2009-06-10

Z pokładu codzienności


  

Lola nie została przyjęta do żadnego z pięciu przedszkoli do jakich ją zgłosiłam.
A już takie miałam plany na wrzesień ...
Tymczasem jestem w kropce.
Wielkiej jak słoń.

Zaważyło osiem dni, bo jako dziecko urodzone 8 stycznia 2007, musiała przepuścić całe tłumy urodzone w 2006r, bo teraz ten rocznik szedł do przedszkola. A że tłumy były spore, to wykopały ją daleko w ciemny las, na listę rezerwową. Babcie zapracowane, prowadzące własne działalności. Żłobki przepełnione, po brzegi, okna i wszystkie kąty. Nianie kasują fortuny niczym "menedżerki do spraw rozwoju rodziny".

Wysyłam sygnał S.O.S.
Cały plan poległ na kolana.

p.s.
pytacie o moje zdrowie. Dziękuję Wam za pamięć i troskę.  Halluksy są do wycięcia... pan doktor czeka na moją decyzję  i trochę sobie poczeka, bo przede mną wakacje i dwoje dzieci żądne zabaw i organizacji czasu. Nie mogę dać się w gips wcisnąć. Kręgosłup do wycięcia, jeżeli chcę żeby mi nic nie drętwiało. A jeżeli nie chcę już nic wycinać to... 2-3 h dziennie ćwiczeń z rehabilitantem. Trzy razy w tygodniu basen, masaże i bio prądy... ja się pytam kiedy? Kiedy to mam zrobić? Tymczasem leki przeciwbólowe jak mnie gdzieś pstryknie i żyć trzeba dalej.
Temat ręki jest bardziej złożony, bo nikt nie wie skąd się drętwienia w niej biorą. A na samą myśl o tym, że mam wysłuchać kolejnej wersji o zespole guyona, boleriozie czy innych dolegliwościach, to ja już wolę nauczyć się być leworęczna :)


Ale leje. Z moich kwiatów na tarasie wiecznie wylewam wodę. Wiecznie je też przestawiam, bo wiatry bezczelnie, bez pytania podkradają te najpiękniejsze pączki, zanim one jeszcze zdążą zakwitnąć. Idealna pogoda na książkę... a te oto pozycje dostałam od "Bluszcza" z dedykacją i pozdrowieniami od redakcji. Miło. Dziękuję.

Chciałabym mieć drugie życie. Życie tylko do czytania.

Wasza kroplą deszczu ubarwiona

2009-06-06

Smoczkowy dramat

Przeczytałam właśnie to ...
http://wiadomosci.onet.pl/1985013,11,item.html

Wróciły wspomnienia. Wspomnienia bolesne ze szpitala w Krakowie.
Było to 2,5 roku temu.
I widzę, że nic się od tamtego czasu nie zmieniło.
Przez sześć dni i siedem nocy z przerażeniem obserwowałam jak pielęgniarki wpychają noworodkom smoczki do buzi... smoczki ściągnięte z butelek, smoczki wypchane tetrową pieluchą z drugiej strony, żeby były twardsze. Dla pewności, że nie będzie się trzeba wracać po kilku minutach, pielęgniarki owijały resztą pieluchy dziecko, tak, żeby smoczek nie wypadł. Niektóre miały technikę wpychania pieluchy pod poduszkę.

Kilka razy udało mi się któreś z dzieci uwolnić...
Kilka razy pielęgniarki mnie nakryły i kazały zająć się własnym dzieckiem.
Milionów razy już nie widziałam...
Ale w pamięci mam każde z tych maluchów.

p.s wpadłam w sidła "Złodziejki książek"  Marcusa Zusaka i nie chcę się z nich wyplątać. Całe szczęście ma 500 stron. Wtapiam się w nią coraz bardziej, jak słońce w wiosenny pejzaż.
Książka inna, zupełnie, ale takiej szukałam. Narratorem jest śmierć... bohaterką dziesięcioletnia Liesel Meminger.
Wraz z bratem miała zostać oddana pod opiekę przybranych rodziców. Matka wiezie ich pociągiem do Monachium. Sześcioletni chłopczyk umiera na oczach siostry zmęczony podróżą i chorobą ... mimo wszystko matką ją oddaje. Z jedną walizką i skrywaną głęboko na dnie książką zostaje wyrwana siłą z samochodu pod domem państwa Hubermann... jest 1939 rok.

Zafundowałam sobie ostatnio lekką "Poczekajkę" Katarzyny Michalak i "Czerwony rower" Antoniny Kozłowskiej... pora na coś więcej, coś co już czuję zapadnie w mej pamięci tak jak ukochana "Dziewczyna z zapałkami" Anny Janko.



Miłego piątkowego wieczoru

Wasza nadal zachrypnięta

2009-06-04

Wizerunek Polski nagrodzony "Nike"

Doszłam do wniosku, że albo jestem taką delikatną panienką, albo coś tu nie halo z wielką promocją "Wojny polsko-ruskiej" Doroty Masłowskiej. Nie potrafię zrozumieć fenomenu akceptacji i promowania brutalności w czasach, kiedy wystarczająco sporo jest jej wokół nas i wręcz walczyć z nią Polska powinna, a nie ją promować i laurami obdarowywać.

Już sam wizerunek Borysa Szyca na plakacie działa na mnie odpychająco. Łysa pała, zafarbowane brwi, oczy usypane z działki amfetaminy, a w nich odbicie zabawy w seks z byle kim, byle gdzie i byle jak. Reszta plakatu też mnie nie zachwyca, tym bardziej, że plagiatem się okazał. A feee, nieładnie... Myślałam, że tylko niektóre zespoły się w coś takiego jak kopiowanie bawią, a tu okazuje się, że reżyser o takim nazwisku jak Żuławski, imieniu Xawery, też nie ma własnych pomysłów na promocję swojego dzieła.

Plakat plakatem, ale żeby książek nie czytać? I to nie byle jakich książek... chodzi o książkę na podstawie której własny film się kręci. To już jakiś absurd. Nie rozumiem, jak reżyser może stworzyć film odzwierciedlający książkę, przez którą sam nie był w stanie przebrnąć? Notabene główny bohater, czyli Szyc, też się poddał i gra "na sucho".
I tym oto sposobem, moim skromnym zdaniem nic im z tego nie wyszło. Jedynie jakaś niskobudżetowa produkcja, w której słowo kurwa brzmi jak "dzień dobry". Wszyscy się leją po pyskach, krew sika, kobiety wyglądają jak wycieraczki, które szacunek dla siebie wyssały z ostatnią kroplą mleka matki dawno temu i już nie znają jego smaku.
Oto proszę państwa przed Wami zekranizowana wizytówka Polski nagrodzona prestiżową nagrodą Nike, za najlepszą książkę roku 2006.

I w związku z tym do kina nie idę.
Zwiastun mi wystarczył , żeby się przekonać o tym, że zarówno Szyc, jak i bełkocząca coś pod nosem Masłowska tak strasznie mnie drażnią, że wolę kupić dzieciom mandarynki.
Przez książkę też nie jestem w stanie przebrnąć, choć próbowałam, a to dlatego, że zbuntowałam się na dobre, jak "takie coś" Nike dostało. I nie zwracam się tu epitetami "takie coś" w stosunku do Masłowskiej (każdy ma prawo pisać o czym chce, w jakim stanie chce, i kiedy chce) ale do książki, którą znawcy literatury uznali, za dzieło warte postawienia na tej samej półce co dzieła Szymborskiej, Miłosza, Myśliwskiego, Hartwig czy Tokarczuk... wstyd. To gwałt na języku polskim.
Nie wiem, może moja wrażliwość źle została oszlifowana i nie znam się na dziełach, które powinny mnie ruszyć. "Wojna polsko ruska " mnie nie rusza. Nie rzuca mnie na kolana. Ona mnie odrzuca.
Zabija we mnie to co piękne każdym splunięciem Szyca i każdym wulgaryzmem jakie aktorzy cedzą przez usta jakby im wstyd było, że tam grają, albo jakby nie zdążyli się ról douczyć.
Dla mnie kicz. Przez wielkie K. I głębokie dno.

Chyba musiałabym się naćpać tym białym proszkiem, żeby dostrzec coś pięknego w obrazie stworzonych przez Masłowską i Żuławskiego... może wtedy w otoczeniu brutalności i typowo polskiego "kurwa" człowiek czuje się jak na łące wśród maków, chabrów i stokrotek. A każde "kurwa" brzmi jak "alleluja" ...




2009-06-03

Nikt mnie nie namówi

Nikt mnie nie namówi na podróż samolotem. NIKT.
To jest strach, którego się nie da przełamać i nawet zapłacony lot z zapłaconymi wczasami na Majorce w hotelu stu gwiazdkowym mnie nie przekonuje.
Wiem, że tragedie takie jak ta z udziałem Airbusa zdarzają się niezwykle rzadko, jednak ja dziękuję za ryzyko spadania w dół, wprost do oceanu, przez 5 minut, a może nawet dłużej. Dziękuję za minę mojego dziecka siedzącego obok mnie... nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.
Ta niemoc, ta bezradność, ta całkowita pewność, że się śmierci człowiek nie wywinie. Że nawet nie warto walczyć. Nie warto też przypominać sobie przeszłości, bo człowiek i tak nie zdąży zebrać myśli.
W takim momencie można tylko zamknąć oczy i pomyśleć, że to sen, że to przejażdżka na karuzeli i zaraz podadzą watę cukrową.

Od czasów dzieciństwa śniły mi się samoloty. Zazwyczaj wojskowe. Bombardowały mój dom, albo latały nad głowami, a ja ukrywałam się w wysokiej trawie, pod łóżkiem, albo stałam jak posąg i nie potrafiłam kroku zrobić. Po tragedii Airbusa śnił mi się już samolot spadający na nasz dom... tak głęboko to do mnie przenika.
To taka moja fobia. Nie mam ich wiele, ale na samoloty patrzeć nawet nie mogę. Paraliżują mnie całkowicie.



2009-06-01

Z dialogów rodzinnych odc.3 - rozmowy (nie) kontrolowane

Siadamy do stołu i przeglądamy ulotkę z pizzerii.
Przed nami stoi wazon z kwiatami, pachną piwonie, irysy, róże i coś tam jeszcze (mamo wybacz, nie wiem co to :).
W kieliszkach oczekuje na pierwszy łyk czerwone wino.

- Kochanie, mam coś dla Ciebie - przerywa milczenie moja Druga Połowa
- Coś dobrego? - pytam
- Nie wiem czy dobre, ale dla Ciebie... popatrz w menu... niejaka "Oślica Górska" - dodaje, po czym zwija się ze śmiechu.

I to ten sam facet, który kilka dni temu posłał mi sms Kocham Cię jak Neptun kocha morza błękit i tak jak winogrona kochają słońce Prowansji.

Ja mu dam Oślicę Górską!!!
Nu Pagadi !!! 



2009-05-29

Szczerość szczerością, ale co na to mama

Wczoraj zostaliśmy zaproszeni przez syna naszego, przystojniaka pod muszką, na występy z okazji Dnia Matki i Dnia Ojca. Ja co prawda ledwo mówić potrafię, bo ktoś mi kaktusy w przełyku posadził, ale jakże bym mogła odmówić pierwszego szkolnego występu z tej okazji.
Nikt nie był w stanie odmówić. Takie występy serce radością napełniają.

Lolka wystrojona w spódniczkę, specjalnie na tę okazję wygrzebany naszyjnik z motylkiem i do kompletu spineczki dodane na poskromienie blond loków, ruszyła za bratem. No bo ona występować też chce. Chce i koniec. Oni są jak bliźniaki syjamskie... mimo różnicy prawie sześciu lat.
Gdzie On tam Ona.
Gdzie Ona tam On.
Gdzie Oni tam My.

Występ był udany, cała dziewiętnastka dzieciaków wczuła się w role i co najważniejsze dobrze się przy tym bawili. Patrząc na nich miałam wrażenie, że obserwuję trzecioklasistów, a nie pierwszoklasistów...   jacyś tacy dojrzali, odpowiedzialni, skupieni się mi wydawali.
Nikt się nie oglądał, nie zawijał z nerwów sukienki w rulon, nikt nie podskakiwał w miejscu, ani nie dłubał w nosie. Świetna z nich klasa. Spisali się na medal. A panie nauczycielki na dwa, bo ich uśmiechy otulają ich na każdym kroku. Niesamowite kobiety.

Po występie nadszedł czas konkursów. Jeden z nich polegał na tym, że rodzice mieli podejść do karteczek rozłożonych na stoliku, na których było wypisane co lubi mama, czego nie lubi, co lubi tata, a czego nie lubi i co lubi dziecko, a czego nie lubi. Zadaniem rodziców było odgadnięcie spośród 19 takich zestawień, gdzie ukrywa się czyja rodzina.
No i zgadłam... za pierwszym razem się udało.
Charlie zamknął nas w tych słowach:

Moja mama lubi siedzieć przy komputerze. (mógł napisać pracować, bo nie zawsze przy komputerze tylko siedzę :)
Moja mama nie lubi gotować obiadów. (to Ci Mama ... wstyd :)
Mój tata lubi jak jesteśmy grzeczni. (no tak, prawda to)
Mój tata nie lubi kiedy jesteśmy niegrzeczni. (logiczne :)
Ja lubię się bawić.
Ja nie lubię siedzieć w pokoju.

Ciekawe były teksty innych dzieci, na przykład, ja nie lubię sera z dziurami, ale bez dziur lubię; moja mama lubi święty spokój, albo moja mama nie lubi mojego taty... ojj ta spostrzegawczość dziecięca.
Czasem nawet nie zdajemy sobie z niej sprawy.
Więc bądźmy ostrożni, bo mogą się zdarzyć wpisy moja mama lubi chodzić po domu nago, albo mój tata lubi pierdzieć w kanapę. I co wtedy?
Śmiech na sali będzie :)



2009-05-27

Ulotność życia

W sobotę przez nasze miasto przetoczyła się burza. W kilka minut niebo z lekko szarego zmieniło się w przerażająco granatowe kłęby, które z szybkością koni wyścigowych dogoniły nas i w ostatnim momencie uciekłam z dziećmi do domu.
Niebo zmarszczyło się złowrogo...
Deszcz zaczął odbijać się głośno od desek tarasowych...
Wiatr niczym łuk wystrzelony w procy przecinał wszystko co na swojej drodze spotkał.
Na jednej z ulic w centrum przeciął drzewo... konar spadł na przejeżdżający samochód. Młody, trzydziestotrzyletni mężczyzna wysiadł, żeby je ściągnąć z maski swojego samochodu. Nie spodziewał się kolejnego ataku przeznaczenia.
A jednak, druga gałąź spadła na niego.
Nie przeżył. Zmarł w szpitalu.
Zostawił żonę i dwoje małych dzieci. Znałam go... nie osobiście, ale wiem kim był, gdzie pracował. Zawsze uśmiechnięty, uprzejmy, zwyczajny niezwyczajny mąż i tata. Dla trzech osób cały świat. Dla wielu innych wspaniały człowiek.
I już go nie ma.
I zrozumieć nie mogę czemu w tak prozaiczny sposób ludzie tracą życie...


Wnuczka mojej przyjaciółki blogowej ciężko zachorowała.
Nagle. Bez objawów. Bez silnego podmuchu osłabienia sugerującego chorobę... radosna pięcioletnia dziewczynka, taka jakich mnóstwo widzi się na co dzień. Stwierdzono siatkówczaka, raka oka, nie będzie już widzieć. Nie wiadomo co dalej.
Modlę się za nią, bo do jasnej cholery nie tak miało jej życie wyglądać !!!

Kruchość życia jest nam obca, wydaje się odległa, nienamacalna, tak daleko oddalona od codziennego zawirowania... ale obca tylko dopóki nie zacznie kruszyć życia, w którym gramy główne role.
Później kotara opada i wówczas to już zupełnie inny teatr.



2009-05-21

Moja kochana V.

Jedyne, co mogę robić, to udawać, że piszę coś bardzo ważnego, lub czytać coś pod pozorem, że przygotowuję się do książki, której nigdy nie napiszę. Oto sedno mojej skargi

                 Virginia Woolf, 28 czerwiec 1923 r.


Suma sumarum, do śmierci w 1941 r., Virginia Woolf napisała 10 powieści, 10 utworów niepowieściowych i 3 opowiadania... a zatem jestem na dobrej drodze... 3 opowiadania już mam. Jeszcze tylko 20 utworów, a potem kupię sobie domek na włoskiej plaży i będę już tylko czytać.
Achchch... jak ja lubię sobie pomarzyć stojąc na moim boskim tarasie z filiżanką kawy w dłoniach. Róże zakwitły, pelargonie zawisły na balkonie, wierzba zakupiona, trawnik wykoszony, pranie puszczone, gulasz się gotuje, siku w nocniku, praca wzywa... ale dziś chyba zrobię sobie wolne, bo słońce puszcza mi oczko.
 
 
 

2009-05-19

12 przykazań idealnej żony

W e-mailu od Melli dostałam tekst odpowiedni na pogodę za oknem. Kobiety zawsze potrafią sobie poprawić humor.

Co mąż chciałby usłyszeć od swojej żony...
1. Kochany, jesteś pewien, ze wypiłeś już wystarczająco dużo?
2. Postanowiłam od dzisiaj chodzić po domu nago.
3. Wyskoczę pomalować płot w ogródku.
4. Czy nie powinieneś teraz być z kolegami w pubie?
5. Tak mnie podniecasz kiedy jesteś pijany!
6. Kochanie, ja wiem, że katar to straszna choroba... Może położysz
się do łóżka, a ja zrobię obiad, posprzątam, skoczę do sklepu po piwo i zagrzeję je dla Ciebie - ten duży garnek nie będzie za mało? Na pewno wystarczy?
7. Oczywiście kochanie, za rok też będziemy mieli rocznicę ślubu.Idź obejrzeć mecz z kolegami.
8. Słuchaj, zarabiam wystarczająco dużo. Po co ty masz pracować?
Lepiej naucz się grać w pokera.
9. Kochanie, nasza seksowna sąsiadka założyła swoja nową
minispódniczkę. Musisz to zobaczyć!
10.Nie i jeszcze raz nie! Ja wezmę samochód i wymienię olej!
11.Kochany co powiesz na to: wypożyczymy jakieś dobre porno, kupimy skrzynkę piwa, a ja zawołam moje koleżanki na seks grupowy?
12.Zapisałam się na jogę aby spróbować wszystkie pozycje z kamasutry.

Moje Drogie Panie i Panowie, oczywiście, że to tylko stereotyp.

Mimo wszystko na 12 pkt, zaznaczam 8, które wiem, że krążą po głowie mojej Drugiej Połówki. A może nawet więcej ... zapytam jak wróci.
Miłego dnia

2009-05-14

Z dialogów rodzinnych odc.2 - rozmowy (nie) kontrolowane

- Mamo, dzie jesteś? - pyta moja dwudziestoośmiomiesięczna córcia, już dziesiąty raz tego dnia.
- Tutaj - odpowiadam rozglądając się automatycznie za czapką niewidką.
- Mamo co robisz? - wypowiada swoje ulubione pytanie.
- Sprzątam, gotuję, piorę, prasuję, podlewam, staram się pracować, mam pilny telefon, czytam, próbuję pisać, uczę się, obieram ziemniaki  ... - odpowiadam w zależności od pory dnia.
- Juja ce pomóc mamie? - odpowiada dziecię moje z uśmiechem przyklejonym do małej buźki.
- Nooo nie za bardzo, mamusia się śpieszy, idź się pobawić na chwilkę (tak naprawdę to mamusia jest wykończona Twoją aktywnością)
- Nie... Juja ce pomóc mamie - odpowiada Lola i beztrosko, zupełnie nie przejmując się odmową, drapie się na krzesło, żeby mieszać jarzyny na płycie elektrycznej; wyrywa mi mopa, żeby umyć taras; przelewa kwiatki ze zbyt ciężkiej konewki; wiesza pranie tak, że wszystko leży obok suszarki; naciska mi wszystkie przyciski na klawiaturze w pilnym poszukiwaniu Misia Uszatka; zamiata okruszki pod tapczan; zmywa garnki mocząc pięciokrotnie rękawy i w międzyczasie sika w majtki, spada z krzesła, z huśtawki, płacze bo ją mucha goni, piszczy na widok samolotu i piasku w butach ...

Każda potencjalna próba zainteresowania Loli lalkami, wózkami, klockami, książkami, a nawet bajkami w tv, kiedy tylko wycofuję się na paluszkach kończy się jej głośnym :

- Mamo dzie idziesz? Juja też chce iść tam dzie mama - po czym wstaje dziecię moje i biegnie za mną radośnie podskakując :)

A jak ją okrzyczę, bo przecież czasem nie da się angażować dwulatkę we wszystko co robię, to objęła agentka nową taktykę i stoi z wyciągniętymi w górę rączkami i potrafi kilkanaście razy powtórzyć:

- Mamusiu pepasam, pytul Juje; pepasam, pytul Juję ... (czyt. przepraszam, przytul Julię)

Są takie dni, że jestem wyczerpana byciem mamą i zwijaniem wianków z mleczy ... ale czyż nie wyszedł nam wspólnie piękny wianek? :)

 

Wasza zabita trzepotem rzęs tej małej anielicy
Virginia

2009-05-09

Virginia w "Bluszczu"

Kiedyś, kilka dobrych lat temu, był taki moment w naszym życiu, że miłość gdzieś zabłądziła, przykucnęła w ciemnej bramie i przestała chwilowo oddychać.
To były trudne chwile, ale być może potrzebne, żeby mogła narodzić się ponownie. Wyjść ze skorupy ulepionej z zapomnienia, zaniedbania i codziennych złośliwości.
W porę zdążyliśmy ją reanimować, daliśmy jej nowe życie i obecnie nie wyobrażam sobie dnia bez faceta, który właśnie leży na kanapie i ogląda Harry Pottera. I bez tego smyka, który leży obok niego i zadaje już setne pytanie, też nie... i bez tej małej lolitki, która gada jeszcze więcej, ale już śpi, też nie.

W listopadzie zeszłego roku na blogu opublikowałam pewien króciutki liścik do ukochanego. Takie zwykłe-niezwykłe słowa, które chciałam mu podarować na dwunaste wspólnie obchodzone urodziny. Coś innego niż proste wszystkiego najlepszego.
Miesiąc później zamówiłam sobie prenumeratę pisma kobiecego "Bluszcz". Jedynego jaki prenumeruję. To tam zatrzymuję się zawsze na stronie "Listy miłosne", bo miłość jakoś tak optymizmem mnie napawa, pozytywną energią wypełnia i zawsze chętnie, nawet tej zupełnie obcej się przyglądam. Wpajam w nią, przenikam, próbuję dostrzec z bliska.
Wtedy, po przeczytaniu kilku liścików, postanowiłam wysłać ten mój listopadowy do redakcji. Ktoś powie ale po co, przecież już przeczytany był, przecież nie ma w nim nic specjalnego, taki zwykły lodówkowy, pod magnes się nadający, co najwyżej na kartkę w herbaciane róże.
Ale problem w tym, że mi się magnesy skończyły...

Wysłałam 3 marca.
Podziękowali.
Obiecali się odezwać jak zdecydują się na publikację.

Do dziś dnia cisza. Miesiąc temu straciłam nadzieję. Dwa tygodnie temu to już zupełnie o tym zapomniałam.

Wczoraj po powrocie z badań, zdjęć i ociekająca stresem postanowiłam zajrzeć do skrzynki licząc właśnie na relaksującego mnie zwykle "Bluszcza". Wytargałam wielką brązową kopertę z małej skrzynki pocztowej, bo listonosz nadal nie zakumał, że wpychanie od góry oznacza zaklinowanie się przy wyciąganiu... dużej koperty, paczki, lub jak to było statuetki konkursowej. Nasapałam się odpowiednio, namarudziłam przy jej zamykaniu i odjechałam z w stronę domu.
Rzuciłam na stół i zapomniałam, bo dom wymagał mojej natychmiastowej reanimacji i małe sępiki głodne były.

Dopiero po dwóch godzinach usiadłam do kawy, obłożyłam się ciasteczkami i zaczęłam delektować każdą stroną. Jakoś tak ta gazeta przenosi mnie w czasy Virginii Woolf, w czasy falbaniastych sukni, kapeluszy i gentelmenów.
Przeglądałam stronę za stroną i nagle prawie zakrztusiłam się przełykaną właśnie kawą, patrzę na stronę 21, a tam obok dwóch innych listów miłosnych słowa jakieś znajome, tak dziwnie podobnie brzmiące do moich.
Patrzę, a tam nawet pseudonim identyczny... Virginia.

Więcej chyba pisać nie muszę. Wiecie już jak ja reaguję na takie niespodzianki. Druga Połowa prawie zasłabła... docenia... obrasta w dumę... kocha...

Taki niepozorny, lodówkowy liścik, a został doceniony wśród setek i opublikowany ... dziękuję :)
A sam liścik jest w archiwum listopadowym 2008.
Pamiętajcie o miłości, doceniajcie ją, wspierajcie, przytulajcie.
Ona potrzebuje Was tak samo jak Wy jej.
Jak się o niej zapomina, to ona potem w tę ciemną bramę ucieka i usycha w samotności... nie pozwólcie jej się oddalić.

Wasza przez redakcję "Bluszcza" wyłowiona
Szczęściara Virginia :)




2009-05-06

Przegląd trwa

Aktualnie ciało i dusza moja znajdują się w przeglądzie.
Wczoraj prześwietliłam się panoramicznie.
Dziś czeka na mnie dentysta z lampką na głowie i pięknym uśmiechem.
Jutro badania przewodnictwa nerwowego prawej ręki, fotki kręgosłupa i stóp, bo halluksy mam takie, że jak mi ich nie wytną, to niedługo będę musiała w butach ze słomy chodzić.

W nocy pewnie sen, o tym jak to na złom mnie wywożą, rozkręcają i do działu "zużyte trzydziestki" rzucają. Pojutrze depresion :)

Nie cierpię polegać na polu bitwy. Nie poddam się. Tyle rzeczy do zrobienia. Tyle zmian przede mną. Czekam na cudowne uzdrowienie ciała, bo dusza zakwitnie jak ciało się podniesie.
Gdzieś kiedyś przeczytałam, że ból jest kompostem, na którym lubi kwiat lotosu zakwitnąć.
A zatem warto przetrwać.

p.s dziękuję Wam Drodzy Czytelnicy za pierwsze komentarze dotyczące mojego opowiadania. Przepraszam, że oprócz kosztów książki narażam Was też na zakup wagonów chusteczek higienicznych :)

Wasza wdzięczna za każde słowo
Virginia



2009-05-01

Majowy armagedon

Kocham miejsce, w którym mieszkam. Miłością, która mam nadzieję nigdy nie napije się wody sodowej i nie pokocha nagle z powrotem miasta. Bo miasto jest piękne, ale tylko nocą na zdjęciach... a wieś jest piękna w ciągu dnia. Nocą jest ciemna, ale nocą to ja próbuję spać, więc ciemność jest wskazana.

Nigdy już nie będę marudzić, że ta ciemność mnie przeraża; że jak zapomnimy doturlać kubeł na śmieci na główną drogę, to zostaniemy z pełnym; że w zimie mamy jak na Alasce i toniemy w śniegu; że listonosz trąbi pod domem dwa razy, po czym zawraca i jeśli nie zdążę w tym czasie wybiec z łazienki, porzucić gdzieś dziecka, gotującego się obiadu, ważnego telefonu to on zwyczajnie odjeżdża i ma mnie wiadomo gdzie; że mamy trąby powietrzne, które są zabójcze dla rzeczy materialnych znajdujących się w naszym ogrodzie i gniazdo "czegoś niewiadomego" wiszącego pod dachem...

Utrudnienia te są niczym w porównaniu z przeprawieniem się przez miasto z dwójką dzieci w dniu takim jak dziś, gdzie wydaje się , że ludzie zaopatrują schrony przeciwbombowe, albo budują przydomowe arki noego i koniecznie muszą być tego roku bardziej reprezentatywni i kreatywni od sąsiada zza płotu.

Ale do tego trzeba się odpowiednio przygotować, a zatem ...
Korki na światłach, rondach, parkingach, stacjach benzynowych i wszędzie tam, gdzie można kupić coś co sprawi, że sąsiad zza płotu owinie się pięć razy firanką nim wyłapie ciekawskim wzrokiem nowy nabytek.
Wszędzie głośne k..rwa, ja pierd ..., jak jeździsz de...lu, matole, tumanie, ośle, krowo, głupia babo itp. W najlepszym wypadku kończy się na trąbieniu i puszczaniu kierownicy w celu stukania się w czoło, bądź gestykulowania w języku migowym chińskim.
Bo weekend majowy zobowiązuje... weekend majowy to przecież nie byle jaki weekend choćby z tego powodu, że nazywa się majowy i nie wypada nic w majowy weekend nie robić.
Nagle każdy obywatel naszego kraju, nie zapominając o wielkim święcie chce być szczęśliwym posiadaczem kremów do opalania, złocistego piasku w piaskownicy, wykoszonego trawnika, czerwonych pelargonii na balkonie, nowego piętrowego grilla, ławeczki z ażurowym wzorem na oparciu, kocyka w polne kwiaty, koszyka wiklinowego biwakowego, pełnej lodówki, sernika, jabłecznika, makowca  i pięciu skrzynek z piwem ...
Flagi nie musi być.
No chyba, że się znajdzie, ale... nie no... prać trzeba. Bez sensu.

I tak sobie myślę teraz po dniu spędzonym poza domem i po obserwacjach ludzkiego gatunku, który pięknie majowo usta w rulon formuje i k... rwami rzuca, że ten majowy ARMAGEDDON nie jest dla mnie. Nie nadaję się na takie walki o miejsce parkingowe atakowane z pięciu stron; o śmierdzącą kiełbasę wykładaną specjalnie w takim dniu przedwczorajszą, bo i tak się sprzeda i o pięćdziesiąt świeżych bułeczek na rodzinę, jakby w sobotę piekarnie strajk miały.

Nawet nie chcę myśleć o tym, co się będzie działo w 2012 roku, kiedy to ma nastąpić ponowny koniec świata :)

Nie dajcie się zwariować.
Odpocznijcie.

Tego Wam życzę JA
Virginia (z leksza posiniaczona sklepowymi wózkami widmo wjeżdżającymi mi w nogi :)



2009-04-26

Dostałam skrzydeł

Uśmiech nie schodzi z ust, mam energii za dwóch, pięciu, a może i tysiąc, bo trzymam w dłoniach to:

  

"7 kolorów tęczy" Moniki Sawickiej, jeden z pierwszych egzemplarzy, jeszcze intensywnie drukiem pachnący, a w nim... moje konkursowe opowiadanie "Noc Aniołów".
Nie muszę chyba pisać jak się czuję? Tego nie da się opisać. To trzeba przeżyć, żeby zrozumieć, jak rodzi się dziecko nie będące dzieckiem z krwi i kości, tylko składające się ze stron i słów.

Idę świętować dalej (czytaj: przeglądać, wertować, wąchać, podczytywać, wpatrywać się w okładkę, przednią i tą piękniejszą tylną, z lewej, z prawej , z profilu, w świetle dziennym, nocnym, w wannie, pod kołdrą )


Dziękuję Monice Sawickiej za ten Konkurs i za jej anielskie skrzydła, którymi od dwóch lat mnie przytula, mimo iż jej samej czasem nie ma kto przytulić.
Dziękuję jurorom, za trzecie miejsce.
Dziękuję mężowi za miłość i wsparcie we wszystkim co robię.
Dziękuję dzieciom, za uśmiechy jakimi obdarowują mnie każdego dnia.
... to Wasza trójka dała mi siłę do napisania tego opowiadania, w którym każdy z Was znajdzie siebie... kocham Was!!!

Dziękuję też Mamie, Babci, Siostrze, Teściom, Szwagrowi i jego rodzinie, oraz Przyjaciołom, znajomym i duszyczkom blogowym, za to, że jesteście ze mną w takich momentach i przyjmujecie na siebie mój uśmiech.
Dziękuję.

Wasza świeżo uskrzydlona
Virginia

 
                                    

2009-04-23

Korridą po książki

Dziś Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich.
Biorę byka za rogi (czytaj taczki w dłonie) i nie ma mnie. Jadę zaraz do Empiku i zamierzam coś nabyć, bo tylko dziś kupując 3 płaci się za 2, więc  jeśli ktoś jeszcze nie wiedział, to teraz już wie.
Przeczytałam też, że do każdego zakupu różę dodają. Zupełnie jak w Hiszpanii... ale niespodzianka !!! Miło, że w końcu Dzień Książki w Polsce zaczyna przypominać pomału te w innych krajach, choć jeszcze daleko nam do np. Londynu, gdzie są księgarnie, w których na co dzień można mieć 3 książki płacąc za dwie... ach, że my tacy zacofani w czytaniu jesteśmy. Szkoda.
A w Hiszpanii, gdzie narodził się pomysł na takie celebrowanie czytelnictwa, dziś mają święto narodowe i wszyscy czytają. Zatem dziś wlewam w duszę odrobinę hiszpańskiego temperamentu i lepiej , żeby pan od kręgosłupa miał dla mnie dobre informacje, bo jak nie to z byka go potraktuję :)

Zatem miłego dnia kochani.
Kto zakupi dziś jakąś książkę proszę się natychmiastowo pochwalić. Albo chwalcie się takimi, które macie w pamięci... Które wpłynęły na Was jakoś specjalnie... Które pokochaliście od pierwszych stron.



2009-04-16

Chwilowo się kręcić przestałam

Przegrałam. Poddaję się. Pójdę na kolanach do Częstochowy tylko niech ktoś wymieni mi kręgosłup. Na lepszy model. Najlepiej od zaraz, albo nawet od wczoraj.
Stary się już nie nadaje do niczego, strasznie boli, nie pozwala w nocy spać i zastrajkował na dobre. Do strajku namówił też lewą nogę i prawą rękę. Oflagowały się mendy i drętwieją, tracą siły w najmniej odpowiednich momentach.
Jak tak dalej pójdzie to niedługo moje dzieci będą matkę trzydziestolatkę na wózku pchać... jasny gwint nie poddam się... słońce świeci, jabłonie kwitną, taras mam prawie gotowy... chcę mieć siły na grę w piłkę, jazdę na rowerze i skakanie w gumę z Lolą. A tymczasem, żeby wykonać proste czynności muszę nafaszerować się lekami jak indyk warzywami na boże narodzenie.

W przyszły czwartek mam wizytę u lekarza.

I nie ma drogi panie, że dwie minuty, stówę na stół, do widzenia, następny.
Ja chcę wiedzieć co mi jest i co mi będzie.
... tak proszę pana, mam to genetyczne odziedziczone po babci, prababci i praprababci.. tak, chodziłam na szpilkach mimo, iż nie mogłam... tak, nosiłam kilka lat ciężkie kartony wypchane po brzegi kosmetykami, bo byłam głupia i myślałam, że mnie genetycznie ominęło.. tak, mam w domu dwa misie koala i oby dwa wisiały na mnie dosyć długo, a ja nie miałam sumienia odrywać ich od matki... tak, lubię szaleć z dziećmi i skaczę ukradkiem, jak sąsiedzi nie widzą, na trampolinie wysoko ku niebu i śmieję się głośniej od moich dzieci... a podobno śmiech to zdrowie.
Tak, chcę być zdrowa i nie chcę już przeżywać bóli porodowych lędźwiowych co miesiąc wraz z przyjazdem troli. Tak, będę już grzeczna i pracę w terenie zamieniam pomału na pracę siedzącą. Wdrażam się, szkolę, i od nowego roku myślę, że starą pracę na nową będę mogła zamienić. Poniekąd z konieczności. Poniekąd z wyboru.
To tyle skargi na dzisiaj...

A ze spraw przyjaznych mojej duszy, doczekać się już nie mogę na Światowy Dzień Książki. Przeglądam wszystkie możliwe księgarnie internetowe i porównuję oferty specjalne jakie na ten dzień proponują. Empik na przykład daje 3 książki, a płaci się za 2.
Oferta podlega wielokrotności, więc lepiej żeby mi ktoś kartę odebrał tego dnia, bo mogę wpaść w dziki szał, a że nosić mi nie wolno, to z taczkami tam wparuję :)
Ale aż się chce zasiąść w wiklinowym fotelu na nowym tarasie, który wygląda jak molo prowadzące do morza ... zatopić się w lekturze, usta zanurzyć w ciepłej kawie, po czym usłyszeć po kilku linijkach ....mamooo, chcem się uśtać, mamooo chcem do piasiu, mamooo mam siusiu, mamooo chcem skakać ... mamooo, mamoo, mamoo .

Czym byłby dzień bez dzieci?
Byłby ciszą.
Czy chcę tej ciszy?
Jeszcze nie teraz.

p.s bardzo wszystkim dziękuję za życzenia świąteczne, zarówno te na blogu jak i na skrzynce mailowej.

Dobrej nocki
 
 
 

2009-04-12

Wesołego Alleluja

Niechaj nadchodzące Święta przyniosą Wam radość i wewnętrzny spokój,
pozwolą na chwile wypoczynku i refleksji, na które brakuje nam czasu;

niech promienie słoneczne wypełnią Wasze dusze wiosennym blaskiem
i pozwolą na spontaniczne szczere uśmiechy;

niechaj Święta te będą czasem odpoczynku od zgiełku współczesnego świata i przyczynią się do tego, że z nowymi siłami, a przede wszystkim z nadzieją podejmować będzie można kolejne życiowe decyzje;

i zdrowia dużo ...
i wielkanocnych pisanek ...
i szynki z chrzanem ...
i wiadra wody dla ochłody ...

Wesołego Alleluja !!!
życzą

Kurka Virginia, jej Kurczak
i ich pisklęta 


2009-04-08

Ludzie o nieswoich duszach

Wielu ludzi na świecie choruje. Na różne choroby.
Tak naprawdę to każdy jest na coś chory.
Albo na ciało, albo na duszę.
Ciało umiera, więc zrozumiałe poniekąd jest, że większość z nas nie dba o nie, ale dusza podobno żyje, zatem czemu nie dbamy o to by była wiecznie kwitnącym kwiatem? Czemu o niej zapominamy, czemu jej nie pielęgnujemy, nie doglądamy, nie przesadzamy? Czemu pozwalamy by obsiadły ją mszyce? By uschła.
Często przyglądam się różnym ludziom. I z przykrością stwierdzam, że wielu z nich nie ma duszy... To tak, jakby umarli za życia.
Zostaje tylko ciało i wyuczone jak tabliczka mnożenia schematy dnia.
... Pobudka. Silna kawa. Noga na pedał gazu. Praca. Zdrada. Praca. Alkohol. Dom. Pieniądze. Jedzenie na wynos. Półsen...

Każdy kolejny człowiek natykający się na takiego bez duszy żyje podobnie, i tym oto sposobem usycha dusza za duszą. Żyjemy nie tak jak podpowiada nam nasze wnętrze, tylko tak jak żyje sąsiad, przyjaciel, stary kumpel z podwórka... pędzimy gdzieś... bo wszyscy tam pędzą. Ale dokąd? Czy ktoś wie dokąd? Czy to w ogóle kogoś interesuje dokąd?
Żyjemy nie dla siebie. Żyjemy dla innych. Karmimy obce dusze, a nasze głodzimy. Klaszczemy kiedy wszyscy klaszczą, śmiejemy się kiedy wszyscy się śmieją, nie płaczemy, bo wstyd. Wszystko wiemy, wszędzie byliśmy, wszystko widzieliśmy, nic nie jest nam obce. Takie komary napełnione cudzą krwią.
Ludzie o nie swoich duszach.

Boimy się mówić o tym, co czujemy, co myślimy, bo... co ludzie powiedzą?
Boimy się inności. Odmienności, bo ona jest już dziwactwem.
A tak naprawdę boimy się siebie.
I idziemy na łatwiznę, bo dusza ogólnospołeczna jest łatwiejsza do życia.
Jest bezproblemowa.
Jest akceptowana.
Jest glamour...
Nie trzeba się wówczas wysilać i tworzyć własnego "ja".
I nie trzeba za to "ja" odpowiadać.

... a ja jednak chyba wolę się wysilić 



2009-04-04

W telegraficznym skrócie

Charlie ma jutro urodziny. STOP. Od tygodnia jestem chora. STOP. Myślałam, że się wyzbierałam już, ale nadal stan mojego przekichanego wieczoru jest kiepski. STOP. Kiepski ponieważ wczoraj w krótkim rękawku umyłam 5 normalnych okien i 4 duże tarasowe, bo wydawało mi się, że już dłużej tego widoku nie zniosę. STOP. W związku z tym, dziś robiąc zakupy trzęsłam się z zimna przy 21 stopniach. STOP. Fala infekcji zrobiła nawrót i cierpię. STOP. Cztery godziny temu dom opuścili koledzy Charliego. STOP. Jeszcze mi huczy w głowie. STOP. Nie byłam w stanie odmówić im godzinnej zabawy w chowanego. STOP. Zasnął z uśmiechem na ustach. Uroczy widok. STOP. Jutro ciąg dalszy urodzin i nadjedzie dziesięć sztuk rodziny. STOP. Chomik już pochowany. Nie zmartwychwstał. STOP. Chyba nie kupiłam sera do sałatki. STOP. Znowu zimno mi w stopy. STOP. Wymarzony taras rośnie w oczach. Jeszcze dwa tygodnie i wyjmę leżaki. STOP. Sześć suszarek prania jest złożonych i gotowych do prasowania. STOP. Nowa asystentka od dwóch dni nie odpowiada. Nie mam sił szukać nowej. STOP. Nie wiem co się ze mną dzieje, że zasypiam w wannie. STOP. Wypadało by pochować już czapki, kurtki i zimowe buty. STOP. Nie ma chętnych, żeby pomyć zimowe buty. STOP. Zamówiłam tort dla 12 osób, a będzie nas 14. STOP. Sylvia Plath fascynuje mnie coraz bardziej. STOP. Miałam umyć podłogę, a piszę telegram. STOP. W pracy dostałam premię. Jednorazową. STOP. Premii już nie ma. Zamówiłam dzieciom piaskownicę. Reszta wypłaty poszła w taras. STOP. A nadal nie mam odpowiedniego kremu na dzień. Stary mnie wkurza, bo się łuszczę. STOP. Miałam jutro nie szaleć z przygotowaniami, a znowu mnie poniosło. STOP. Czemu ja nie umiem uraczyć gości samymi kanapeczkami tylko zawsze muszę kombinować od szóstej rano w kuchni, co zrobić, żeby się wyrobić, z tym co zrobić zamierzam... STOP. Ale jak wstanę o szóstej to zobaczę przez okno w kuchni sarny i szaraki i bażanta, który spędza z nami już trzeci rok. STOP. Druga połówka leży na kanapie. STOP. Czemu ja bezczynnie nie umiem leżeć na kanapie, tylko zawsze jakąś robotę sobie znajdę? STOP. Idę umyć sanitariaty, bo jutro nie zdążę, bo już na jutro podłogę przełożyłam. STOP. Książka z moim opowiadaniem zmieniła premierę z 15 maja na 6 maja. STOP. Zapomniałam odwiązać balony z pola wskazujące rodzicom kolegów Charliego drogę do nas. STOP. ... ... ...
Skończył mi się papier telegraficzny.
Na szczęście.
Dobranoc :)



2009-04-01

Ogłoszenie parafialne

W związku z tym, iż doszłam do wniosku, że chyba Was odrobinę zanudzam postanowiłam zawiesić działalność bloga na czas nieokreślony.

Wszelkie prawa, roszczenia i reklamacje proszę kierować do mojego menagera, który aktualnie jest niedostępny, bo zawiesił działalność menagerską z dniem dzisiejszym na czas nieokreślony.

Niedostępny jest również nadal mój sekretarz - chomik. Mimo informacji, iż podobno chomiki zapadają w sen zimowy i zmartwychwstają po kilku dniach, nadal nie potwierdzam wiarygodności owych zapewnień. Moje próby reanimacji ciepłym powietrzem z suszarki do włosów nie przyniosły zamierzonych efektów i oprócz nowej fryzury nic się w jego sztywniactwie nie zmieniło.
Nadal chomik is dead.
Nadal nie wiem jak przekazać tę informację Charliemu.
Ale daję sobie jeszcze dwa dni na reanimację.

Pozdrawiam.
Przepraszam.
Dziękuję.
... i dobranoc.
Jadę szukać swojej Isabel.

Wasza niefrasobliwa
Virginia

Czary mary idzie wiosna

Zapragnęłam włożyć nogi w donice i zakwitnąć. Stąd nowa oprawa graficzna bloga, bo ja już w tej zimowej hibernacji trwać nie zamierzam... bo ileż można. Stwierdziłam, że jak mi margaretka na głowie zakwitnie to wiosna mi pozazdrości i kwiatem łąki obrzuci.

Czas letni mi sprzyja i wbrew wygłaszanym opiniom nie dopadła mnie żadna menopauza wiosenna, wręcz przeciwnie, z tym kwiatem we włosach i jasnością za oknem jest mi znacznie lepiej na duszy. Nie chce mi się spać, znowu pięć godzin zaczyna wystarczać, energię odzyskuję i nowe plany i marzenia wyłuskuję ze skorupek zapomnienia. Do dzieła.

p.s
smutne tylko dziś to, że chomik Tuptuś zesztywniał :( Biedne małe stworzonko. Zapakowałam go w pudełko po perfumie i pójdzie do ziemi.
Lola na szczęście uwierzy, że wyjechał do sanatorium, ale Charlie jeszcze prawdy nie zna ... aktualnie chomik przebywa u weterynarza na badaniu.
Nie lubię ich kłamać, ale czasem jestem zmuszona, bo ich serca są strasznie słabe w takich momentach, byłby wielki płacz, lament i żałoba :(


Wasza wiosennie margaretką przystrojona
Virginia
 
 
 

2009-03-27

Marzy mi się Paryż

 

Na stole stoją trzy czerwone tulipany, wpatruję się w nie i próbuję zaciągnąć się wiosną, której nie ma... dłonie mi marzną i kaszlę jak stary trabant i wszystko mnie boli, bo zima podkulić ogona nie chce i puka ciągle śniegiem w szyby i nadwyręża moją słabą odporność.
Żeby nie zapaść ponownie w sen zimowy ciągle coś robię, gdzieś biegam,coś przekładam, układam, gotuję, sprzątam, a wieczorami moczę tyłek we wrzątku... wiem, wiem, powiecie, że niezdrowy, bo cellulit powiększa, ale trudno, nie ma wiosny, to będzie cellulit.

I czasem w tej wannie zamykam oczy i przenoszę się do Paryża. Zasiadam w kafejce na wiklinowym fotelu, zakładam nogę na nogę... podchodzi do mnie kelner w wygotowanej do śnieżnej bieli koszuli i z ręką założoną za plecy przynosi mi francuskie bułeczki i białą kawę. Wystawiam twarz do słońca, zdejmuję okulary, wsłuchuję się we francuskie "rrrrr" i... zasypiam w wannie  :)

Kocham Paryż... mimo, iż jeszcze w nim nie byłam. Pragnę fotografować paryską codzienność, kupić francuską gazetę, słuchać francuskiej muzyki. Nie ciągnie mnie do zabytków... ciągnie mnie do paryskiego wnętrza, do jego duszy, do miejsc, w których spędziło swe życie wielu artystów... chcę przejść główną siedzibą bohemy artystycznej - dzielnicą Montmarte, gdzie swe lata spędzili Pablo Picasso, Amadeo Modigliani, Van Gogh, Fryderyk Chopin i wielu innych. To historyczny fragment Paryża otoczony starymi kamieniczkami, w którym obecnie odbywa się targowisko księgarzy, gdzie jest prawdziwa winnica i Moulin Rouge.
Poza tym chcę odwiedzić grób Edith Piaf, Juliusza Słowackiego,Chopina, Modiglianiego i Oskara Wilde... i chcę tam być długo, aż mnie głowa z tego francuskiego rozboli, aż mi się aparat zmęczy, aż mi kostka brukowa w plecy wejdzie, bo je t'aime Paris :)


 

A tymczasem, zanim do Paryża się udam, zrobiłam sobie pierwsze butelkowe decoupage ... Paris La ville d' amour - Paryż miasto, które kocham.

Wasza
La Virginiaaaaa 

2009-03-23

Wygrałam walkę o Sylvię!

"Czasami śnię o drzewie,
to drzewo to moje życie,
jedna gałąź to mężczyzna, którego poślubię,
liście to nasze dzieci.
Kolejna to moja przyszłość pisarska,
a każdy liść to wiersz.
Następna... to błyskotliwa kariera naukowa.

Kiedy próbuję wybrać... liście żółkną i odlatują,
aż całe drzewo zostanie ogołocone".

                                                               Sylvia Plath

Na "Dzienniki" Sylvii Plath polowałam od dawna. Przegrzebałam księgarnie w obrębie trzydziestu kilometrów, w google znalazłam wszystkie te internetowe i wszędzie napis "pozycja niedostępna, brak w magazynach, informacja o wznowieniu druku niedostępna"... i w końcu trafiłam na allegro... i wiecie co? Buty sobie miałam kupić, a właśnie wylicytowałam zaciekle "Dzienniki" za .... matulukochana 99,50zł plus koszty przesyłki czyli 111zł. 
Mam kolejną książkę, ale nie mam butów, i kremu na dzień i jakiś pięćdziesięciu potrzebnych do życia czekolad... a ten co to sprzedał pomyśli sobie co za wariatka kupiła książkę wycenioną w księgarni na około 49zł za 111zł 
No to ja. Blogowa Virginia.
Ale pocieszam się, że nie jestem sama, bo jeszcze trzech wariatów ze mną walczyło na złotówki .... kto da więcej i w ostatniej sekundzie wygrałam złotówką :)

No to teraz mogę już spokojnie iść spać.
Dobranoc

Wasza pchła na noc
Virginia

2009-03-21

Jak to baba szuka do pomocy baby

Dzisiaj pojawiło się ogłoszenie w prasie o tym jak to jedna baba potrzebuje drugiej baby,czyli asystentki... zdradzę, że tą babą co poszukuje jestem JA:)
Bo jak to się mówi, zesram się, a nie dam się.

Chcąc utrzymać firmę i zarobić na przysłowiowe waciki, muszę zainwestować część aktualnie zdobywanego wacikowego. Robiłam to już parokrotnie i znów jestem w tym samym miejscu, ale patrząc na innych to i tak najdalej. I w sumie to dumna jestem z siebie, że wytrwałam, przetrwałam i zamierzam chyba dalej trwać, choć łatwo nie jest... no bo nadleciała taka jedna co to ambicje ma jak z filmu amerykańskiego i się panoszy niczym diabeł o Prady.
I dlatego sobie asystentki szukam, co by mi pomogła ogarnąć to wszystko, bo generalnie to chyba za dużo sobie na głowę wzięłam. Jeden work, drugi work, due etato dzieciato,etato zmywato, sprzątato, kuchinato, prasowato, plewiato w gardino i jeszcze amore czytato i pisato ...
No, ale państwo wybaczą bez tych literek bym się z hibernacji zimowej nie wybudziła. One mi są potrzebne do przefiltrowania płuc i choćbym o drugiej w nocy właziła do wanny, to włażę tam z książką i miodowo-mlecznym proszkiem wysypywanym z wazy z krówką, który ma zaz adanie nawilżyć moje suche nogi, które mają tego pecha, że są na końcu w kolejce i o 2.30 w nocy to na balsam mogą się tylko pogapić.

Wracając do tej baby co to asystentki szuka, to baba ta zmęczona dziś jest telefonami i potrzebuje pilnie drinka z  likieru marakui i kanapeczek z mozarellą, czosnkiem, bazylią i pomidorkiem .. służba drrrrrr, czy tu jest jakaś służba? Nie ma... wyszła.
Jest tylko spiderman ... ten co to z tą prostatą  ostatnio miał problem. Teraz ma problem z tym, że ten spiderman na polsacie fruwa, a on ma ubrany strój i nie lata. Aktualnie czołga mi się pod stołem i próbuje uratować psa przed zdechłą muchą, która wypadła niespodziewanie z lampy.
Na moje oko jest już jakieś pół roku sztywna.

I znowu się baba na dalszy plan odsunęła, a ona dziś ważna jest, bo pełniła rolę pracodawcy i odpowiadała na pytania, które ją o omdlenia przyprawiały.

Telefon pierwszy:
- Kasia?
- Nie - odpowiadam
- Ania?
- Nie - powtarzam
- No to Sylwia - uparcie jakiś facet mi o 8.20 swoje kochanki chyba wymieniał.
- Nie... długo tak Pan będzie zgadywał kim ja jestem? - pytam
- No nie... w takim razie jak nie Sylwia to już na pewno pomyłka.
- No raczej tak - dodałam wyłączając telefon.

Telefon drugi:
- Dzień dobry, ja w sprawie tej asystentki... o co to chodzi?
- Dzień dobry, praca ta polega na pomocy mi w zorganizowaniu pracy na  miejscu i w terenie i ...
- Aha... w terenie... to znaczy w polu, czy w lesie?
... wymiękłam i zakończyłam szybko rozmowę

Telefon trzeci:
- Dzień dobry, czy Pani daje pracę?
- Tak, daję.
- To ja biorę od zaraz, bo ja tą firmę znam, kocham i jestem już z nią związana.
-To miło mi słyszeć... a skąd Pani jest?
- Z pomorskiego, ale czasem tu bywam ...
(dla tych co nie wiedzą ja jestem z południa, a Pani ta chciała pracować tylko czasem :)

Wśród dwudziestu normalnych inaczej znalazła się jedna nawet bardzo normalna studentka ... jestem umówiona na poniedziałek.

A teraz zasłużyłam sobie na szklaneczkę marakui z lodem i lekki piątkowy romansik Noce w Rodanthe no to otulam się kocem i teleportuję w ramiona Richarda Gere do domku na plażę... dżisys... jak ja bym chciała... nie, nie Richarda ... ten domek na plaży :)

Miłego weekendu

Wasza stara marzycielka
Virginia z domku pod lasem :)

2009-03-14

Pierwsza świeczka na torcie blogowym

Dobry wieczór, proszę siadać, na kanapie są jeszcze miejsca, przy stole też, kto ma ochotę może wyjść na taras, zapalić, wypić lampkę szampana... zaraz przyrządzę sałatkę z tuńczyka, rozłożę na talerzu koreczki, ubiję bitej śmietany do lodów i szarlotki na ciepło... w kamionkowej miseczce roztopimy czekoladę, pokroimy tort, włożymy świeczkę i...
RAZ, DWA, TRZY, DMUCHAMY !!!
To już rok. Ja w Wami. Wy ze mną.

Strzelają korki z szampanów i z różowego wina i zawleczki z piwa jeśli ktoś ma ochotę; w dzbanuszku z motywem róż parzę herbatę jeżynową, w tym obok macie kawę, dla zmęczonych życiem mam w szafce na dole red bulle.
Przyciemnimy światło, zapalimy waniliowe świeczki, odpalimy karaoke... ach, jakbym chciała Was wszystkich ugościć, jakbym chciała Wam osobiście podziękować za ten cały rok, mój pierwszy rok blogowania.
Dziękuję Wam bardzo, wszystkim tym, którzy czynnie biorą udział w moim blogowaniu, jak i tym, którzy tylko czytają w ukryciu przed szefem, bądź mężem, bądź żoną :)... mam nadzieję, że miło spędziliście ze mną czas.

Dziękuję też za wszystkie maile jakie przez ten rok dostałam, jest ich naprawdę sporo, wszystkie zachowuję, bo kiedy błądzę gdzieś tam między marzeniami, a rzeczywistością, one dają mi siłę do dalszej wiary w marzenia.
I poniekąd dzięki Wam tą siłę mam. Dostaję bukiety Waszych pięknych i wzruszających słów, które w myślach moich rozstawiam po domu w wazonach, a potem otulam się ich zapachem.
Jestem Wam za te kwiaty w środku zimy niezmiernie wdzięczna. Dziękuję.

Oto fragmenty e-maili, które mnie bardzo wzruszyły w ostatnim czasie... dziękuję Monice, Matyldzie i tym trzem pozostałym M. :)

" ... Twoje zapiski pochłonęłam........... Twoje opowiadania połknęłam...........   i przetrawiłam... i pozostał mi na podniebieniu jeszcze ich jakże wyraźny, soczysty, jedyny w swoim rodzaju smak...........  a zmierzam do pochwały.........  :-).... choć i tych wokół Ciebie wiele, to i ta moja nie zawadzi.......... bowiem czysta,szczera, serdeczna prawda jest....... przejrzałam nieco blogów........... wiem,ze dosyć trudno znaleźć taki, jak Twój...... w mojej opinii jest unikatowy.... biały kruk o rozpostartych,umięśnionych skrzydłach...zawsze gotowy do startu.....

... tak dobrze, że piszesz. czytam to, co tworzysz. i nie muszę nic rozszyfrowywać,w nic się wczytywać, by zrozumieć, niczego się domyślać.ale chętnie wracam,by jeszcze raz poczuć lekkość na śnieg spadających liter."
                                                                      
                                                             Monika z Londynu




" ... Kurczę blade dlaaaaczego dopiero teraz? Czytam cię, i czytam,czytam.Jak to dobrze, że mam 2 tygodnie ferii. Szkoda tylko, że będę musiała odłożyć Wiśniewskiego, Grocholę i Szwaję na bok. No cóż...poczekają. Na razie mam ciekawszą lekturę...i wypieki na twarzy,makijaż od rana, a dziecku pozwoliłam spać u babci. Chociaż bez mojego małego mężczyzny w sypialni źle sypiam..."

                                                                                M.
                                                                             

" ... dla Ciebie mam radę, jeśli można. Walnij w cholerę tym całym A ....  i zacznij pisać książki. Bardzo rzadko czytam i mało co mnie wciąga (jeśli chodzi o teksty), ale ten Twój blog jest reeeewelacyjny!!!! ...chociaż kobiecy ;) "

                                                         Mąż w/w M. także M. :)



" ... Jestem zachwycona!!!! Czemu wcześniej nie wiedziałam o Twoich zdolnościach..?
Rany.. wiesz jak dawno nie czytałam?? Ostatni raz jak byłam w ciąży! A mały już skończył 8 m-cy! No i jeszcze ten brak internetu!! Zostałam zamknięta w czterech ścianach bez okna na świat..
A tu proszę, jaka miła niespodzianka :) Po prostu oderwać się nie mogę! Czytam i czytam i mam wrażenie, że dotychczas żyłam w próżni, nie mając czasu dla męża, domu i dla siebie..
Dziękuję, naprawdę wnosisz do mojego życia wielkie promienie słońca!!!
Pisz dalej... MUSISZ!!! Robisz to w przepiękny sposób!
Bardzo mi się podoba..

Ta Twoja pisanina - jak ją nazwałaś, jest naprawdę świetna. Nie tylko mnie czasem śmieszy, ale i skłania do refleksji a nawet wyciska łzy...

I to ja powinnam Tobie podziękować!! Bo gdyby nie Twoje opisy na NK o tym konkursie to naprawdę nic bym nie wiedziała!!
I pewnie dalej tkwiłabym w tym samym punkcie..

Tak więc moja kochana Virginio :) Ty również jesteś dla mnie Aniołem :) mimo, że może to brzmi w moich słowach banalnie..
Dzięki temu konkursowi, tym tekstom i w końcu Tobie nie pogubiłam się tak do końca... "

                                                         M. (inna niż powyżej :)



" ... Czytam Twój blog od kilku miesięcy i ... po prostu barak mi słów.
We wszystko co opisujesz tchniesz życie! Bo to jest życie,Twoje i Twojej rodziny, tylko nie pisane klawiaturą czy piórem a sercem!
Nie mogę się nadziwić jak wielka pasja przez Ciebie przemawia. To niesłychany talent, dar od samego Pana Boga!
I choć jestem Twoją anonimową czytelniczką (bo do dziś nie pozostawiłam po sobie śladu w postaci komentarza), chciałam Ci z tego miejsca pogratulować. To co tu robisz powinno stać się wzorem dla innych. Wzorem jak żyć, mieć pasję, być szczęśliwym i kochać przez duże"K"!

Jestem Ci ogromnie wdzięczna. Za co?? Z to, że mogę Cię czytać, śmiać się z Tobą i przeżywać również te bolesne chwile.
Zaczęłam czytać i znowu pisać :) ...znowu, bo ostatni raz pisałam będąc nastolatką swojego rodzaju pamiętniko-dzienniki, bo to był mój sposób na rozmowę z samą sobą.
Podpatruję również co masz w swojej biblioteczce i też to czytam.
Pewnie myślisz sobie, że jestem wariatką? Nie, nie jestem. Ale w końcu mam się na kim wzorować i z kogo brać przykład.
Dziękuję Ci za to..."

                                                                            Matylda



Specjalnie zostawiłam sobie Matyldę na koniec, bo ta Matylda, to jest również ta, która przygotowała dla mnie wyjątkowy prezent na Dzień Kobiet ... napisała o mnie na portalu broszka.pl artykuł, który zgłosiła do konkursu, na który należało nadesłać pracę dotyczącą kobiety, która w jakiś sposób wywarła wpływ na życie autora tekstu i Matylda napisała o mnie i zaniemówiłam na kilka dni. Dziękuję Ci bardzo !!!!!!!!!!!!
Znam Cię dosłownie od dwóch, może trzech tygodni, zapamiętam ten prezent na zawsze. Jesteś niesamowita. Przeczytajcie sami... Matylda wyraziła zgodę.

"O kobiecie szczęśliwej - moim Aniele" http://broszka.pl/ciekawa-kobieta-praca-konkursowa,a

Moja Droga ... nie ważne czy wygrasz. Dla mnie ten artykuł pozostanie pamiątką do końca życia ...  Jest już wydrukowany, leżakuje w skrzynce wśród innych wartych zapamiętania wspomnień. Będzie mnie delikatnie otulał wzruszeniem zawsze kiedy wezmę go do ręki. Zawsze wywoła uśmiech i przyśpieszone bicie serca.
p.s. Mam dla Ciebie prezent. poślij mi na e-maila potrzebne do wysyłki dane. Wyślę Ci książkę z dedykacją, w której znajduje się moje opowiadanie "Urodziny".
Jeszcze raz dziękuję !!!!


I na koniec chciałam jeszcze podziękować mojemu koledze z czasów podwórkowo-szkolnych, który w inny sposób postanowił mi pogratulować sukcesów blogowo-literackich i naszkicował mój portret Jestem pod wrażeniem. Dziękuję.

                                                            (rys. Gary-Skurczybyk)

2009-03-06

Spektakl "Boska", czyli historia pewnej kobiety


Sztuka, którą wczoraj oglądnęłam nosi tytuł "Boska". I sama obsada też była bosssska... Krystyna Janda, Maciej Stuhr, Wiktor Zborowski, Krystyna Tkacz, Ewa Telega i Anna Iberszer. Pani Janda i Pan Stuhr to aktorzy, których cenię za całokształt, za osobowość, za wszechstronność ... a razem na scenie byli jak bita śmietana polana czekoladą.
Zasmakowali mi.

Spektakl opowiada o niezwykłym fenomenie jakim była najgorsza śpiewaczka operowa świata, niejaka Madame Florence Foster Jenkins (1868-1944). Egzaltowana diva pozbawiona głosu i słuchu.
Kobieta Boska... boska na swój sposób. Florence od dziecka marzyła o karierze śpiewaczki. Ojciec zapewnił jej zatem lekcje śpiewu, ale szybko zauważył , że córka nie dysponuje nawet odrobiną talentu i postanowił czym prędzej wydać ją za lekarza, żeby zapewnić jej stabilność finansową. W wieku 17 lat wyszła za mąż. Lekarz jednak prawdopodobnie nie zniósł śpiewu Florence i ich małżeństwo nie przetrwało.
Później Florence nie miała już męża, jednak do ostatnich chwil życia partnerował jej, nie pozwalając jej krzywdzić, przyjaciel Clair (w tej roli Wiktor Zborowski).
W "Boskiej" obserwujemy ostatnie lata życia Florence - od nawiązania współpracy ze swoim dwudziestym już akompaniatorem Cosme, zakompleksionym gejem (w tę rolę wcielił się bosssski Maciej :), aż do koncertu w nowojorskiej Carnegie Hall.
Pani Janda pokazała Florence jako ekscentryczną, lekko przygarbioną kobietę, poruszającą się niepewnie i bardzo chaotycznie. Jakby sama nie była pewna kolejnego kroku, czy zrobić go w prawo, czy w lewo... czy zjeść ciastko, wypić cherry, czy gorącą herbatę ... Okazywała swoją nerwowość i roztrzepanie... była czasami zagubiona we własnym pokoju, przesiadywała się z fotela na kanapę, z kanapy na fotel.
Ale bardzo często się uśmiechała, bo w tym swoim świecie była szczęśliwa. I była pewna jednego, dla niej najważniejszego... własnego talentu.
Według niej wszystko było możliwe, wystarczyło tylko mieć marzenia i wierzyć w siebie.

Kariera Florence nabrała rozgłosu tak naprawdę dopiero jak zmarł jej ojciec (miała wówczas 41 lat), bowiem przejęła w spadku ogromną fortunę i była od tego momentu w stanie sama sponsorować sobie swoje koncerty. I wbrew przeświadczeniom, że sale powinny świecić pustkami, przychodziły tłumy. Początkowo setki. Później już tysiące.
Ale nikt nie traktował jej jako artystki... była jedynie nietuzinkowym zjawiskiem, które trzeba było zobaczyć.
Każdy w Stanach Zjednoczonych chciał zobaczyć dziwaczkę, która "morduje" Mozarta. Morduje bez skrupułów z uśmiechem na ustach podrygując raz lewą, a raz prawą nóżką, co chwilę niespodziewanie podskakując i do tego radośnie fałszując.
Poowijana własnoręcznie skrojonymi strojami ośmieszała się już na samym wstępie (dziwaczne kapelusze, sztuczne kwiaty, falbany, o które się potykała, strój pasterki, strój anioła z monstrualnymi skrzydłami). Gdy tylko zaczynała śpiewać, a właściwie kwilić jak koty i niemiłosiernie fałszować, ludzie śmiali się, gwizdali, turlali się ze śmiechu po podłodze, co poniektórzy podobno nawet walili głową w podłogę.
Im większy fałsz, tym większy był aplauz, tym więcej ważnych osobistości pękało ze śmiechu, wpadało w histeryczne łkanie... a biedna Florence popadała w samozachwyt i przerywała śpiew kłaniając się przed publicznością. Była wierna sobie i swoim marzeniom. Od zawsze i na zawsze.

  Nigdy nie wątpiła w swoją sławę. Mówiła:
"Mogą sobie gadać, że nie umiem śpiewać. Ale nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie śpiewałam."


Na jej ostatni koncert w Carnegie Hall przyszło 3 tysiące osób. Po raz kolejny spotkała się z bezwzględną krytyką i zmarła miesiąc po koncercie w wieku 76 lat.

Nie oceniam jej jako piosenkarki, choć ten fragment "masakrowania Mozarta" jest wyjątkowo ciężkostrawny (polecam tylko tym o silnych nerwach :)
http://www.youtube.com/watch?v=qtf2Q4yyuJ0 jednak jako kobieta jest dla mnie przykładem zaborczej wręcz determinacji w dążeniu do spełniania marzeń. Nie każdy potrafi je spełniać za cenę kpin i wytykania palcami. A Florence się nie poddała,walczyła o marzenia i szczęście do ostatnich dni swojego życia i wygrała tę walkę umierając jako znana śpiewaczka, ulubienica amerykańskich melomanów, a jej płyty do dziś sprzedawane są na całym świecie.
Boska Florence... Glorious Florence... Boska Krystyna Janda.

I jak Wam się spodobała ta historia?
Mnie tak bardzo, że z drugiego piętra ekspresem zbiegłam z przyjaciółką do garderoby artystów, żeby osobiście uściskać Panią Jandę i przekazać jej prezenty jakie miałyśmy dla niej przygotowane.
Ja zrobiłam świecznik decoupage, ozdobiony portretem Pani Krystyny i pejzażem jej ukochanej Toskanii. Asia scrapową kartkę.
Niestety uściskać dał się nam tylko Maciej Stuhr, z którym pstryknęłyśmy sobie fotkę i który złożył mi autograf w miejscu bardzo kobiecym, bo na różowej kosmetyczce, tylko ją miałam na szybko pod ręką. Pani Krystyna podpisała nam książki w garderobie. Pana Wiktora Zborowskiego dorwałyśmy na scenie. Pani Tkacz zniknęła ...
Tak jak mój ukochany lawendowy szalik, był w rękawie płaszcza i zniknął.


 

2009-03-05

Bosssssko mi!

Wróciłam właśnie z teatru ze sztuki "Boska"...
Jestem pod takim wrażeniem, że muszę iść do wanny i koniecznie coś zaśpiewać.
Jutro szczegóły.

Mam autografy...  Zgubiłam mój ukochany lawendowy szalik...
Do snu ukołysze mnie FLORENCE FOSTER JENKINS by Krystyna Janda.
Mam nadzieję, że zasnę :)

Ja chcę jeszcze raz... i jeszcze raz... i jeszcze raz.

2009-03-03

Z dialogów rodzinnych odc.1 - rozmowy (nie) kontrolowane

Wczorajsza popołudniowa rozmowa:

- Mamo, ja chyba mam prostatę - poinformował mnie Charlie
- Co proszę? - pytam z niedowierzaniem
- No prostatę mówię, nie rozumiesz?
- No nie do końca... a czemu tak twierdzisz? - pytam zaniepokojona
- Bo w telewizji mówili, że jeśli oddaje się w nocy często mocz, to się ma prostatę.
- Ale ty nie biegasz w nocy do łazienki - mówię
- No , ale w dzień biegam... a to jakaś różnica?
- Tak, kochanie, wielka różnica... poza tym prostatę mają dorośli mężczyźni, a ty jesteś dzieckiem - edukuję syna.
- To znaczy, że tata ma prostatę?
- .................. hmmmm. A biega w nocy do łazienki? - pytam
- A skąd ja mam wiedzieć jak śpię - mówi Charlie
- No tak się składa, że ja też śpię, a jak już słyszę coś to prędzej otwieranie lodówki niż spuszczanie wody w toalecie, więc nic się nie martw - uświadamiam syna.
- Muszę przeprowadzić dochodzenie. Ta sprawa nie może pozostać bez wyjaśnienia -  dodaje Charlie i wychodzi z pokoju.

No więc będzie dochodzenie. Tylko nie wiem czy o prostatę, czy o to, że tata czasem w nocy do lodówki zagląda i myśli co by tu zrobić sobie na śniadanie za kilka godzin :)
Ja to jednak bezproblemowa w tek kwestii jestem.
Żadnych dylematów. Żadnego marudzenia... że masło twarde, że chleb nie prosto w piekarni, że pomidor zimny, że ser nie taki, że ketchupu się skończył.
Dla mnie kakao proszę... w dużym kubku z nesquika, 3 łyżeczki kakao, łyżeczka cukru, ciepłe mleko ... rozkosz o poranku.

Wasza wiosny przez okno wypatrująca
Virginia
 
 

2009-02-25

Kosiam mami

Od jakiś dwóch tygodni Lola całymi dniami nadaje. Jest jak małe przenośne radyjko. Skrzeczy, szumi i wszystkim przerywa. Ważne, że jest bezprzewodowa.
Rozmawia z lalkami, z psem, z książkami, z nami, z łyżką, z kredką, z kapciem... ze wszystkim, ma po prostu nieodpartą potrzebę komunikowania głośno co robi. Bardzo głośno.
Mówi podczas jedzenia, mówi kiedy myje zęby, kiedy się bawi, kiedy zasypia.
I przez sen też już mówi.
Dogoniła tym swoim gadulstwem swojego brata - big max gadułę.
A gaduła dodać gaduła równa się zero minut ciszy przez cały dzień.
Ot taki urok bycia mamą :)

Są tego plusy i minusy. Minusy są takie, że na wieczór nie słyszę własnych myśli, nie pamiętam co miałam zrobić, nie chcę nic robić.
Kładę się obok tapczanu, a nie na tapczan. Piję gorzką herbatę i dopiero przy ostatnim łyku stwierdzam, że zapomniałam ją posłodzić. Czytam dwie strony książki po czym wracam do początku, bo nie wiem o czym czytałam.
A kiedy już po północy kładę się do łóżka to zamieniam się w głaz.
Głuchy głaz.
Zasypiam i śnię sen za snem... tak realistycznie, tak namacalnie, tak całą sobą, że zaplątuję się w nocy w szlafrok i o poranku wyglądam jak wariat owinięty w kaftan bezpieczeństwa i do tego nakryty dwoma kołdrami :)

Plusy są takie, że ten cały radiowy ambaras doprowadził do zwiększenia statystyki wypowiadanych przez Lolę słów. Chłonie je jak gąbka wodę. Powtarza, uczy się, zapamiętuje i coraz więcej ich stosuje w mowie potocznej.
I tym oto sposobem doczekałam się słów, na które chyba każda mama czeka z taką niecierpliwością jak na pierwszy chwiejny kroczek.

         juja  kosiam mami, czyli julia kocha mamę

Takie słowa rozświetlają ciemny pokój, wpuszczają w ciało motyle, otulają na całą noc. Sprawiają, że zmęczenie odwraca się na pięcie i odchodzi. Tak się cieszę, że już są, że słyszę je nie tylko na dobranoc. Że nie są już tylko automatycznym powtórzeniem słów. Są świadomym wyrażeniem uczucia.
Też Cię kosiam juju... od zawsze i na zawsze.


Ojjjj, kiedyś będę tęsknić za tym dziecięcym gadulstwem 
 


2009-02-24

Moje okno na świat

Inwazja śniegowych płatków trwa. Wygląda na to, że wiosna nadejdzie latem, a lato jesienią. Patrząc na te metrowe zaspy wokół domu jak zacznie się odwilż to odpłyniemy w szczere pole.
Samochodu już prawie nie widać. Drugim o poranku znika mąż i pojawia się późnym popołudniem. Wyprawa z wózkiem jest niemożliwa, chyba że go na deskę snowboardową zamontuję, w innym wypadku ujadę może kilka metrów i padnę z wycieńczenia. Na piechotę Lola dochodzi do skrzynki pocztowej, a potem to już na kangurka z powrotem.

Stałam się więc ostatnio zawodową kurą domową. Uwięziona zostałam w domku na końcu świata i od dwóch tygodni wiem tylko tyle, co dzieje się w sadzie obok.
Czyli nic.
Polepszyłam jedynie swoją wiedzę ornitologiczną i kulinarną. Właśnie dziś przyrządziłam rozgrzewającą zupę krem z porów, z cebulką, czosnkiem, serem camembert i białym pieprzem. I mogę ją jeść i jeść... ale i tak mi zimno. Hibernacja trwa.

Ale może to i dobrze, że uwięziona zostałam, bo warunki na drogach fatalne, aż strach się poruszać.
Moja przyjaciółka miała wypadek. Cudem z niego wyszła żywa, ale to tylko dlatego, że miała cholerne szczęście i zapięte pasy. Dwie doby była nieprzytomna. Przez dwie doby jej mąż umierał z przerażenia. Czterdzieści osiem godzin niepewności... nikomu nie życzę.
Teraz z poważnymi obrażeniami leży w szpitalu i walczy o zdrowie, krwiak mózgu, pęknięta podstawa czaszki, wstrząs mózgu, złamany obojczyk ... myślę o niej od kilku dni i o tym, jak to możliwe, że życie jest tak kruche? Jak to możliwe, że piątek trzynastego godzina 13.00 jednak jest pechowy? Przecież to miał być tylko przesąd.
Życie to ruletka. Każdego dnia ktoś przegrywa, ale dopiero jak jest to ktoś nam bliski zdajemy sobie sprawę z tego, jak ulotne jest istnienie ludzkie.
Sami jednak często igramy z nim i nie dbamy w żaden sposób o to, żeby zaszyć dziury w kieszeniach i nie stracić życia gdzieś tam po drodze, w zupełnie przypadkowy sposób. Nie chodzimy do lekarzy na rutynowe kontrole; nie zapinamy pasów, bo to kawałek; nie ubieramy kasku na stoku, bo jesteśmy zbyt pewni własnych umiejętności; jeździmy na rowerach po zwykłych drogach, a nie po specjalnie przygotowanych do tego trasach; nie strącamy sopli z dachu; nie zmieniamy w porę letnich opon w samochodzie; nie montujemy w domach czujników na dwutlenek węgla mimo, iż kosztują zaledwie 150zł ...

Ryzykujemy. Często sami na własne życzenie. Nie można popadać z skrajności, nie można też oszukać przeznaczenia, ale czasem można zdrowym rozsądkiem i ostrożnością uniknąć nieszczęśliwego wypadku.

Trzymaj się kochana, jestem z Tobą, wszystko będzie dobrze i znowu będziesz nas rozmieszać do łez 
 
 

2009-02-20

Jutro... będzie futro

Niepostrzeżenie dzień za dniem wymyka się z kalendarza.
Odfruwa kartka za kartką. Spada na kawowe kafelki w kuchni.
Depczę ją.
Przeskakuję.
Omijam.
Przyglądam się jej z głową lekko przechyloną w prawo, jak kanarek w klatce.
Nie wiem co będzie jutro.
Wiem tylko, że nie mam obiadu i skarpetki się skończyły.

W pracy nieciekawie. Coraz gorzej. Co ja zatem od września robić będę?
Nie widzę już dalszego sensu brnąć w czymś co mnie boli od środka, męczy, szarpie za wnętrzności.
Ale czy ja sobie tak mogę marudzić i wybrzydzać, jak kryzys przypłynął i frank mi się śni po nocach? Wypłata z miesiąca na miesiąc kurczy się bezczelnie jak lodowiec na końcu świata, ale mimo wszystko jeszcze z niej kapie coś na utrzymanie firmy. Patrząc jednak na tendencję spadkową owego biznesu to domyślam się, że do września ten lodowiec zaleje mnie na dwukrotną wysokość mojego ciała.

Czy mam coś planować? Jak tak, to kiedy?
Już teraz? Jutro? Pojutrze?
Jak to zaplanować? Zresztą... co mi da planowanie dzisiaj. Dzisiaj to ja sobie mogę mięso na rosół wyjąć. Czy w ogóle ma jakiś sens planowanie czegokolwiek?
Jak lepiej żyć, z planem, czy bez planu... codziennością, czy niewyraźną przyszłością. Łudzić się. Marzyć. Wybiegać przed szereg. Czy może lepiej trwać w niewiedzy i własnym niezdecydowaniu.
Łapać wiatr w żagle, czy latawiec za sznurek.
A czy ja wiem, czy we wrześniu w ogóle wiać będzie?

Nie wiem co przyniosą najbliższe miesiące. Wakacje. Wrzesień.
Wiem tylko, że Lola pójdzie do przedszkola i uschnę sama w domu, jak ten kwiatek co go na poddaszu od grudnia zapomniałam podlać.
Ale poza tym nic więcej nie wiem...
I wkurza mnie ta niewiedza...
Cholernie mnie wkurza, bo ja nigdy taka niezdecydowana jeszcze nie byłam i niepewna tego co wymyślę do września.

I wiecie co... ta cała trzydziestka przestała mi się podobać.


p.s. i trole przyjechały, dlatego tak sobie marudzę




2009-02-19

Chcę pączka!

Od rana wszędzie trąbią o pączkach, faworkach i kaloriach. O tym, że jeden pączek ma około 220kcal i o tym, że jak się go nie zje w tłusty czwartek to się nie będzie człowiekowi wiodło. No więc, żeby nie było, że przesądy to brednie to ja CHCĘ PĄCZKA!!! TERAZ, natychmiast... do kawy!!!
S.0.S... chcę pączka !!!!!!! :)
Z podwójną porcją czekolady, i z advocatem , i z dżemem truskawkowym  i z pękającym na wierzchu lukrem ...

A oto auto, którym ewentualnie mogę wybrać się po owe pączki. Patrząc na jego stan pokrycia śniegiem raczej nie mam pewności, że dziś po nie dojadę ...

 

  To widok z okna tarasowego... ciągle sypie

 

  a tyle mam śniegu na balustradzie balkonowej...

 
A tu jeszcze nasze przydomowe igloo.

         Charlie w trakcie urządzania wnętrza

 

     Lola  w trakcie błogiego wypoczynku po pracy

 

  Virginia w trakcie zjawiska zwanego "katapult z igloo" :)

 


Życzę Wam kochani obżarstwa bez wyrzutów sumienia. Tylko raz w roku taki dzień się trafia, że możemy sobie z tyłka pączka zrobić :)
Smacznego.

Wasza niecierpliwie oczekująca na pączusie
Virginia

2009-02-17

Notesikowo

Sercem mojego domu jest dwunastoosobowy stół w jadalni, z wiecznie za krótkim, albo za długim obrusem, bo jego wymiar określam tylko słowami pięć krzeseł na jedno. I nie wiem zupełnie dlaczego pani w sklepie nigdy nie wie, czy obrus który mi się podoba będzie pasował. Zazwyczaj nie pasuje.
Ale nie ważne, ważne, że stół ten żyje pełnią radości i odzienie wierzchnie nie wprawia go w kompleksy.
To przy nim jemy... rozmawiamy... odrabiamy lekcje... układamy lego, puzzle i rysujemy. Uprawiamy codzienność.
Przy nim pracuję, czytam, oglądam filmy, piszę, decoupage tworzę. To on jest łącznikiem mojego laptopa ze światem wirtualnym, z Wami.
Przy nim się budzę i przy nim zasypiam. Dosłownie i w przenośni.
Ten stół ma duszę złożoną z cząstek całej naszej rodziny. Chyba dlatego wszyscy tak miło spędzamy przy nim czas.

Na środku stoi storczyk w lawendowej donicy. Wypuścił właśnie dwa nowe pączki w stronę okna. Dał się nabrać na wiosnę. Na krześle obok mnie leży yorkiś i trzęsie się z zimna. Też ma uczulenie na zimę.
Po prawej stosy raportów z pracy, które przeglądam tam i z powrotem, jakieś formularze, kartki, karteczki i inne śmieci. Po lewej książki, te co czytam, te do których chętnie zaglądam, te które przeczytać chcę w następnej kolejności. Czasem leżą na stole, czasem na oknie obok stołu.
W tle zabawki, galaretki w czekoladzie i ketczup po śniadaniu, który schować zapomniałam.

I moje kalendarze, notesy i notesiki... cała armia.
Kalendarz z zeszłego roku, bo do pracy potrzebny. Tegoroczny z pracy, tegoroczny prywatny. I jeszcze dwa inne, które dostałam.
Notes z cytatami z filmów, książek, wywiadów, maili do mnie, które mnie wzruszyły... Notes - pamiętnik moich dzieci, który ja prowadzę... Notes - pamiętnik Charliego, który też coś tam skrobie, a ja chętnie przeglądam... Notes na myśli moje niepoczesane, które jak przeczeszę, to może kiedyś Wam pokażę. Czasami to krótkie zdania. Czasami pół strony słów chaotycznie naniesionych, żeby tylko nie umknęły. No i dziennik mój, osobisty, taki który Wam dane nie będzie nigdy przeczytać, bo nie ukrywam faktu, iż blog to blog, daję Wam jakieś siedemdziesiąt procent siebie, pozostałe trzydzieści gdzieś muszę umieścić.

Dużo tego, nie? Ale to mój nałóg... słowa, myśli, marzenia. Nie robię w nich notatek codziennie, czasem nawet cały tydzień do nich nie zajrzę, ale są one częścią mnie i ta część mnie kiedyś tam pozostanie z moimi dziećmi. Dlatego to robię. Dla nich. I dla siebie też, bo czuję taką potrzebę.
Pamięć jest ulotna. Słowa są wieczne.

Wasza Pani Notesikowa :)
Virginia