Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

2014-01-25

"Ośmielę się powiedzieć, że niewiele jest kobiet szczęśliwszych ode mnie"


Portret Virginii Woolf - Włodzimierz Janota, 2011r.

w razie pożaru wynoszę to....

"Writers Tears" - niespodzianka od męża :)


"nigdy nie udawać, że rzeczy, których się nie ma, są niewarte posiadania... Nie udawać nigdy, że dzieci, na przykład, da się zastąpić czymś innym" (D 2 I 1923)

"Człowiek zagłębia się w studnię i nic nie uchroni go przed doznaniem prawdy. Tam, w dole, nie mogę pisać ani czytać. A przecież istnieję. Jestem. I zadaję sobie pytanie: czym jestem? i bardziej niż na powierzchni bliska jestem znalezienia odpowiedzi, która okazuje się jednak mniej pochlebna - bo, prawdę powiedziawszy, na powierzchni chwalą mnie bardziej niż na to zasługuję" (D 28 IX 1926)

"Ośmielę się powiedzieć, że niewiele jest kobiet szczęśliwszych ode mnie - choć nie uważam się za kogoś wyjątkowego; czuję jednak, że dane mi jest prawdziwie upajać się życiem, a jest w nim mnóstwo szampana. Małżeństwo moje nigdy nie było nudne; co to, to nie" (D 26 VII 1930)

"Moim zdaniem, nie starzejemy się, a tylko nieustannie zmieniamy naszą pozycję wobec słońca" (D 2 X 1932)

A na dobranoc fragment "Fal":

"Słońce wpadało ostrymi klinami do pokoju. Wszystko, czego światło dotknęło, pogrążało się w fanatycznym bycie. Talerz przypominał białe jezioro. Nóż wyglądał jak lodowy sztylet. Nagle ukazały się szklanki wsparte na smugach światła. Stoły i krzesła wypłynęły na powierzchnię, jakby przedtem były pogrążone w wodzie i teraz wypłynęły pokryte cienką mgiełką czerwieni, pomarańczu, purpury, jak meszek na skórce dojrzałych owoców. Żyłki na szkliwie porcelany, słoje drewna i włókna maty nabierały coraz delikatniejszego rysunku. . Nigdzie nie było cienia. Wazon był tak zielony, że spojrzenie, które jak przez lejek zdawał się wchłaniać intensywnością barwy, przylegało doń jak pijawka. Potem kształty wypełniły się i obrysowały ostrymi krawędziami. Tutaj  było wybrzuszenie krzesła, tam bryła kredensu. Wzmagając się, światło pędziło przed sobą stada cieni, które łączyły się w jedną masę, zawisając w głębi wielokrotnie nałożonymi warstwami" - przeł. Lech Czyżewski

2013-02-14

"Jeśli musisz mnie kochać, niech to będzie za nic (...)"



XIV

Jeśli musisz mnie kochać, niech to będzie za nic,
Jedynie dla miłości. Nie wymieniaj:
"Kocham ją za jej uśmiech, wygląd, wyrażenia
Łagodne i za myśli jej giętkość, bo dla nich

Znajduję oddźwięk w swoich; za to, że jej zdanie
Zwykły dzień miłym spokojem wypełnia."
Te rzeczy, ukochany, wszak mogą się zmieniać
W sobie albo dla ciebie, i miłość na zanik

Przyczyny zginie. I proszę nie kochaj
Za własną litość, którą łzy mi suszysz.
Bo kto pociechy twojej doznał, wkrótce szlochać

Przestaje i miłości twojej już nie wzruszy.
Kochaj mnie dla miłości samej, abyś kochać
Nadal mógł mnie przez wieczność miłości i duszy.



XXVII

Mój ukochany, ty, co mnie dźwignąłeś
Z posępnych nizin, ze smutków głębokich,
I oddech życia między ciężkie loki
Tchnąłeś, aż znowu nadzieja nad czołem

Zajaśniała i blask jej ujrzały anioły
Pod pocałunkiem zbawczym! Twoje kroki
Doszły mnie, gdy świat odszedł. Mój, mój drogi,
Boga tylko czekałam, a Ty w drzwiach stanąłeś.

Znalazłam cię: i mocna jestem, i bezpieczna,
Jak ktoś, kto pośród asfodeli stanął,
By spojrzeć, jaka nudna jest droga wsteczna,

Którą szedł dotąd - tak z piersią wezbraną
Świadczę prawdzie, co między złem i dobrem wieczna:
Że miłość, jak śmierć mocna, wyzwala tak samo.



Elizabeth Browning,  Sonety z portugalskiego, "Poezje wybrane", PIW, 1976,
przeł. Ludmiła Marjańska

2013-01-25

dzień z Virginią Woolf (3)



wtorek, 2 stycznia 1923
(...) nigdy nie udawaj, że rzeczy, których nie posiadasz, nie są warte posiadania; to chyba dobra rada. A potem mówiłam sobie dalej, że trzeba lubić rzeczy takie, jakimi są; czy raczej pozbawiać je wpływu na własne życie osobiste.


piątek, 7 sierpnia 1931
(...) O Boże, bije we mnie silna jak konopie sznury i uparta jak korzeń wrzosu fontanna wściekłej indywidualności.

dzień z Virginią Woolf (2)


Virginia Woolf, 1923r., zdj. Ottoline Morrell



Piątek, 25 stycznia 1918 
Moje urodziny. L. wsunął mi dziś w rękę prześliczny nożyk z kościaną rączką. Nelly wydziergała parę czerwonych skarpetek zapinanych przy kostce - idealnie odpowiadających mojemu porannemu samopoczuciu. Przyjechała Barbara: razem rozsypałyśmy cztery strony, a L. wydrukował cztery kolejne u drukarza - w sumie niezła dniówka.



dzień z Virginią Woolf - 131. urodziny (1)


Virginia Woolf

Nadal, niezmiennie od kilku lat, poszerzam swoją wiedzę o twórczości i życiu Virginii Woolf. W rocznicę jej 130. urodzin przeglądając „Chwile wolności. Dziennik”, zauważyłam jak wiele mi umknęło, i tak naprawdę dopiero po tych wszystkich przeczytanych przez ostatnie lata książkach (zarówno o niej, jak i jej autorstwa) Dzienniki będą trafionym powrotem. Ponowną podróżą, bogatszą o wychwycenie nawet pojedynczych słów, których mi brakuje, by upiąć końce kilku niejasnych nadal kwestii. Virginia Woolf miała tak bogate, pełne zawiłych psychologicznych perturbacji życie, że nie sposób w kilku zdaniach jej przedstawić. Dla jednych pozostanie obłąkaną, ponurą, niepewną siebie i świata wycofaną kobietą; dla innych jej posępny wizerunek uchwycony na fotografiach, czy pojedyncze zdania umieszczone na okładkach książek, nie będą wcale podstawą ku jej krytycznej ocenie. Virginię Woolf trzeba poznać dogłębnie od pierwszych lat życia, zajrzeć do ciemnych pokoi jej wiktoriańskiego domu z dzieciństwa, zrozumieć, zaakceptować, docenić siłę jaką musiała posiadać, by przejść przez cztery trudne dla niej śmierci w stosunkowo krótkich odstępach czasu i mimo załamań podnieść się i zostać jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej XX wieku (matka Julia zmarła w 1895 roku, przyrodnia siostra Stella - 1897, ojciec  Leslie - 1904, brat Thoby - 1906).

Czuję, że pisząc, robię coś, co jest o wiele potrzebniejsze, niż wszystko inne – pisała Virginia w eseju „Szkic z przeszłości”. Kochała pisać, nie tyle tworzyć powieści, ile po prostu pisać. Szczególnie żywiła namiętność do niedocenionych form literackich, takich jak dzienniki, eseje, czy listy i choć po części traktowała ten rodzaj pisarstwa jako swego rodzaju ćwiczenia, to jednak czytając jej teksty czuć, że robiła to z wielką miłością do słowa i z przekonaniem, że kontynuowanie rodzinnej tradycji jakim było od lat zachowywanie wspomnień w formie dzienników jest czymś w rodzaju zaszczytu. Tradycję ową napoczął dziadek Virginii James Stephen, a następnie z oddaniem kontynuował ją Leslie Stephen, ojciec Virginii, spisując choćby bolesne wspomnienia o zmarłej żonie. Virginia zatem od dziecka wychowywana była w duchu szacunku dla literatury, dla słowa, i już jako nastolatka wraz z ukochaną siostrą podjęły bardzo ważne życiowe decyzje. Virginia miała zachowywać wspomnienia na kartkach. A Vanessa na płótnie. Jedna z sióstr Stephen została więc pisarką. Druga malarką.

Melodia prozy Virginii Woolf nieustannie mnie zachwyca. Pełna metafor, poetyckich obrazów; odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć i szczegółów. Charakterystyczna dla jej nastrojów, często lekko rozproszona, ale nigdy chaotyczna. Dla wielu czytelników jednak nudna, wręcz męcząca i odciągająca od sedna przekazu. Niemożliwa do przebrnięcia. Nie każdy bowiem potrafi przesiąść się z pędzącego pociągu jakim jest nasze aktualne życie, na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Virginia była autorką autobiograficzną głęboko skupioną na sobie, czemu dawała upust w swoich tekstach. Nieustannie zadawała sobie pytanie, czy można opisać samą siebie. Spoglądała głęboko w swoją duszę, starała się ją zrozumieć i ubierała bohaterów swoich książek w siebie, by móc później z boku się im przyjrzeć i poczuć do siebie odrazę  kończącą się kolejnym załamaniem nerwowym związanym z postawieniem ostatniej kropki, bądź oddaniem książki do druku. Dla mnie Virginia Woolf jest kobietą niezwykle intrygującą, inteligentną, sumienną i wbrew opiniom silną. Skutecznie dążyła swą pracowitością do wydań kolejnych książek, a jednocześnie robiła to z charakterystyczną sobie intensywnością przeżywania i umiejętnością zauważania tego, co większości ludziom z codzienności się wymyka i nie ma znaczącego przekładu na odczuwanie życia. Potrafiła godzinami spacerować w samotności pośród wzgórz South Downs, rzadziej przez Londyn, patrzeć, dostrzegać i zapisywać w pamięci szczegóły. Wydaje się, że nigdzie się nie śpieszyła, że garb przeżyć jaki przez całe życie musiała dźwigać, skutecznie ją spowalniał. Jedynie pisanie płynęło wartkim nurtem, od pewnego momentu czas odliczała od zaczęcia, do skończenia kolejnej książki... między pisaniem podróżowała, pielęgnowała przyjaźnie, pisała mnóstwo listów, czasem piekła chleb, sprzątała by uspokoić zasupłane myśli, a wieczorami namiętnie oddawała się lekturze.
Cenię sobie w równym stopniu zarówno jej powieści, jak i dzieła krytyczno - literackie, eseje i listy. To wielkie bogactwo, że z tak różnych stron można ją poznawać. Patrząc na fakt, iż nie miała żadnego wykształcenia, całe życie liczyła na palcach, zmagała się ze stanami depresyjnymi, a jednak dzięki pasji i zaparciu napisała tyle tysięcy słów, zasługuje na pamięć i ciągłe jej odkrywanie. Wielka moja radość, że jeszcze sporo odkryć przede mną. Bo choć po tylu przeczytanych słowach rozumiem ją chyba bardziej niż wydawało mi się to możliwe do osiągnięcia, to jednak jak sama Virginia pisała w Dzienniku 22 marca 1919r. - Kobieta niepojęta niepojętą pozostanie, co stwierdzam z przyjemnością. Potwierdzam te słowa z równie wielką przyjemnością, bowiem badanie niepojętego trwać może wiecznie.

Tekst ten napisałam dla 42. numeru Kwartalnika "sZAFa", w marcu zeszłego roku - http://archiwum5.kwartalnik.eu/42/index.htm

 

2012-05-11

"Nawiedzony dom" Virginia Woolf - zapowiedź


Pod koniec maja nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się zbiór opowiadań Virginii Woolf. "Nawiedzony dom" to ponad pięciuset stronicowy tom złożony z opowiadań tych najbardziej znanych, jak i nigdy dotąd niepublikowanych. Cieszę się bardzo, bo ostatni zbiór opowiadań Virginii Woolf  "Dama w lustrze" wydany był prawie dziesięć lat temu przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Zawiera on dziewiętnaście opowiadań, w których Virginia swobodnie eksperymentuje z nowymi formami, ulubionymi poetyckimi metaforami czy symbolami. Kilka z nich wydaje się zupełnie nieudanymi próbami, mało interesującymi, co się jej zdarza w opinii krytyków. Uparcie bowiem, przez większość swego twórczego życia, dążyła do zminimalizowania wartkiej fabuły, zastępując ją rozważaniem o życiu i jego pojedynczych aspektach, co nie do wszystkich trafia. Jednak dla uważnych jej czytelników, nie tylko powieści, ale też esejów, listów, dzienników czy właśnie opowiadań, jasne będzie, że każde z tych z pozoru nudnych, nic nie wnoszących pojedynczych stron, ma znaczenie symboliczne, i napisane jest nie od niechcenia, a z wielkim duchowym przekonaniem, że ten właśnie ślimak, perłowe guziczki na rękawiczkach czy opuszczone wrzosowisko, warte były opisania. Musiała to zrobić, by móc się z tego znaku na ścianie czy z Mary V. oczyścić, usunąć je z myśli, ustąpić miejsca kolejnym spostrzeżeniom i zachwytom. Virginia traktowała pisanie opowiadań jak odskocznię od cięższych, wymagających większego skupienia form, jakimi były jej powieści czy wartościowe literackie eseje. Niejednokrotnie jednak fragmenty opowiadań nawiązują do późniejszych powieści i dla mnie są równie ważnym elementem jej twórczości.

"Zadaniem pisarza - twierdzi Woolf - jest uchwycić to coś, co zupełnie wymyka się budowniczym zgrabnych fabuł, opartych na regule prawdopodobieństwa. Spójrzmy w głąb - proponuje - a przekonamy się, że życie nie jest takie. A jakie? - chciałoby się zapytać. Woolf udzieliła na to pytanie odpowiedzi, która przeszła do historii literatury jako klasyczna wykładnia modernistycznej wrażliwości:
Życie to nie jest szereg symetrycznie ustawionych reflektorów, życie to jest jasna aureola, półprzejrzysta przesłona otaczająca nas od pierwszego przebłysku świadomości aż do samego końca. Czyż nie jest zadaniem powieściopisarza oddać tego zmiennego, tego nieznanego i nieokreślonego ducha, niezależnie od tego jaką objawia aberrację i złożoność... - czytamy we fragmencie wstępu do opowiadań "Dama w lustrze" napisanym przez Agnieszkę Graff.

Jaki będzie "Nawiedzony dom"? Czy wyniknie z tych opowiadań  coś nowego, czy możliwe będzie dojrzenie kolejnych prób literackich, eksperymentów i fascynacji szczegółem, które Woolf tak chętnie celebrowała? Nie sądzę by mnie osobiście zawiodła. Może tych czytelników jednej jej powieści skutecznie zanudzi. Bo Virginię Woolf trzeba obejmować w całości. Ona dopiero w blasku swych całościowych dokonań zaczyna nabierać kształtów i barw właściwych. Dzięki niej nauczyłam się dostrzegać więcej. Patrzeć inaczej. Szczegół znaczy więcej niż ogół, czasem dzień więcej niż cały miesiąc. Chciałabym tak móc żyć każdego dnia, uważnie, by nic nie umykało, by wszystko cierpliwie chłonęła pamięć, nie gubiąc nic po drodze. Bardzo jestem ciekawa tego pokaźnego zbioru nowelistycznego... tymczasem zadowolić się mogę jedynie "Tajemniczym przypadkiem panny V." w majowym numerze "Bluszcza". Tak niewiele, a aż tyle, że porzuciłam piątkowe porządki i patrzę na zachód słońca inaczej.

2012-01-25

130. rocznica urodzin Virginii Woolf




Nadal, niezmiennie od kilku lat, poszerzam swoją wiedzę o twórczości i życiu Virginii Woolf. Dziś, przeglądając jej Dzienniki, zauważyłam jak wiele mi umknęło, i dopiero po tych wszystkich przeczytanych książkach (jej autorstwa, i o niej) Dzienniki będą odpowiednią lekturą. Dla mnie ponowną podróżą, bogatszą o wychwycenie nawet pojedynczych słów, których mi brakuje, by upiąć końce kilku niejasnych nadal kwestii. Virginia Woolf miała tak bogate, pełne zawiłych psychologicznych perturbacji życie, że nie sposób w kilku zdaniach jej przedstawić. Dla jednych pozostanie obłąkaną, ponurą, niepewną siebie i świata wycofaną kobietą; dla innych jej posępny wizerunek uchwycony na fotografiach, czy pojedyncze zdania umieszczone na okładkach książek, nie będą wcale podstawą ku jej krytycznej ocenie. Virginię Woolf trzeba poznać dogłębnie od pierwszych lat życia, zajrzeć do ciemnych pokoi jej wiktoriańskiego domu z dzieciństwa, zrozumieć, zaakceptować, docenić siłę jaką musiała posiadać, by przejść przez cztery trudne dla niej śmierci w stosunkowo krótkich odstępach czasu i mimo załamań podnieść się i zostać jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej XX wieku (matka Julia zmarła w 1895 roku, przyrodnia siostra Stella - 1897, ojciec  Leslie - 1904, brat Thoby - 1906).
Dla mnie Virginia Woolf jest kobietą niezwykle intrygującą, inteligentną, sumienną i wbrew opiniom silną. Skutecznie dążyła swą pracowitością do wydań kolejnych książek, a jednocześnie robiła to z charakterystyczną sobie intensywnością przeżywania i umiejętnością zauważania tego, co większości ludziom z codzienności się wymyka i nie ma znaczącego przekładu na odczuwanie życia. Potrafiła godzinami spacerować w samotności, przez Londyn, pośród wzgórz South Downs, i zachwycać się smakami, zapachami, życiem. Wydaje się, że nigdzie się nie śpieszyła, że garb przeżyć jaki przez całe życie musiała dźwigać, skutecznie ją spowalniał. Jedynie pisanie płynęło wartkim nurtem, od pewnego momentu czas odliczała od zaczęcia, do skończenia kolejnej książki... między pisaniem podróżowała, pielęgnowała przyjaźnie, pisała mnóstwo listów, czasem piekła chleb, sprzątała by uspokoić zasupłane myśli, a wieczorami namiętnie oddawała się lekturze. Cenię sobie w równym stopniu zarówno jej powieści, jak i dzieła krytyczno-literackie, eseje i listy. To wielkie bogactwo, że z tak różnych stron można ją poznawać. Patrząc na fakt, iż nie miała żadnego wykształcenia, całe życie liczyła na palcach i zmagała się ze stanami depresyjnymi, zasługuje na pamięć i ciągłe jej odkrywanie. Wielka moja radość, że jeszcze sporo odkryć przede mną.
Dziś, w dniu w którym obchodziłaby 130 urodziny, spędzę wieczór przy ponownej lekturze Dzienników, i popatrzę w duże, trwające w skupieniu oczy, które obserwować mogę na jej pięknym portrecie w sypialni (dzięki mężowi, który chyba już zaakceptował Virginię w moim życiu :)

Happy birthday Dear V.!

25 stycznia 1915

Moje urodziny - niech no wyliczę wszystko, co dziś dostałam. L. przysiągł, że nic mi nie ofiaruje, a ja, jako dobra żona, uwierzyłam mu bez zastrzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu (zatopiliśmy niemiecki okręt wojenny), i prostokątna paczkę owiniętą w szary papier, w której znajdował się "Opat" - śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek - który jednakże nie dorównał przyjemnościom popołudnia. Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo, i zafundowano mi najpierw kinematograf, a następnie podwieczorek w herbaciarni u Buszarda. Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień - ładny, mroźny, wszystko świeże i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa (...)


25 stycznia 1918

Moje urodziny. L. wsunął mi dziś w rękę prześliczny nożyk z kościaną rączką. Nelly wydziergała parę czerwonych skarpetek zapinanych przy kostce - idealnie odpowiadających mojemu porannemu samopoczuciu. Przyjechała Barbara; razem rozsypałyśmy cztery strony, a L. wydrukował cztery kolejne u drukarza - w sumie niezła dniówka. W tym tempie będziemy gotowi z opowiadaniem Katherine  w cztery tygodnie.

26 stycznia 1920

Dzień po moich urodzinach; mam już zatem trzydzieści osiem lat. Cóż, nie ulega wątpliwości, że jestem teraz dużo szczęśliwsza, niż kiedy miałam lat dwadzieścia osiem; i szczęśliwsza dzisiaj niż wczoraj, jako że dziś po południu wpadłam na pomysł nowej formy dla nowej powieści. Przypuśćmy, że jedna rzecz powinna wynikać z drugiej - a równocześnie zachować formę i tempo i zawierać wszystko, wszystko? Wyobrażam sobie bowiem, że tym razem podejście będzie kompletnie inne: żadnych rusztowań, nawet cegły właściwie niewidoczne, wszystko zmierzchające, tylko serce, emocja, humor, wszystko to jasne, jak płomień we mgle. Temat jest na razie zagadką. Tak czy inaczej, jest oczywiste, że droga prowadzi jakoś w tym kierunku; będę się jeszcze potykać i eksperymentować, ale dzisiejsze popołudnie przyniosło promień światła.
Wczoraj - w swoje urodziny, gdy na dodatek dzień był jasny i czysty, a na drzewach błyskały raz po raz zielone i żółte refleksy - wybrałam się do South Kensington posłuchać Mozarta i Beethovena.


25 stycznia 1921

No więc odczekałam dwadzieścia pięć dni z rozpoczęciem nowego roku; a ten dwudziesty piąty dzień nie jest, niestety, dniem moich dwudziestych piątych, ale trzydziestych dziewiątych urodzin; wypiłam herbatę i obliczyłam koszty wydania Czechowa; a teraz L. zgina kartki swojej książki, a Ralph już poszedł. W pracy nad "Jakubem" mam kryzys: chcę skończyć całość w dwadzieścia tysięcy słów, napisanych bez przerw, w stanie rozgorączkowania. I muszę się zebrać w sobie, żeby tego dokonać. Lytton zapytał mnie, czy może mi zadedykować "Wiktorię", co jest dla mnie bardzo miłe, a z próżności zastrzegłam sobie, żeby dał pełne imię i nazwisko.

26 stycznia 1930

Mam czterdzieści osiem lat. Byliśmy w Rodmell - kolejny mokry, wietrzny dzień. Ale w moje urodziny poszliśmy na spacer między wzgórza - jak między złożone szare ptasie skrzydła; zobaczyliśmy lisa, bardzo długiego, z wyciągniętą kitą, potem drugiego, który szczekał, bo słońce mocno przygrzewało; lekko przeskoczył przez ogrodzenie i zniknął w janowcach - to bardzo rzadki widok. Ile jest lisów w Anglii?
Zapomniałam napisać, że kiedy robiliśmy nasze półroczne rachunki, okazało się, że zarobiłam w zeszłym roku około trzech tysięcy dwudziestu funtów - a więc tyle, ile wynosi pensja urzędnika państwowego. Jaka to niespodzianka dla mnie, która przez tyle lat zadowalałam się dwustoma funtami.


26 stycznia 1941

Bitwa z depresją, dziś rozgromioną (mam nadzieję) dzięki porządkom w kuchni; i jak myślę, dzięki dwudniowemu bodaj wyłomowi w "Pointz Hall", na pisanie pamiętników. Nie dam się, przysięgam, wciągnąć w koryto tej rozpaczy. Samotność jest ogromna. Życie w Rodmell to kompletna pustynia. Dom jest wilgotny. Zabałaganiony. Ale nie ma alternatywy. Mnie potrzeba dawnego zrywu. "Twoje prawdziwe życie, tak jak i moje, jest wśród idei", powiedział mi kiedyś Desmond. Ale trzeba pamiętać, że idei nie da się zatankować. Zaczynam nie lubić introspekcji. Wybieramy się na dwa dni do Cambridge. Wojna chwilowo się uspokoiła. Sześć nocy bez nalotów. Garvin twierdzi jednak ( w "Observerze"), że największe starcia mają dopiero nastąpić - powiedzmy za trzy tygodnie -  więc wszyscy mężczyźni, kobiety, psy, koty, a nawet chrząszcze, muszą zewrzeć szeregi, wzmocnić wiarę i tak dalej. Tak, myślałam o tym, żyjemy bez przyszłości. To właśnie jest takie dziwne, z nosami przyklejonymi do zamkniętych drzwi.


28 marca tego roku, Virginia odebrała sobie życie wchodząc do rzeki Ouse z kieszeniami wypełnionymi kamieniami, niedaleko jej domu w Rodmell. Miała 59 lat. Zostawiła dwa listy pożegnalne, jeden dla ukochanej siostry Vanessy, a drugi dla męża Leonarda, z którym w związku małżeńskim wiodła szczęśliwe życie.

2010-12-03

"Niebieska zasłona" Virginia Woolf


Kto się boi Virginii Woolf ? Jest taki film z 1966r., wydawać by się więc mogło, że od lat już nie tylko krytycy, ale nawet filmowcy straszą Woolf. I tak, w domu umiejscowionym przy wiecznie mgłą okrytym jeziorze, w zaroślach osnutych mrokiem, czai się zgarbiona, złośliwa, nieustannie znerwicowana i obłąkana Woolf... Wychodzi owinięta koszulą nocną, niczym wybudzona ze snu mumia i wymierza w ofiarę ostrą jak włócznia stalówką pióra wiecznego... Nic bardziej mylnego.  Wymyśliłam to na potrzebę skomercjalizowanej interpretacji tytułu. Nie sądzę, żeby się Woolf chciało kogokolwiek straszyć, bo odeszła na własne życzenie.
A więc film będący ekranizacją sztuki Edwarda Albee'go z duchem Woolf, ani też z żywą Woolf nie ma nic wspólnego. Jedynie można się dopatrzyć jakiejś symboliki dotyczącej związków małżeńskich opowiedzianych w filmie, dylematów, melancholii, nienawiści Albee'go do Woolf, lub równie dobrze miłości. Jednak wypowiadać się na ten temat nie będę, bo ani sztuki nie czytałam, ani filmu w reżyserii Mike'a Nicholsa nie widziałam. Z opisów, recenzji i zapowiedzi wynika jednak, że Woolf ma w nosie straszenie kogokolwiek, a sam tytuł był jedynie myślą przewodnią autora sztuki, bądź zamierzonym wprowadzeniem widza w błąd.

Wspomniałam o tytule tego filmu, bo często wyskakuje on na stronach internetowych kiedy szuka się czegoś o Virginii Woolf. Niektórych nawet zapewne skutecznie odstrasza, a Virginii bać się nie ma powodu. Mimo swej oziębłości, często izolacji, niedostępności i ciętych uwag, była  też ciepłą, wrażliwą i pogodną osobą. Niewiele się o tym pisze, bo ona sama wolała siebie w tej bardziej pesymistycznej odsłonie, wycofaną, pracującą, niezadowoloną z postępów nad kolejną książką. Być może właśnie taki stan ducha motywował ją do pisania, a wszelaka sztuczna uprzejmość, bądź poczynania stawiane nie z własnej woli, wybijały ją ze świata słów, w którym czuła się najlepiej. Mam wrażenie, że czuła się źle z tym, kiedy zapominała po co żyje... pisarstwo było jej przeznaczeniem, a każda inna czynność, łącznie z jedzeniem, zabiegiem zbędnym. Nie była więc też przesadnie angażującą się w rolę ciotką, ale zarówno dzieciom Vanessy, jak i Adriana, poświęcała czas i robiła to z wielką przyjemnością, prowokując zapewne tym samym wewnętrzną tęsknotę za własnymi dziećmi, których nigdy nie było dane jej mieć:

Dla dzieci była prawdziwą rozkoszą. Zapowiedź: „Virginia przyjdzie na podwieczorek” była jak ciepły, kapryśny wietrzyk, który wieje z południowego zachodu i przynosi wraz z sobą pełną zadziwienia radość. Nie pozwalała dzieciom dowiedzieć się niczego o smutkach swego życia i kiedy była w ich towarzystwie, wydawało się, że nie bywa przygnębiona.
Jednak umiała budzić strach. Nie żeby kiedyś chciała straszyć dzieci, ale pamiętam, jak słuchałem jej rozmowy z Vanessą, podczas której Virginia opisywała dwie stare panie – nie wiem kogo – mieszkające na jednej z tych londyńskich ulic, które są z jednej strony zamknięte dla ruchu za pomocą solidnych żelaznych słupków. Do jednego z domów w głębo ulic włamano się. Złodzieje zostali zaskoczeni, wymknęli się frontowymi drzwiami, wskoczyli w szybkie auto i uderzyli w barierę. Starsze panie słyszały to i słyszały, jak złodzieje krzyczą w śmiertelnym bólu dopóki nie nadjechał ambulans. Ta historia została opowiedziana w sposób prosty, ale z tak niewiarygodną siłą, że krew mi skrzepła – nadal jeszcze trochę krzepnie, kiedy sobie przypomina tę historię i to, jak Virginia ją opowiadała. Ale, oczywiście, dziecko chce się dać przestraszyć. Chętnie byłbym usłyszał więcej takich historii. Nie pamiętam, żeby to miało miejsce. Zazwyczaj były tylko żarty i wesołość - napisał Quentin Bell – siostrzeniec Virginii Woolf, w biografii swej ciotki. 

O dzieciach, w odniesieniu do swej bratanicy Ann Stephen, sama już Virginia  pisała w swym dzienniku tak:

A dzieci są oczywiście wspaniałymi, uroczymi istotami. Ann była u mnie i opowiadała mi o białej foce, i prosiła, żebym jej czytała. Ich umysły budzą we mnie zachwyt: przebywać z nimi, widzieć je codziennie, to musi być nadzwyczajne przeżycie. Mają w sobie to, czego nie ma żaden dorosły – bezpośredniość – Ann gada, gada, gada, przebywa we własnym świecie, ze swoimi fokami i psami; szczęśliwa, bo dziś wieczorem dostanie kakao, a jutro pójdzie na jeżyny; ściany jej umysłu są całe obwieszone takimi świetlistymi, radosnymi obiektami; i nie widzi tego, co my widzimy (29 wrzesień 1924r.)

                                                                                             
Prawdopodobnie właśnie tamtej pamiętnej jesieni 1924r., kiedy Ann odwiedziła ciotkę, powstała opowieść o starej niani, pani Lugton, która szyje zasłonę do salonu, a zaczarowany świat zaklęty we wzorzystej tkaninie czeka cierpliwie. Kiedy tylko niania zasypia przy zapalonej lampie, antylopa kiwa na zebrę i już wkrótce słoń, tygrys, struś i inne zwierzęta budzą się, by wędrować ku połyskującemu jezioru i czarodziejskiemu miastu. To jedyna zachowana i wydana drukiem opowieść Virginii Woolf dla dzieci, napisana raczej przypadkowo, specjalnie z myślą o bratanicy, czy siostrzeńcach i czytana wówczas jedynie w zamkniętym domowym gronie. I tak historia o "Niebieskiej zasłonie" utkwiła wśród kartek oryginalnego maszynopisu powieści Pani Dalloway, a opublikowana po raz pierwszy została dopiero w 1965 roku, kiedy to znalazła się w zbiorze opowiadań pisarki. 
Podoba mi się ta opowieść, Loli też się podobała, bo od razu nianię skojarzyła sobie z babcią. Kto dziś przerabia zasłony? Kto nosi złoty naparstek na palcu, którego blask przemienia się w promienie słońca? Nie spodziewajcie się jednak rozwiniętej opowieści ciągniętej przez kilkanaście stron. To krótka bajka, na kilka minut czytania przed snem, bez wydumanego przekazu i zbędnych metafor. Sama biorę ją często do rąk, żeby popatrzeć na ilustracje Julie Vivas, a okładkę zaliczam do ulubionych z kategorii Dla dzieci.




2010-10-06

Różne epoki, różne wcielenia, ta sama osoba


środa, 5 październik1927r.
„Piszę w atmosferze brudu i prowizoryczności wobec zbliżającej się wyprowadzki. Pinker śpi smacznie w jednym z foteli; Leonard, przy małym stoliku do gry, pod jarzącą się lampą, podpisuje czeki. Palenisko pokrywa popiół, bo ogień płonął przez cały dzień. Na rusztach leżą koperty. Piszę piórem cienkim i chybotliwym; a wieczór z zachodem słońca jest, powiedziałabym, wyrazisty i przyjemny. Gdyby pióro mi na to pozwalało, zrobiłabym sobie teraz plan pracy, skoro skończyłam artykuł dla „Tribune” i znów jestem wolna. I jak zwykle pojawiają mi się w głowie te same podniecające pomysły: biografia rozpoczynająca się w 1550 roku i trwająca do dzisiaj, pod tytułem Orlando; Vita; tyle że ze zmianą z jednej płci na drugą. Myślę, że w ramach przyjemności pozwolę sobie na tygodniowy odskok w tę stronę”

                         "Chwile Wolności. Dziennik 1915-1941" Virginia Woolf

... 5 października 1927 roku, dokładnie 83 lata temu, zaczęła powstawać książka „Orlando”, a ostatnią w niej kropkę Virginia postawiła swym chybotliwym piórem rok później...

wtorek, 18 grudnia 1928 roku pisze:
„Właśnie był L.,żeby się naradzić na temat trzeciego wydania Orlanda. Zostało już zamówione; sprzedaliśmy ponad sześć tysięcy egzemplarzy i zainteresowanie jest nadal żywe. Pokój w każdym razie mam zapewniony. Po raz pierwszy, odkąd wyszłam za mąż – 1912-1928 – czyli od szesnastu lat, mogłam wydawać pieniądze (...) kupiłam sobie stalową broszkę za piętnaście szylingów. Wydałam trzy funty na naszyjnik z macicy perłowej – chyba od dwudziestu lat nie kupowałam żadnej biżuterii!”
Sześć tysięcy egzemplarzy... niewiele, patrząc, że obecnie książki sprzedają się w milionach egzemplarzy... i tylko broszka za to, i naszyjnik, jednak najważniejsza była dla Woolf w tym momencie ta swoboda wydawania pieniędzy, bez skrupułów czy niepokoju, i wiara we "własny pokój", który dawał możliwości dalszego zarobku.
Dziś, po tylu latach, Orlando nadal zachwyca, zapewne nie wszystkich, jak to z Woolf bywa, ale coś w tej historii musi być urzekającego, skoro jako jedyna spośród wielu powieści Woolf, została zekranizowana... ale najpierw sięgam po książkę: „Co może łączyć szesnastoletniego chłopca, ulubieńca królowej Elżbiety, oraz trzydziestosześcioletnią pisarkę tworzącą w drugiej dekadzie stulecia? Młody mężczyzna i dojrzała kobieta, Orlando i Orlanda, choć żyją w różnych epokach i różnych wcieleniach, są jedną i tą samą osobą”.

Sięgam i znikam. Galaretki pod poduchy, a papierki pod łóżko. Dobranoc.




2010-09-06

"Oryginał Laury" Vladimir Nabokov

 

Vladimir Nabokov jest dla mnie mistrzem, tak jak Virginia Woolf, z tą jedną różnicą, że w przypadku Nabokova przede mną jeszcze przyjemność wynikająca z zagłębiania się w jego literaturę i biografię. Jednak wystarczyła mi lektura „Lolity”, by bez wątpliwości stwierdzić, że stał on się jednym z moich ulubionych pisarzy i z czasem stopniowo będę starała się jego postać dogłębnie prześwietlić.
„Oryginał Laury” to ostatnia, niewydana za życia pisarza, książka Nabokova. Pracował nad nią ponad dwa lata, od czasu nieszczęśliwego upadku na zboczu góry Davos, który to napoczął jego zdrowotne problemy, aż do czasu ostatnich miesięcy swojego życia, które spędził w szpitalu w Lozannie. Prawdopodobnie to w tym klaustrofobicznym mikrokosmosie szpitalnej izolatki przeprowadził poważną rozmowę ze swoją żoną Verą, w której podkreślał, że gdyby nie zdążył ukończyć napoczętej Laury, to należy rękopis niezwłocznie spalić. Jednak wdowa po pisarzu nie spełniła ostatniej woli swojego męża i jedynie ukryła rękopis w głębinach szwajcarskiego banku, gdzie żył on w cieniu szuflad ponad trzydzieści lat, pilnie strzeżony, tajemnicą owiany i długo przez miłośników Nabokova wyczekiwany, z czym nie lada problem miał syn pisarza Dmitri. Wiele lat, już po śmierci matki, zastanawiał się on, czy spełnić wolę ojca i docelowo spalić rękopis, czy opublikować wbrew jego prośbom dzieło nieskończone. W końcu, po szczegółowej analizie apeli zwolenników i przeciwników publikacji Laury, postanowił po uprzednim dokonaniu niewielkich zabiegów edytorskich wydać dzieło ojca. Tym oto sposobem przepięknie wydana anglojęzyczna wersja "The oryginał of Laura" pojawiła się w sprzedaży (równocześnie w Londynie i Nowym Jorku) 17 listopada 2009r. i co ciekawe istnieje w niej możliwość wyciągania pojedynczych fiszek i układania ich we własną wersję powieści. W polskiej wersji czytelnicy takiej możliwości nie otrzymali, co jest niezgodne poniekąd z oryginałem i odbiera jeszcze większą przyjemność z odczytywania tej książki, ale tu chyba górę wzięły kwestie finansowe, bo takowa oprawa podrożyłaby jeszcze i tak już mocno wygórowaną cenę. Jednak, mimo pewnej niezgodności, Wydawnictwo Muza stanęło na wysokości dzieła i z właściwym poszanowaniem wielkiego pisarza przekazuje w ręce czytelników jego ostatnie słowa. Przyznam, że nie spotkałam się jeszcze z taką formą wydania jakiejkolwiek powieści, w której znajduje się pełny, oryginalny zapis słów autora i jest to zdecydowanie w tej chwili najpiękniejsza książka, sama w sobie, jaką mam w biblioteczce. To perełka na wagę ciągłego przytulania do piersi, głaskania po okładce, odszyfrowywania ołówkowych przekreśleń i analizowania pojedynczych słów. Zdecydowanie warta wydania i przygarnięcia przez miłośników nie tylko Nabokova, ale także wszystkich tych, których interesuje sam kunszt powstawania powieści.
Sama treść niewiele nam mówi. Bo to tak naprawdę powieść, której nie ma. Czytelnik otrzymuje tylko jej fragmenty zmontowane z fiszek, niedokończonych zdań i chaotycznych, wyłapywanych szybko, często nierozwiniętych myśli, punktów, zamysłów ku stworzeniu powieści. Czasem nawet pojedynczych słów, jak na ostatniej fiszce... wymazywać, wykreślać, kasować, usuwać, wygumkowywać, ścierać, unicestwiać.
Z pomiędzy wielu, w pełni udanych, zakończonych zdań, wyłania się postać dwudziestoczteroletniej Flory, do przesady szczupłej, niecierpliwie pięknej, w aksamitnych pantofelkach, ale z widoczną rysą stworzoną z powtarzających się zdrad wobec męża Philipa Wilda. On z kolei, inteligentny, potężny, sławny neurolog, upokorzony zdradami żony, szuka sposobu na śmierć bezbolesną... i znajduje... intrygującą samobójczą metodę wymazywania poszczególnych części ciała z wcześniej narysowanego swojego mentalnego portretu. Nic więcej nie zdradzę, oprócz tego, że to książka w książce i tytułowa Laura jest postacią wzorowaną na Florze, a może Flora na Laurze? Właśnie to jest w tej książce najpiękniejsze... poszukiwanie... wynajdywanie punktu zaczepienia, zdań które byłyby pierwszymi; słów, które nie zostały rozwinięte w zdania, a także samego Nabokova, który pisząc swe ostatnie słowa zapewne też szukał sposobu na śmierć bezbolesną, która nieuchronnie się zbliżała. To niewątpliwie dzieło, mimo iż nieskończone, wymagające zaledwie trzydziestu minut na przeczytanie... niewiele prawda? Wręcz rzec by się chciało niepotrzebnie mąci w głowie, prowokuje niezrozumienie i zabiera czas. Dla mnie jednak ma swoją wartość i myślę, że dla wielu będzie to książka wyjątkowa, intrygująca i nadal pełna tajemnic. 


2010-04-16

"Chwile istnienia" Virginia Woolf

 

Czuję, że pisząc, robię coś, co jest o wiele potrzebniejsze, niż wszystko inne - V. Woolf
Virginia Woolf kochała pisać, nie tyle tworzyć powieści, ile po prostu pisać. Szczególnie żywiła namiętność do niedocenionych form literackich, takich jak dzienniki, eseje, czy listy i choć po części traktowała ten rodzaj pisarstwa jako swego rodzaju ćwiczenia, to jednak czytając jej teksty czuć, że robiła to z wielką miłością do słowa i z przekonaniem, że kontynuowanie rodzinnej tradycji jakim było od lat zachowywanie wspomnień w formie dzienników jest czymś w rodzaju zaszczytu. Tradycję ową napoczął dziadek Virginii James Stephen, a następnie z oddaniem kontynuował ją Leslie Stephen, ojciec Virginii, spisując choćby bolesne wspomnienia o zmarłej żonie. Virginia zatem od dziecka wychowywana była w duchu szacunku dla literatury, dla słowa, i już jako nastolatka wraz z ukochaną siostrą podjęły bardzo ważne życiowe decyzje. Virginia miała zachowywać wspomnienia na kartkach. A Vanessa na płótnie. Jedna z sióstr Stephen została więc pisarką. Druga malarką.
„Chwile istnienia” to bardzo ważny zbiór pięciu esejów niepublikowanych za życia pisarki, które doskonale uzupełniają się z Dziennikami i gdyby tylko Virginia dłużej mogła nad nimi popracować, stałyby się pewnie częścią jej autobiografii, którą miała na uwadze. Od pierwszych bowiem prób literackich wzorując się na ojcu, który był znanym biografem (George Eliot, Alexander Pope, Jonathan Swift, Thomas Hobbes), czuła sentyment do tego rodzaju pisarstwa i to właśnie życiorysy członków rodziny i najbliższych przyjaciół stanowiły sporą część jej wczesnych notatek.
Mając dwadzieścia pięć lat (1907r.), będąc już w trakcie pisania pierwszej powieści o początkowym tytule „Malymbrosia” - później „The Voyage Out” („Podróż w świat”), zaczęła pisać biografię swojej ukochanej starszej siostry Vanessy, skierowaną do jej mającego się narodzić dopiero dziecka, jak się później okazało syna Juliana. I to właśnie szkic „Wspomnienia”, poniekąd biografia Vanessy, poniekąd autobiograficzne wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, otwiera cykl esejów „Chwile istnienia”.
Ten pierwszy obraz to olbrzymi wiktoriański dom dzieciństwa Virginii w londyńskiej dzielnicy Kensington, przy ulicy Hyde Park Gate, w którym mieszkało ośmioro dzieci: Laura (1870) – córka Lesliego Stephena z pierwszego małżeństwa; George (1868), Stella(1869) i Gerald (1870) – dzieci Julii Duckworth z pierwszego małżeństwa oraz wspólne dzieci Julii i Lesliego – Vanessa (1879), Thoby (1880), Virginia (1882) i Adrian (1883). Dzieci prowadziły życie zorganizowane z wielką prostotą i regularnością,były nauczane przez rodziców, obsługiwane przez służbę,grały w krykieta, spacerowały, jeździły corocznie na wakacje do letniego domu Talland House w Kornwalii (od roku 1882r, w którym urodziła się Virginia przez następne 12 lat). Wspomnienia te dotyczą jednak przede wszystkim trzech kobiet - siostry Vanessy; matki Julii Stephen, która przedwcześnie umarła oraz przyrodniej siostry Stelli Duckworth, na którą przeszły obowiązki ciągnięcia wózka z młodymi istotami rodziny Stephensów. Jednak niebawem śmierć brutalnie wkracza ponownie zabierając młodą mężatkę Stellę, i dziedzictwo rodzinnych komplikacji i bólu przypada osiemnastoletniej wówczas Vanessie. Kolejne „siedem smutnych lat” to ciąg nowych traumatycznych przeżyć jakie nie opuszczają od lat sióstr,jednak tym razem nie śmierć jest ich podstawą , a tyrania ojca i molestowanie przez przyrodniego brata Georga. Ojciec stał się dla nas ucieleśnieniem tego wszystkiego, czego nienawidziłyśmy w naszym życiu; był tyranem niewyobrażalnie egoistycznym, który brzydotą i smutkiem zastąpił piękno i radość tych, które umarły.
Kolejne trzy eseje łączą się w podtytuł „Szkice dla Klubu Wspomnień” i były pisane na zamówienie w latach 1920 i 1930 dla Klubu będącego przegrupowaniem dawnego przedwojennego Bloomsbury. Teksty te Virginia odczytywała na głos członkom Klubu, którymi byli m.in.: ona sama i Leonard Woolf, Vanessa i Clive Bell, Desmond i Molly MacCarthy, Adrian Stephen, John Keynes, Roger Fry, Duncan Grant, Lytton Strachey.To wspomnienia o wprowadzeniu Virginii i Vanessy przez Georga w świat eleganckiego Bloomsbury i inteligentnego Londynu; mało eleganckie stroje zostały zamienione w atłasowe suknie, na szyjach błyszczały drogie kamienie, pod dom podjeżdżały dorożki, a stopniowy sukces towarzyski nadawał promienności zmęczonym smutkiem twarzom sióstr Stephen. Jednak długo trwało nim owy sukces tak naprawdę nastąpił i nim Virginia spotkania towarzyskie traktowała jako coś przyjemnego, bo w początkowym stadium, kiedy jeszcze pojawiała się wszędzie u boku przyrodniego brata Georga, była przez niego wiecznie ganiona i uciszana: szepnął mi do ucha udręczonym głosem: Nie są przyzwyczajone, że kobiety w ogóle cokolwiek mówią... uważam, że potrzeba ci trochę praktyki, jak się zachowywać przy obcych.
Ostatni,ale zdecydowanie najobszerniejszy i najpiękniejszy tekst to „Szkice z przeszłości”, który pisany był na przełomie lat 1939 i 1940 (ostatni zapisek – cztery miesiące przed śmiercią), ale tak jak pozostałe obejmuje tylko czasy dzieciństwa i panieństwa pisarki. Virginia na początku próbuje zastanowić się nad sposobem w jaki powinna opisywać siebie, jak tworzyć autobiografię, co brać za wzór, jaki przyjąć schemat. Powodem tych wątpliwości było to, że tak trudno jest opisać jakąkolwiek istotę ludzką - Nie wiem jak dalece różnię się od innych - pisała.Te pierwsze wspomnienia to zmiana pokoju dziecinnego, ciemność, zamieszanie kiedy szło się na górę do łóżka; mama w białym szlafroku na balkonie, kwiaty passiflory w fioletowe prążki pnące się po murze; St. Ives brzęczący, słoneczny, pachnący tyloma zapachami naraz; ogrodnik kopiący grządkę szparagów, służąca trzepiąca dywanik. Wspinanie się po skałach,wdrapywanie na drzewa, przeglądanie się w niedużym lustrze w wieku siedmiu lat ... skrępowanie, onieśmielenie, półka obok jadalni. Gerald i jego dłonie... Każdy dzień zawiera o wiele więcej nieistnienia niż istnienia... Wiele jasnych kolorów, wiele wyrazistych dźwięków, trochę istot ludzkich, karykatur komicznych, liczne gwałtowne chwile istnienia,zawsze zawierające koło sceny, którą wykrawały, i wszystko otoczone rozległą przestrzenią – oto pobieżny opis dzieciństwa.Oto jaki mu nadaję kształt i jak widzę samą siebie jako dziecko,włóczące się w tej przestrzeni czasu, który trwał od 1882 do 1895 roku . W 1895 roku w maju sielskość się kończy, umiera matka Virginii i ona jako trzynastolatka nie jest w stanie się z tym pogodzić; mama już na zawsze stanie się jej obsesją ... Widzę siebie jako rybę w strumieniu,zepchniętą na bok, zatrzymaną w miejscu, ale nie umiem opisać strumienia.Tutaj ponownie Virginia wraca do wielu wspomnień o mamie, jej młodości, pierwszym małżeństwie, ośmiu latach wdowieństwa i kolejnym związku; o jej smutku, prostocie, surowości. O jej śmierci. Bardziej niż w pierwszym eseju rozwiła wątek narzeczeństwa siostry przyrodniej Stelli, a także jej śmierci trzy miesiące po ślubie. Wówczas Virginia miała piętnaście i pół roku, jej siostra Vanessa osiemnaście i zostały jedynymi kobietami w domu. Kobietami ojca, tymi które musiały tolerować jego wybuchowe usposobienie, podawać mu podwieczorek, uczestniczyć z nim w środowych nasiadówkach dotyczących rachunków domowych. Jego niezaspokojone pragnienie bycia geniuszem doprowadzało go do dużego przygnębienia,często milczenia i posępności; na co dzień żył jakby na pamięć, pisząc bezustannie palił fajkę i był wtedy zupełnie nieprzystępny. Wraz z jego śmiercią Virginia odetchnęła z ulgą i zaczęła znacznie intensywniej poświęcać się pisaniu.
W„Szkicach z przeszłości” wyczuwalny jest bardziej niż w poprzednich esejach styl wypracowany przez Virginię przez wiele lat; melodyczny, malowniczy, pełen odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć, szczegółów. Charakterystyczny, często lekko rozproszony, ale nigdy chaotyczny. Dla wielu czytelników jednak nudny, wręcz męczący i w żaden sposób niewciągający. Mimo wszystko ja czytając Woolf czuję się jakbym przesiadła się z pędzącego pociągu na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Mnie pisarstwo Woolf nieustannie zachwyca, bo jest na tyle głębokie, że pozwala zobaczyć dno, poczuć że to już ten moment, po którym nic więcej nie ma. Dalsza decyzja zależy ode mnie. Mogę się odbić, albo tam pozostać. Coraz częściej pozostaję, choć początkowo czułam, że to jeszcze nie ten moment, że mam klaustrofobiczne objawy i muszę wyjść na powierzchnię, opuścić ją. Teraz po przeczytaniu kilkunastu książek Woolf: prozy, dzienników,listów i esejów, rozumiem jej słowa, i być może nawet ją samą, bardziej niż wydawało mi się to możliwe do osiągnięcia.
Jednak zdecydowanie „Chwile istnienia” polecałabym raczej tylko wielbicielom Virginii Woolf, bądź czytelnikom, którzy po przeczytaniu którejś z jej książek chcieliby zapoznać się z życiorysem pisarki, a obszerna biografia Quentina Bella ich przeraża. Jako dzieło samo w sobie sporej części czytelników zapewne nie zadowoli.

Tytuł: Chwile istnienia. Eseje autobiograficzne
Wydawnictwo: Twój Styl
Przełożyła: Maja Lavergne
Ilość stron: 360
Okoliczność zdobycia: upolowana na allegro
Miejsce na półce: wyjątkowe, jak zwykle dla Woolf



2009-12-23

"Flush" Virginia Woolf

  
Wydawnictwo Znak, świętując 50 -lecie swojego istnienia, postanowiło uraczyć tych bardziej wymagających czytelników serią pięćdziesięciu książek, wśród których znaleźć można tytuły znane i lubiane, a także te, które według wydawnictwa uratować należało od zapomnienia. Taką zapomnianą pozycją literacką jest zapewne, wydana jako druga w kolejności (na obecnie sześć w serii 50 na 50-lecie), książka „Flush” coraz częściej publikowanej i czytanej w Polsce wybitnej angielskiej pisarki Virginii Woolf. To zdecydowanie jej najoryginalniejsza książka i kto wie, czy nie najciekawsza biografia psa, którego korzenie sięgają czasów Kartagińczyków.
Bohaterem tej niewielkiej objętościowo książeczki jest uroczy spaniel o arystokratycznym pochodzeniu i imieniu Flush, którego spłoszone oczy o orzechowej łagodności podbijają serce panny Elizabeth Barrett.
Elizabeth od lat trzymana była pod kloszem przez przewrażliwionych rodziców (szczególnie ojca), a jedyną jej rozrywkę stanowiła książka i widok z okna na londyńską Wimpole Street. Wszystko jednak stopniowo uległo zmianie kiedy panna Mitford, postanowiła zapewnić odizolowanej przyjaciółce jakiekolwiek, choćby psie towarzystwo.
Tak oto Flush, cocer spaniel o silnym temperamencie i łowieckim usposobieniu , musiał dostosować swe maniery do schorowanej panny Elizabeth i pogoń za królikami zastąpić leżakowaniem na sofie u jej stóp. Przeszedł swoistą przemianę i jak przystało na wiernego psiego przyjaciela nie zawiódł upodabniając się do swej właścicielki, zarówno w chwilach „życia w klatce”, jak i późniejszej „wolności”, której tak bardzo oboje pragnęli, iż w końcu nadeszła…
Ale najpierw przyszła miłość, którą Flush rozpoznał po bezsennych nocach swej pani oraz po listach, których oczekiwała ze zniecierpliwieniem na twarzy. Okazało się, że uczucie zakochania było lekarstwem na chorobę, która najwyraźniej była tylko rodzajem buntu przeciw tyranii ojca. Nowo narodzona panna Barrett zdecydowała się na ucieczkę i cichy ślub z poetą Robertem Browningiem. Flush, po wcześniejszych ataku zazdrości, z czasem ustąpił Browningowi symbolicznego miejsca u stóp swej pani, sam zaś pozwolił dać upust swym czysto psim zachowaniom, niekoniecznie niegrzecznym. Nocami przemierzał ulice Pizy, do której uciekli państwo Browning, a kilka miesięcy później radośnie uganiał się za nakrapianą spanielką ulicami Florencji. Pani Browning nie przestawała wychwalać wyższości słonecznej Italii nad konwencjonalną Anglią, sam Flush zaś bardzo chętnie chełpił się rolą księcia na wygnaniu, bo okazało się, że był jedynym spanielem czystej krwi we Florencji.
Elizabeth Barrett Browning to autentyczna postać literacka, co więcej - jedna z najważniejszych autorek wiktoriańskiej Anglii. Virginia Woolf po przeczytaniu jej listów do Roberta Browninga, w których sporo wzmianek jest o jej psim przyjacielu, postanowiła biografię Flusha zapisać. Pisząc tę książkę była pełna obaw (jak to Virginia miała w zwyczaju) i nazywała ją wyjątkowo niemądrą książką, jednak zmieniła o niej zdanie, kiedy 27 sierpnia 1933 roku czytamy w jej dziennikach: I zapomniałam napisać, że Flush został wybrany przez Amerykańskie Towarzystwo Książkowe. Boże .
Oprócz wyżej wspomnianych listów, wielki wpływ na tak ciepło i subtelnie opisaną biografię psa, miał z całą pewnością fakt, iż sama Woolf zawsze była otoczona psami. Szczególnie jednego darzyła ogromnym uczuciem i zapewne pierwowzorem Flusha jest poniekąd cocer spanielka o imieniu Pinka, którą otrzymała od ukochanej VitySackville-West… 16 lutego 1927 r. Virginia w liście do Vity napisała: Proszę Cię droga Vito nie zapominaj o swoich pokornych zwierzątkach – Pinkerce i Virginii. Siedzimy oto samiusieńkie przy kominku. Co rano wskakuje na łóżko i całuje mnie, a ja sobie mówię to Vita.
Warto też wspomnieć, że bardzo dużo w tej książce samej Virginii. Ona jako narratorka pokazuje świat widziany oczami psa, którym być może sama chciała być. Zawsze w związkach uczuciowych przedstawiała siebie bowiem jako jakieś zwierzę: dla swojej ukochanej siostry Vanessy Bell była kozą, a czasem całym stadem małp; dla Violet Dickinson (kolejnej przyjaciółki jaką obdarzała wielką miłością) była pół małpą – pół ptakiem; dla męża Leonarda była mandrylem, zaś dla Vity Sackville-West była Potto, czyli prawdopodobnie właśnie spanielem.
Flush” to książka nie tylko dla wielbicieli psów, choć nie ukrywam faktu, iż zapewne tej części czytelników przyniesie najwięcej przyjemności. Tym bardziej, że zbliża się Wigilia i zawsze tego dnia patrzymy na mordki naszych czworonożnych przyjaciół z nadzieją, że przemówią do nas ludzkim głosem.
Virginia Woolf swoimi słowami sprawiła, że Flush, mimo iż żył cały wiek temu, przemówił do mnie swym sympatycznych usposobieniem i niezwykłą psią wrażliwością. I zdecydowanie zasłużył na wyróżnienie go z okazji 50 – lecia Znaku.

Tytuł: Flush"
Autor: Virginia Woolf
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 120
Okoliczność zdobycia: 30-te urodziny (prezent)
Miejsce na półce: literatura piękna-lekka, na jeden zimowy wieczór

2009-01-07

Koniec "Dzienników"

L. pracuje przy rododendronach...

To ostatnie zdanie "Chwil wolności", dzienników Virginii Woolf jakie kąpały się ze mną praktycznie co wieczór od sierpnia. Delektowałam się nimi jak smakiem żółtego sera, który uwielbiam.
Każda strona smakowała inaczej, w zależności od grubości nawarstwiania się zróżnicowanych stanów Virginii, które z radością niewiele wspólnego miały.
Ale o samej Virginii rozpisywać się tu nie będę... może kiedyś.
Te siedemset stron to wspomnienia bardzo osobiste przepełnione refleksją nad własną twórczością, skrapiane pojawiającymi się problemami zdrowotnymi i atakami głębokiej jak studnia depresji. To obszerna relacja ze spotkań z przyjaciółmi, z ciągłych przeprowadzek, problemów ze służbą, z wydawnictwem, a w końcówce także z wojny...
Jednak Dziennik ten pozostawił we mnie pewien niedosyt. Poczułam, że to nie wszystko co chciałabym o tej pisarce wiedzieć i że to nie wszystko co Virginia miała do powiedzenia.
Narodziła się we mnie żądza zdobycia oryginału, czyli pięciu tomów w skład których wchodzi łącznie dwa tysiące stron rękopisu. Tylko jak dostać się do Londynu i jak zdobyć tłumacza, który mi za symboliczny grosz i ewentualne racje żywieniowe przetłumaczy te dwa tysiące stronic? Bo na wydanie polskie w całości chyba nie mam co liczyć, biografie są mało poczytne w naszym polskim kraju.
Basiu... czy możesz porzucić na kilka lat swoje skrypty akwariowe i troszkę mi potłumaczyć? :)

Wrrr... nie lubię jak muszę się rozstać z czymś, co sprawiało mi radość...
I taka zmartwiona ostatnią kartką zeszłam na dół w nastroju nieprzychylnym otoczeniu, targając wielkie tomisko Dziennika ze sobą do kuchni.
Po drodze warknęłam na psa...
Zaparzyłam jeżynową herbatę...
Zajrzałam do lodówki. Ciasteczka świąteczne nadal błagają o dojedzenie.
Warknęłam na męża...
Usiadłam na nowej-mojej wiklinie... Wstałam...
Wzięłam jabłko. I znowu usiadłam i znowu wstałam i... normalnie miejsca sobie nie mogłam znaleźć.
I co gorsza ciągle miałam ochotę powarczeć.

Przyciskając "Dziennik" do kilku warstw mojego wierzchniego okrycia pancernego stanowiącego ochronę przed zimnem, znowu tymi samymi schodami, którymi chwilę temu zeszłam, wyszłam na górę z misją znalezienia Biografii Virginii, jaką napisał jej siostrzeniec Quentin Bell, a którą czytałam kilka lat temu.
W "Dziennikach..." nie zamieszczono bowiem listu pożegnalnego jaki Virginia zostawiła na kominku dla męża Leonarda, tego feralnego dnia, w piątek 28 marca 1941 r.. Miała 59 lat.
Chciałam go jeszcze raz przeczytać. I znalazłam.

Najdroższy
Jestem pewna, że znowu popadam w obłęd. Uważam, że nie możemy przechodzić przez kolejny taki straszny okres. A tym razem nie wyzdrowieję. Zaczynam słyszeć głosy i nie mogę się skupić. Więc robię to co wydaje się najlepsze. Dałeś mi największe szczęście, jakie jest możliwe. Byłeś pod każdym względem wszystkim, czym można być. Nie myślę,żeby dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych, dopóki nie nadeszła ta straszna choroba. Nie mogę dłużej walczyć. Wiem, że niszczę Twoje życie, że beze mnie mógłbyś pracować. I będziesz, wiem. Widzisz, nawet nie umiem tego napisać jak trzeba. Nie mogę czytać. Chcę powiedzieć, że całe szczęście swego życia zawdzięczam Tobie. Byłeś wobec mnie nieskończenie cierpliwy i niewiarygodnie dobry. Chcę to powiedzieć - wszyscy to wiedzą. Gdyby ktokolwiek mógł mnie uratować, byłbyś to Ty. Wszystko mnie opuściło poza pewnością o Twojej dobroci. Nie mogę już dłużej niszczyć Ci życia.
Nie myślę, że dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych niż byliśmy my."
                                                                                              V.

List położyła tuż obok listu do ukochanej siostry Vanessy, z którą łączyła ją silna więź.
Około 11.30 zabrała laskę i wyszła z domu. Przeszła przez podmokłe łąki i dotarła nad rzekę Ouse.
Niewykluczone, że słyszała głosy ptaków śpiewających po grecku, które ją dręczyły.
Pozostawiła laskę na brzegu i włożyła duży kamień w kieszeń palta.
Chwilę później rzuciła się w nurt rzeki.

Jej ciało znaleziono dopiero trzy tygodnie później.

"Chwile wolności" to zdecydowanie pozycja klasyfikująca się na podium czytanych przeze mnie książek w 2008r.
Na pierwszym "Dziewczyna z zapałkami" Anny Janko, na drugim "Dzienniki", a na trzecim "Senność" Kuczoka oraz cała reszta... Och, gdybym mogła tylko czytać i czytać...