2014-10-27

Kornel




10 lutego 2010

"W młodości odwiedzałem mojego przyjaciela i mistrza Kornela Filipowicza. Powiedzieć, że traktował żółtodzioba po partnersku, to nic nie powiedzieć. Siedziałem po przeciwnej stronie olbrzymiego, zagraconego biurka, Kornel częstował rozpuszczalną nescą, zapalał papierosa, najpierw powściągliwie zwierzał się z jakichś swoich problemów warsztatowych, potem podnosił głowę i pytał: A Ty? Piszesz coś? Co piszesz? - Opowiadanie - ledwo artykułowałem, udławiony dumą, że klasyk ze mną jak pisarz z pisarzem gwarzy. - Opowiadanie - powtarzał. - Wieleż będzie miało stron? - Dwanaście - odpowiadałem. 
Kornel zamyślał się i po chwili mówił: - Piękny rozmiar."

                                                                                                                 Jerzy Pilch, "Dziennik"

Dziś 101. rocznica urodzin Mistrza Kornela.

2014-07-22

Wyjrzeć zza ścian, zbliżyć się...





"To see the world,
things dangerous to come to,
to see behind walls,
draw closer,
to find each other
and to feel.
That is the purpose of life."

 

2014-04-23

"Książka to ściana. Chowam się za nią by nikt mnie nie widział i żebym ja także nikogo nie widziała." - Susan Sontag




"Powiedziałeś, że literaturze zawdzięczamy wszystko, czym jesteśmy i czym byliśmy. Jeśli znikną książki, zniknie historia, znikną ludzie. W pełni się z Tobą zgadzam. Książki to nie tylko prosta suma naszych marzeń, nasza pamięć. Dają nam także możliwość wykraczania poza samych siebie. Niektórzy ludzie uznają czytanie wyłącznie za rodzaj ucieczki - ucieczki z prawdziwego świata codzienności do domeny wyobraźni, uniwersum książek. Książki są czymś znacznie więcej. To sposób na osiągnięcie człowieczeństwa." - Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem, "Myśl to forma odczuwania".

"Książka to ściana. Chowam się za nią by nikt mnie nie widział i żebym ja także nikogo nie widziała." - Dziennik, tom 1. 1947-1963, maj 1961.

"Kilka lat temu zdałam sobie sprawę, że od czytania źle się czuję i jestem jak alkoholik, który po każdym ciągu ma kaca. Po godzinie czy dwóch spędzonych na buszowaniu w księgarni czułam się otępiała, niespokojna, przygnębiona. Nie wiedziałam jednak, dlaczego tak się dzieje. I nie mogłam się powstrzymywać od ciągłego sięgania po książki." - Dziennik, tom 1, wpis niedatowany.

"Miłość do książek. Moja biblioteczka to archiwum pragnień." - Dziennik, tom 2. 1964-1980, kwiecień 1980.

2014-02-16

"Wszystko jest poezją"



Niedziela. Czas na równowagę. Odkładam pracę, sięgam po kolejną kawę i zmieniam zawodowe słownictwo w poezję. Ciepła kawa zdaje się być poezją. Sama myśl o Rosalii Wiesner też. Odkąd poznałam dokładnie historię pierwszej kawiarni Avion, czuję się  jeszcze bardziej związana z tą obecną. Dlatego nie mogłam ominąć debiutanckiego wydania nakładem Biblioteki Miejskiej w Czeskim Cieszynie gazety Avion, obecnej w dwu językach, polskim i czeskim. W dużym formacie, w sepii i na dobrym papierze, za jedyne 29 kc. A w niej dużo historii, wspomnień, minionych wydarzeń kulturalnych, salonów dyskusyjnych, muzycznych, literackich i edukacyjnych. Poezja. Tak, ciepła kawa i literatura - nawet ta oczekująca - sama myśl o tych dwóch nierozłącznych przyjemnościach, bywa dla mnie poezją. Wyczekiwaną. Niezmiennym podnieceniem od lat, spojrzeniem na zapchane książkami półki. Radością wyboru.
Po całym tygodniu planów, raportów, celów sprzedaży potrzebuję niedzieli, by się odgrzebać z korporacyjnych zobowiązań. Nie znaczy to, że nie lubię swojej pracy (odpowiedni ludzie są siłą napędową) ale wiem, że pracoholikiem skupionym tylko i wyłącznie na karierze nigdy nie będę. Wiem jak to się kończy, dlatego lubię w sobie tę potrzebę złapania równowagi i doszukiwania się poezji w życiu, jak napisał Edward Stachura - przemiany pierwszego życia, całkiem fałszywego lub tylko ćwierćprawdziwego, lub co najwyżej półprawdziwego , w drugie, absolutnie prawdziwe życie, lub mówiąc inaczej i może dokładniej: przemianą przeżycia w życie.
Sięgnęłam po Edwarda Stachurę ze względu na tytuł, z trudem odczytany z zakupionego za trzy złote starego wydania "Wszystko jest poezją", i efekt rozmyślań o zapomnianych autorach. W tym roku odpuszczam nowości, czuję się wolnym czytelnikiem, podczas gdy zeszłego roku płynęłam z prądem i przestałam w pewnym momencie czerpać przyjemność z lektury. Podziwiam tych, którzy recenzują na bieżąco nowości. Nie nadaję się. Chyba nigdzie nie udaje mi się na dłużej być pod wpływem czegoś agresywnie mi narzucanego. Odwracam się szybko. Wszystko co odczuwam i przeżywam musi wynikać z głębokiego ja. Nie umiem bywać nie sobą, zaraz zdradzam ciałem i myślą niechęć. We wszystkim, od codzienności poprzez długotrwałe cykle życiowe. Wróciłam więc do starych opowiadań Tomasza Manna, obecnie do Stachury, obok łóżka czeka Hłasko, Hesse, Styron, Marai, Iwaszkiewicz, Mrożek, Czechow, Marquez. "Doktor Faustus" i "Doktor Żywago". 

Przemieniam przeżycia w życie za Stachurą, a raczej ze Stachurą. W odpowiedniej chwili na jego słowa trafiłam. Od jutra zaczynam sześciotygodniowy kurs z artystą fotografikiem panem Michałem Cała. Jego fotografie były publikowane w albumach: Antologia fotografii polskiej 1839-1989, Mistrzowie polskiego pejzażu, Polska fotografia w XX wieku. Laureat wielu konkursów fotograficznych i wystaw, w tym znanego czarno-białego cyklu "Śląsk". Przestałam się przejmować ilością obowiązków, odkryłam w tej decyzji kilka wersów mocnej, potrzebnej poezji. Nie mogę się jutra doczekać. Fotografia bywa piękną poezją. Czytam dalej Edwarda Stachurę - Wszystko jest poezją, a najmniej poezją jest napisany wiersz; każdy jest poetą, a najmniej poetą jet poeta piszący wiersze: czy to jest też oczywistość? Jeszcze nie wiadomo. Wiele znaków na ziemi i niebie wskazuje na to, że tak istotnie jest. Wiele znaków zwłaszcza na ziemi. Wiele znaków zwłaszcza na książkach. Na książkach zwłaszcza "poetyckich". Wszystko jest poezją: to, że idziesz do księgarni, kupujesz tomik wierszy, wychodzisz na ulicę, przy straganie kupujesz pół kilo czereśni albo pół kilo śliwek, zależy, jaka pora roku, idziesz do parku, siadasz na ławce, jedną ręką przewracasz kartki, drugą sięgasz po czereśnie lub śliwki, zależy jaka pora roku, wszystko to jest oczywiście poezją, a najmniej poezją są czytane wiersze. Bo czytasz, i co czytasz? [1]

Moją poezją przez najbliższe tygodnie będzie fotografia. Droga tam i z powrotem też nią będzie. Tam w niecierpliwości, z powrotem z nowo zdobytą wiedzą. Sześć tygodni w oparciu o solidny, ważny, poetycki poniedziałek. Jakże się w takim wypadku nie cieszyć na resztę tygodnia? No jak? Wszystko może być poezją... Wszystko. Nauczmy się czytać mijane w życiu wiersze.


2014-01-26

Muzycznie


Dziś jeszcze dzień z Woolf, dziennikiem, Bloomsbury, morświnem...



(...) Lay me down
Let the only sound
Be the overflow
Pockets full of stones

Lay me down
Let the only sound
Be the overflow


2014-01-25

"Ośmielę się powiedzieć, że niewiele jest kobiet szczęśliwszych ode mnie"


Portret Virginii Woolf - Włodzimierz Janota, 2011r.

w razie pożaru wynoszę to....

"Writers Tears" - niespodzianka od męża :)


"nigdy nie udawać, że rzeczy, których się nie ma, są niewarte posiadania... Nie udawać nigdy, że dzieci, na przykład, da się zastąpić czymś innym" (D 2 I 1923)

"Człowiek zagłębia się w studnię i nic nie uchroni go przed doznaniem prawdy. Tam, w dole, nie mogę pisać ani czytać. A przecież istnieję. Jestem. I zadaję sobie pytanie: czym jestem? i bardziej niż na powierzchni bliska jestem znalezienia odpowiedzi, która okazuje się jednak mniej pochlebna - bo, prawdę powiedziawszy, na powierzchni chwalą mnie bardziej niż na to zasługuję" (D 28 IX 1926)

"Ośmielę się powiedzieć, że niewiele jest kobiet szczęśliwszych ode mnie - choć nie uważam się za kogoś wyjątkowego; czuję jednak, że dane mi jest prawdziwie upajać się życiem, a jest w nim mnóstwo szampana. Małżeństwo moje nigdy nie było nudne; co to, to nie" (D 26 VII 1930)

"Moim zdaniem, nie starzejemy się, a tylko nieustannie zmieniamy naszą pozycję wobec słońca" (D 2 X 1932)

A na dobranoc fragment "Fal":

"Słońce wpadało ostrymi klinami do pokoju. Wszystko, czego światło dotknęło, pogrążało się w fanatycznym bycie. Talerz przypominał białe jezioro. Nóż wyglądał jak lodowy sztylet. Nagle ukazały się szklanki wsparte na smugach światła. Stoły i krzesła wypłynęły na powierzchnię, jakby przedtem były pogrążone w wodzie i teraz wypłynęły pokryte cienką mgiełką czerwieni, pomarańczu, purpury, jak meszek na skórce dojrzałych owoców. Żyłki na szkliwie porcelany, słoje drewna i włókna maty nabierały coraz delikatniejszego rysunku. . Nigdzie nie było cienia. Wazon był tak zielony, że spojrzenie, które jak przez lejek zdawał się wchłaniać intensywnością barwy, przylegało doń jak pijawka. Potem kształty wypełniły się i obrysowały ostrymi krawędziami. Tutaj  było wybrzuszenie krzesła, tam bryła kredensu. Wzmagając się, światło pędziło przed sobą stada cieni, które łączyły się w jedną masę, zawisając w głębi wielokrotnie nałożonymi warstwami" - przeł. Lech Czyżewski

2014-01-15

Nosorożec Małgosi i trzy owieczki


Zachłanna bywam na myśl o pocztówkach. Chętnie zapełniłabym nimi kolejną ścianę, potem szufladę, kufer pocztowy i wolne miejsca na lodówce. Wpycham pocztówki w kalendarze, czytane właśnie książki, zapominam w łazience, gdzie w wannie odczytuję je w ciszy ponownie. Tak samo jak listy. To takie zaskakujące w dobie stukania w klawiatury, wzruszające, ta myśl że komuś się chciało o czwartej nad ranem. Traktuję to z radością... tak Paddy - jestem tak samo niepoważna jak Małgosia w tym temacie :)
I Asia też. Jej wystarczyło wspomnieć, że Lola by się ucieszyła na widok pocztówki od kolegi z dalekiej Zielonej Wyspy. I pojawiła się ona w dniu jej siódmych urodzin w skrzynce, co nie obyło się bez okrzyku radości. Listonosz też musiał się uśmiechnąć. Któż nie uśmiechnie się na widok trzech owieczek, nosorożca i wiersza. Ludzie chyba już nie przekazują sobie poezji pocztówkami. Małgosia jest wyjątkowa. 


Owieczka Małgosi

"Grono" i nosorożec Małgosi

Owieczki Asi


pozostałe cudowności pocztówkowe




grono
.
.
eksplozja w jego głowie pojawiła się znienacka
latem w opowieściach konsekwentnie ale bez logiki
pachniał dzieciństwem gdy ja chroniłam przed
spojrzeniami z naprzeciwka i cóż z tego że rwał
pajęczyny i rozrzucał je po wodzie nadal stoję
w przeciągu ze szramą wzdłuż kręgosłupa wylewa się
ze mnie i kurczy surrealna bliskość pachnie
spacerami wzdłuż Warty wokół krzeseł które kiedyś
przetrę do korzeni


Małgorzata Południak


2014-01-09

Lola



Kocham ją nie tylko za to jaka jest. Kocham ją przede wszystkim za to, jaka ja jestem dzięki niej. I tak już od siedmiu lat. Staje się panienką z własnym planem na życie. Już nie lubi empi, ani też noszenia przeze mnie tornistra. Chce być samodzielna, i dzielna też. Zawsze uśmiechnięta, z przerwami na zastanowienie. Na pytanie co robisz kiedy nikt nie widzi odpowiedziała podkradam surowe ciasto. Lubi kąpiel w wannie w malinowym czepku, sny, muzykę, taniec, czytanie mi, a potem kiedy ja czytam jej. I wieczorne (nie)poważne rozmowy i śmiechy w łóżku, aż po czkawkę. Najpierw jej, potem moją. Turlamy się w pościeli, nad głowami gwiazdy. Mogłabym tak spędzić resztę życia.

2013-12-25

Pełni szczęścia



"Szczęście jest wówczas pełne,
gdy światło poranku budzi dwoje ludzi
do dnia pełnego wspólnych czynów i rozmów"

                                            Jarosław Iwaszkiewicz


Takiej pełni szczęścia Wam życzę, zarówno w ten magiczny czas świąteczny, jak i na cały zbliżający się 2014 rok. Cieszcie się bliskością, spokojem, wzajemnym szacunkiem i drobnymi przyjemnościami ( jak ja tą śnieżną kulą z sową, którą dostałam w prezencie od męża ). Bądźcie wyrozumiali dla siebie i dla innych. Dla mnie to nie był łatwy rok, sporo przemilczałam, co i na blogu jest widoczne. Ale wykorzystałam ten czas dobrze, w ciszy człowiek odczuwa intensywniej. Pięknego końca roku Kochani - jeśli jeszcze ktokolwiek tu zagląda :)

2013-10-27

Mistrz Kornel Filipowicz - wspomnienia w 100. rocznicę urodzin pisarza (3)






Pożegnanie widoku

Nie mam żalu do wiosny,
że znowu nastała.
Nie obwiniam jej o to,
że spełnia jak co roku
swoje obowiązki.

Rozumiem, że mój smutek
nie wstrzyma zieleni.
Źdźbło, jeśli się zawaha,
to tylko na wietrze.

(...)

Przyjmuję do wiadomości,
że - tak jakbyś żył jeszcze -
brzeg pewnego jeziora
pozostał piękny jak był.

(...)

Potrafię sobie nawet wyobrazić,
że jacyś nie my
siedzą w tej chwili
na obalonym pniu brzozy.

(...)

Niczego nie wymagam
od toni pod lasem,
raz szmaragdowej,
raz szafirowej,
raz czarnej.

Na jedno się nie godzę,
Na swój powrót tam.
Przywilej obecności -
rezygnuję z niego.

Na tyle Cię przeżyłam
i tylko na tyle,
żeby myśleć z daleka.


Wisława Szymborska

(wiersz napisany po śmierci Kornela Filipowicza, tak jak i "Kot w pustym mieszkaniu")


Wieczorem, na koniec tego ważnego dla mnie dnia, 100. rocznicy urodzin Kornela mogę podsumować, że był to niezwykle emocjonujący i udany dzień. Co więcej, uśmiechnęłam się na dobranoc. Było równo 100 odwiedzin bloga. Bardzo Wam dziękuję. Intrygująca symbolika... jak wiele innych, które mi ostatnio dziwnie często towarzyszą.


Mistrz Kornel Filipowicz - wspomnienia w 100. rocznicę urodzin pisarza (2)





„Moja kochana, dumna prowincja”
- w 100. rocznicę urodzin Kornela Filipowicza

Kornel Filipowicz zapytany kiedyś przez Wisławę Szymborską o fenomen wyjątkowości Cieszyna odpowiedział, że tutaj ludzie częściej niż gdzie indziej patrzą sobie prosto w oczy. Czuł się bardzo związany z miastem dzieciństwa i wczesnej młodości, chłonął tę prowincjonalność, poddawał się jej, co bardzo wyraziście, intensywnie i z sentymentem zaznaczył w swojej obszernej twórczości prozatorskiej. W „Odkryciu nowego lądu” określił Cieszyn mianem „małej ojczyzny”, w której spędził te najlepsze, jakie się ma w życiu dziesięć lat (między 9 a 18 rokiem) co ujął w ten sposób: Tak, ta bardzo radykalna zmiana środowiska, kręgu kulturowego i dialektowego, którą przeżyłem w dzieciństwie, przyczyniła się na pewno w sposób decydujący do ukształtowania mnie takiego, jakim jestem, a być może zdecydowała także o tym, co będę w życiu robił.

Co na to Cieszyn? Czy uznaje jednego z najważniejszych powojennych prozaików, autora 25 tomów prozy (ze wznowieniami, wyborami jest ich 40) wydanych w latach 1947-1989 za twórcę wartego ocalenia przed zapomnieniem? Nie bardzo garną się do tego władze miasta, ani te obecne ani wcześniejsze, i nieodczuwalny jest już niestety duch Kornela, umknęły echa jego myśli, zatarły się kroki, o których jeszcze trzynaście lat temu z przychylnością opowiadał poeta Zbigniew Machej. To przykre i dla mnie osobiście jako mieszkanki Cieszyna niejasne. Spoglądam zaledwie 20 km dalej. Pobliskie Górki Wielkie zaangażowały się w pamięć o pisarce Zofii Kossak-Szatkowskiej i pielęgnują założone przez Zygmunta Szatkowskiego Muzeum poświęcone autorce. Skoczów w centrum miasta postawił okazały pomnik, na którym w fotelu spoczywa z miastem związany Gustaw Morcinek, a samo miasto można zwiedzać Szlakiem Morcinkowskim zaczynającym się przy Muzeum jego imienia. Zaś Cieszyn oprócz tablicy pamiątkowej, na murze kamienicy przy ulicy Górnej 14, gdzie Kornel Filipowicz mieszkał w latach 1923-1932 i nadania ulicy jego imieniem (daleko poza centrum, gdzie wątpliwe by w ogóle bywał sam warty uwagi) niewiele temu autorowi poświęca. Owszem, odbyło się w Domu Narodowym spotkanie w dwudziestą rocznicę śmierci autora, któremu gościnnie towarzyszyli synowie Aleksander i Marcin Filipowiczowie. Miejska Biblioteka posiada sporą część jego książek (w większości jednak na magazynie), z kolei Książnica Cieszyńska ma w swych zbiorach historyczne numery cieszyńskiego kwartalnika literackiego „Zaranie Śląskie” z debiutanckim opowiadaniem „Zapalniczka” z czerwca 1934r. i kolejnym pt. „Wilhelm Tell” w następnym grudniowym numerze z tego samego roku, ale czy to wszystko, co należy się Kornelowi Filipowiczowi? Był z tym miastem sentymentalnie związany, w wielu opowiadaniach wspomina cieszyńskie czasy, a przyjaźnie tu zawarte przetrwały lata. Jednak Cieszyn na to jakby nieczuły.

Miron Eustachy Kornel Filipowicz urodził się w Tarnopolu, 27 października 1913 roku. Wojna, która nadeszła rok później rozdzieliła rodzinę Filipowiczów i dopiero po dziewięciu latach, gdy ojciec pisarza Kornel Wiktor Filipowicz (1876-1938) wydostał się z Rosji, zamieszkali ponownie wspólnie, wybierając na miejsce osiedlenia wielokulturowy Cieszyn. Dopiero tutaj, dziewięcioletni wówczas Kornel, rozpoczął naukę w trzeciej klasie szkoły podstawowej i jakiś rok później napisał swoją pierwszą mikropowieść. Niestety awanturnicza opowieść rozgrywająca się w Brazylii nie spodobała się ojcu, wyraził on swoją negatywną opinię i próbował odciągnąć syna od literackich zapędów. Zniechęcony chłopak albo Zniechęcony młody człowiek podjął naukę w cieszyńskim gimnazjum, ale na profilu matematyczno-przyrodniczym zamiast humanistycznym, co jednak nie miało wpływu na czujność Juliana Przybosia, poety późniejszej Awangardy Krakowskiej, który jako nauczyciel gimnazjalny patronował początkom literackim swoich najzdolniejszych uczniów. Kornel to wsparcie odebrał bardzo poważnie i z sukcesem rozwinął się pod skrzydłami nauczyciela, który nawet po latach edukacji szkolnej obserwował i wspierał swego ucznia z serdecznością, co zamieniło się z czasem w szczery podziw i przyjacielskie kontakty. Stosunkowo szybko zakorzeniła się literackość w Filipowiczu i na tyle mocno, że nie potrzebna była zmiana profilu nauczania. Okazało się, że autentycznie, z powołania objawiała się w Kornelu równorzędnie natura przyrodnika i w 1933 roku podjął studia na wydziale biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, równocześnie debiutując na łamach „Zarania Śląskiego” wspomnianym już opowiadaniem „Zapalniczka”, odsłaniającym fragment codzienności z życia czeladników warsztatu piekarskiego i ślusarskiego, dla których jedyną przyjemnością dnia była zabawa zapalniczką. Od samego początku widoczna jest koncentracja autora na czynnościach, elementach życia powszedniego, gdzie jak u Czechowa, widoczny jest zwyczajny człowiek i z pozoru banalna historia. To wyrzeczenie się efektów fabularnych na rzecz prawdy i prostoty na zawsze już pozostanie w jego twórczości.

Jestem przekonany, że pisarzem nie zostaje się, lecz staje się na przestrzeni wielu lat, gromadząc w sobie materiał wzruszeniowy i doświadczeniowy powiedział w radio w 1948 roku. Miał już wówczas za sobą aresztowanie przez gestapo w domu rodzinnym Jaremów (domu przyszłej żony) w kwietniu 1944 roku za działalność podziemną, i osadzenie w więzieniu na Montelupich. Tego samego roku doświadczył pobytu w obozach koncentracyjnych Gross-Rosen, Sachsenhausen i Oranienburg. Po opuszczeniu obozu wziął ślub z Marią Jaremą (1945). Długo nie pisał, sytuacje z czasów wojny usiłowały mu odebrać wiarę w człowieka, ale nie był w stanie omijać motywów istotnych, odkładały się boleśnie w jego pamięci i nadwyrężały wrażliwość odbierania świata. Po wojnie wrócił z debiutanckim tomem opowiadań „Krajobraz niewzruszony”(1947), który przyniósł mu Nagrodę Literacką Miasta Kraków (w latach ubiegłych przyznaną też między innymi Julianowi Przybosiowi). Mnóstwo tu znaczących ujęć okupacyjnej codzienności, w jakiej znalazł się Jan Borecki, alter ego Filipowicza, który pojawi się później w „Ulicy Gołębiej” (1955), reprezentując środowisko studenckie dwudziestolecia międzywojennego. Nie prędko autor wychyla się z tła wydarzeń wojennych, pisze „Księżyc nad Nidą” (1950), później kontynuuje tę powieść jako „Biały zeszyt” (1955), kolejne utwory „Po burzy” (1956), „Ciemność i światło” (1959), „Pamiętnik antybohatera” (1961), „Jeniec i dziewczyna” (1964) czy „Ogród pana Nietschke” (1965), w których odczuwalne jest piętno wojny i potrzeba zwrócenia uwagi autora na postępowanie człowieka uwikłanego w narodową historię. Filipowicz stara się nie oceniać, w sposób bardzo uczciwy przedstawia jako jeden z nielicznych pisarzy człowieczeństwo u wroga, szuka prawdy, nie negując tego, co napotka, pozostawiając czytelnikowi wolne miejsce na własny punkt widzenia jednostki czy całokształtu sytuacji społecznej. Jego opowiadania okupacyjne, „Złoty krzyżyk”, „Czas wojny” czy poruszający „Krajobraz, który przeżył śmierć” o tragicznym fragmencie życia przyjaciela, znanego malarza, Żyda z pochodzenia, Jonasza Sterna, który przeżył egzekucję, ukrywając się pod stosem zwłok, zapadają w pamięć jako jedne z najprawdziwszych obrazów okupacyjnej codzienności przełożone na słowo przez polskich pisarzy powojennych, jak te Zofii Nałkowskiej czy Tadeusza Borowskiego.

Jednak wybitność twórczości Kornela Filipowicza nie ogranicza się tylko do wspomnień obozowych. Obdarzony wielką zdolnością obserwacji zatrzymuje świat, człowieka, krajobraz w różnych momentach istnienia, tworząc w gatunkach prozy mu najbliższych - nowelach, opowiadaniach czy mikropowieściach - wielką opowieść swojego życia. Wydaje się, że świadomie do tego dążył poprzez powroty w nich do czasów dzieciństwa, wspomnienia szkoły, przyjaciół czy ojca, aż po czas wojny i gawędy wędkarskie. Był w szczególny sposób oczarowany otaczającym go światem, wypełniony poczuciem obowiązku wobec rzeczywistości i zrozumienia siebie poprzez bliskie przyglądanie się temu, co tę rzeczywistość tworzy. Nic mu nie umykało, niczego nie unikał i nic w jego świadomości nie było niegodne zatrzymania się, refleksji i choćby miniatury prozatorskiej. Wisława Szymborska, z którą po swoich dwóch małżeństwach (Maria Jarema, uznana malarka zmarła w 1958; małżeństwo z Marią Próchnicką, historykiem sztuki okazało się nietrwałe), prowadził luźny, ale pełen miłości i zrozumienia związek przed dwadzieścia trzy lata, była zafascynowana odbieraniem pejzażu, krajobrazu, który był nieodłącznym tłem jego prozy. Sama nie lubiąc, opisów przyrody przekonała się,  że opis taki u Kornela nabiera zupełnie innego wymiaru, i sam opis staje się fabułą, która wciąga. W ramy tego krajobrazu zaś, doskonale wstawiał istnienia ludzkie, ich doświadczenia życiowe i okruchy codzienności, które w jego sposobie przypatrywania się, stawały się codziennością niezwykłą. Z pozornie niczego istotnego potrafił wydobyć wielkość i ważność istnienia, i to nie tylko ludzkiego, ale również zwierzęcego ( „Kot w mokrej trawie”, „Pies wdowy Wurm”, „Rzadki motyl” - zbiór opowiadań „Kot w mokrej trawie”, Wyd. Literackie, 1977, a także „Kali” z tomu „Biały ptak”, Wyd. Literackie, 1973). Koncentrował się na wszystkim, co towarzyszyło życiu, bo nic przecież nie dzieje się bez potrzeby i wszystko posiada ukryte pod płaszczem zwyczajności znaczenie. Potrzeba tylko takiej przenikliwej spostrzegawczości, zaangażowania w świat, zmysłu obserwacji i chęci poznawania człowieka, jakie to cechy posiadał Kornel Filipowicz, by móc dostrzec to głębsze znaczenie. Właśnie ta jego nietuzinkowa umiejętność przerabiania prawdy o życiu na literaturę, to wyczulenie na najdrobniejsze elementy, nadawanie ważności nie tylko całościom, ale też fragmentom ludzkich losów jest fundamentem jego genialnej twórczości. W dużej mierze bardzo prawdziwej, bo opartej na własnej biografii, bądź epizodach z życiorysów przyjaciół i znajomych.

Większość życia spędził Kornel Filipowicz w Krakowie, ale przynajmniej raz w roku przyjeżdżał do prowincjonalnego małego miasteczka z dzieciństwa. Po cieszyńskim rynku spacerował wspólnie z Wisławą Szymborską, oboje byli członkami Cieszyńskiego Klubu Hobbystów i oboje bardzo to miasto lubili. Z rynku pod kamienicę przy ulicy Górnej jest niedaleko, można dojść piechotą, więc odwiedzał zapewne to miejsce ze wzruszeniem. Może wstępował do parku Kościelnego pełnego kasztanów, które zbierał namiętnie jak każde dziecko wychowane w takim miejscu, wśród dwunastu okazałych kasztanowców, wiekowej lipy drobnolistnej, klonu polnego i sosen wejmutek. To miejsce zabaw, za kamienicą wspominał w opowiadaniu „Jutro także będzie dzień” - Na wschodzie trwała jeszcze wojna, mojego ojca nie było z nami. Mieszkaliśmy w szarym, piętrowym budynku, położonym w sąsiedztwie koszar otoczonych z trzech stron ceglanym murem, z czwartej wysokimi, żelaznymi sztachetami. Miałem sześć lat i zajmowałem się zbieraniem kasztanów walających się na wilgotnej, pokrytej rzadką trawą ziemi, zdrapywałem kruchy, odstający od cegieł tynk, robiłem podkopy, wznosiłem budowle i stawiałem mosty. Porzucałem nagle te czynności, aby przekraść się do zamkniętego na kłódkę ogródka, gdzie rosły w cieniu krzaków ogniste nasturcje. Kwiaty te smakowały jak rzodkiewka, o czym dowiedziałem się od jednego chłopca, który umarł później na szkarlatynę. Zrywałem i zjadałem kwiat nasturcji, potem, zaniepokojony czymś stałem i nasłuchiwałem: ze stajni słychać było uderzenia kopyt, z daleka dolatywał turkot kół po bruku. Szedłem powoli w pewne odległe miejsce w parku. Był tam okrągły, cembrowany basen (…) mówili, że ta sadzawka nie ma dna, że gdybym do niej wpadł – zginąłbym na zawsze.

Dziś ja wybrałam się śladami Kornela z dzieciństwa. Ulica wzdłuż koszar, które otacza tylko jeden mur ceglany, już nie jest tak zadrzewiona jak dawniej, nie ma kocich łbów przed kamienicą na Górnej, ani widoku na szpital cieszyński z okna na najwyższym nawet piętrze (kiedyś nie zasłaniała go kamienica z naprzeciwka). Do parku za kamienicą prowadzi przejście na skróty, pod sklepieniem, którego wtenczas na pewno nie było. Gwar dziecięcych zabaw wypełnia natychmiast przestrzeń, zagłusza ruch uliczny. Robi się ciemniej, olbrzymie drzewa skupiają na sobie uwagę, są istotą parku, który jest już Pomnikiem Przyrody chroniony prawem. Kasztanowce chorują, nie kwitną już intensywną bielą drobnych kwiatów, przeważa tu kolor brązowy, nawet w połowie sierpnia. Lipa w lewym rogu podparta jest metalową konstrukcją, by nie złamać się pod ciężarem przeżytych lat i skaczących po niej kilku pokoleń dzieci. Wychowałam się ulicę dalej, w kamienicy tuż obok Filipowiczów miałam przyjaciółkę i często kusiły nas te same ogródki pod kłódką, w których mały Kornel odnajdywał nasturcje. Zawsze były strzeżone przez starsze panie ze szklaneczkami pełnymi kaw, które z ławeczek schodziły naprzemiennie, doglądając ziemniaki na gazie. Patrzę w okna kamienicy na drugim piętrze. Kornel wychyla się z nich w swym opowiadaniu „Klementyna” - Zadzierając głowę do okna na trzecim piętrze, gdzie mieszka Klementyna, widzę równocześnie szczyt wieży kościoła parafialnego, o okienkach przymkniętych żaluzjami niby zmarszczoną powieką. Wieża ta robi wrażenie człowieka drzemiącego cały dzień; ożywia się tylko rano, w południe i wieczór na dźwięk dzwonu.

Na koniec wsiadam w samochód, jadę na cmentarz komunalny, na którym pochowany jest ojciec i babcia Kornela Filipowicza. Znajduje się on jakiś kilometr od kamienicy na ulicy Górnej, w bardzo już zabudowanej części miasta. Kiedyś, pisał Kornel, prowadziła do niego długa, łagodnie podnosząca się i wijąca wśród pól droga. Kornel Wiktor Filipowicz zmarł 15 stycznia 1938 roku, jego teściowa, babcia pisarza Maria z Schilling-Siengalewiczów Futymowa zmarła trzy miesiące przed zięciem, w dniu urodzin wnuka, 27 października 1937r. Pisarz przyjeżdżał na ten podwójny grobowiec każdego roku, w Zaduszki, z Krakowa do Cieszyna miał sto pięćdziesiąt kilometrów. W opowiadaniu „Jak dmuchawiec” o odwiedzinach grobu ojca pisał Kornel tak:
Wejście do tego leżącego wśród drzew i otoczonego murami miasta prowadzi przez wysoką, półkolisto sklepioną bramę. Przekraczam ją i oto jestem w mieście umarłych. Ci, którzy je sto lat temu planowali, byli mądrzy i przewidujący. Mieli odwagę zdawać sobie sprawę i nie ukrywać tego przed innymi, że człowiek jest istotą śmiertelną, i że miasto, w którym człowiek ma żyć po śmierci, będzie rosnąć i rozwijać się, gdyż wszyscy obywatele miasta żywych z czasem, prędzej czy później, przeniosą się tam. Cmentarz jest więc rozległy, obszerny, podzielony na kwatery, ma swoje dzielnice i ulice (…) Pochylam się nad grobem mojego ojca, oczyszczam ziemię z zeschłych liści i pożółkłych źdźbeł trawy, potem rozkładam znicze. Myślę: oto na głębokości półtora metra pod ziemią, wśród szczątków zbutwiałego drewna, leżą kości człowieka, który był moim ojcem. Przyjechałem tu tylko po to, aby zapalić światła na jego grobie.

Obecnie zapalam na tym grobie cztery znicze kilka razy w roku. Ojcu Kornela, jego babci, samemu Kornelowi i Wisławie Szymborskiej, która towarzyszyła wyprawom do Cieszyna i była przy śmierci ukochanego, w krakowskim mieszkaniu dnia 28 lutego 1990 roku (Kornel Filipowicz pochowany został na cmentarzu Salwatorskim w Krakowie). Mam wrażenie, że bywam na nim tylko ja, jestem tego niemal pewna. Kiedy go znalazłam był zupełnie zachwaszczony, wyryte na marmurze litery zacierały się od kurzu i zapomnienia, a teraz odkąd o niego dbam, nie widuję tam innych śladów poza moimi. Za każdym razem jednak, kiedy skręcam w alejkę działu VII wierzę, że trafię tam na tabliczkę pamiątkową wystawioną przez miasto pamięci pisarza, którego cenił sam Jarosław Iwaszkiewicz, i wielu wielu innych ważnych i zaprzyjaźnionych, a Wisława Szymborska z powagą i należnym szacunkiem chciała oddać Kornelowi swojego Nobla. Z miłości, szalonego wręcz zakochania, ale też z niekończącego się podziwu dla prozaika, który zatrzymywał czas i na tej pauzie obserwował to, co dla wielu było niedostrzegalne.

Cieszyn, dumna kochana prowincja Kornela Filipowicza, a nie ma tu nikogo, kto zechciałby z władz miasta poświęcić temu miejscu, i samemu Kornelowi Filipowiczowi, czas i pamięć. Zastanawiam się dlaczego tak szybko zaciera się ślad po kimś kto myślami, i w swojej twórczości, był w pełni oddany miejscu swojego dzieciństwa, a miejsce to dziś nie chce ulec tej wdzięczności, temu szczęściu i dzielić się nim na szerszą skalę. I nie chodzi mi tak naprawdę o ten cmentarz, rozumiem, że to tylko dla nielicznych byłoby miejsce ważne, ale o pamięć dla jego twórczości, osobowości i prowincjonalnego ducha. Pisał Kornel w opowiadaniu „Moja kochana, dumna prowincja”: O, moja słodka, dumna prowincjo! Jakże cię dobrze znam i rozumiem! Jestem przecież z ciebie, byłem tobą. Jesteś wrażliwa i czuła, ale pełna kompleksów, gdyż byłaś zawsze przedmiotem pośmiewiska. Jesteś mądra i chytra, kształcisz się, dużo czytasz, chłoniesz radio, ale podejrzewasz, że są od ciebie chytrzejsi. Panicznie boisz się, aby nie zostać nabraną (…) nie masz nigdy pewności absolutnej, że to, co ci się podoba, jest dobre. Jakże ośmieszyłabyś się, gdyby okazało się, że to co ci się podoba, jest złe! Chowasz więc swoje upodobania ukryte głęboko w sercu, a publicznie uznajesz i chwalisz wielkości tylko rzędu najwyższego. Najchętniej gościsz u siebie Iwaszkiewicza, nie zdziwiłabyś się, gdyby wstał z grobu Hemingway i pofatygował się do ciebie, do tego małego miasteczka, na autorskie spotkanie (…) Ale o takim Kornelu Filipowiczu to nie pamiętasz – chciałoby się dopisać. I tak już pewnie pozostanie na zawsze, wieków amen, choć serce prowincji pragnie inaczej.




Los
Pamięci Kornela Filipowicza

Przeminą pory roku, lata i dekady. Pewnego wieczoru
zaśniesz jak zwykle, a nazajutrz otworzysz oczy
i los nieoczekiwanie odsłoni się przed tobą jak krajobraz
przed siedemnastoletnim chłopcem, który w przedostatni dzień
wakacji wybierał się na rowerze za miasto, daleko
jak nigdy przedtem, w nieznaną okolicę.


Tam, pod sierpniowym niebem, zachwyciły go stawy
w dolinie i groble między nimi, i tatarak,
i ciemne świerki na drugim brzegu, których cienie
spotykały się na lustrze wody z tańczącymi
odblaskami słońca. A także złotawe brzuchy karpi
pod wodą, pohukiwanie ropuch i niebieskie ważki.

Nigdy przedtem nie zaznał takiego spokoju.
Czuł, że już nie może opuścić tego miejsca,
a jednocześnie wiedział, że musi powrócić.
Do rodziców, do szkoły, do miasta.


Zbigniew Machej


Bibliografia:
„Byliśmy u Kornela. Rzecz o Kornelu Filipowiczu”, praca zbiorowa z inicjacji Wisławy Szymborskiej i Jana Pieszczachowicza, Wydawnictwo Literackie, 2010; „Niezwykła codzienność. Sztuka widzenia i pisania Kornela Filipowicza”, Wojciech Lipowski, wyd. Śląsk, 2012; „Ku wielkiej opowieści. O życiu i twórczości Kornela Filipowicza”, Jan Pieszczachowicz, Wydawnictwo Literackie, 2010.

TEKST O KORNELU FILIPOWICZU napisałam dla 48. numeru kwartalnika artystyczno-literackiego "sZAFa".
Umieszczony został na blogu za zgodą redakcji - http://szafa.kwartalnik.eu/48/htm/esej/sznapka.html

2013-10-26

Mistrz Kornel Filipowicz - wspomnienia w 100. rocznicę urodzin pisarza (1)



Kornel Filipowicz z Wisławą Szymborską, fot. Archiwum Prywatne Aleksandra Filipowicza

 
Deszcz pada, pada, pada. Pada w dzień i w nocy. I w dodatku jest zimno. Stary kocur Murder, z wielkim kwadratowym łbem i małymi, pokiereszowanymi nieco w bojach uszami, cały pokryty krótkim, płowym, mimo wszystko zawsze bardzo starannie wypielęgnowanym futrem, drzemie ukryty w głębokiej wnęce piwnicznego okna. Nie będąc sam widziany, może w każdej chwili widzieć, co się dookoła niego dzieje. Siedzi w pozycji, która zapewnia mu najmniejszy kształt, najdoskonalszą nieruchomość, pozwala też uchodzić za rzecz nie zagrażającą nikomu, a w takie zimne dni jak dzisiaj zachować najlepiej ciepło własne. Kot Murder jest doskonale nieruchomy, ale nie jest  cegłą, kamieniem, drewnem. Nie jest także gołębiem, wroną, psem. Ma bardzo mocne poczucie tego, że nie jest kotem innym, tylko właśnie tym, którym w tej chwili jest. Więcej - nie traci świadomości tego, kim jest, nawet gdy stoi naprzeciw człowieka. Ma więc bardzo silne poczucie tożsamości. Nazwałem Murdera starym kotem. To prawda. Murder ma ileś tam lat, ale to nic nie znaczy, gdyś Murder nie starzeje się. Był co prawda kiedyś, dawno, maleńkim, cichutkim miauczącym koteczkiem, ale potem, gdy dorósł, zatrzymał się i przestał się zmieniać. Nie wyleniał, nie skaprawiał, nie roztył się, nie wyrósł mu brzuch, jak na przykład wielu okolicznym psom. Jego ciało pozostało smukłe i gibkie, futro gładkie i lśniące. Źrenice jego oczu są czyste jak niebo o wschodzie słońca. Murder patrzy tymi oczami i widzi wszystko, w dzień i w nocy, od mrówki idącej po ziemi, aż do sowy, która przysiadła na krawędzi dachu. Patrzeniu poświęca Murder bardzo wiele czasu. Patrzy, gdy poluje, ale patrzy też, a by patrzeć. Doprawdy tak, jakby to co widzi - trawa, domy, ludzie, drzewa - było także jego pożywieniem (...).
Nie pozostanie po nim ani jedna kostka, ani strzęp futra. Murder po prostu zniknie. Pewnego dnia nie zobaczę go siedzącego w okiennej wnęce, ani idącego powoli przez ogród. Żebym nie wiedzieć jak wpatrywał się, nie zobaczę już tego miejsca, w którym materia świata jest tak cudownie zagęszczona i tak doskonale uformowana w ruchomą, żywą, widzącą i czującą istotę. W opustoszałym powietrzu będę widział tylko ziemię, kamienie, trawę. Jeśli przestanę widzieć coś, co przedtem widziałem, to tak jakby mi odebrano rzecz, którą przedtem miałem. I będzie mi smutno.


Kornel Filipowicz, fragm. opowiadania "Kot w mokrej trawie", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1977

Stopniowe wychylenia poza gumkę...


Nie wiem ile czasu minęło, nawet mi się nie chce liczyć. Wieczność odosobnienia. Robiłam kilka podejść, ale za każdym razem odwracałam się od klawiatury chwytając za długopis i mój jarzębinowy notes na gumkę. Jak Wiesław Myśliwski w czytanej aktualnie przeze mnie książce "Ostatnie rozdanie". Wydaje mi się, że pewne myśli nie są w stanie wyjść dalej poza moje wewnętrzne przeżycia. Nikt lepiej niż ja sama się z nimi nie upora. Stąd to milczenie. W moim przypadku bywa ono remedium. Jeśli w ogóle na śmierć dostępne jest jakiekolwiek remedium. I nie jest tak, że nie było szczęścia w międzyczasie, ojjj sporo go, jednak coś mnie w tym szczęściu ograniczało. Pamięć. Vis maior.

2013-05-10

Co z tą miłością zrobić




"Rainer Maria Rilke w liście z 17 lutego 1903 roku do młodego poety Xavera Kappusa: Jeśli dzień powszedni zdaje się Panu ubogi, niech go Pan za to nie obwinia; siebie niech Pan oskarża, niech Pan sobie powie, że nie dość jest poetą, by wysławiać bogactwa codzienności.
Przez godzinę piłuję na polanie pień uschniętego modrzewia. Słońce nadaje miąższowi drewna przyjemną barwę. Są rzeczy, których ludzkie oko nie ma prawa oglądać (...)
Sunę po jedwabiu. Plusk wioseł w ciszy... Psy nie piszczały, kiedy wypłynąłem na pełne jezioro, i teraz biegną na południe. 
Docieram do lodowego czopu, który pływa z dala od brzegu. Kostki lodu grzechoczą w słońcu. Trwam bez ruchu na chłodnym zwierciadle. O dwa metry od dziobu foka wystawia głowę i mnie obserwuje. Nie ma rąk i nóg, lecz coś starczego w oczach, jej spojrzenie jest równie głębokie jak jej włości. Mówię do niej, słucha, przygląda mi się z uwagą krótkowidza i daje nura."

W różnych miejscach ludzie dopatrują się swojego szczęścia. Niektórzy aż "W syberyjskich lasach", jak Sylvain Tesson, autor powyższych słów. Najważniejsze to nauczyć się czerpać z bogactw codzienności, zupełnie się oddać przyjemności patrzenia i odczuwania. Dziś odwiedziła mnie koleżanka, z Kornwalii. Zauważyła gburowatość w naszych sklepach, nieprzyjemność w miejscach, gdzie trafiała na ludzi. Woli spacerować z dzieckiem godzinami, niż ocierać się o tę chropowatość dnia, jaką większość kreuje, zarażając jeden drugiego. Coraz częściej przyroda i samotność przychylniejsza jest szczęściu. Ludzie łatwo zabijają dzień. Wszędzie pełno narzekań. Uśmiechy pod ladą. Surowość. Niedostępność. Brak empatii. Ciągła negacja. Coraz rzadziej życzy się miłego dnia.

A w domu mam tyle miłości. Oszalałabym bez niej.

- Ale ja cię kocham mamo! - rzuciła mi się na szyję Lola przed snem.
- Ja ciebie też kochanie! - wtuliłam się prawie na bezdechu.
- Ale ja inaczej, ja tak bardzo, że aż nie wiem co powiedzieć i co z tą miłością mam zrobić.

Gdyby tak cały świat nadmiarem miłości wzdychał.

2013-05-07

Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska - wspomnienie Wisławy Szymborskiej w kwartalniku "sZAFa"


Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska – wspomnienie Wisławy Szymborskiej

Przez całe swoje życie Wisława Szymborska posiadała godny pozazdroszczenia dystans do świata i wszystkiego co ma wpływ na jego przeżywanie. Począwszy od spraw istotnych, o filozoficznym podłożu, przyjaźniach, zobowiązaniach, poprzez najważniejsze nagrody świata i polityczne uwarunkowania, a skończywszy na autoironicznym podejściu do siebie samej i dziwactw, które ją szczerze ujmowały. Nigdy, nawet po otrzymaniu Nobla w 1996 roku, nie zmieniła nastawienia do życia zaznaczając swoją pozycję słowami: ja chcę być określoną osobą, a teraz widzę, że chcą ze mnie zrobić osobistość. Instynkt mi mówi, że to jest niebezpieczeństwo. Poczuwała się do nie przekraczania pewnych granic, które były jej obce i do szczęścia niepotrzebne. Potrafiła nie ulegać tak samo stanowczo, jak ulegać. Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska. Istotę i ważność skupiała na istnieniu, obmyślaniu świata, co robiła niespiesznie, z empatią, właściwym sobie zadziwieniem i zachwytem. Ubolewała nad tym, że coraz częściej żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami.

Często wracam do osoby poetki, nie tylko kiedy potrzebuję jej poezji. Lubię na nią po prostu patrzeć, odprężać się w jej towarzystwie podczas powrotów do filmów dokumentalnych z jej udziałem: „Chwilami życie bywa znośne”, „Radość pisania” czy „Koniec i początek”. Pełna jest w swoich ruchach delikatności, lekkości i kruchości motyla. Motyla, który jest symbolem czegoś bardzo radosnego, subtelnego i nieuchwytnego. Samo patrzenie na nią uwalnia sympatię. Sposób w jaki wybucha niepohamowanym śmiechem, w jaki skrywa usta za pomarszczoną drobną dłonią, jest czymś niezwykle „szymborskim”, jakby lekko wstydliwym obnażeniem własnej nieposkromionej radości, przed dokuczliwością i nieznajomością poniektórych płaszczyzn świata nowoczesnego. Urzeka skromnością, bezpośrednim stosunkiem do rzeczy, szczegółów i absurdów. W filmie Katarzyny Kolendy – Zaleskiej patrzę na jej sposób bycia podczas podróży we Włoszech, na Sycylii, w Katanii u podnóża Etny, w Corleone, w Wenecji, w Bolonii na uniwersytecie, gdzie wita ją sam Umberto Eco. Wśród kwiatów, zabytków, w słońcu, w deszczu, z filiżanką czy papierosem, który nie odbiera jej uroku. Wszędzie uśmiechniętą, chętną do zwiedzania, zapamiętywania szczegółów i upamiętniania obrazów z podróży takich jak choćby nazw miast na metalowych tabliczkach, pod którymi uwielbiała się fotografować. Miała też zwyczaj kupowania pamiątek dla przyjaciół, więc dalej chętnie towarzyszę jej w zakupach, jestem świadkiem opowieści o kiczowatych bibelotach, jakie zwożą jej z całego świata znajomi, a które zalegają w niewielkim mieszkaniu. W nim też odgrywa się rzecz niewielkiego jak się okazuje dramatu. W jednej z sześciuset szuflad, gdzieś pomiędzy pocztówkami, listami, nagrodami, wyróżnieniami i wycinkami z gazet, błąka się złoty Nobel. W swej istocie bardzo na równi traktowany z pozostałymi skarbami obszernych półek. Wisława spokojnie okazuje zdumienie, jakoby nie maczała palców w jego utracie, a w momencie aktu odnalezienia każe go włożyć Michałowi Rusinkowi ponownie do szuflady, gdzieś tam między Borzęcinem a Krynicą Górską.

Taką właśnie ją lubię wspominać. Zdolną do zwyczajności, anegdot, psot i nietuzinkowych prezentów, którymi obdarowywała przyjaciół nie tylko podczas historycznych już loteryjek. Osobisty sekretarz opowiadał w którymś z filmów, jak musiał zakupić znajomym poetki ogrodową owieczkę naturalnych rozmiarów ( wymarzony przez nich kelner uległ zniszczeniu i trzeba go było czymś zastąpić) i co najważniejsze w tej opowieści, zawieźć zgodnie z zaleceniami Szymborskiej, bezszelestnie, najlepiej na zgaszonym silniku i wstawić niezauważalnie do ich ogrodu. Z kolei Bronisław Maj wspominał słynne zupy, które to były podawane w dziwaczny sposób. Najpierw goście dostawali wrzątek w miseczkach, a później, w kosztownych wazach na stół wnoszono zupę w proszku. Sporo uśmiechu wywoływała też pocztówkami i wycinankami, którymi obdarowywała najbliższych, nie zważając na sugestie, że niektórych rzeczy podobno nie wypada czynić noblistce. Bawić się w kolaże czy popełniać te wszystkie limeryki, moskaliki i dystychy. Radował ją lekki humor, momentami wyszukany absurd, drobna przyjemność obdarowania i silnych więzi przyjacielskich. Taka była na co dzień. Widywana w towarzystwie ulubionego, ohydnego chińskiego termosu na wrzątek, prosiaka pozytywki z korbką w postaci świńskiego ogona czy damskiej nogi z marcepanu.

Również życie literackie traktowała jak wszystko inne, z dystansem i potrzebą wydobywania zewsząd rzeczy pomijanych, szczegółów niezauważalnych, co widać nie tylko w poezji, ale też w felietonach z „Lektur nadobowiązkowych” czy zbiorze „Poczty literackiej”, który powstał z listów do redakcji „Życia Literackiego”, z którym to poetka była związana zawodowo przez piętnaście lat. W różnych odsłonach. Początkowo jako szefowa działu poezji, odpowiedzialna za wybór debiutantów, z czasem zaczęła anonimowo odpowiadać ( na przemian z Włodzimierzem Maciągiem) na masę korespondencji od aspirujących do miana literatów czytelników. Oczywiście wszystko w charakterystycznym sobie tonie sympatycznej ironii i ciągłej obawy czy kogoś nie urazi. Z czasem świadomość bycia wyrocznią zaczęła jej ciążyć, chyba też trochę ją nudzić, co pokryło się z oddaniem w geście solidarności legitymacji partyjnej i ku własnemu zadowoleniu, z redaktorki stała się felietonistką, w przewadze na gruncie literackim.
A czytelniczką bywała niewybredną, bezinteresowną i otwartą na lektury odrzucane już z racji czasem samego tytułu. I choć w wieku czternastu lat miała już przeczytanego całego Dostojewskiego, to nigdy podczas swojej podróży czytelniczej nie klasyfikowała literatury na dobrą i gorszą, ważną i mniej ważną. Stąd taka różnorodność w jej felietonach do rubryki „Lektur nadobowiązkowych”, od Salvadora Dali, poprzez Tomasza Manna, George Sand, Juliusza Verne, aż po szaleństwa królów, kamienie szlachetne, vademecum turysty pieszego, wyrazy wątpliwe czy abc męskiej elegancji. Nie ulegała falom księgarnianych nowości, ani żadnym naciskom, pisząc przez blisko trzydzieści pięć lat ( z przerwami ) o tym co bliskie jej światu, jej poglądom, czyli przede wszystkim o „sprawach i rzeczach niekoniecznych, pomijanych czy uznanych za drugorzędne”.

Wisława Szymborska nie ukrywała nigdy faktu, że jest poetką pewnej prostoty. Ale nawet kiedy ucieka się do klusek ze skwarkami, muszek, robaczków czy innych minimalizmów świata całego, to jest w tej prostocie wiersza ukryta komplikacja najważniejszych myśli. Remedium, którym zatrzymuje ogrom pędzącej materii. Uspokaja nim, ale nie usypia, raczej pobudza czujność, prowokuje reminiscencje. Z uporczywością zadaje pytania, które rysują się ciągiem braku odpowiedzi, co nie nadaje jej poezji moralizatorskiego tonu, jedynie zaprasza do wspólnego zastanowienia się nad tym co w życiu istotne.
Dręczyło ją wiele niewyjaśnionych filozoficznych myśli, jak każdego człowieka, tym bardziej poetę. Często ulegała nagłej potrzebie ucieczki w samotność. Szczególnie sama ze sobą pragnęła być w chwilach trudnych i ważnych, by nie dopuścić do zbytecznego emanowania słabościami. Wyraźnie się pilnowała. Uważała że wszystko co ma o sobie do powiedzenia, jest zawarte w jej wierszach. Że nie potrzebuje siebie dopowiadać. Jednak po przeczytaniu maszynopisu książki „Pamiątkowe rupiecie” Anny Bikont i Joanny Szczęsnej jakby nie była pewna czy uzewnętrzniając tylko tę pozytywną aurę była w pełni sobą. Zastanowiła się: Czy ja naprawdę taka jestem? Życie miałam właściwie szczęśliwe, jednak było w nim wiele śmierci, wiele zwątpień. Ale oczywiście ja o sprawach osobistych mówić nie chcę, a też nie lubiłabym, żeby mówili inni. Ja mam do ludzi inną twarz, dlatego pokazują mnie od strony anegdotycznej, jako osobę wesołą, która nic, tylko wymyśla najróżniejsze gry i zabawy. To, że inni mnie tak widzą, to moja wina. Pracowałam długo na ten wizerunek. Bo jak mam zapaści, zmartwienia, to do ludzi nie wychodzę, żeby nie pokazywać ponurej twarzy. I wygląda, jakbym prowadziła życie motylka, jakby życie nic, tylko głaskało mnie po głowie.
Porównując się do motyla dała jasno odczuć jak trudno momentami było jej być tym kim była. Jak istotne było dla niej to, by nie zawieść i mieć swą poezją ciągły wkład w zadowolenie z życia innych, nie tylko Woody Allena, który jej głośno za to właśnie podziękował. I ja również przychylam się do tych podziękowań, bo Wisława Szymborska to nie tylko poezja, to nietuzinkowa osobistość, postawa życiowa i po prostu dobry człowiek, któremu warto się bliżej przyjrzeć.


 http://szafa.kwartalnik.eu/46/htm/presents/sznapka.html

2013-04-18

"Pani Dalloway powiedziała,że sama kupi kwiaty"


Wszystko zaczyna nabierać barw. Zieleni w pierwszej kolejności. Z każdej strony doszukuję się koloru harmonii. Mało denerwujące stały się dziury, im wolniej wiejską drogą dojadę do pracy, tym więcej mam w sobie ciepła dla innych na cały dzień. Przed domem krokusy, zalążki tulipanów, w domu hiacynty i kwitnące storczyki, w pracy żonkile. Mnóstwo planów, ale w odpowiednim tempie. Wiosną się częściej zatrzymuję, tylko po to, by odczuwać i widzieć więcej. Z niecierpliwością czekam na kolejny poranek, kawę przy kuchennym oknie, i skubanie trawy przez sarny. Ten widok noszę w sobie przez cały dzień pracy i nawet nie wiem kiedy znów stoję przy oknie w kuchni. A wieczorami nadal uparcie zatapiam się w zielenie, co Virginii się udzieliło. Pięknie jej w tych barwach. A Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty.






"Bo prawdą jest, że ludzie mają w sobie tylko tyle dobroci, tyle wiary, tyle miłosierdzia, ile im potrzeba, by zwiększyć rozkosz chwili" - Virginia Woolf, "Pani Dalloway" (przeł. Krystyna Tarnowska)

Notes został wykonany przeze mnie na zamówienie. Wielka to dla mnie przyjemność dzielić się miłości do Virginii, i obecną do zieleni. Mam nadzieję, że będzie zawierał w sobie same pozytywne myśli. Trudno mi było się z nim rozstać (jak ze wszystkimi pracami :), ale już doszły mnie wieści, że dotarł, nigdzie nie zaginął, spodobał się i na pewno będzie mu w nowej szufladzie dobrze.

Dziś trafiłam na stronie Krytyki Politycznej na cytat dnia, który zostaje w temacie Virginii i świadomego wykorzystywania dnia, rzeczywistości, codzienności...

"Kiedy więc każę Wam zarabiać pieniądze i zdobyć własny pokój, w istocie proszę Was o to, byście żyły świadome rzeczywistości, a więc wiodły żywot fascynujący, niezależnie od tego, czy uda Wam się przekazać innym jego treść".

Zatem do fascynacji moje Drogie Panie :)