannie Orlińskiej przekonujemy się, jak bujna wyobraźnia potrafi zmienić w oczach dziecka nawet najmarniejszy kawałek ziemi w pełen zakamarków tajemniczy ogród. Badamy Mikropolis, miasto z pogranicza fikcji i rzeczywistości, i jego mieszkańców – bohaterów komiksu Dennisa Wojdy i Krzysztofa Gawronkiewicza. Przybliżamy wyróżnione latem i jesienią nagrodami literackimi najważniejsze pozycje i ich autorów oraz zdajemy relację z paryskiego festiwalu literackiego Paris en toutes lettres".

Gratuluję raz jeszcze! Jesteście niesamowite!
Wasza wierna fanka
Virgo :)


Poświątecznie stosikowo

Wiedziałam co dla mnie będzie najlepsze... urlop na cały tydzień! Troszkę wymuszony, bo nie mamy z kim dzieci zostawić, ale za to jakże miły mej duszy. Ulga to niezmierna kiedy zamiast tkwić w zimnym kamerliku, pląsam w dresie po domu z "Damą Kameliową" Dumasa pod pachą, smażę naleśniki, turlam się ze skalniaka i przyglądam sarnom wlepiającym swe ślipia w moje raz za razem nogi uniesione wysoko ku górze. Na tarasie gapią się na mnie trzy lalki, jakby do sanatorium w góry przyjechały, w kolejności, Iga Papuga, Enna Kowalska i Martynka Holisz... Lola kazała mi zaadoptować trzy sieroty i nie opuszczać bidulek, więc od trzech dni jestem matką zastępczą trzech lalek. Ona ma pod opieką jeszcze sześć innych, ale te na śnieg wychodzić podobno nie muszą. Cwaniara, mnie przyszło ubierać na dwór piątkę dzieci. Na szczęście Charlie nie jest taki absorbujący, Aniołek docenił jego półroczną naukę i dostał pianino, co wiąże się już z zupełnym brakiem ciszy w domu, ale kiedy widzę te jego długie palce na klawiszach i kolejna kolęda odbija się od ścian, to jestem w stanie znieść wszystko i na zawsze, byle spełniał swe marzenia... Jak to jest, że w pewnym momencie nasze marzenia przestają być ważne? Że odpuszczamy, bo równie silną radość odczuwamy ze spełniania marzeń własnych dzieci. Całe życie uczę się być egoistką i jakoś mi to nie wychodzi, choć wiem, że jednego dnia zostanę z brakiem pomysłu na siebie. Zapatrzona we własne dzieci zgubię po drodze dwadzieścia lat i zacznę marudzić, że już jestem stara, samotna i do niczego się nie nadaję. Mam pewne plany, marzenia, ale ciągle puszczam kogoś lub coś przodem... ciągle dla kogoś, lub z jakiegoś powodu,  staję w cieniu peronu i patrzę jak pośpieszne pociągi zabierają tych co to przepchać do przodu się potrafią. Ja nie należę do tej grupy kobiet, które mają potrzebę wkomponowania się w tłum i jechania w tym samym kierunku, mnie wystarczy iść piechotą, wzdłuż torów, nawet dopuszczam wizję samotnego spaceru, ale muszę mieć cel. Czy zatem go nie mam, czy tylko obawiam się, że znowu będzie chybiony? 
Idę do wanny, posiedzę tam do Nowego Roku, może na coś wpadnę... 

 Tymczasem, nim oddam się rozwijającej moje myśli aromatycznej kąpieli prezentuję mój świąteczny stosik, w który wkład miały różne bliskie mi osoby (od dołu):
1) "Przelewickie opowieści" - Romana Kaszczyc
2) "Buddenbrookowie" - Tomasz Mann
3) "Spuścizna" - Isaac Bashevis Singer
4) "Rok potopu" - Margaret Atwood
5) "Portret Doriana Graya" - Oscar Wilde
6) "Dama Kameliowa" - Aleksander Dumas
7) "SOS" - Jerzy Surdykowski
8) "Hanemann" - Stefan Chwin (zakup własny)
9) "Za zakrętem" - Marika Krajniewska (zakup własny)
10) "The Waves" - Virginia Woolf (to pierwsza moja anglojęzyczna wersja książki Woolf; przyjechała do mnie prosto z Londynu i nie ukrywam, że to właśnie z niej w te Święta najbardziej się ucieszyłam)
11) "Grupa Bloomsbury. Brytyjska bohema kręgu Virginii Woolf "(zakup własny, przywieziony z wystawy w Krakowie i zapakowany pięknie pod choinkę... cudo, które dopełnia moją kolekcję książek o Woolf)

Dobranoc. Budzik do szuflady, miś pod poduchę, a nogi do wanny. Biorę trzy mandarynki, dodatkowy kaloryfer i Dumasa... swoją drogą zdarzyły się Wam jakieś wpadki w księgarni? Mój mąż poprosił  w Matrasie o "Damę Karmelową" i został wyśmiany. Powinien wiedzieć, czy pani powinna umieć się zachować? Potem się tak zakręcił w swych przekręceniach, iż wyszło z tego, że kupił "Dumę i uprzedzenie" :). Mnie się ta pani nie spodobała, przyfiluję ją sobie i zapytam następnym razem, czy wie co to na przykład użytkowanie wieczyste? Ale temat zachowań się w księgarni to osobny temat... może kiedyś znajdę na niego czas, jak i na wiele innych tematów. Prawda, że znajdę? :)


2010-12-23

Pachnąco, spokojnie, w blasku światełek


Usiadłam do czwartej dziś kawy, dwie poprzednie wypiłam na stojąco w kuchni, odbijając się od blatu gdzie tarłam jarzyny, by pomieszać kapustę, grzyby, cebulę. W domu pachnie rybą i liściem laurowym, w ustach mam słodko, bo dopadłam talerz z ciasteczkami jakie nadeszły w prezencie. W końcu prawie wysprzątane, schody błyszczą, łańcuchy porozwieszane, lampki migoczą wokół okien, na choinkach i nawet na tarasie się pojawiły rozświetlając ogród wielobarwną poświatą... A pod choinką stoi już kosz wiklinowy pełen słodkości od przyjaciół, którzy pamiętali, że czas świąteczny to u mnie zwiększone zapotrzebowanie na słodycz. Dostałam też książki, ciepłe podkolanówki, mnóstwo życzeń i magicznego misia od Dosi, którego zawieszam sobie na szyi, kiedy mam potrzebę jej bliskości. Wszystkim serdecznie dziękuję za życzenia i prezenty... będę jutro czytać na spokojnie kartki i wracać do listów. Dziękuję! 



Kochani, zdrowych, spokojnych, refleksyjnych i wyjątkowych Świąt Bożego Narodzenia... Niech te najbliższe dni płoną bogactwem najwartościowszych emocji, jakimi są wzruszenie, wybaczenie i zrozumienie. Życzę Wam barwnych, upragnionych, wyczekiwanych chwil w gronie najbliższych, wypełnionych sympatycznymi gestami i niespodziankami, które przyjmijcie z dziecięcą tkliwością i wypiekami na twarzach... 
Nie zwlekajmy już, oddajmy się magii Świąt :)
Ściskam Was gorąco, pachnąco i czule.
Virginia z rodzinką


p.s Na zdjęciach moje miasto nocą, świątecznie nastrajające, choć obecnie bez śniegu... ale wspominam mile spacer rynkiem tydzień temu.

 

Coraz bliżej Święta


Nie było mnie tutaj długo, zaniedbałam w grudniu blog, który pani Anna Janko u siebie nazwała czytelniczym. Jakże mi miło się zrobiło... zarówno z tego powodu, że czyta mnie jedna z moich ulubionych pisarek, jak i z samego nazwania go czytelniczym. A ja tu w grudniu Wam o ciastkach, śniegu, prezentach i cisza w sferze literackiej, nawet nie dałam rady o obiecanej wystawie Bloomsbury napisać, którą mam cały czas pod powiekami i wieczorami w myślach układam wspomnienia. Doczekać się już nie mogę na przerwę międzyświąteczną, i na styczeń, który da mi chwilę wytchnienia i pozwoli wrócić do tego co dla mnie ważne... do pisania, książek, listów, słów i końcówki kolejnego z moich ołówków do podkreślania.
Przepraszam. Ciężki miesiąc za mną, popadłam w marazm zwany pędem za pieniądzem, co wprawiło mnie w nastrój depresyjny, bo zmuszona zostałam przeskoczyć na tory zupełnie mnie niezadowalające. Nie żebym stroniła od dobrej wypłaty, ale kiedy ma się poczucie, że zarabia się na czymś od czego się ucieka, to żadna z tego przyjemność. Stoję w przejściu, coraz bliżej drzwi, które przeznaczone są dla mnie i wiem, że uda mi się w końcu zdobyć do nich klucz... jeszcze może rok, może dwa, może trzy, przetrwam te mozolne poszukiwania i zdobędę szczyt swych pragnień. Bo czymże byłoby życie bez marzeń? Bez podejmowania trudnych decyzji, dążenia do swojego Własnego Pokoju, rezygnowania z ułatwień ku bardziej ambitnym celom. Trafiają mi się dni, że jestem tak słaba, że potykam się o drobiazgi, poddaję się, zamykam oczy i nie chcę ich otwierać, ale kiedy tylko ignoruję zmęczenie, odganiam natrętne malkontenctwo i patrzę na uśmiechnięte buzie moich dzieci, to sobie myślę, że zgrzeszyłabym nie wykorzystując siły, którą mam w sobie dzięki miłości najbliższych.

Dlatego dziś zamiast szaleć i rwać włosy z głowy, że tyle jeszcze do zrobienia usiadłam by wyciszyć się i przyjąć na siebie radość z oczekiwania na magię jutrzejszego dnia. Dzieci nadal w piżamach, kolejne pranie w pralce, przede mną kawa z podwójną pianką i czekoladki z pomarańczowym nadzieniem, które wypadły z zawsze wzruszającej mnie przesyłki z dalekiego Londynu. Przede mną też ryba po grecku, kapusta z grzybami, wiadro sałatki jarzynowej, śledzie, dekorowanie babeczek nadzieniem ze śmietany i owoców... przede mną kurze, odkurzanie, szorowanie, prasowanie koszmarnie niewymiarowego obrusu i najprzyjemniejsze ze wszystkiego strojenie stołu, przy którym jutro zasiądzie dziesięć osób. Wbrew pozorom jestem gotowa na te Święta... nie sposób być idealnym, wystarczy być sobą, jeśli z czymś nie zdążę, to i tak nie wyjdzie to poza mury mojego domu, po co więc zaburzać sobie świadomość bycia szczęśliwym. Czy nie mam racji? Kochani, zwolnijcie, idealne Święta będą nudnymi Świętami... mnie wczoraj w Biedronce pani zsypała pomarańcze na czoło i mam guza; zapomniałam się w nocy i do trzeciej piętnaście pakowałam prezenty co dziś może przełożyć się na zrobienie ryby po japońsku, a nie po grecku; nie mamy prezentu dla cioci, która będzie naszym gościem; nie wysłałam pięciu kartek; nie odpisałam na kilkanaście e-maili; nie kupiłam światełek na taras; pożarłam cichaczem jeden rodzaj ciasteczek; nie wykąpałam psów; nie mam obiadu na dziś... dam radę, dopiero 12:45 na dzień przed Wigilią :)

Miłego dnia, jeszcze tu wrócę z życzeniami za kilka godzin wraz z następną kawą.


2010-12-14

Z dziennika cukiernika


Nie raz już wspominałam, że kuchnia nie należy do moich ulubionych miejsc w domu. Jedynie zapach parzonej kawy, a także widok kolekcji kaktusów i filiżanek do espresso na oknie sprawia, że odczuwam kilka razy dziennie przyjemność z przebywania w tym roboczym miejscu. Poza tym nic na dłużej mnie tam nie zatrzymuje, bo wiecznie odchudzający się mąż oraz mało kulinarnie wymagające dzieci krzywo patrzą na pomysły pieczenia kaczki ze śliwkami i nawet w niedzielę preferują sam ryż z masłem, ewentualnie do znudzenia mieniący mi się w oczach kotlet. Skończyłam już naiwnie wystawać godzinami w kuchni nad czterema garnkami łudząc się, że zasiądziemy do stołu z papierowymi serwetami na kolanach i zatrzęsiemy wspólnie uszami z radości nad owocami morzami, pieczenią na dziko, czy innym francuskimi, azjatyckimi, bądź włoskimi potrawami. Rutyna zniechęciła mnie do gotowania, a brak zainteresowania sernikiem, jabłecznikiem, czy nawet pączkami, sprawiło że piekarnik widuje tylko kurczaka, zapiekanki, pizzę, bułki i ciasto francuskie :)

Jednak kiedy nachodzi grudzień, miesiąc wyjątkowy pod każdym względem, zapala się zielone światełko i padają pytania jakie będą ciasteczka?, mamooo kiedy pieczemy?, mamoo czy to już, czy nie już, bo ja już chcę orzeszka, babeczkę, rogalika... . Jak długo żyję, nie pamiętam Świąt Bożego Narodzenia bez ciasteczek domowej roboty, na maśle i w sprawdzonych od lat foremkach zza czeskiej granicy. W rodzinnym domu Mama już początkiem grudnia strzelała po mieszkaniu łupinkami wyskakującymi ze starego dziadka do orzechów, mieliła biszkopty, wstawiała do barku piersiówkę, a największą radość sprawiało jej każdego roku próbowanie jakiegoś nowego przepisu. I tym oto sposobem, po tych wszystkich latach, zdarza się, że nawet dwanaście i więcej rodzajów ciasteczek mamy na stole wigilijnym, bo wspólnymi siłami ogarniamy ten coroczny rytuał, który wpisał się na stałe w kalendarz grudniowy. Są rogaliki, orzeszki, roladki figowe, kokosowe, kocie oczka, ule, bezy, babeczki, kule bakaliowe, kruche do ozdabiania, laseczki i tak już pewnie pozostanie, bo dzieci moje wykazują wielką chęć niesienia pomocy, lepienia ciasta, pieczenia, strojenia, a nawet dokładnego mycia foremek. Dom pełen jest zapachów, świeżo wyprane firany przesiąkają wanilią, mielonymi orzechami włoskimi, z półek znikają wszelkie zamykane pojemniki, a z lodówki sześć maseł. W radiu kolędy, na nosach cukier puder, w planach zlizywanie masy z różdżki od miksera... Mam nadzieję, że tradycja pieczenia drobnych ciasteczek przetrwa kolejne pokolenie i kiedy już nie będę miała sił, dzieci przyniosą mi moje ukochane rogaliki migdałowo-orzechowe zasypane cukrem pudrem w metalowej puszce po herbacie...

Na te rogaliki każdego roku cieszę się tak bardzo jak na zupę rybną, która tak samo jak tradycja pieczenia drobnych ciasteczek, znana jest najbardziej na Śląsku Cieszyńskim. Obecnie barszcz i grzybowa wypierają zupę z głów ryb, a ja nie wiem jak bez niej zniosę Wigilię kiedy Babci zabraknie. 

Tymczasem podaję przepis na moje ulubione Rogaliki migdałowo-orzechowe (porcja na około 100 sztuk - rogaliki polecam robić malutkie, bo w piekarniku się lubią rozejść na boki):
31 dag mąki (ja dałam zwykłą pszenną wrocławską)
21 dag zimnego masła
10 dag cukru pudru
5 dag zmielonych migdałów
5 dag zmielonych orzechów włoskich
pół łyżeczki cukru waniliowego
szczypta soli
cukier puder do zasypania
Wszystkie składniki przygotowuję sobie na stole, masło ścieram, bądź kroję w cienkie pasy i ugniatam ciasto ręcznie. Lepię maleńkie rogaliki, na 3,5-4cm i w temperaturze 175 stopni piekę około 10 minut, do zarumienienia.

Przepis na babeczki (potrzebna mała foremka - porcja na 140 malutkich babeczek):
40 dag mąki pszennej
15 dag cukru pudru
25 dag masła
1 całe jajko
1 żółtko
2 łyżeczki cukru waniliowego
Ciasto zarabiam ręcznie. Formuję kulę i wylepiam i wylepiam i wylepiam foremkę na pół cm... Piekę w temperaturze 170 stopni około 5 - 8 minut. Babeczki przystrajam czekoladą, wiórkami kokosowymi, albo kolorowymi cukiereczkami, bądź kremem z serka mascarpone i owocami (kiwi, brzoskwinia, malina)

Przepis na kruche ciasteczka (foremki dzwonki, serca, choinki itp.- na około 50 ciasteczek):
30 dag mąki pszennej
12 dag masła
12 dag cukru pudru
1 żółtko
3 łyżki śmietany (18%)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cukru waniliowego
Najpierw ucieram mikserem masło z cukrem pudrem i kolejno dodaję składniki ciągle mieszając. Rozwałkowuję na stole i wycinam foremkami ciasteczka. Piekę w temperaturze 190 stopni około 10 minut.

Przepis na Bezy czekoladowo-migdałowe (około 50 sztuk kształtów bliżej nieokreślonych):
4 białka z dużych jajek  (najlepiej niech poleżą z godzinę w temperaturze pokojowej)
1/8 łyżeczki soli
15 dag cukru pudru
12 dag gorzkiej czekolady, drobno posiekanej lub startej
10 dag opieczonych płatków migdałowych
łyżeczka startej skórki pomarańczowej (nie trzeba jeśli ktoś nie przepada)
Przez 3 minuty ubijam białka na wysokich obrotach. Potem stopniowo dodaję cukier ciągle miksując przez kolejne 3 minuty na sztywną pianę. Dodaję startą czekoladę i opieczone migdały, mieszam delikatnie plastikową szpatułką i spuszczam bomby łyżką wielkości orzecha włoskiego na pergamin wyłożony na dwóch blachach (w odległości od siebie 2,5cm).  Rzadko kiedy te bezy stoją niczym szczyt Mont Blanc, ale nawet takie rozlane smakują wyśmienicie. Piecze się je 45-50 minut w temperaturze 130 stopni. Po wyłączeniu najlepiej zostawić bezy jeszcze z 15 minut w piekarniku. Dopiero po wystygnięciu same odpadają od pergaminu (pierwszą porcję kiedyś wyszarpałam razem z pergaminem :)

Przepis na Laseczki Świętego Mikołaja (około 100 sztuk):
25 dag masła
2 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru pudru
1/2 szklanki ciemnego kakao
1 białko
1 mała paczka cukru waniliowego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Masło ucieram z cukrem pudrem, cukrem waniliowym i białkiem. Dodaję mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia i kakao. Wyrabiam mikserem na gładką masę. Wypełniam pojemnik do wyciskania (albo worek na masę) lekkim ciastem i wyciskam na blachę wyłożoną pergaminem ciasteczka w kształcie laseczki. Piekę w temperaturze 160 stopni około 15 minut. Posypuję cukrem pudrem. Bardzo kruchutkie. Mogą długo leżeć w zamkniętym pojemniku.

Powodzenia! :)
I smacznego.
No i znowu 1:30... ale skoro obiecywałam przepisy to musiałam dotrzymać słowa.
Szczególnie, że do Wigilii zostało 10 dni!!!

2010-12-13

Zamieć kontra Woolf


Czasem wydaje mi się, że ja to nie ja. W wielu sytuacjach przeczę sama sobie. I tak na przykład nie znoszę jazdy samochodem w złych warunkach pogodowych, po prostu się boję, szczególnie po ostatnim karambolu na trasie S1, którą często jeżdżę, gdzie zderzyło się siedemdziesiąt, a może nawet więcej samochodów. Ciągle mam przed oczami samochód na czeskich rejestracjach, dziecięcy fotelik na tylnym siedzeniu i wiek tego młodego ojca, na którego czekała w domu rodzina. Myślę o swoim bezpieczeństwie na Nich, dla mojej rodziny. Nie wyobrażam sobie wyjść i nie wrócić.

Uwielbiam jazdę samochodem, szczególnie sama, bo to jak ukrycie się w drewnianym domku na drzewie, tajne przejście z chaosu w krainę relaksu, wolnych myśli, wyciszenia. Nikt do mnie nie mówi, mogę w końcu zająć się sobą, zatęsknić, pomarzyć, podjąć ważne decyzje.
Dziś miałam wypełniać orzeszki, ozdabiać babeczki, spędzić kolejny dzień w bezpiecznej kuchni... miałam o poranku wsunąć stopy w ciepłe papucie i zrobić jajecznicę. A wylądowałam o dziesiątej na trasie autostrady A4 i próbowałam dojrzeć w paskudnej zamieci światła samochodu przede mną.
Spełniłam swoje marzenie, a właściwie dwa. Pokonałam strach, w koszmarnych warunkach pogodowych dojechałam 150km do Krakowa na wystawę Grupy Bloomsbury i w jeszcze gorszych warunkach wróciłam... Szczegóły jutro, bo jeszcze muszę pochować gotowe już ciasteczka do pudełek. Nie wiem czy jestem tak dobrze zorganizowana, czy tak oszalałam na punkcie Woolf? Pięć godzin jazdy, po to by przez godzinę przybliżyć się do niej jeszcze bardziej... Chyba jednak oszalałam :)

W dodatku tankując samochód w drodze powrotnej, trafiłam na stacji benzynowej na film "Godziny" w promocyjnej cenie. Miałam wrażenie, że ktoś mi go tam specjalnie podrzucił, no bo jak to zjawisko inaczej wytłumaczyć.  Widział ktoś kiedyś filmy na stacji? Bo ja pierwszy raz. Oczywiście, że kupiłam. Oczywiście, że już jeden mam. Ale stwierdziłam, że po takiej intensywności jego przetwarzania pewnego dnia zostanę bez i dobrze będzie móc w wieku pięćdziesięciu lat otworzyć ten zapasowy, zakupiony w drodze powrotnej z wystawy poświęconej Virginii Woolf i Grupie Bloomsbury. 

Nie wiem jak jutro wstanę do pracy... Budzenie proszę na 6.00.
Dobranoc

p.s Obiecane kilku osobom przepisy na ciasteczka zamieszczę jutro. Słowo honoru. Nie będzie to w Wigilię, ani za rok :)

A może by tak się w ogóle nie kłaść? Po co? Jeszcze muszę głowę umyć i poczytać, to już pierwsza się zrobi... No dobra, dobra, położę się na pięć godzin.
Dobranoc. Psy na noc. A ciasteczka pod klucz.


2010-12-11

Ciasteczkowo

Babeczki do wypełnienia

Bezy migdałowo-czekoladowe
Rogaliki orzechowo-migdałowe, orzeszki waniliowe i kakaowe
Ciasteczka Charlie i Lola :)

Przepraszam którędy do łóżka? Ponad 100 rogalików, prawie 300 orzeszków, 150 babeczek, chyba z 60 bezów, jedna spalona blacha waniliowych orzeszków, spuchnięty kciuk, apetyt na kiełbasę... a jutro zlepianie orzeszków, przystrajanie rogalików, wypełnianie babeczek. Całe szczęście miałam małych pomocników i działający już ekspres do kawy. Słodko mi. W głowie się kręci. Puszczam wodę do wanny... i już mnie nie ma.
Dobranoc.

2010-12-10

W sprawie tej naszej miłości to ja mam taki zamiar - z dialogów rodzinnych odc.16


Późno już, ale dopijam herbatę, więc jeszcze resztką sił wiszę nad klawiaturą. Druga Połowa krzyczy z góry, że jak się nie pośpieszę, to nie będę miała gdzie spać. Psiaki tradycyjnie wiją gniazda, zakopują się pod pościel, tworzą kopce pułapki. Kiedy wchodzę do łóżka ostatnia, muszę swoje ciało wkomponować pomiędzy trzy kamienie. Niełatwe zadanie. Zazwyczaj kończy się tak, że budzę się z kolanem pod brodą i bólem kręgosłupa.
Ale nie o tym chciałam... Szybko, bo zaczynam zapominać. Ostatnio tyle się dzieje. Dni niczym barwne kilimy przeglądam w pamięci, i łapię się na tym, że zapominam co było trzy dni temu o jedenastej. Ucieka mi wszystko, zanika z każdym krokiem, kolejnym słowem, myślą. Sny mieszają się z rzeczywistością. Dzień z nocą. Wczoraj z przedwczoraj... Rogaliki z karpiem.
Położyłam się dziś wieczorem z Lolą, miedzy lalką numer dwa, a pięć. Małe rączki uwiesiły się na mojej szyi, a plastikowe łapki lalek wbijały mi się w plecy. Niewygodnie, ale przyjemnie. Lola miała wyrzuty sumienia, bo złośnik z niej ostatnio, a i mnie z natłoku pracy nerwy puszczają. Są momenty, że nie daję rady. Krzyczę, ona krzyczy, a potem rzucamy się sobie na szyję. Dziś leżąc koło kopii samej siebie usłyszałam: Mamoo... w sprawie tej naszej miłości to ja mam taki zamiar, że już nie będziemy krzyczeć...  Jak ktoś czuje złość, to musi szybko zdążyć powiedzieć nie rób mi tak, ja tak nie lubię, proszę daj mi spokój. Inaczej miłość ucieknie, bo się nas będzie bać. Noooo, umowa stoi? Kocham cię i już cię nie opuszczę. Poczytasz mi?


2010-12-08

Losowanie

przygotowanie do losowania (po lewej chętne na książkę, po prawej na filiżankę)

pierwsza grupa chętnych została wrzucona do maszyny losującej
Lola rozkręca karuzelę i zatrzymuje ją na krzesełku z napisem...
E.KA - GRATULUJEMY :) - filiżanka pełna migdałów pojedzie do Ciebie
Tymczasem Charlie rozpoczyna swoje losowanie i upomniany przez siostrę zamyka oczy wyciągając...

Katiuszka - GRATULUJEMY :) - Książka trafi w Twoje ręce



Dziękuję Wam wszystkim za miłą zabawę. Wypisując imiona na karteczkach, każdej z Was życzyłam wygranej i zawsze mi przykro w takich momentach, bo chciałabym rozdać więcej prezentów... może niebawem znowu coś wymyślę. Tymczasem raz jeszcze gratuluję i proszę o adresy na maila: virginia79@poczta.onet.pl

2010-12-06

Karuzela z prezentami


Pozazdrościłam wszystkim tym, którzy rozdają prezenty i poprosiłam Mikołaja, by wygrzebał coś na dnie swojego czerwonego worka specjalnie dla Was. Wiecie co lubię najbardziej prawda?  Oczywiście, że moje dzieci :). Ale dzieci Wam nie oddam, co domyślam się zostanie zrozumiane. Kocham też kawę od lat, książki od lat, migdały od miesiąca... A zatem mam dla dwóch osób, które wyłonimy drogą losowania, mikołajkowe prezenty. Takie, które będą się kojarzyć ze mną (no chyba, że ktoś zje migdały :). Żartuję, migdały są do zjedzenia.

Zestaw nr 1
Pierwszy prezent to szósta, najnowsza książka Moniki Sawickiej  pt."Szeptem". W niej, dzięki uprzejmości pisarki, znajduje się moje skromne objętościowo opowiadanko pt."Bezszelestna". Podobno całkiem dobre, co stwierdziło kilka najbliższych mi osób, ale oni zawsze tak mówią, a ja czuję niedosyt twórczy. Mam ochotę pociągnąć ten temat dalej, może wówczas będę bardziej zadowolona. Choć wątpię, bo ja krytyczna wobec siebie jestem w każdej sferze życia. Poza tym czasu nie mam. Normalnie nie mam czasu. To jakieś nienormalne. Niemoralne wręcz.
A drugi prezent to filiżanka do espresso, którą popijam namiętnie każdego dnia (oczywiście ze swojej filiżanki, ta jest nowa, przywieziona z Włoch tego roku) ale wypełniona nie kawą, lecz prześladującymi  mnie ostatnio migdałami w czekoladzie i cynamonie :)
Zestaw nr 2
Kartka świąteczna wykonana ręcznie przez Asię będzie dodana zarówno do książki, jak i do filiżanki z  migdałami (zerknijcie jaki piękny prezent zrobiła dla mnie Asia. Dziękuję raz jeszcze. Uwielbiam ten wiersz).

Proszę o zapisy, kto ustawia się do kolejki do losowania, z zaznaczeniem po który zestaw. Wśród chętnych w środę 8 grudnia wieczorem dzieci dokonają losowania. Charlie wybierze książkę, a Lola filiżankę pełną migdałów. Kartki wypiszę osobiście świątecznymi życzeniami. Hohoho... no to poszalałam :)

Mam nadzieję, że miło spędziliście dzień myśląc o tym przesympatycznym staruszku. Ja miałam w cholerę roboty i skończyłam pracę pół godziny temu. A teraz lepiej już pójdę spać, bo jeszcze zjem komuś migdały :)
Dobranoc.

2010-12-04

Zasypało nas...


Ten wąski tunel zrobiony jest na podjeździe, gdzie normalnie stoi samochód. Dzisiejsza całodniowa zamieć sprawiła, że będziemy mieli jutro co robić. Trzeba odśnieżyć miejsce dla samochodu, który został jakieś sto metrów od domu, bo nie sposób było już dojechać. A chciałam zabrać w niedzielę dzieci na Kiermasz Świąteczny do Krakowa: (...) Również 3 grudnia (około godziny 16:00), przez Kraków przejdzie pochód około 100 Mikołajów (organizowany przez młodzież z Zespołu Szkół Przemysłu Spożywczego). Święci Mikołaje wyruszą z placu J. Matejki odwiedzając m.in. pomnik Grunwaldzki z figurą Mikołaja Trąby, pomnik Mikołaja Kopernika, Mikołaja Zyblikiewicza oraz restaurację Mikołaja Wierzynka. Około godz. 18:00 pochód zatrzyma się pod Urzędem Miasta Krakowa, gdzie powita Św. Mikołaja z Rovaniemi, z Laponii, który przybędzie do Krakowa w asyście ok. 250 motocyklistów w strojach mikołajowych. 5 grudnia (ok. godz. 15:00) wjadą oni na Rynek Główny - asystując Św. Mikołajowi, który wręczy paczki dzieciom z domów dziecka, w tym również ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących przy ul. Tynieckiej 6. Potem na scenie Targów Bożonarodzeniowych rozpocznie się impreza mikołajowa – będą występy, gry i zabawy" (informacje pochodzą ze strony www.klubpodroznikow.com)

Bywa ktoś w Krakowie na tym corocznym Kiermaszu?  Warto mimo wszystko próbować dojechać, zobaczymy coś więcej, czy tylko czubek czapki Mikołaja i to nie tego z Laponii? Bo nie jestem przekonana, zniechęciła mnie choinka, kiepska jak na Kraków. Liczyłam na bogate przystrojenie i taki "filmowy" świąteczny klimat. Obrusy z drewnianej budki, czy hot-dogi mnie nie interesują. Będę wdzięczna za opinie na ten temat.

Tymczasem idę oddać się gorącej kąpieli w waniliowej soli i pierwszym stronom Noblisty. Zaczynam "Ciotkę Julię i skrybę" Llosy.
Puchatych snów.


2010-12-03

"Niebieska zasłona" Virginia Woolf


Kto się boi Virginii Woolf ? Jest taki film z 1966r., wydawać by się więc mogło, że od lat już nie tylko krytycy, ale nawet filmowcy straszą Woolf. I tak, w domu umiejscowionym przy wiecznie mgłą okrytym jeziorze, w zaroślach osnutych mrokiem, czai się zgarbiona, złośliwa, nieustannie znerwicowana i obłąkana Woolf... Wychodzi owinięta koszulą nocną, niczym wybudzona ze snu mumia i wymierza w ofiarę ostrą jak włócznia stalówką pióra wiecznego... Nic bardziej mylnego.  Wymyśliłam to na potrzebę skomercjalizowanej interpretacji tytułu. Nie sądzę, żeby się Woolf chciało kogokolwiek straszyć, bo odeszła na własne życzenie.
A więc film będący ekranizacją sztuki Edwarda Albee'go z duchem Woolf, ani też z żywą Woolf nie ma nic wspólnego. Jedynie można się dopatrzyć jakiejś symboliki dotyczącej związków małżeńskich opowiedzianych w filmie, dylematów, melancholii, nienawiści Albee'go do Woolf, lub równie dobrze miłości. Jednak wypowiadać się na ten temat nie będę, bo ani sztuki nie czytałam, ani filmu w reżyserii Mike'a Nicholsa nie widziałam. Z opisów, recenzji i zapowiedzi wynika jednak, że Woolf ma w nosie straszenie kogokolwiek, a sam tytuł był jedynie myślą przewodnią autora sztuki, bądź zamierzonym wprowadzeniem widza w błąd.

Wspomniałam o tytule tego filmu, bo często wyskakuje on na stronach internetowych kiedy szuka się czegoś o Virginii Woolf. Niektórych nawet zapewne skutecznie odstrasza, a Virginii bać się nie ma powodu. Mimo swej oziębłości, często izolacji, niedostępności i ciętych uwag, była  też ciepłą, wrażliwą i pogodną osobą. Niewiele się o tym pisze, bo ona sama wolała siebie w tej bardziej pesymistycznej odsłonie, wycofaną, pracującą, niezadowoloną z postępów nad kolejną książką. Być może właśnie taki stan ducha motywował ją do pisania, a wszelaka sztuczna uprzejmość, bądź poczynania stawiane nie z własnej woli, wybijały ją ze świata słów, w którym czuła się najlepiej. Mam wrażenie, że czuła się źle z tym, kiedy zapominała po co żyje... pisarstwo było jej przeznaczeniem, a każda inna czynność, łącznie z jedzeniem, zabiegiem zbędnym. Nie była więc też przesadnie angażującą się w rolę ciotką, ale zarówno dzieciom Vanessy, jak i Adriana, poświęcała czas i robiła to z wielką przyjemnością, prowokując zapewne tym samym wewnętrzną tęsknotę za własnymi dziećmi, których nigdy nie było dane jej mieć:

Dla dzieci była prawdziwą rozkoszą. Zapowiedź: „Virginia przyjdzie na podwieczorek” była jak ciepły, kapryśny wietrzyk, który wieje z południowego zachodu i przynosi wraz z sobą pełną zadziwienia radość. Nie pozwalała dzieciom dowiedzieć się niczego o smutkach swego życia i kiedy była w ich towarzystwie, wydawało się, że nie bywa przygnębiona.
Jednak umiała budzić strach. Nie żeby kiedyś chciała straszyć dzieci, ale pamiętam, jak słuchałem jej rozmowy z Vanessą, podczas której Virginia opisywała dwie stare panie – nie wiem kogo – mieszkające na jednej z tych londyńskich ulic, które są z jednej strony zamknięte dla ruchu za pomocą solidnych żelaznych słupków. Do jednego z domów w głębo ulic włamano się. Złodzieje zostali zaskoczeni, wymknęli się frontowymi drzwiami, wskoczyli w szybkie auto i uderzyli w barierę. Starsze panie słyszały to i słyszały, jak złodzieje krzyczą w śmiertelnym bólu dopóki nie nadjechał ambulans. Ta historia została opowiedziana w sposób prosty, ale z tak niewiarygodną siłą, że krew mi skrzepła – nadal jeszcze trochę krzepnie, kiedy sobie przypomina tę historię i to, jak Virginia ją opowiadała. Ale, oczywiście, dziecko chce się dać przestraszyć. Chętnie byłbym usłyszał więcej takich historii. Nie pamiętam, żeby to miało miejsce. Zazwyczaj były tylko żarty i wesołość - napisał Quentin Bell – siostrzeniec Virginii Woolf, w biografii swej ciotki. 

O dzieciach, w odniesieniu do swej bratanicy Ann Stephen, sama już Virginia  pisała w swym dzienniku tak:

A dzieci są oczywiście wspaniałymi, uroczymi istotami. Ann była u mnie i opowiadała mi o białej foce, i prosiła, żebym jej czytała. Ich umysły budzą we mnie zachwyt: przebywać z nimi, widzieć je codziennie, to musi być nadzwyczajne przeżycie. Mają w sobie to, czego nie ma żaden dorosły – bezpośredniość – Ann gada, gada, gada, przebywa we własnym świecie, ze swoimi fokami i psami; szczęśliwa, bo dziś wieczorem dostanie kakao, a jutro pójdzie na jeżyny; ściany jej umysłu są całe obwieszone takimi świetlistymi, radosnymi obiektami; i nie widzi tego, co my widzimy (29 wrzesień 1924r.)

                                                                                             
Prawdopodobnie właśnie tamtej pamiętnej jesieni 1924r., kiedy Ann odwiedziła ciotkę, powstała opowieść o starej niani, pani Lugton, która szyje zasłonę do salonu, a zaczarowany świat zaklęty we wzorzystej tkaninie czeka cierpliwie. Kiedy tylko niania zasypia przy zapalonej lampie, antylopa kiwa na zebrę i już wkrótce słoń, tygrys, struś i inne zwierzęta budzą się, by wędrować ku połyskującemu jezioru i czarodziejskiemu miastu. To jedyna zachowana i wydana drukiem opowieść Virginii Woolf dla dzieci, napisana raczej przypadkowo, specjalnie z myślą o bratanicy, czy siostrzeńcach i czytana wówczas jedynie w zamkniętym domowym gronie. I tak historia o "Niebieskiej zasłonie" utkwiła wśród kartek oryginalnego maszynopisu powieści Pani Dalloway, a opublikowana po raz pierwszy została dopiero w 1965 roku, kiedy to znalazła się w zbiorze opowiadań pisarki. 
Podoba mi się ta opowieść, Loli też się podobała, bo od razu nianię skojarzyła sobie z babcią. Kto dziś przerabia zasłony? Kto nosi złoty naparstek na palcu, którego blask przemienia się w promienie słońca? Nie spodziewajcie się jednak rozwiniętej opowieści ciągniętej przez kilkanaście stron. To krótka bajka, na kilka minut czytania przed snem, bez wydumanego przekazu i zbędnych metafor. Sama biorę ją często do rąk, żeby popatrzeć na ilustracje Julie Vivas, a okładkę zaliczam do ulubionych z kategorii Dla dzieci.




2010-11-30

Z dialogów rodzinnych odc.15 - rozmowy (nie) kontrolowane


Każdego dnia wstaję z łóżka za późno. Jakieś pół godziny. Tyle trwa  opcja drzemki wyłączanej sześciokrotnie. Potem już muszę wstać, bo jak nie wstanę to przy zasłoniętych roletach zejdzie nam do samego południa. Szósta trzydzieści zaczynam ciche nawoływania, pół godziny później podkręcam głośniki i pędzę po dwa schody z dwoma kubkami kakao. No i zaczyna się... Wstawaj, no już, no wstawaj za pół godziny musimy wyjść - mamo a nie moglibyśmy za godzinę, nikt się nie dowie, tylko dzienniczek z uwagami... Pokój dalej. Wyspałaś się? Nie. Czemu? Bo psy zajęły moje miejsce. Trzeba było się przesunąć. Gdzie. Do pokoju obok... Gdzie są bułki, przecież było wczoraj dziesięć – nie wiem, zjadły się nawzajem... Mamo gdzie mam tę cholerną czapkę - na głowie masz czapkę synku... Mamo a kulki - jakie kulki - no te moje wodne kulki - te dziesiątki kulek co moczysz w wodzie, żeby urosły? Po co ci one do szkoły? Nie wiem, wszyscy noszą, tak łyso bez kulek ( to Charlie)... Mamo masz metkę, myszkę miki (do przedszkola), Sapcia (psa pluszowego, który czeka w aucie), drugą myszkę (dla mnie do pracy, opiekuję się przymusowo), dres, rękawiczki - nie wiem chyba mam - no wiedziałam, że jesteś pamiętliwa (to Lola)... Czemu ci tak włosy stoją - bo tak - aha i tak ładnie dziś wyglądasz (to mąż)... Kto zamknął drzwi - Ja - jesteś pewna mamo? - nie, już nie jestem pewna... i prostownicy też nie jestem pewna... Mamo mam nos zapchany, mamo kaszlę, na pewno psy nie zostały na polu, bo cały dzień będę drażliwy? (to Charlie). Mamo a nie spóźnisz się po mnie - mamo strój na wf zapomniałem - mamo nie chcę do przedszkola - mamo kończę lekcje o 11:15. Nie kop foteli Lolka, zagrajmy lepiej w szukanie zwierząt. Oooo mam. Co? Ślady zająca, więc tu był i się liczy (to Lola).
.
A po powrocie bywa tak: Mamo nie mam sił iść na balet, (godzinę później) mamo czemu mnie nie zawiozłaś na balet... Mamo pies się zsikał - jak to przecież jest na polu - no to się zsikał nim wyszedł... Gdzie jest szynka? Jaka szynka? No te 20 dkg pysznej z kotła, którą sobie kupiłem? Nie wiem, ale jakiś woreczek leży przy schodach, więc chyba pies zjadł. Który to? Czy ja wiem, uciekły obydwa. Ja tego nie zniosę dłużej ( to mąż)... Mamo trzeba opakowanie po serkach do smarowania na jutro do szkoły - no i co teraz - nie wiem powiem że mieszkamy na wsi i nie było... Mamo jesteś niemożliwa ciągle coś chcesz ode mnie - to dopiero początek, w życiu ciągle ktoś coś będzie od ciebie chciał - to ja wyjeżdżam (to Charlie)... Charlie nie lubię Cię, chwilę później - Charlie mój kochany braciszku. Lola jesteś paskudna - Mamo ona jest jak kinder niespodzianka, nigdy nie wiadomo co z niej wyskoczy.
Dziś jest wtorek. Miałam wolne. Wszystko to co powyżej przegapiłam, ale za to zdążyłam za tym zatęsknić, zebrać siły na kolejne trzy dni tygodnia, doczytać "Na Grobli" pana Rylskiego i zjeść ciepły obiad o czternastej. Różnorodność codzienności ma w sobie coś pociągającego.


2010-11-27

Postanowienie świąteczne


Za nami piękna jesień, szczerze mówiąc nie pamiętam równie ciepłej i długiej jak tegoroczna. Nawet kasztany tego roku przegapiłam, bo ciągle wydawało mi się, że to jeszcze nie ich pora. Termometr zaskakiwał, słońce łagodziło upływ czasu i ani się człowiek spostrzegł, jakby przespał jeden dzień, a nie cały miesiąc i oto grudzień już się czai pod białym puchem stawiając mi przed oknem śnieżnego kosmitę. Kilka kilometrów dalej sklepy atakują świątecznymi witrynami, światełka bombardują różnokolorową poświatą, a handlarze zacierają rączki przywdziewając uśmiech "tu was mamy, nadeszła nasza passa". Strach im w oczy spojrzeć, by nie ulec przekonaniom, że taniej i lepiej to my w całej galaktyce nie dostaniemy.
Lubię atmosferę Świąt, zapach zupy rybnej, pieczonych ciasteczek, imbirowy balsam na ciele, dom pełen świątecznych ozdób, iskierki w oczach dzieci, ale nie lubię tego biegu jaki Gwiazdce towarzyszy, liczenia, przeliczania, zarówno czasu jak i finansów. Jako dziecko doczekać się tych dni nie mogłam, bo byłam nieświadoma tego co na głowie Mamy; przyklejałam nos do szyby, liczyłam płatki śniegu, wydzielałam sobie czekoladkę dziennie z kalendarza adwentowego, śniłam o Papku Mrozie, robiłam dla niego laurki i ozdoby na choinkę... a obecnie wpadam w panikę, kiedy tak jak dziś dociera do mnie, że do Wigilii zostało 27 dni! Czy to aby jakiś żart? Przecież niedawno był wrzesień :). 
Dlatego postanowiłam, że rozsądnie przeanalizuję to wszystko już dziś. Doszło mi sporo obowiązków od zeszłego roku i rzucanie się na dwanaście rodzajów ciasteczek, czy też musowe porządkowanie wszystkich szuflad i mycie całego szkła, co z domu rodzinnego wynieść powinnam, byłoby już prowokowaniem złych nastrojów. Przecież to nic nie zmieni, ewentualnie uspokoi moje sumienie, że wypełniłam jakiś niepotrzebny obrządek polerowania, co jednak wolę zamienić na wewnętrzny spokój. Pamiętajcie, przemęczenie to najgorsze co może przydarzyć się kobiecie na Święta!!! Bo wtedy osobisty kawałek karpia ma zdecydowanie najwięcej ości, wstążki na prezentach urastają do rangi złośliwych rodzinnych posunięć, a schowek pod schodami wydaje się najlepszym miejscem na wypatrzenie pierwszej gwiazdki.
Zatem postanawiam, głośno, wyraźnie i zdecydowanie, nie będę odstawiać świątecznych cyrków, nie będę zastanawiać się godzinę nad wyborem kartek, obrusów, mandarynek i blokować kolejki po śledzie. Tydzień przed Świętami nie pokuszę się o wyjazd do żadnego centrum handlowego, bo prezenty będę mieć już zapakowane pod kocami na poddaszu. Upiekę tylko cztery rodzaje ciasteczek z dziećmi, resztę słodyczy zakupię. Zaplanuję wszystko odpowiednio wcześnie, dwudziestego wyłączę firmowy telefon, zniosę bujany fotel z poddasza, założę wełniane podkolanówki, zaparzę imbryczek Herbaty Świętego Mikołaja ( herbata czarna z dodatkiem jabłka, cukrowych mikołajków i aromatu) i będę czekać. Pierwszy raz spróbuję czekać... Co Wy na to? Kto zwolni tempo razem ze mną i zamiast przegapić pierwszą gwiazdkę spróbuje na nią zaczekać? 


2010-11-20

Zapadła noc...


Miałam coś napisać, ale siedzę wiotka, przysypiająca, przemęczona... Ramiona opadły, stopy wskoczyły na fotel, by ułożyć się wygodnie pod pośladkami. Myśli nakryłam kapturem od szlafroka w pingwiny, może nie znajdą ujścia. Zabłądzą i nie przeżyją do rana.
Ciężki dzień za mną, nic mi dziś nie wyszło. Czasem się zdarza, tylko czemu tak często ostatnio. Nie jestem w stanie przeprowadzić prawidłowej analizy własnych poczynań. Prawie się poddałam w kilku tematach. Bo ileż można...
W żołądku dwadzieścia deko migdałów, na ustach resztki cynamonu.
Słodkich snów.

2010-11-16

"Złoty pelikan" Stefan Chwin


Mam ostatnio słabość do mężczyzn, tych piszących oczywiście, i przebieram w coraz to znakomitszych nazwiskach omijając po drodze kobiece, co poniekąd mnie zastanawia, bo nigdy nie klasyfikowałam literatury na lepszą, czy gorszą, ze względu na płeć autora. Jednak  tej jesieni przewaga mężczyzn jest widoczna i to wzbudza mój niepokój, bo tracę zaufanie do kobiet piszących... niewiele jest takich, których powieści zostają we mnie na dłużej. Tymczasem mężczyźni brylują, mam za sobą dwa spotkania ze Stefanem Chwinem, a przed sobą stosik stworzony z takich nazwisk jak Rylski, Stasiuk, Tyrmand, Llosa, Roth, Marquez, Oz, Bukowski... ach, co za uczta!
Fascynuje mnie ich postrzeganie świata, konkretne, często dla mnie enigmatyczne, frapujące, w przeciwieństwie do zwykle przewidywalnych w powieściach kobiet. Czytając prozę spod pióra autora płci męskiej, zawsze coś mnie zaskoczy, podczas gdy ta piękniejsza płeć jedynie wzbudza chwilową fascynację, po czym stwierdzam, że gdzieś już to czytałam. U mężczyzny zapewne. Albo to kopia moich własnych myśli, lekko tylko przerysowanych, co mnie po tylu już przeczytanych książkach po prostu nudzi. Szukam czegoś innego, pragnę wdepnąć w mniej przewidywalny świat, przejść na drugą stronę lustra, gdzie wcale nie jest tak bajkowo, ale za to bardziej podniecająco, bo czymże innym może być nieznane.
Wracam więc do Stefana Chwina, bo jestem właśnie w trakcie spaceru z nim pod ramię i mam ochotę ten spacer przedłużyć sobie jeszcze w najbliższych czasie o jego Dzienniki.
Zaczęłam od „Złotego pelikana”, choć większość czytelników zaczyna od podobno jego najlepszej książki „Hanemann”. Jeśli zatem „Hanemann” jest lepszą książką, to ja już jestem pełna uznania i podziwu dla pióra tego autora, bo „Złoty pelikan” dał mi całkiem satysfakcjonujący przedsmak jego mistrzostwa.
Powieść zaczyna się tak jak lubię, spokojnie i obrazowo autor przedstawia głównego bohatera oraz otaczający go świat z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów. Nigdzie się nie śpieszy, z wielką starannością spogląda wstecz i delikatnymi pociągnięciami stalówki szkicuje postać Jakuba, od narodzin, aż po moment w którym jest już żonaty i wykłada na wydziale prawa, gdzie wpisuje w indeksy oceny swym złotym piórem marki Pelikan, trzymanym w czarnym etui. Wydaje się, że Jakub ma wszystko co do szczęścia człowiekowi potrzebne, dobrą pracę, markowe ubrania, żonę, mieszkanie, uczciwość i wrażliwość... Dobra te jednak tracą na znaczeniu, kiedy dochodzi do pewnego niezręcznego incydentu na uniwersyteckim korytarzu. Podczas egzaminów wstępnych zostaje on oskarżony o błędną punktację przez dziewczynę w niebieskiej sukience z indyjskiej bawełny... Mijają wakacje, zdaje się, że Jakub zdążył zapomnień o drobnej dziewczynie w jasnopopielatych włosach, jednak początkiem nowego roku, siedząc w kawiarni gmachu prawa, słyszy od studentów siedzących przy sąsiednim stoliku, że jakaś dziewczyna odebrała sobie życie po feralnym egzaminie. Jesteśmy raptem na trzydziestej siódmej stronie książki i to od tego momentu życie Jakuba staje się koszmarem, a czytelnik odkrywa stopniowo kulisy wielkiego upadku człowieka, który nie znajdując pomocy u psychoanalityka, ani też w religii, nie radzi sobie z własnymi problemami.
„Złoty pelikan” to precyzyjna analiza kondycji współczesnego człowieka, który z łatwością poddaje się upadkowi, jakby chciał w ten sposób odkupić swe winy. Brnie w coraz bardziej uwłaczające ludzkiej godności sytuacje, nie buntuje się, nie szuka wyjścia z pułapki w jaką zapędziły go własne poczynania. Nie żałuje. Przyjmuje to, co szykuje dla niego każdy kolejny dzień.
Styl Chwina jest niezwykle obrazowy, dokładny, pamięta się pojedyncze przedmioty, miejsca, zaułki... odczuwa się na skórze zadany bohaterowi ból, zarówno ten fizyczny, jak i emocjonalny. Jedno tylko mnie drażniło w tej książce, to ciągłe, męczące, charakterystyczne dla tego pisarza akcentowanie mark różnych przedmiotów... jest H&M, Chanel, Kenzo, Armani, Nina Ricci, Rossman, McDonalds, Auchan, Jacobs... powtórzenia typu - przyklejone dwa razy tym samym klejem, zęby umyte dwa razy pastą Colgate... zupełnie do całego piękna stylu Chwina nie pasuje mi taka wyliczanka, która zapewne była zamierzona, ale według mnie niepotrzebna. Na szczęście w kolejnej książce, którą właśnie teraz czytam, czyli w „Esther” jest tych konkretnych marek znacznie mniej i mam nadzieję, że „Hanemann” nie ma ich już wcale. 
A co dalej? Pewnie bliższe poznanie samego Stefana Chwina, czyli „Kartki z dziennika” i „Dziennik dla dorosłych”. Czytał ktoś?
A może jakąś mądrą kobietkę ktoś mi podsunie? Książkę, która powali mnie na kolana i przerwę trwającą od jakiegoś czasu dobrą passę starszych panów? :)

 

2010-11-14

Wieczór po raz kolejny z filmem "Once"




Uwielbiam ten film, ścieżkę dźwiękową do niego i to miękkie czeskie "Miluju tebe".

Popołudnie z poezją

                                                              
                                                                            Wyjście

Ach wyjść z tych ramek gorsetów
i przyzwyczajeń
tych dwulicowych drzwi
z klamką po każdej stronie
Wyjść i nie wrócić
wyjść z siebie
przed siebie
dla samej siebie
By potem sobie
przyjść do siebie
do ciebie
do niego
Otworzyć te drzwi
obrotowe
o stu twarzach
i bez klamek
Wywiesić monotonną flagę
odegrać marnotrawną rolę
rekwizyty
tak bardzo pachnące
sobą


Renata Putzlacher
(z tomiku "Próba identyfikacji")



Będzie ślub


Moja przyjaciółka wychodzi za mąż! Świat się śmieje,  miłość kwitnie. Co prawda dopiero w przyszłym roku w czerwcu, ale dziś jako zapoznająca się z rolą świadkowa, byłam tą pierwszą, która dostąpiła zaszczytu zobaczenia przyszłej Panny Młodej w jednej, drugiej, czwartej, szóstej, ósmej sukni ślubnej... w klasycznej-eleganckiej, luźnej-piżamowej, z ramiączkami, bez, na zamek, na sznureczki, z halką, bez halki, z welonem, kapelusikiem, z uśmiechem, bez... i tak patrząc na nią próbowałam sobie przypomnieć, czy ja też tak drżałam z wypiekami na twarzy przed wielkim lustrem zalanym bielą? Pewnie tak. Człowiek ma krótką pamięć. A emocje mam wrażenie jeszcze bardziej ją osłabiają, jakby nie była w stanie udźwignąć tego co dzieje się wbrew nam samym... Kiedy wróciłam do domu wzięłam do rąk album ślubny i doszłam do wniosku, że ja to się nic nie zmieniłam. Tylko włosy mam mniej żółte i ktoś mi niepostrzeżenie dziesięć lat dodał...
Jeszcze tyle przede mną. A ile przed nią? Chyba jednak wolę być tą starszą :)


2010-11-11

Z pokładu codzienności


Od czasu kiedy wróciłam do pracy każdy wolny dzień traktuję jak powrót do błogiego wakacyjnego lenistwa i zwlekam z wyjściem z łóżka, ze śniadaniem, z wytuszowaniem rzęs. Chętnie natomiast zarzucam szlafrok, otwieram na przypadkowej stronie grubaśny tom Agnieszki Osieckiej, podglądam jesień za oknem, słucham Jingle Bells w wykonaniu Charliego, czy oglądam przedstawienie Loli i jej nowych przyjaciół wyciętych z papieru i przyklejonych do patyczków na szaszłyki. Pamiętam, że były w moim życiu takie dni, kiedy miałam wrażenie, że ściany się kurczą, że się duszę w domu, że potrzebuję ludzi, by nie zwariować. Teraz, raptem po dwóch miesiącach intensywnej pracy, wracania do tego co straciłam, odbudowywania powalonych murów, czuję że natężenie spotkań z ludźmi zmęczyło mnie bardziej niż sądziłam. Marzę często o czapce niewidce. Oprócz osób faktycznie zainteresowanych ofertą, inteligentnych, konkretnych i pełnych wyczucia, odwiedzają mnie też uliczni pijacy, kominiarze, strażacy oraz inne jednostki opancerzone w kalendarze na nowy rok,  a także sprzedawcy jajek, religii, dzierganych serwetek i biedni z prośbami wyrytymi na tekturkach... Dlatego kiedy po szesnastej przekręcam klucz w drzwiach od biura, wsiadam do samochodu i w drodze do domu wsłuchuję się w Petera Gabriela, to ktoś by pomyślał mijając mnie, że miałam bardzo udany dzień. Uśmiecham się. Taaaak, i to jak. Uśmiech wystaje mi poza szybę i powiewa radośnie niczym szalik w tęczowych barwach. Jadę do domu, hurrra jadę na wieś, nawet dziury mi nie straszne, za to ludzie coraz bardziej odlegli. Pod płotem przykucnięty zając, nad głową czarne wrony, w progu obskakują mnie stęsknione psiaki. Odpalam ekspres do kawy i oddycham swobodnie bezpiecznym powietrzem. Cytując Żebrowskiego "niektórzy mówią, że się starzeję, a ja myślę, że wreszcie dojrzewam"...

Idę przygotować sobie fondue... zapalę świeczkę, pokruszę czekoladę, otworzę puszkę z owocami i zacznę "Esther" Stefana Chwina.
I kto by pomyślał, że to jeszcze nie koniec tygodnia.


2010-11-07

To był męczący, ale niezapomniany dzień - sobota na Targach Książki

Władysław Bartoszewski
Wróciłam. Mimo iż miałam już czas na sen, wyprostowanie nóg, wygodne ułożenie dające ulgę kręgosłupowi, to nadal odczuwam zmęczenie. Jednak nie przeszkadza mi ono na tyle, bym musiała paść na kanapę. Zdecydowanie bardziej wolę wracać myślami do tego co wczoraj działo się w Krakowie. Nie sposób zresztą przejść do zwyczajnych domowych rytuałów, kiedy ma się w pamięci te niezliczone ilości książek, nowości, stosika przeróżnie prezentujących się Wydawnictw i twarze pojedynczych osób u których widziałam łzy wzruszenia, kiedy Autor stalówką swego pióra, bądź ulubionym długopisem,  kreślił osobistą dedykację.

Wczoraj przed dziesiątą rano, po prawie trzech godzinach jazdy dotarłyśmy pod same Targi i już miałam ochotę poskakać przed samochodem z radości, kiedy to okazało się, że miejsc parkingowych brak i musimy wrócić kilometr na inny parking skąd rzekomo ktoś busem miał nas dowieźć z powrotem. Pomysł ten średnio mi się spodobał, wjechałam więc w pierwszą uliczkę, potem w lewo w jeszcze bardziej ustronną, zawołałam halooo, jest tu ktoś do otwartych na oścież drzwi i grzecznie zapytałam czy pani za dziesięć złotych użyczy swego ogródka na parking, bo ja pilnie muszę na Targi Książki biec. Oczywiście, że pani się zgodziła, co jednak przez następne sześć godzin nie dawało mi spokoju i miałam wizje uprowadzenia mojego samochodu przez mafię krakowską. Jednak na szczęście kobiety nie były powiązane z żadnym gangiem i o siedemnastej nie czując rąk, ani nóg wkulałyśmy się do samochodu, na tylnych siedzeniach rozgościły się pakunki z zakupionymi książkami i bez słów, ostatkiem sił ruszyłam 150km w deszczu i silnym wietrze do domu. Myślałam, że już nie dojadę... ale udało się i do późnej nocy przeglądałam zdobycze, odszyfrowywałam dedykacje, autografy, wspominałam kilkuminutowe rozmowy z pisarzami... z panem Eustachym Rylskim, Tadeuszem Słobodziankiem, Andrzejem Stasiukiem, Wojciechem Cejrowskim, Rafałem Podrazą, panią Romą Ligocką, Martą Fox, Wandą Chotomską, Martyną Wojciechowską, Marleną de Blasi i z poetą Grzegorzem Kozerą (brakowało mi tylko pani Julii Hartwig, która niestety nie dojechała).
Było ciasno, duszno, ludzie deptali sobie po piętach, trącali wzajemnie papierowymi torbami, w automatach brakowało kawy, a nawet wody, co chwilami niejednego przyprawiało o słabość... tworzyły się gigantyczne kolejki po autografy i co zasłyszałam w kolejce do Tadeusza Słobodzianka nie każdy robił to z wewnętrznej jak ja potrzeby. Byli i tacy, którzy głośno mówili "książkę laureata Nike z autografem sprzedam na allegro drożej niż łysą". Bez komentarza. Gdyby takich wyeliminować to byłaby tam naprawdę przesympatyczna atmosfera i lepiej by się oddychało. Jednak mimo tych utrudnień i tłumów za którymi nie przepadam, potrafiłam przymknąć oczy na wiele i czerpać radość z tego, że jestem wśród tysięcy książek i spotykam ludzi, którzy je równie mocno kochają. 
Wczoraj byłam wyczerpana, jednak dziś już wiem, że za rok znowu będę gościem na krakowskich Targach Książki. Oto moje zdobycze, wiedziałam, że miałam nie brać kasy na zapas, na wszelki wypadek, na obiad. Wydałam wszystko na książki (wszystkie dziesięć leżących w stosiku mam z autografami, a trzy nawet z bardzo osobistymi dedykacjami, dziękuję).

Na tegorocznych Targach było 450 wystawców i prawie 400 autorów. Trwały cztery dni, od czwartku do niedzieli, co świadczy o wielkości tego przedsięwzięcia. Jasne też jest, że w jeden dzień nie byłam w stanie odwiedzić wszystkich stoisk, ani też ustawić się do każdego Autora, bo spotkania się nakładały na siebie. Nie udało mi się też wziąć udziału w bardzo oryginalnym projekcie pisania książki razem z noblistką Hertą Muller, która napisała pierwszy akapit do książki, a zarówno czytelnicy jak i zaproszeni autorzy mogli dopisywać po jednym zdaniu. Książka ta trafi na licytację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. 

Tymczasem miałam szczęście zobaczyć, usiąść przy jednym stoliku, zdobyć autograf, a czasem nawet kilka minut porozmawiać z takimi Autorami jak:

Roma Ligocka

Marta Fox
Wanda Chotomska
Martyna Wojciechowska
Marlena de Blasi


Eustachy Rylski
Władysław Bartoszewski

Marek Krajewski
Tadeusz Słobodzianek
Wojciech Cejrowski
Andrzej Stasiuk

(wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa i wykonane zostały za zgodą Autorów)




2010-11-05

Targi Książki w Krakowie


Nie było mnie tu długo, z różnych względów... spotkanie z poetą Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim stało się tak osobistym przeżyciem, że opisane zostało w moim prywatnym notatniku. Wybaczcie, że się nie dzielę wrażeniami. Musicie uwierzyć, bądź nie, że Poeta ten zostaje w sercu na zawsze. Ale nie tylko to wydarzenie było powodem mojego milczenia, jeszcze kilka dodatkowych emocjonalnych przeżyć mi życie zafundowało i najłatwiej było rzucić się w wir pracy... tak też zrobiłam, co zaowocowało utratą dwóch kilogramów. Już nie mam czasu na ciepłą kawę i rurkę z serem, gorący kubek zazwyczaj stygnie, godziny ktoś z grafiku wymazuje, a obowiązków dokłada i kończy się tym, że pracę z biura biorę do domu, gdzie też piętrzą się zaległości jeszcze mniej przyjemne. Jednak pocieszające jest to, że u mnie w firmie tylko listopad i grudzień jest aż tak napięty.

Nie zapominam jednak o przyjemnościach... torebkę ciągle mam pełną czekoladek pistacjowych , które podjadam  na światłach pędząc w przerwie po dzieci do szkoły, czy przedszkola; zawsze mam też ze sobą książkę z nadzieją wsuniętą zamiast zakładki ciągle pomiędzy te same strony; pamiętam też o takiej atrakcji jak "Pani Bovary" w piątkowej Gazecie Wyborczej, czy nowy numer magazynu "Bluszcz". Do tego wszystkiego mam kilka bliskich mi osób, które o mnie pamiętają i urodzinowo mnie rozpieszczają, co nie daje efektu twardej skorupy, wręcz przeciwnie, ciągle się wzruszam, naruszam i czasem kruszę. 

A skoro już mowa o przyjemnościach i pieszczotach, to czyż mogłam ich uniknąć kiedy są na wyciągnięcie 150 km ręki? Ależ skąd, już nie tym razem... za sześć godzin pakuję się do samochodu, zaprzyjaźniam z nawigacją, nastawiam odpowiednie cd, zapinam pasami galaretkę w czekoladzie, siostrę, dziesięć pozycji na akcję "Książka za książkę" i ruszam na  Targi do Krakowa :). Juupppiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!



2010-10-28

Spotkanie z Eugeniuszem Tkaczyszynem - Dyckim

Zrobiłam sobie prezent przedurodzinowy, mam wejściówkę na  jutrzejszy wieczór poetycki,  i tak się cieszę, że nie mogę się już dziś na pracy skupić... a co dopiero będzie działo się ze mną  jutro :)

Pisałam nie tak dawno o Kawiarni  NOIVA, która jest jedyną literacką kawiarnią w naszym mieście (a właściwie po jego czeskiej stronie) i z miłą chęcią spędzam w niej czasem godzinę na gorącej czekoladzie, bądź pysznej kawie. Jutro rusza tam pierwsze z cyklu spotkań "Salon Poetycki" i pierwszym gościem będzie Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, laureat prestiżowej Nagrody Literackiej NIKE, który w zeszłym roku otrzymał tę Nagrodę za zbiór wierszy "Piosenka o zależnościach i uzależnieniach". Spotkanie, które rozpocznie się w piątek 18.00, poprowadzi wspaniała poetka Renata Putzlacher, a wiersze Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego będą czytać Tomasz Kłaptocz, Maciej Cymorek oraz sam Autor.

"Dziewiąty zbiór wierszy tego autora nie jest książką sezonu, nagroda dla Tkaczyszyna oznacza uznanie zjawiska poetyckiego na miarę Białoszewskiego i Różewicza – skomentował krytyk Piotr Śliwiński  werdykt jurorów. To jest poezja niezwykła; mówiąca o śmierci, ale zarazem autoironiczna, mocna, śpiewna. Wchodzi w głowę, potem myśli się tylko o niej – jeszcze z emocją w głosie powiedziała krytyczka Justyna Sobolewska. Żaden z kodów literackich, jakie stosuje Tkaczyszyn w swojej twórczości, nie wyczerpuje znaczeń ani sensów utworu, odniesienia do faktów z życia osobistego uzgadniają się ze stylizacją na dawność, Villonowską nutę i sarmacki portret trumienny. Mamy poetę, a on swoje miejsce w polskiej literaturze – stwierdziła Grażyna Borkowska w laudacji, która była jednocześnie uzasadnieniem wyboru jury. Te wiersze są pisane w ciemnym słońcu – mówi sam poeta. Odbierając nagrodę 4 października 2009 w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego wspomniał, że do ojczyzny i do polskości doszedł dzięki poezji polskiej. Urodził się w 1962 roku na Ukrainie, więź z polszczyzną dziedziczy po babci i matce, studiował polonistykę w Lublinie, zakładał tam grupę literacką i pismo "Kresy". Mieszka w Warszawie, nie należy do żadnego ze współczesnych nurtów literackich, nie udziela wywiadów, czasem czyta swoje wiersze. Prywatną nagrodę przyznał mu przed laty Czesław Miłosz, dwukrotnie otrzymał Nagrodę Literacką "Gdynia". Po Stanisławie Barańczaku i Marku Jarosławie Rymkiewiczu trzeci raz statuetka Nike i 100 tys. zł trafiają do rąk poety. Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki napisał Piosenkę o zależnościach i uzależnieniach z imperatywu wypowiedzenia prawdy, której wcześniej nie mógł wyrazić; w ten sposób chciał się uwolnić od złej przeszłości".
(tekst o Autorze pochodzi ze strony www.poland.gov.pl)

Nie wiem czy są jeszcze wolne miejsca, ale jeżeli ktoś z okolic Cieszyna ma ochotę na wieczór z poezją to zapraszam. 
Wejściówki: 50 Kč, dla studentów: 30 Kč.

Rezerwacje:
e-mail: noiva@noiva-tesin.cz
telefon: 558 711 961


2010-10-27

Słowa


Macie coś takiego, że głowę zaprzątają Wam jakieś konkretne słowa? Jedne gdzieś Wam zazgrzytały niepoprawnie użyte, inne wprawiły w dreszcze przywołując wspomnienia, pozostałe unoszą się w przestrzeni niczym zbłąkane dusze i nie potrafią osadzić się w codziennej mowie... jak na przykład ostatnio mnie nawiedzające asparagus, demagogia, nasturcje i szarlotka.



2010-10-26

Podjechały pod dom "Wielkie ciężarówki..."


Wczoraj wieczór pisałam, że potrzebuję oprócz codziennych obowiązków, zrobić dla siebie coś, co mnie na tyle zadowoli, że dobrnę do końca tygodnia. Nie jestem wymagająca, jest w stanie mnie rozświetlić drobnostka, czerwone korale zawieszone na szyi, które dostałam w prezencie od Zahirinki, czy wizyta w antykwariacie, bądź spacer po księgarni... dziś jednak w związku z tym, że Charlie lekcje skończył o 10:35, zostałam w domu i zastanawiałam się od rana, brodząc po domu w szlafroku, co zrobić, by sobie poprawić nastrój. Gorące kakao. Potem kawa. Nadal nie z ekspresu, ale z pianką ręcznie wykręconą. Do niej nowy numer wydrukowanego Archipelagu, a w nim kilka stron zdjęć domów pisarzy, Trumana Capote'a, Jane Austen, Vladimira Nabokova i innych. Zaczęłam zaglądać pisarzom w okna, kiedy przed domem zatrąbił listonosz... zaplątałam się w szlafrok i wpadłam w panikę, bo odkąd pracuję zostawia mi awiza w skrzynce, na początku ulicy. Widocznie wraz z jesiennymi liśćmi pod nogi przywiało mu moją melancholię i wyjątkowo postanowił sprawdzić, czy kogoś nie zastanie. Taadaaaam, a tam ja we wrzosowym szlafroku, spinkach Loli i w biegu porwanym szalu w polne kwiaty. Łudzę się, że nie zauważył mojego upierzenia wręczając mi przesyłkę z Wydawnictwa Siedmiogród, choć jego uśmiech zdradzał wszystko... ależ mnie przy tym płocie ciekawość zżerała, niczego się nie spodziewałam, choć książki, to najczęstsze przesyłki jakie są mi wręczane. 
Nie ważne co listonosz sobie pomyślał, podkuliłam szlafrok pod siebie i uśmiechnęłam się na widok liści wbiegających do przedpokoju, wielkiego psiego ogona uderzającego mnie w uda i dzieci wspólnie rozrywających przesyłkę... ja to mam szczęście! Pani Marta Fox przesłała mi swoją ponownie wydaną książkę "Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza". Dziękuję! Jak dobrze, że tego dnie postanowiłam zostać w domu... 

Na wstępie czytam kilka słów od samej Autorki:

"Kiedy na spotkaniu autorskim Czytelnicy pytają, którą swoją książkę najbardziej lubię, odpowiadam niezmiennie, że Wielkie ciężarówki... Należę do tego typu narcystycznych pisarzy, którzy nie ukrywają, że lubią swoje książki. Każdą inaczej i za coś innego, jak matka, która kocha swoje dzieci i nie ma u niej "bardziej", choć bywa "inaczej", bo inaczej kocha córeczkę w typie kujonka, a inaczej w typie urwisa.
Ciężarówki była pierwszą powieścią, którą wymyśliłam, choć wydane zostały jako czwarta. Od czasu jej napisania minęło czternaście lat. Nigdy nie zainteresowali się nią recenzenci ani krytycy, przeszła właściwie bez wzmianek w prasie, choć doczekała się dwóch wydań. Cenią ją Czytelnicy, niekoniecznie z grupy tzw. dorosłych, a ja lubię Czytelników, którzy mi o tym mówią. Zawsze wtedy budzi się we mnie czułość, którą mam ochotę wyrazić zaproszeniem na kawę i ciasto bakaliowe, uwielbiane przez moją rodzinkę, które piekę tylko dwa razy w roku, z okazji świąt.
Powieść opowiada o miłości Moniki i Marka. Ona jest dziennikarką, on tancerzem. Piszą do siebie listy, choć mieszkają obok. Monika odkrywa, że Marek "zdradził ją" z innym mężczyzną. Jest pewna, że ich miłość jest tak wielka, że nie tylko góry przeniesie, ale także zmieni naturę Marka. Czy rzeczywiście Monikę i Marka połączył związek oparty na niemożności i pięknie, które zakwita tam, gdzie nie ma spełnienia? Czy rzeczywiście tego spełnienia nie ma?
Nie o to chodzi, bym opowiedziała Czytelnikom trzeciego wydania powieści, co autorka miała na myśli. Sygnalizuję tylko tematykę, sugerując tym samym, że powieść w tamtym czasie, dotykała tematu z kręgu tabu. Nowe już nadchodziło, ale jeszcze nie było "coming outów" i otwartego deklarowania własnej tożsamości seksualnej.
Dzisiaj myślę, że Ciężarówki są ogniwem "pomiędzy" nową a starą obyczajowością, także i rzeczywistością. Monika staje się dziennikarką, kiedy dobre zasady patronujące temu zawodowi są wypierane przez dziennikarstwo hołdujące sensacji. Artykuły wystukuje jeszcze na maszynie do pisania, choć komputeryzacja już zagląda do redakcji, a świat zaczyna pędzić jak szalony, przymierzając się do powszechnego dostępu do internetowej sieci.
W tamtej rzeczywistości tradycyjna korespondencja bohaterów powieści może uchodzić za kaprys oryginalności i nadwrażliwych dusz, hołdując romantycznym zwyczajom, dziś trudno byłoby Czytelników przekonać do takiego sposobu porozumiewania się zakochanych. Dlatego nic nie zmieniam w kolejnym wydaniu powieści. Niech będzie taka, jak była. Niech świadczy o końcu lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych XX wieku. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Dziesięć lat później nikt by nie pisał listów na karteczkach, nie zostawiał pod wycieraczką, wysłałby SMS-a, napisałby mejla, wszedłby na czat.
Dziś mogę powtórzyć jeszcze i to, że Ciężarówki to najbardziej ulubiona, ale i najbardziej osobista z moich powieści, może nawet bardziej niż Święta Rita od Rzeczy Niemożliwych, którą nazwałabym powieścią autobiograficzną. Czuję, że jest w niej tajemnica.
Polecam tę powieść, korzystając z tego, że mogę dopisać kilka słów od autorki. Polecam z nadzieją, że Czytelnik polubi moich bohaterów".