Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literacki Nobel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literacki Nobel. Pokaż wszystkie posty

2013-05-07

Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska - wspomnienie Wisławy Szymborskiej w kwartalniku "sZAFa"


Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska – wspomnienie Wisławy Szymborskiej

Przez całe swoje życie Wisława Szymborska posiadała godny pozazdroszczenia dystans do świata i wszystkiego co ma wpływ na jego przeżywanie. Począwszy od spraw istotnych, o filozoficznym podłożu, przyjaźniach, zobowiązaniach, poprzez najważniejsze nagrody świata i polityczne uwarunkowania, a skończywszy na autoironicznym podejściu do siebie samej i dziwactw, które ją szczerze ujmowały. Nigdy, nawet po otrzymaniu Nobla w 1996 roku, nie zmieniła nastawienia do życia zaznaczając swoją pozycję słowami: ja chcę być określoną osobą, a teraz widzę, że chcą ze mnie zrobić osobistość. Instynkt mi mówi, że to jest niebezpieczeństwo. Poczuwała się do nie przekraczania pewnych granic, które były jej obce i do szczęścia niepotrzebne. Potrafiła nie ulegać tak samo stanowczo, jak ulegać. Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska. Istotę i ważność skupiała na istnieniu, obmyślaniu świata, co robiła niespiesznie, z empatią, właściwym sobie zadziwieniem i zachwytem. Ubolewała nad tym, że coraz częściej żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami.

Często wracam do osoby Poetki, nie tylko kiedy potrzebuję jej poezji. Lubię na nią po prostu patrzeć, odprężać się w Jej towarzystwie podczas powrotów do filmów dokumentalnych z jej udziałem: „Chwilami życie bywa znośne”, „Radość pisania” czy „Koniec i początek”. Pełna jest w swoich ruchach delikatności, lekkości i kruchości motyla. Motyla, który jest symbolem czegoś bardzo radosnego, subtelnego i nieuchwytnego. Samo patrzenie na nią uwalnia sympatię. Sposób w jaki wybucha niepohamowanym śmiechem, w jaki skrywa usta za pomarszczoną drobną dłonią, jest czymś niezwykle „szymborskim”, jakby lekko wstydliwym obnażeniem własnej nieposkromionej radości, przed dokuczliwością i nieznajomością poniektórych płaszczyzn świata nowoczesnego. Urzeka skromnością, bezpośrednim stosunkiem do rzeczy, szczegółów i absurdów. W filmie Katarzyny Kolendy – Zaleskiej patrzę na Jej sposób bycia podczas podróży we Włoszech, na Sycylii, w Katanii u podnóża Etny, w Corleone, w Wenecji, w Bolonii na uniwersytecie, gdzie wita ją sam Umberto Eco. Wśród kwiatów, zabytków, w słońcu, w deszczu, z filiżanką czy papierosem, który nie odbiera jej uroku. Wszędzie uśmiechniętą, chętną do zwiedzania, zapamiętywania szczegółów i upamiętniania obrazów z podróży takich jak choćby nazw miast na metalowych tabliczkach, pod którymi uwielbiała się fotografować. Miała też zwyczaj kupowania pamiątek dla przyjaciół, więc dalej chętnie towarzyszę jej w zakupach, jestem świadkiem opowieści o kiczowatych bibelotach, jakie zwożą jej z całego świata znajomi, a które zalegają w niewielkim mieszkaniu. W nim też odgrywa się rzecz niewielkiego jak się okazuje dramatu. W jednej z sześciuset szuflad, gdzieś pomiędzy pocztówkami, listami, nagrodami, wyróżnieniami i wycinkami z gazet, błąka się złoty Nobel. W swej istocie bardzo na równi traktowany z pozostałymi skarbami obszernych półek. Wisława spokojnie okazuje zdumienie, jakoby nie maczała palców w jego utracie, a w momencie aktu odnalezienia każe go włożyć Michałowi Rusinkowi ponownie do szuflady, gdzieś tam między Borzęcinem a Krynicą Górską.

Taką właśnie Ją lubię wspominać. Zdolną do zwyczajności, anegdot, psot i nietuzinkowych prezentów, którymi obdarowywała przyjaciół nie tylko podczas historycznych już loteryjek. Osobisty sekretarz opowiadał w którymś z filmów, jak musiał zakupić znajomym poetki ogrodową owieczkę naturalnych rozmiarów ( wymarzony przez nich kelner uległ zniszczeniu i trzeba go było czymś zastąpić) i co najważniejsze w tej opowieści, zawieźć zgodnie z zaleceniami Szymborskiej, bezszelestnie, najlepiej na zgaszonym silniku i wstawić niezauważalnie do ich ogrodu. Z kolei Bronisław Maj wspominał słynne zupy, które to były podawane w dziwaczny sposób. Najpierw goście dostawali wrzątek w miseczkach, a później, w kosztownych wazach na stół wnoszono zupę w proszku. Sporo uśmiechu wywoływała też pocztówkami i wycinankami, którymi obdarowywała najbliższych, nie zważając na sugestie, że niektórych rzeczy podobno nie wypada czynić noblistce. Bawić się w kolaże czy popełniać te wszystkie limeryki, moskaliki i dystychy. Radował ją lekki humor, momentami wyszukany absurd, drobna przyjemność obdarowania i silnych więzi przyjacielskich. Taka była na co dzień. Widywana w towarzystwie ulubionego, ohydnego chińskiego termosu na wrzątek, prosiaka pozytywki z korbką w postaci świńskiego ogona czy damskiej nogi z marcepanu.

Również życie literackie traktowała jak wszystko inne, z dystansem i potrzebą wydobywania zewsząd rzeczy pomijanych, szczegółów niezauważalnych, co widać nie tylko w poezji, ale też w felietonach z „Lektur nadobowiązkowych” czy zbiorze „Poczty literackiej”, który powstał z listów do redakcji „Życia Literackiego”, z którym to Poetka była związana zawodowo przez piętnaście lat. W różnych odsłonach. Początkowo jako szefowa działu poezji, odpowiedzialna za wybór debiutantów, z czasem zaczęła anonimowo odpowiadać ( na przemian z Włodzimierzem Maciągiem) na masę korespondencji od aspirujących do miana literatów czytelników. Oczywiście wszystko w charakterystycznym sobie tonie sympatycznej ironii i ciągłej obawy czy kogoś nie urazi. Z czasem świadomość bycia wyrocznią zaczęła jej ciążyć, chyba też trochę ją nudzić, co pokryło się z oddaniem w geście solidarności legitymacji partyjnej i ku własnemu zadowoleniu, z redaktorki stała się felietonistką, w przewadze na gruncie literackim.
A czytelniczką bywała niewybredną, bezinteresowną i otwartą na lektury odrzucane już z racji czasem samego tytułu. I choć w wieku czternastu lat miała już przeczytanego całego Dostojewskiego, to nigdy podczas swojej podróży czytelniczej nie klasyfikowała literatury na dobrą i gorszą, ważną i mniej ważną. Stąd taka różnorodność w jej felietonach do rubryki „Lektur nadobowiązkowych”, od Salvadora Dali, poprzez Tomasza Manna, George Sand, Juliusza Verne, aż po szaleństwa królów, kamienie szlachetne, vademecum turysty pieszego, wyrazy wątpliwe czy abc męskiej elegancji. Nie ulegała falom księgarnianych nowości, ani żadnym naciskom, pisząc przez blisko trzydzieści pięć lat ( z przerwami ) o tym co bliskie jej światu, jej poglądom, czyli przede wszystkim o „sprawach i rzeczach niekoniecznych, pomijanych czy uznanych za drugorzędne”.

Wisława Szymborska nie ukrywała nigdy faktu, że jest poetką pewnej prostoty. Ale nawet kiedy ucieka się do klusek ze skwarkami, muszek, robaczków czy innych minimalizmów świata całego, to jest w tej prostocie wiersza ukryta komplikacja najważniejszych myśli. Remedium, którym zatrzymuje ogrom pędzącej materii. Uspokaja nim, ale nie usypia, raczej pobudza czujność, prowokuje reminiscencje. Z uporczywością zadaje pytania, które rysują się ciągiem braku odpowiedzi, co nie nadaje jej poezji moralizatorskiego tonu, jedynie zaprasza do wspólnego zastanowienia się nad tym co w życiu istotne.
Dręczyło ją wiele niewyjaśnionych filozoficznych myśli, jak każdego człowieka, tym bardziej poetę. Często ulegała nagłej potrzebie ucieczki w samotność. Szczególnie sama ze sobą pragnęła być w chwilach trudnych i ważnych, by nie dopuścić do zbytecznego emanowania słabościami. Wyraźnie się pilnowała. Uważała że wszystko co ma o sobie do powiedzenia, jest zawarte w jej wierszach. Że nie potrzebuje siebie dopowiadać. Jednak po przeczytaniu maszynopisu książki „Pamiątkowe rupiecie” Anny Bikont i Joanny Szczęsnej jakby nie była pewna czy uzewnętrzniając tylko tę pozytywną aurę była w pełni sobą. Zastanowiła się: Czy ja naprawdę taka jestem? Życie miałam właściwie szczęśliwe, jednak było w nim wiele śmierci, wiele zwątpień. Ale oczywiście ja o sprawach osobistych mówić nie chcę, a też nie lubiłabym, żeby mówili inni. Ja mam do ludzi inną twarz, dlatego pokazują mnie od strony anegdotycznej, jako osobę wesołą, która nic, tylko wymyśla najróżniejsze gry i zabawy. To, że inni mnie tak widzą, to moja wina. Pracowałam długo na ten wizerunek. Bo jak mam zapaści, zmartwienia, to do ludzi nie wychodzę, żeby nie pokazywać ponurej twarzy. I wygląda, jakbym prowadziła życie motylka, jakby życie nic, tylko głaskało mnie po głowie.
Porównując się do motyla dała jasno odczuć jak trudno momentami było jej być tym kim była. Jak istotne było dla niej to, by nie zawieść i mieć swą poezją ciągły wkład w zadowolenie z życia innych, nie tylko Woody Allena, który jej głośno za to właśnie podziękował. I ja również przychylam się do tych podziękowań, bo Wisława Szymborska to nie tylko poezja, to nietuzinkowa osobistość, postawa życiowa i po prostu dobry człowiek, któremu warto się bliżej przyjrzeć.


 http://szafa.kwartalnik.eu/46/htm/presents/sznapka.html

2012-10-20

"Szymborską jesień się zaczęła"




Notatka

Życie - jedyny sposób,
żeby obrastać liśćmi, 
łapać oddech w piasku,
wzlatywać na skrzydłach;

być psem,
albo głaskać go po ciepłej sierści;

odróżniać ból
od wszystkiego, co nim nie jest;

mieścić się w wydarzeniach,
podziewać w widokach,
poszukiwać najmniej między omyłkami.

Wyjątkowa okazja,
żeby przez chwilę pamiętać,
o czym się rozmawiało
przy zgaszonej lampie;

i żeby raz przynajmniej
potknąć się o kamień,
zmoknąć na którymś deszczu,
zgubić klucze w trawie;
i wodzić wzrokiem za iskrą na wietrze;

i bez ustanku czegoś ważnego
nie wiedzieć.

Wisława Szymborska


Obejrzałam ten film już dwa razy. Obejrzę jeszcze wielokrotnie. Zbliża on bardzo do poetki. Holendrowi, Johnowi Albertowi Jansenowi udało się coś co wydaje się wręcz niemożliwe w tak krótkim czasie. Zatrzeć granice pomiędzy bohaterem dokumentu a jego odbiorcą, zminimalizować dystans do zera i praktycznie natychmiast, po kilku minutach, dopuścić widza bardzo blisko osobowości nawet tak wybitnej, ponadczasowej jakim jest Wisława Szymborska. Jedno jest pewne, takiego efektu nie da się osiągnąć jednostronnie, wiele zawdzięczamy naszej Noblistce. To Wisława Szymborska swą naturalnością, ciepłą kokieterią, podejściem do własnej osoby, sprawia że film ten staje się dokumentem wymykającym się poza zwykły dokument. Chyba nikt poza Wisławą Szymborską nie potrafi w tak szczery, otwarty sposób zaprosić własną postawą do swojego intymnego świata. Zachwyca dystansem do życia i własnych słabości. Nagłą potrzebą zażartowania, podzielenia się anegdotą czy zadziwieniem. Tak, Wisława Szymborska umie się najpiękniej zadziwiać ze wszystkich znanych mi osób. Nie unika jednak też spraw istotnych, niejednokrotnie trudnych, zawartych w swojej wieloletniej twórczości. Wszystko to dzieje się tak jakby nie istniał między bohaterką tego dokumentu a jego odbiorcą, żaden szklany ekran, żadna różnica wieku, jakby zatrzymał się czas. Jakby wszystko działo się tuż obok. Na kanapie, przy stole, wśród papierosowego dymu i ciepłego głosu, z tak charakterystyczną Noblistce dykcją. Można słuchać i patrzeć bez ograniczeń, wyczekując uśmiechu, który pojawia się zamiast kropki na końcu zdania. Uśmiechu, który jest niczym czułe dobranoc mamy szeptane dziecku do ucha.

Nadal żałuję, że nie dotarłam do Krakowa, gdzie w Centrum Manggha świętowano inaugurację działalności Fundacji Wisławy Szymborskiej i wyświetlano "Koniec i początek", chyba po raz pierwszy na dużym ekranie. Tam musiała być wyjątkowa atmosfera, która jeszcze bardziej wpływała zapewne na odbiór tego filmu. Podobno długo nie milkły brawa. Nie dziwię się. To bardzo wzruszający film, kiedy pomyśli się, że już Jej wśród nas nie ma. Ona w piękny sobie sposób, z lekkością, bez ustanku czegoś ważnego nie wiedziała. Zachwycała, zadziwiała i odkrywała. Jak dla mnie robi to nadal i dzięki Niej nauczyłam się zwalniać i dostrzegać.


2012-02-01

Zmarła Wisława Szymborska


Źródło: Fotorzepa fot. Piotr Guzik

Kilka minut temu dotarła do mnie ta wiadomość. Smutno bardzo. Grudzień zabrał tylu wspaniałych ludzi. Pierwszy dzień lutego odebrał nam wybitną poetkę Wisławę Szymborską, autorytet, cudowną osobowość, wartościowego Człowieka, dumę polskiej poezji. Wisława Szymborska nie lubiła rozgłosu na swój temat, nigdzie nie doczytałam, by ostatnio ciężko chorowała, choć jej wiek mógł na to wskazywać.
W lipcu obchodziłaby swoje 89 urodziny. Odeszła we śnie, w swoim domu... nie wiem czy pójdę dziś spać. Wiek piękny, ale chciałoby się, by tacy ludzie żyli wiecznie.
Pracowała nad tomikiem, który miał przyjąć tytuł "Wystarczy", nie wiem nawet czy został ukończony.

"Chwilami życie bywa znośne"  - właśnie oglądam powtórkę na TVN24...



Nic dwa razy

Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.
 
(tomik "Wołania do Yeti", 1957r.)


2011-10-07

Literacki Nobel


Wczoraj bardzo wyczekiwałam tej chwili. Szczęście mieć radio na oknie w pracy. Nieważne, że antenę łyżeczka podtrzymuje, że szumi kiedy przechodzę, że guzik głośności odpadł... kiedy się nie ruszam, słyszę. Za oknem mam jesień, piękniejszą niż zwykle, jestem jeszcze bliżej drzew, mam je na wyciągnięcie ręki, kiedy pracuję. Wstrzymuję momentami cięcie papieru i zawieszam wzrok na czerwonych liściach, i kroplach deszczu spływających po szybie. O 13.00 usłyszałam: Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za "zwięzłe, przejrzyste obrazy, które dają nam świeży dostęp do rzeczywistości" otrzymał szwedzki poeta Tomas Transtroemer. Nie ukrywam, że niewiele mi to nazwisko mówiło, ale ucieszyłam się. Bo poeta. 

Tomas Transtroemer jest autorem wierszy tłumaczonych na ponad 40 języków. Jest zdecydowanie najwybitniejszym żyjącym poetą szwedzkim. Do najważniejszych jego zbiorów należą: "Tajemnice w drodze", "Dźwięki i ślady", "Morza Bałtyckie", "W sali zwierciadeł", "Żywym i umarłym". Urodził się 15 kwietnia 1931 r., ma zatem już 80 lat. Od 1990r, na skutek udaru mózgu jest częściowo sparaliżowany. Ma problemy z mówieniem, co uniemożliwiło mu pracę w zawodzie (jest z wykształcenia psychologiem), ale nie zaprzestał pisania i spotykania się z czytelnikami. Mieszka w małej miejscowości Vaesteras, poza Sztokholmem. 

Poezję Transtroemera cechuje duża zwięzłość. Pisze o doznaniach religijnych, jego wiersze ujawniają inspiracje muzyczne, poruszają problemy zagubienia człowieka we współczesnym świecie. Język poezji Tranströmera jest wyciszony, jednocześnie w utworach spotyka się obrazy pełne paradoksów - przeczytałam w Wikipedii... niewiele o tym poecie można znaleźć, nie doszukałam się też żadnego jego wiersza. W księgarni żadnego tomiku. Trzeba jeszcze poczekać. "Pióropusz" Marcina Pilota też jeszcze jest w druku (nie dociekałam prawdy, ale pani w księgarni powiedziała mi, że od lat jest ta książka słabo dostępna)... tak to bywa z tymi wyróżnieniami literackimi. W tyk roku zarówno Nobel, jak i Nike zaskoczyły hurtownie i zupełny brak tych pozycji na półkach. Obawiam się tylko, że nim dotrą, to bum minie, i nikt już nie zapyta o nie.


 Ja dziś zakupiłam najnowszą książkę Michaela Cunnighama "Nim zapadnie noc". Cieszyłam się na nią od tygodnia... Życie to gra pozorów. Zastanawiasz się czasem, jakim cudem życie nieustannie cię pochłania, mimo że rzadko przytrafia ci się coś naprawdę wyjątkowego? Bogactwo odczuć, piętno tragicznych wydarzeń z przeszłości, latami skrywane marzenia, pragnienia, lęki - wszystko to pcha nas na przód. Pomiędzy książkami Manna, Kafki, Fitzgeralda, zachłyśnięty muzyką Schuberta i Coltrane'a, Peter -  właściciel nowojorskiej galerii - szuka w życiu, jak w sztuce, czegoś niepowtarzalnego. Elementy jego uporządkowanego świata zaczynają się poddawać subtelnym zmianom, gdy w mieszkaniu Petera i Rebekki pojawia się jej duży młodszy brat, chłopak z narkotykową przeszłością. 
Wiecznie dążymy do piękna. Własnego piękna, które definiujemy indywidualnie, a jednak wciąż szukamy go w innych ludziach i czasami znajdujemy w najmniej odpowiednim momencie... - można przeczytać na okładce książki - Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011.


2011-10-04

Gala Nike w tv, Gombrowicz w Teatrze, pięknie nadal za oknem...


Nie oglądałam wczoraj gali z wręczenia NIKE. Do momentu zakończenia wyborów, nie mam odwagi załączać telewizji. Dość mam tych wszystkich szarpanin, trącań, przepychanek jak w szkolnej szatni. Udałam się za to z wielką przyjemnością do teatru na adaptację "Dzienników" Witolda Gombrowicza. I choć państwo siedzący za mną, przyprowadzili na oko dziesięcioletnią dziewczynkę tylko dlatego, że na scenie miał się pojawić Tomasz Karolak z "Rodzinki.pl", to wyłączyłam się na pewne słowa, by usłyszeć te ważniejsze.
Teatr IMKA mnie zaskoczył. Przyznam, że nie przepadałam za Tomkiem Karolakiem, do momentu aż zobaczyłam go na scenie. Zupełnie inne doświadczenie. Ekran zniekształca, wykorzystuje, wrzuca do jednego worka. Tymczasem okazał się dobrym aktorem i pozbyłam się uprzedzeń. Do tego wszystkiego po spektaklu okazał się skromnym, rozsądnie mówiącym, i przyjemnym dyrektorem tegoż właśnie w/w Teatru. Bardzo ambitnego i naprawdę dobrego Teatru. Z wielką przyjemnością przez dwie godziny bez przerwy słuchałam Gombrowicza, przeczesywałam jego rejony myślenia, poddawałam się bolesnemu i dotkliwemu językowi... i jedynie powrót do wyborów okazał się męczarnią, bo od nich to ja uciekam. A Gombrowicz prawił tak: Niewiele mam do powiedzenia na temat zwycięstwa Artura Frondizi, który została prezydentem Argentyny, natomiast pragnę zapisać, że nie przestaje zdumiewać mnie akt wyborów. Ten dzień, w którym głos analfabety tyle znaczy, co głos profesora, głos głupca co głos mędrca, głos posługacza co głos potentata, głos rzezimieszka co głos cnotliwego, jest dla mnie najbardziej pomylonym z dni. Nie rozumiem jak ten akt fantastyczny może wyznaczać na kilka następnych lat coś tak ważnego w praktyce, jak rządy krajem. Na jakiejże bajce opiera się władza! Jakim sposobem ta pięcioprzymiotnikowa fantastyczność może stanowić podstawę bytowania społecznego? - jakże cieszy ta Gombrowicza ponadczasowość. Swymi poglądami, które na przemian zdumienie zamieniają w uniesienie kącików ust na smak groteski, przyciąga do siebie, i  mimo lat, które upłynęły od konstrukcji tych myśli, jest nadal do kości prawdziwy. Nie czytałam "Dzienników", tylko nieliczne fragmenty, ale teraz mam na nie wielką ochotę. I dziękuję Piotrowi Adamczykowi, Magdalenie Cieleckiej (doskonałej), Iwonie Bielskiej, Mikołajowi Grabowskiemu, Andrzejowi Konopce, za wkład w przekazanie prawdziwości tym myśli na scenie Teatru.

Wracając do NIKE... jury znowu zaskoczyło. Nie wiem nic o tegorocznym laureacie. Co gorsza chyba mało kto wie. Nie napiszę więc nic od siebie... jedynie tyle, że opis książki mnie zainteresował, i z ciekawości sięgnę po nią w księgarni. Przejrzę, przeczytam kilka fragmentów i podejmę decyzję. Raczej na tak. I tylko ze smutkiem pytam, gdzie te piszące kobiety? Od jakiś dwóch lat oddaję się co wieczór mężczyznom - tym piszącym, bo trudno mi znaleźć równie dobrze piszące kobiety. Nie mam tu na myśli tylko polskich autorek, ogólnie jakaś słabość płci pięknej mnie dotyka. 
O "Pióropuszu" pani Ewa Krzysiak na stronie http://www.wiadomosci24.pl napisała:
W końcu przyszła pora na finał. Wszyscy wstrzymali oddech i z zapartym tchem czekali na werdykt. Ale zanim to nastąpiło, obecni na sali usłyszeli fragment zwycięskiej książki. Odniosłam wrażenie, że wybór ten był dla zebranych osób ogromnym zaskoczeniem. Bowiem laureatem Nagrody Literackiej Nike 2011 został "Pióropusz" Mariana Pilota. Potwierdziła to przewodnicząca jury, pani profesor Grażyna Borkowska. Ogłaszając wybór laureata, powołała się w swojej laudacji na słowa Jana Gondowicza: - Nie jest to książka miła, ponętna, szykowna, łatwa i glamour. Jest za to szorstka, zuchwała, oszałamiająca, zamaszysta i kunsztowna.

Prof. Borkowska, uzasadniając werdykt, opisała formułę książki jako bardzo trafną, a na dodatek wyrażoną w języku powieści, która w wielosłowiu znajduje siłę, schronienie i wsparcie. Zbiegają się w "Pióropuszu” rozmaite tradycje gatunkowe: konwencja powieści rozwojowej i emancypacyjnej, elementy powieści o dzieciństwie i szczątki sagi rodzinnej, zręby autobiografizmu i fikcjonalności - zbiegają się, by natychmiast umknąć w stronę żywiołowego i wypracowanego, szalonego i obolałego, zgrzebnego, zgrzebnego i imponującego - fajerwerku słów.


- Ojciec był rozdarty, najdosłowniej rozszarpany. Ze skóry odarty i jakby tego nie dość było, zakneblowany - oto zdanie z powieści Mariana Pilota, które zawiera wszystkie cechy jego pisarstwa: surrealistyczną wrażliwość, wyczucie groteski i malowniczą sugestywność. Opowiada on o dzieciństwie bohatera z ubogiej rodziny ze wsi Siedlików, który za kradzież i dewastację mienia zostaje uznany "wrogiem ludu" i trafia do stalinowskiego więzienia... Rodzina rzuci wyzwanie totalitarnemu państwu, by przez lata zmagać się z jego potęgami, doznając krzywd i upokorzeń, znosząc poniewierki, ciężkie więzienia.

Laureat tak jeszcze mówił o "Pióropuszu": - Swoją książką chciałbym przekonać czytelników, że jest możliwa polszczyzna nieco inna, sięgająca do słowa ludowego, do polszczyzny, jakiej używało się jeszcze pół wieku temu, a teraz zapomnianej. Zawierała ona taki potencjał, że wydaje mi się, że te słowa dawne mogłyby z powodzeniem zastąpić słowa zapożyczone z języka angielskiego.


Jestem szczerze chętna na tę nieco inną polszczyznę...

A już niebawem kolejne zaskoczenie? Kto tym razem otrzyma Literackiego Nobla? Rzeczpospolita pisze:
Według międzynarodowej firmy bukmacherskiej Unibet największe szanse na Nobla ma japoński pisarz Haruki Murakami.
Na drugim miejscu jest indyjski pisarz Vijaydan Detha, na trzeciej pozycji sklasyfikowano syryjskiego poetę Adonisa oraz amerykańskiego pisarza Cormaca McCarthy'ego. Kolejne pozycje rankingu stworzonym przez Unibet zajmują: australijski poeta Les Murray, szwedzki poeta Tomas Transtroemer oraz koreański pisarz Chang-Rae Lee.

Polski poeta Adam Zagajewski jest na 22 miejscu.

A ja ciągle trzymam kciuki za Milana Kunderę i Philipa Rotha.
I oczywiście Tadeusza Różewicza.

p.s czy ktoś, tak jak ja, ma ciągle pół ekranu serwisu You Tube zajętego przez "Czarny młyn" Marcina Szczygielskiego? Nie wiem czy gdzieś coś odblokowałam, czy tak nachalna jest ta reklama?

Poza tym wszystkim jest pięknie, słonecznie i pracowicie. 
Jesień zachwyca i łagodzi stresy... momentami się unoszę, by chwilę później czuć marność tych wynurzeń.
Więc zanurzam się ponownie, w liście, i w słowa coraz bardziej.
Melancholijnie, namiętnie, czyham na zaszycie się w pościeli wieczorami...
a właściwie nocą... 

dobranoc :)

2010-10-08

Literacki Nobel dla Mario Vargasa Llosy

Tak sobie poczytuję w pracy Salon kulturalny i próbuję czegoś więcej dowiedzieć się o tegorocznym Nobliście, bo choć tyle razy trzymałam w rękach jego książki, to jakoś jeszcze dziwnym trafem nie poznałam jego twórczości.
Nawet nie wiem od czego zacząć... jakieś propozycje?

A na wieczór, zostałam zaproszona przez mamę i siostrę na film Jedz, módl się, kochaj z Julią Roberts, więc szykuje się całkiem przyjemny wieczór w babskim gronie i zaraz pędzimy 30km do kina, bo w naszym, film ten pewnie pod choinkę nam miasto sprezentuje :)

Miłego popołudnia