Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gadżet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gadżet. Pokaż wszystkie posty

2013-03-04

"Bywa, iż sobą zdumiewam siebie"


"Bywa, iż sobą zdumiewam siebie" to słowa Witolda Gombrowicza, które odkryłam na jednym z ołówków w Sklepie z cytatami. Któż siebie nie zdumiewa? Chyba każdy może się pod nimi podpisać. Zaskakujemy sami siebie każdego dnia. Szczególnie tak jak dziś, kiedy wyjrzy słońce. Plan dnia się od promieni topi, wirują enzymy radości, ból gardła nie przeszkadza by się uśmiechać i jeszcze ostatni raz z dziećmi na łyżwy ruszyć, by już niebawem móc rolki w bagażniku wozić.
Jak ja lubię wiosenne przebudzenia! Nowe smaki, te małe czubki cebulek kwiatów wystające z ziemi i pozytywne, niezwerbalizowane szaleństwo, które po zimowym wycofaniu jest lekiem na całe zło.
Dniu trwaj! Na dobry początek wiosny wzmocniłam swoją kolekcję ołówków :)

Polecam ten sklep! To chyba jedyny taki na polskim rynku. Jak widać, nie mogłam się oprzeć. Oczywiście u mnie przewaga Virginii Woolf, ale znajdziecie tam mnóstwo innych, ciekawych, inspirujących cytatów, na kubkach, torbach, ołówkach, pocztówkach, parasolkach i innych gadżetach, które nie tylko bibliofilów ucieszą.





Najdroższy, uważaj, ogarnie mnie jeszcze większe szaleństwo! :)

zdjęcie pochodzi z profilu fb "Daria rysuje Oni mówią" - to nowy projekt



2012-12-11

Sonnet Parker 5 th czyli kilka słów o tajemniczym jegomościu


Pielęgnuję swoje przyzwyczajenia. Zachłannie ich dociekam. Bywam poirytowana, kiedy znika mi z oczu jakiś przynależny tylko i wyłącznie mojej osobie przedmiot. Na przykład aparat fotograficzny. Albo któreś z wiecznych piór, ołówków na wykończeniu, notesów czy książek. Chciałabym móc zawsze je mieć pod ręką. Czuć ich obecność, oddanie i przynależność. Tymczasem korzystam z nich tak często, że śledzenie historii ich przemieszczania się nie sposób kontrolować. Bywają w różnych miejscach domu (i torebki). Czasem zamyślona, ich siłą przeniesiona w inny wymiar, zapominam gdzie ostatni raz czytałam, pisałam, obserwowałam, miałam spokój. Niecodziennie przecież mogę pozwolić sobie na skupianiu się tylko na sobie i własnym pragnieniu czy to czytania, czy notowania czy gapienia się tylko dla przyjemności na porozrzucane tu i tam książki. To jedynie część mojego życia, a więc uczę się nią zarządzać tak, jak każdą inną jego częścią, z naciskiem na kontrolę, by przyjemności owej nie nadużyć, bo pragnę by końca nie zaznała. Z nowym rokiem niewiele się zmieni. Tak mi się marzy. Zdaje się, że już większych zmian nigdy nie będzie. Może jedynie przedmioty wyżej wymienione staną mi się jeszcze bardziej sentymentalnie bliskie. Potrzebne. Częściej im będę ulegać. Systematyczniej. Z pierwszym zawsze ma się ochotę kosztować zmian. Nie na darmo rok się kończy i zaczyna nowy.
Książki już niedługo oznaczę exlibrisem, skataloguję, pokuszę się o przeliczenie, które planuję od dwóch lat. W końcu, zgodnie z obecnym zapotrzebowaniem, ułożę w przyjazne napadom myśli grupy. Notesy z kończącego się już roku zwiążę szarym sznureczkiem i złożę jak to mam w zwyczaju do kufra, by w ramach wspomnień kiedyś do nich (może) wrócić. A pióra? One jedyne nie odczują zmian. Towarzyszyć mi będą przez kolejne miesiące. Fioletowo pisząca Ginia marki Inoxcrom, niebieski Leon marki Waterman i czarny Parker – Szekspir. O pióra zawsze drżę najbardziej. Na samą myśl o zaginięciu ciemnoczerwonego skórzanego etui cisną mi się łzy do oczu. Nie jestem piśmienniczą sybarytką, która nie korzysta z długopisu czy ołówka. Wręcz przeciwnie, ołówek trzymam w dłoniach najczęściej. Piórem jednak wnikam w jakiś innym poziom słów i trudno byłoby mi zaakceptować ich stratę. Wypisuję nimi pocztówki, piszę listy, notuję. Najczęściej ostatnio Szekspirem, bo on jest mi najbardziej pobłażliwy i chyba genetycznie ma zakodowane sprostanie wszelakim z piórem związanym przeciwnościom. A kto piórami pisze, ma świadomość ich niesubordynacji i egoistycznych poczynań.

Sonnet Parker 5th od samego początku skojarzył mi się z Szekspirem i jego sonetami. Dlatego mówię na niego Szekspir, choć ma wyjątkowo kobiecą stylistykę, bo został stworzony z myślą o kobietach i ich zapotrzebowaniu na solidny, trwały luksus (delikatny kolor Różowego Złota CT, subtelność Perłowej Laki GT i perfekcja wykończenia Perła i Metal CT - według danych firmy Parker - choć ja zamiast różu widzę piękny rozjaśniony słońcem kolor łososiowy, a zamiast luksusu w torebce noszę szybciej bijące serce).
Kiedy napisałam nim pierwsze słowa poczułam, że oprócz elegancji i klasyki, którymi zadziwia od pierwszej chwili, jest w nim niezwykle misternie rozwinięta nowoczesność. To pióro pisze samo, z niezwykłą lekkością i precyzją, zachowując tak charakterystyczny i (mnie osobiście) potrzebny szmer na papierze. Tym modelem najlepiej wypisuje mi się pocztówki, bo jego wielką zaletą jest niebrudzenie co pozwala na szybkie zmieszczenie się ze wszystkim co pilne na małej powierzchni. Bez obaw o rozmazanie i zlanie się liter. Przyjazny też jest dedykacjom, które zamieszczam czasem w ramach prezentu w książkach. Słowa się nie odbijają nawet gdy zamykam  książkę po sekundzie, i nie przebijają na kolejną stronę, co doceniam też pisząc nim w notesie czasem bardzo intensywnie przeskakując na różne strony.
Zawdzięcza się to przełomowej technologii 5th, której ta amerykańska firma poświęciła 18 miesięcy. pracy. Dzięki zaangażowaniu twórców system napełniania Parker 5th eliminuje wycieki tuszu spowodowane ciśnieniem, naciskiem i temperaturą (co zostało sprawdzone w różnych warunkach pogodowych), a końcówka wkładu umieszczanego pod metalową stalówką jest zaprojektowana w taki sposób, aby nie zasychała pozostawiona nawet na całą noc. Efekt tych innowacji jest doskonały. Daje poczucie pewności, niezawodności i przyjemności. To dla mnie najważniejsze w pisaniu. Bym mogła martwić się tylko o efekt literacki, a nie wizualny i estetyczny. Dlatego, choć jego zewnętrzna szata jest pełna wdzięku i lśnienia, nadałam mu imię męskie. Wydaje mi się stanowczy w swych zamierzeniach i genialny, tak jak Szekspir w swoich sonetach.




Więcej informacji na stronie:www.parkerpen.com

Na dobranoc wrócę do Szekspira...

5th Sonnet


Those hours that with gentle work did frame
The lovely gaze where every eye doth dwell,
Will play the tyrants to the very same
And that unfair which fairly doth excel:
For never-resting time leads summer on
To hideous winter and confounds him there;
Sap check’d with frost and lusty leaves quite gone,
Beauty o’ersnow’d and bareness everywhere:
Then, were not summer’s distillation left,
A liquid prisoner pent in walls of glass,
Beauty’s effect with beauty were bereft,
Nor it, nor no remembance what it was:
But flowers distill’d, though they with winter meet,
Leese but their show; their substance still lives sweet.


(http://shakespeare.edublogs.org)


One godziny, których prace błogie
Kształt utworzyły oczom wszystkich miły,
Wnet jak tyranki zabawią się srogie
I piękności zniszczą, gdzie jej blaski lśniły.
Czas niestrudzony ku zimie prowadzi
Młodziutkie lato i tam wiotkie zdradzi.
Sok skrzepnie w mrozie, zginą wdzięczne listki,
Śnieg krasę skryje; wszędzie nagie pustki.
Gdyby nie była zawarta treść lata
W szklanym więzieniu, co ją płynną mieści,
To by piękności stała się utrata,
O pięknie nawet zaginęły wieści.
Kwiat w woni żyje: srogie zimy słoty
Szatę mu zedrą, nie zniszczą istoty.

Wiliam Shakespeare, Poezje wybrane, wybór i opracowanie Bohdan Drozdowski, przekład 5. Sonetu - Mus (Maria Sułkowska)

2012-10-16

Są dni kiedy mniej czytam


wolne chwile spędzam wówczas na cięciu, szyciu i zabawie papierem. Coraz rzadziej, i nie zapowiada się by to miało ulec polepszeniu, ale lubię to robić i na dobre stolika roboczego nie zdemontuję. Styl vintage od zawsze mnie fascynuje, lubię nawiązywanie do poprzednich epok w różnych dziedzinach. Nawet takich prozaiczno-notesowych, choć to typowy vintage nie jest. Ale ma klimat, którego nie wzniecą notatki na monitorze. Jednak papier to papier, notes to notes, pióro to pióro. Sama bez notatnika nie ruszam się z domu. Nie tego akurat, bo ten zrobiłam na prezent, ale dla siebie kiedyś taki też zrobię. Wywołał wzruszenie, więc warto było się kłócić z maszyną do szycia i zjeść torebkę galaretek w czekoladzie na wagę. I nie ważne ile ich było na tej wadze :)




więcej na jego temat tutaj www.virginia-scrap.blogspot.com

2010-01-12

Moleskine

  

Trzydzieste urodziny to taki moment w kalendarzu życia, kiedy człowiek przestaje spoglądać wstecz, a przyszłość ukazuje się jako w połowie rozwinięty wachlarz, którym trzeba szybciej poruszać, by uzyskać zamierzony efekt. Dlatego też, na trzydzieste urodziny postanowiłam zrobić sobie prezent, na który zbyt słabo polowałam przez ostatnie dwa lata i wymykał mi się co listopad z rąk. Prezent, który ma we mnie rozbudzić nawyk systematycznego zapisywania myśli, które w tym wieku ulatują szybciej niż się tego spodziewałam. Poza tym chciałam, by było to coś czego nigdy wcześniej nie miałam okazji dotknąć, powąchać, spróbować, ani też zalać łzami wzruszenia…
Wybór padł na Moleskine.
Niezwykle szlachetnie i elegancko prezentuje się wzruszenie, kiedy otwiera się przesyłkę od Czułego Barbarzyńcy po dwóch latach oczekiwań (nie żeby tak długo wysyłali, po prostu nie zdążyłam nigdy zamówić tego, którego miałam na oku). Już odbierając paczkę z rąk listonosza pilnowałam by mu się przypadkiem nie wyślizgnęła i zostawiłam dziesięć złotych napiwku tłumacząc to szczęściem na Nowy Rok, byle już mi nie zawracał głowy poszukiwaniem drobnych. Zatrzasnęłam drzwi i delikatnie rozerwałam palcami kopertę, by przypadkiem nie uszkodzić ostrym narzędziem czegoś co wprawiało w drgania moje dłonie. Po chwili mym oczom ukazało się zabezpieczające kartonowe pudełko, a ze środka wysunął się On... Mój osobisty Moleskine w czerwonej skórzanej okładce zaprojektowanej przez włoskiego designera Marti Guixe. Zachwytom nie ma końca po obecną chwilę…
Moleskine oprócz swej skromnej elegancji, nieprzesadzonej stylizacji i charakterystycznej dla tych notatników gumki pełniącej funkcję strażnika prywatności, może poszczycić się też nie lada historią. Ten legendarny notes znany w Europie od 200 lat przekazuje z pokolenia na pokolenie przekonanie o tym, że zwykłe kartki naznaczone historią mają moc, którą chyba żaden inny notes na świecie nie może się pochwalić. Otwierając Moleskine czuje się zapach starych murów, antycznych sekretarzyków, wypełnionych emocjami szuflad, czyichś życiorysów. To niezwykłe uczucie trzymać go po raz pierwszy i być w jego posiadaniu.
Na początku swej kariery Moleskine trzymany był jedynie w rękach osobistości z kręgów bohemy artystycznej, takich jak Vincent van Gogh, Pablo Picasso, Ernest Hemingway, Jean Paul Sartre, czy Bruce Chatwin. Ten ostatni jednego dnia zamówił aż sto Moleskine i tym samym wykupił wszystkie jakie udało się znaleźć wówczas w Paryżu, zapisując na setkach stronic swoje dzieło  "Na ścieżkach śpiewu" o pasjonującej kulturze Aborygenów. Pisarze oddawali Moleskinom na przechowanie swoje słowa, malarze szkice i rysunki, filozofowie myśli, podróżnicy wspomnienia (nawet Ryszard Kapuściński często z niego korzystał). Dopiero po latach Moleskine stał się bardziej dostępnym notesem, co i tak nie odebrało mu tytułu najbardziej prestiżowego notesu wśród artystów, podróżników i salonowej inteligencji.
W 1986 r. nagle Moleskine wydawane przez rodzinną firmę z Tours stały się niedostępne, co zapewne odbiło się na niejednej duszy artystycznej pasmem niemocy twórczej. Dopiero po 12 latach, w 1998r. mała mediolańska firma Modo&Modo ponownie tknęła życie w ciągle dobrze pamiętane (wówczas przeważnie czarne) notesy chłonące spontaniczne ataki wyzewnętrzniania się.
Dziś Moleskine może kupić każdy, co nie znaczy, że zawsze. Jego dostępność w Polsce jest bardzo ograniczona, co troszkę drażni, bo jako posiadaczka pierwszego w życiu Moleskine, wiem, że w przyszłym roku już od sierpnia będę panikować, że nie dostanę kolejnego, tym bardziej, że z doświadczenia wiem, że utrata czujności w monitorowaniu strony, gdzie owy notes zakupić można, równa się z utratą Kalendarza na dany rok. A do tego dopuścić już nie mogę ...
Bo Moleskine był, jest i mam nadzieję będzie, jak wyimaginowany przyjaciel, który wysłucha, zapamięta, pozwoli się przytulić do serca, włożyć pod poduszkę, w kieszeń płaszcza, czy zabrać na spacer. Ma magiczną moc wyciszania duszy. Wchłania w siebie wszystko co dobre, złe, szalone i egocentryczne. Odpiera gniew, toleruje opętanie i dziki przypływ weny twórczej. Skrywa tajemnice słów, całych dzieł, szkiców, planów, czy wspomnień na które żaden inny przyjaciel nie zasługuje. Tworzy historie, które łączą ludzi na całym świecie, bo posiadacz Moleskine wyczuje ten notes na odległość, wypatrzy na ostatnim stoliku pod oknem we francuskiej kawiarence i nie przejdzie obojętnie obok jego posiadacza.
Moleskine ma zapisane również na kartach historii swoje role kinowe, gdzie prezentuje się jak zwykle elegancko i z wdziękiem. Można go zobaczyć w filmie „Amelia”, „Nie wszystko złoto co się świeci”, „Kod Leonarda da Vinci”, „Diabeł ubiera się u Prady”, „Magnolia”, „Indiana Jones i ostatnia krucjata”,„K-Pax” czy we włoskim filmie „La stanza del figlio”.

Mój Moleskine zagra w filmie „Karuzela kobiecego życia” :) Właśnie zaparzyłam sobie w moim ulubionym kubku herbaty i kończę ten wpis nie mogąc się już doczekać na pierwsze notatki. Szeleszczące kartki inspirują, a „szuranie” stalówką po kremowych kartkach tworzy ciąg miłych dla duszy uniesień, których nie sposób przerwać, by cisza nie prowokowała myśli do zastoju.
Moleskine Pocket Diary jest czterystu stronicowym kalendarzem na 2010 rok, gdzie każdy dzień ma do dyspozycji jedną stronę, jednak niewielkiego formatu (9x13cm) co mnie troszkę martwi, że będę musiała się ograniczać. Na pierwszej stronie niczym wycieraczka powitalna, widnieje obecny w każdym Moleskine napis In case of loss, please return to:… As reward: $ … „. Nie wiem ile mogę zaoferować znaleźnego… wolę nie myśleć o utracie. Dalej mam w tabelach kalendarz na 2010 i 2011r. z zaznaczeniem pełni i zaćmień księżyca, jest wykaz dni wolnych od pracy w 44 krajach, jest plan podróży, są strefy czasowe, jednostki miarowe i międzynarodowa numeracja odzieży. Na końcu znajduje się dodatkowy notesik na adresy i kieszonka na skarby, w której przechowywać mogę zdjęcia, bilety, kupon z totolotka, rybią łuskę, czy grosik na szczęście…
Na koniec nasuwa się zapewne pytanie czy to normalne, żeby aż tak zachwycać się małym notesem jakich jest mnóstwo na rynku? Czy posiadanie go nie zakrawa na gadżeciarstwo, które żywi się tego typu dodatkami urozmaicającymi życie? W czym tak naprawdę tkwi fenomen tych delikatnych karteczek, ręcznie zszytych w zgrabny sztambuch?
Myślę,  że nie sposób tego wyjaśnić. Tak jak nie sposób wyjaśnić fenomenu miłości, czy choćby zauroczenia… dla mnie te kartki nawet bez słów tworzą historię i bez wahania oddam im swoją duszę.


( informacje o historii Moleskine pochodzą ze strony Księgarni Czuły Barbarzyńca )

Chętnym polecam także:
http://moleskine.wordpress.com/
http://www.moleskine.pl/
http://www.moleskine.com/
http://broszka.pl/moleskine-co-to-takiego,a