Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwartalnik literacko-artystyczny sZAFa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwartalnik literacko-artystyczny sZAFa. Pokaż wszystkie posty

2013-10-27

Mistrz Kornel Filipowicz - wspomnienia w 100. rocznicę urodzin pisarza (2)


fot. Joanna Helander



„Moja kochana, dumna prowincja”
- w 100. rocznicę urodzin Kornela Filipowicza

Kornel Filipowicz zapytany kiedyś przez Wisławę Szymborską o fenomen wyjątkowości Cieszyna odpowiedział, że tutaj ludzie częściej niż gdzie indziej patrzą sobie prosto w oczy. Czuł się bardzo związany z miastem dzieciństwa i wczesnej młodości, chłonął tę prowincjonalność, poddawał się jej, co bardzo wyraziście, intensywnie i z sentymentem zaznaczył w swojej obszernej twórczości prozatorskiej. W „Odkryciu nowego lądu” określił Cieszyn mianem „małej ojczyzny”, w której spędził te najlepsze, jakie się ma w życiu dziesięć lat (między 9 a 18 rokiem) co ujął w ten sposób: Tak, ta bardzo radykalna zmiana środowiska, kręgu kulturowego i dialektowego, którą przeżyłem w dzieciństwie, przyczyniła się na pewno w sposób decydujący do ukształtowania mnie takiego, jakim jestem, a być może zdecydowała także o tym, co będę w życiu robił.

Co na to Cieszyn? Czy uznaje jednego z najważniejszych powojennych prozaików, autora 25 tomów prozy (ze wznowieniami, wyborami jest ich 40) wydanych w latach 1947-1989 za twórcę wartego ocalenia przed zapomnieniem? Nie bardzo garną się do tego władze miasta, ani te obecne ani wcześniejsze, i nieodczuwalny jest już niestety duch Kornela, umknęły echa jego myśli, zatarły się kroki, o których jeszcze trzynaście lat temu z przychylnością opowiadał poeta Zbigniew Machej. To przykre i dla mnie osobiście jako mieszkanki Cieszyna niejasne. Spoglądam zaledwie 20 km dalej. Pobliskie Górki Wielkie zaangażowały się w pamięć o pisarce Zofii Kossak-Szatkowskiej i pielęgnują założone przez Zygmunta Szatkowskiego Muzeum poświęcone autorce. Skoczów w centrum miasta postawił okazały pomnik, na którym w fotelu spoczywa z miastem związany Gustaw Morcinek, a samo miasto można zwiedzać Szlakiem Morcinkowskim zaczynającym się przy Muzeum jego imienia. Zaś Cieszyn oprócz tablicy pamiątkowej, na murze kamienicy przy ulicy Górnej 14, gdzie Kornel Filipowicz mieszkał w latach 1923-1932 i nadania ulicy jego imieniem (daleko poza centrum, gdzie wątpliwe by w ogóle bywał sam warty uwagi) niewiele temu autorowi poświęca. Owszem, odbyło się w Domu Narodowym spotkanie w dwudziestą rocznicę śmierci autora, któremu gościnnie towarzyszyli synowie Aleksander i Marcin Filipowiczowie. Miejska Biblioteka posiada sporą część jego książek (w większości jednak na magazynie), z kolei Książnica Cieszyńska ma w swych zbiorach historyczne numery cieszyńskiego kwartalnika literackiego „Zaranie Śląskie” z debiutanckim opowiadaniem „Zapalniczka” z czerwca 1934r. i kolejnym pt. „Wilhelm Tell” w następnym grudniowym numerze z tego samego roku, ale czy to wszystko, co należy się Kornelowi Filipowiczowi? Był z tym miastem sentymentalnie związany, w wielu opowiadaniach wspomina cieszyńskie czasy, a przyjaźnie tu zawarte przetrwały lata. Jednak Cieszyn na to jakby nieczuły.

Miron Eustachy Kornel Filipowicz urodził się w Tarnopolu, 27 października 1913 roku. Wojna, która nadeszła rok później rozdzieliła rodzinę Filipowiczów i dopiero po dziewięciu latach, gdy ojciec pisarza Kornel Wiktor Filipowicz (1876-1938) wydostał się z Rosji, zamieszkali ponownie wspólnie, wybierając na miejsce osiedlenia wielokulturowy Cieszyn. Dopiero tutaj, dziewięcioletni wówczas Kornel, rozpoczął naukę w trzeciej klasie szkoły podstawowej i jakiś rok później napisał swoją pierwszą mikropowieść. Niestety awanturnicza opowieść rozgrywająca się w Brazylii nie spodobała się ojcu, wyraził on swoją negatywną opinię i próbował odciągnąć syna od literackich zapędów. Zniechęcony chłopak albo Zniechęcony młody człowiek podjął naukę w cieszyńskim gimnazjum, ale na profilu matematyczno-przyrodniczym zamiast humanistycznym, co jednak nie miało wpływu na czujność Juliana Przybosia, poety późniejszej Awangardy Krakowskiej, który jako nauczyciel gimnazjalny patronował początkom literackim swoich najzdolniejszych uczniów. Kornel to wsparcie odebrał bardzo poważnie i z sukcesem rozwinął się pod skrzydłami nauczyciela, który nawet po latach edukacji szkolnej obserwował i wspierał swego ucznia z serdecznością, co zamieniło się z czasem w szczery podziw i przyjacielskie kontakty. Stosunkowo szybko zakorzeniła się literackość w Filipowiczu i na tyle mocno, że nie potrzebna była zmiana profilu nauczania. Okazało się, że autentycznie, z powołania objawiała się w Kornelu równorzędnie natura przyrodnika i w 1933 roku podjął studia na wydziale biologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, równocześnie debiutując na łamach „Zarania Śląskiego” wspomnianym już opowiadaniem „Zapalniczka”, odsłaniającym fragment codzienności z życia czeladników warsztatu piekarskiego i ślusarskiego, dla których jedyną przyjemnością dnia była zabawa zapalniczką. Od samego początku widoczna jest koncentracja autora na czynnościach, elementach życia powszedniego, gdzie jak u Czechowa, widoczny jest zwyczajny człowiek i z pozoru banalna historia. To wyrzeczenie się efektów fabularnych na rzecz prawdy i prostoty na zawsze już pozostanie w jego twórczości.

Jestem przekonany, że pisarzem nie zostaje się, lecz staje się na przestrzeni wielu lat, gromadząc w sobie materiał wzruszeniowy i doświadczeniowy powiedział w radio w 1948 roku. Miał już wówczas za sobą aresztowanie przez gestapo w domu rodzinnym Jaremów (domu przyszłej żony) w kwietniu 1944 roku za działalność podziemną, i osadzenie w więzieniu na Montelupich. Tego samego roku doświadczył pobytu w obozach koncentracyjnych Gross-Rosen, Sachsenhausen i Oranienburg. Po opuszczeniu obozu wziął ślub z Marią Jaremą (1945). Długo nie pisał, sytuacje z czasów wojny usiłowały mu odebrać wiarę w człowieka, ale nie był w stanie omijać motywów istotnych, odkładały się boleśnie w jego pamięci i nadwyrężały wrażliwość odbierania świata. Po wojnie wrócił z debiutanckim tomem opowiadań „Krajobraz niewzruszony”(1947), który przyniósł mu Nagrodę Literacką Miasta Kraków (w latach ubiegłych przyznaną też między innymi Julianowi Przybosiowi). Mnóstwo tu znaczących ujęć okupacyjnej codzienności, w jakiej znalazł się Jan Borecki, alter ego Filipowicza, który pojawi się później w „Ulicy Gołębiej” (1955), reprezentując środowisko studenckie dwudziestolecia międzywojennego. Nie prędko autor wychyla się z tła wydarzeń wojennych, pisze „Księżyc nad Nidą” (1950), później kontynuuje tę powieść jako „Biały zeszyt” (1955), kolejne utwory „Po burzy” (1956), „Ciemność i światło” (1959), „Pamiętnik antybohatera” (1961), „Jeniec i dziewczyna” (1964) czy „Ogród pana Nietschke” (1965), w których odczuwalne jest piętno wojny i potrzeba zwrócenia uwagi autora na postępowanie człowieka uwikłanego w narodową historię. Filipowicz stara się nie oceniać, w sposób bardzo uczciwy przedstawia jako jeden z nielicznych pisarzy człowieczeństwo u wroga, szuka prawdy, nie negując tego, co napotka, pozostawiając czytelnikowi wolne miejsce na własny punkt widzenia jednostki czy całokształtu sytuacji społecznej. Jego opowiadania okupacyjne, „Złoty krzyżyk”, „Czas wojny” czy poruszający „Krajobraz, który przeżył śmierć” o tragicznym fragmencie życia przyjaciela, znanego malarza, Żyda z pochodzenia, Jonasza Sterna, który przeżył egzekucję, ukrywając się pod stosem zwłok, zapadają w pamięć jako jedne z najprawdziwszych obrazów okupacyjnej codzienności przełożone na słowo przez polskich pisarzy powojennych, jak te Zofii Nałkowskiej czy Tadeusza Borowskiego.

Jednak wybitność twórczości Kornela Filipowicza nie ogranicza się tylko do wspomnień obozowych. Obdarzony wielką zdolnością obserwacji zatrzymuje świat, człowieka, krajobraz w różnych momentach istnienia, tworząc w gatunkach prozy mu najbliższych - nowelach, opowiadaniach czy mikropowieściach - wielką opowieść swojego życia. Wydaje się, że świadomie do tego dążył poprzez powroty w nich do czasów dzieciństwa, wspomnienia szkoły, przyjaciół czy ojca, aż po czas wojny i gawędy wędkarskie. Był w szczególny sposób oczarowany otaczającym go światem, wypełniony poczuciem obowiązku wobec rzeczywistości i zrozumienia siebie poprzez bliskie przyglądanie się temu, co tę rzeczywistość tworzy. Nic mu nie umykało, niczego nie unikał i nic w jego świadomości nie było niegodne zatrzymania się, refleksji i choćby miniatury prozatorskiej. Wisława Szymborska, z którą po swoich dwóch małżeństwach (Maria Jarema, uznana malarka zmarła w 1958; małżeństwo z Marią Próchnicką, historykiem sztuki okazało się nietrwałe), prowadził luźny, ale pełen miłości i zrozumienia związek przed dwadzieścia trzy lata, była zafascynowana odbieraniem pejzażu, krajobrazu, który był nieodłącznym tłem jego prozy. Sama nie lubiąc, opisów przyrody przekonała się,  że opis taki u Kornela nabiera zupełnie innego wymiaru, i sam opis staje się fabułą, która wciąga. W ramy tego krajobrazu zaś, doskonale wstawiał istnienia ludzkie, ich doświadczenia życiowe i okruchy codzienności, które w jego sposobie przypatrywania się, stawały się codziennością niezwykłą. Z pozornie niczego istotnego potrafił wydobyć wielkość i ważność istnienia, i to nie tylko ludzkiego, ale również zwierzęcego ( „Kot w mokrej trawie”, „Pies wdowy Wurm”, „Rzadki motyl” - zbiór opowiadań „Kot w mokrej trawie”, Wyd. Literackie, 1977, a także „Kali” z tomu „Biały ptak”, Wyd. Literackie, 1973). Koncentrował się na wszystkim, co towarzyszyło życiu, bo nic przecież nie dzieje się bez potrzeby i wszystko posiada ukryte pod płaszczem zwyczajności znaczenie. Potrzeba tylko takiej przenikliwej spostrzegawczości, zaangażowania w świat, zmysłu obserwacji i chęci poznawania człowieka, jakie to cechy posiadał Kornel Filipowicz, by móc dostrzec to głębsze znaczenie. Właśnie ta jego nietuzinkowa umiejętność przerabiania prawdy o życiu na literaturę, to wyczulenie na najdrobniejsze elementy, nadawanie ważności nie tylko całościom, ale też fragmentom ludzkich losów jest fundamentem jego genialnej twórczości. W dużej mierze bardzo prawdziwej, bo opartej na własnej biografii, bądź epizodach z życiorysów przyjaciół i znajomych.

Większość życia spędził Kornel Filipowicz w Krakowie, ale przynajmniej raz w roku przyjeżdżał do prowincjonalnego małego miasteczka z dzieciństwa. Po cieszyńskim rynku spacerował wspólnie z Wisławą Szymborską, oboje byli członkami Cieszyńskiego Klubu Hobbystów i oboje bardzo to miasto lubili. Z rynku pod kamienicę przy ulicy Górnej jest niedaleko, można dojść piechotą, więc odwiedzał zapewne to miejsce ze wzruszeniem. Może wstępował do parku Kościelnego pełnego kasztanów, które zbierał namiętnie jak każde dziecko wychowane w takim miejscu, wśród dwunastu okazałych kasztanowców, wiekowej lipy drobnolistnej, klonu polnego i sosen wejmutek. To miejsce zabaw, za kamienicą wspominał w opowiadaniu „Jutro także będzie dzień” - Na wschodzie trwała jeszcze wojna, mojego ojca nie było z nami. Mieszkaliśmy w szarym, piętrowym budynku, położonym w sąsiedztwie koszar otoczonych z trzech stron ceglanym murem, z czwartej wysokimi, żelaznymi sztachetami. Miałem sześć lat i zajmowałem się zbieraniem kasztanów walających się na wilgotnej, pokrytej rzadką trawą ziemi, zdrapywałem kruchy, odstający od cegieł tynk, robiłem podkopy, wznosiłem budowle i stawiałem mosty. Porzucałem nagle te czynności, aby przekraść się do zamkniętego na kłódkę ogródka, gdzie rosły w cieniu krzaków ogniste nasturcje. Kwiaty te smakowały jak rzodkiewka, o czym dowiedziałem się od jednego chłopca, który umarł później na szkarlatynę. Zrywałem i zjadałem kwiat nasturcji, potem, zaniepokojony czymś stałem i nasłuchiwałem: ze stajni słychać było uderzenia kopyt, z daleka dolatywał turkot kół po bruku. Szedłem powoli w pewne odległe miejsce w parku. Był tam okrągły, cembrowany basen (…) mówili, że ta sadzawka nie ma dna, że gdybym do niej wpadł – zginąłbym na zawsze.

Dziś ja wybrałam się śladami Kornela z dzieciństwa. Ulica wzdłuż koszar, które otacza tylko jeden mur ceglany, już nie jest tak zadrzewiona jak dawniej, nie ma kocich łbów przed kamienicą na Górnej, ani widoku na szpital cieszyński z okna na najwyższym nawet piętrze (kiedyś nie zasłaniała go kamienica z naprzeciwka). Do parku za kamienicą prowadzi przejście na skróty, pod sklepieniem, którego wtenczas na pewno nie było. Gwar dziecięcych zabaw wypełnia natychmiast przestrzeń, zagłusza ruch uliczny. Robi się ciemniej, olbrzymie drzewa skupiają na sobie uwagę, są istotą parku, który jest już Pomnikiem Przyrody chroniony prawem. Kasztanowce chorują, nie kwitną już intensywną bielą drobnych kwiatów, przeważa tu kolor brązowy, nawet w połowie sierpnia. Lipa w lewym rogu podparta jest metalową konstrukcją, by nie złamać się pod ciężarem przeżytych lat i skaczących po niej kilku pokoleń dzieci. Wychowałam się ulicę dalej, w kamienicy tuż obok Filipowiczów miałam przyjaciółkę i często kusiły nas te same ogródki pod kłódką, w których mały Kornel odnajdywał nasturcje. Zawsze były strzeżone przez starsze panie ze szklaneczkami pełnymi kaw, które z ławeczek schodziły naprzemiennie, doglądając ziemniaki na gazie. Patrzę w okna kamienicy na drugim piętrze. Kornel wychyla się z nich w swym opowiadaniu „Klementyna” - Zadzierając głowę do okna na trzecim piętrze, gdzie mieszka Klementyna, widzę równocześnie szczyt wieży kościoła parafialnego, o okienkach przymkniętych żaluzjami niby zmarszczoną powieką. Wieża ta robi wrażenie człowieka drzemiącego cały dzień; ożywia się tylko rano, w południe i wieczór na dźwięk dzwonu.

Na koniec wsiadam w samochód, jadę na cmentarz komunalny, na którym pochowany jest ojciec i babcia Kornela Filipowicza. Znajduje się on jakiś kilometr od kamienicy na ulicy Górnej, w bardzo już zabudowanej części miasta. Kiedyś, pisał Kornel, prowadziła do niego długa, łagodnie podnosząca się i wijąca wśród pól droga. Kornel Wiktor Filipowicz zmarł 15 stycznia 1938 roku, jego teściowa, babcia pisarza Maria z Schilling-Siengalewiczów Futymowa zmarła trzy miesiące przed zięciem, w dniu urodzin wnuka, 27 października 1937r. Pisarz przyjeżdżał na ten podwójny grobowiec każdego roku, w Zaduszki, z Krakowa do Cieszyna miał sto pięćdziesiąt kilometrów. W opowiadaniu „Jak dmuchawiec” o odwiedzinach grobu ojca pisał Kornel tak:
Wejście do tego leżącego wśród drzew i otoczonego murami miasta prowadzi przez wysoką, półkolisto sklepioną bramę. Przekraczam ją i oto jestem w mieście umarłych. Ci, którzy je sto lat temu planowali, byli mądrzy i przewidujący. Mieli odwagę zdawać sobie sprawę i nie ukrywać tego przed innymi, że człowiek jest istotą śmiertelną, i że miasto, w którym człowiek ma żyć po śmierci, będzie rosnąć i rozwijać się, gdyż wszyscy obywatele miasta żywych z czasem, prędzej czy później, przeniosą się tam. Cmentarz jest więc rozległy, obszerny, podzielony na kwatery, ma swoje dzielnice i ulice (…) Pochylam się nad grobem mojego ojca, oczyszczam ziemię z zeschłych liści i pożółkłych źdźbeł trawy, potem rozkładam znicze. Myślę: oto na głębokości półtora metra pod ziemią, wśród szczątków zbutwiałego drewna, leżą kości człowieka, który był moim ojcem. Przyjechałem tu tylko po to, aby zapalić światła na jego grobie.

Obecnie zapalam na tym grobie cztery znicze kilka razy w roku. Ojcu Kornela, jego babci, samemu Kornelowi i Wisławie Szymborskiej, która towarzyszyła wyprawom do Cieszyna i była przy śmierci ukochanego, w krakowskim mieszkaniu dnia 28 lutego 1990 roku (Kornel Filipowicz pochowany został na cmentarzu Salwatorskim w Krakowie). Mam wrażenie, że bywam na nim tylko ja, jestem tego niemal pewna. Kiedy go znalazłam był zupełnie zachwaszczony, wyryte na marmurze litery zacierały się od kurzu i zapomnienia, a teraz odkąd o niego dbam, nie widuję tam innych śladów poza moimi. Za każdym razem jednak, kiedy skręcam w alejkę działu VII wierzę, że trafię tam na tabliczkę pamiątkową wystawioną przez miasto pamięci pisarza, którego cenił sam Jarosław Iwaszkiewicz, i wielu wielu innych ważnych i zaprzyjaźnionych, a Wisława Szymborska z powagą i należnym szacunkiem chciała oddać Kornelowi swojego Nobla. Z miłości, szalonego wręcz zakochania, ale też z niekończącego się podziwu dla prozaika, który zatrzymywał czas i na tej pauzie obserwował to, co dla wielu było niedostrzegalne.

Cieszyn, dumna kochana prowincja Kornela Filipowicza, a nie ma tu nikogo, kto zechciałby z władz miasta poświęcić temu miejscu, i samemu Kornelowi Filipowiczowi, czas i pamięć. Zastanawiam się dlaczego tak szybko zaciera się ślad po kimś kto myślami, i w swojej twórczości, był w pełni oddany miejscu swojego dzieciństwa, a miejsce to dziś nie chce ulec tej wdzięczności, temu szczęściu i dzielić się nim na szerszą skalę. I nie chodzi mi tak naprawdę o ten cmentarz, rozumiem, że to tylko dla nielicznych byłoby miejsce ważne, ale o pamięć dla jego twórczości, osobowości i prowincjonalnego ducha. Pisał Kornel w opowiadaniu „Moja kochana, dumna prowincja”: O, moja słodka, dumna prowincjo! Jakże cię dobrze znam i rozumiem! Jestem przecież z ciebie, byłem tobą. Jesteś wrażliwa i czuła, ale pełna kompleksów, gdyż byłaś zawsze przedmiotem pośmiewiska. Jesteś mądra i chytra, kształcisz się, dużo czytasz, chłoniesz radio, ale podejrzewasz, że są od ciebie chytrzejsi. Panicznie boisz się, aby nie zostać nabraną (…) nie masz nigdy pewności absolutnej, że to, co ci się podoba, jest dobre. Jakże ośmieszyłabyś się, gdyby okazało się, że to co ci się podoba, jest złe! Chowasz więc swoje upodobania ukryte głęboko w sercu, a publicznie uznajesz i chwalisz wielkości tylko rzędu najwyższego. Najchętniej gościsz u siebie Iwaszkiewicza, nie zdziwiłabyś się, gdyby wstał z grobu Hemingway i pofatygował się do ciebie, do tego małego miasteczka, na autorskie spotkanie (…) Ale o takim Kornelu Filipowiczu to nie pamiętasz – chciałoby się dopisać. I tak już pewnie pozostanie na zawsze, wieków amen, choć serce prowincji pragnie inaczej.




Los
Pamięci Kornela Filipowicza

Przeminą pory roku, lata i dekady. Pewnego wieczoru
zaśniesz jak zwykle, a nazajutrz otworzysz oczy
i los nieoczekiwanie odsłoni się przed tobą jak krajobraz
przed siedemnastoletnim chłopcem, który w przedostatni dzień
wakacji wybierał się na rowerze za miasto, daleko
jak nigdy przedtem, w nieznaną okolicę.


Tam, pod sierpniowym niebem, zachwyciły go stawy
w dolinie i groble między nimi, i tatarak,
i ciemne świerki na drugim brzegu, których cienie
spotykały się na lustrze wody z tańczącymi
odblaskami słońca. A także złotawe brzuchy karpi
pod wodą, pohukiwanie ropuch i niebieskie ważki.

Nigdy przedtem nie zaznał takiego spokoju.
Czuł, że już nie może opuścić tego miejsca,
a jednocześnie wiedział, że musi powrócić.
Do rodziców, do szkoły, do miasta.


Zbigniew Machej


Bibliografia:
„Byliśmy u Kornela. Rzecz o Kornelu Filipowiczu”, praca zbiorowa z inicjacji Wisławy Szymborskiej i Jana Pieszczachowicza, Wydawnictwo Literackie, 2010; „Niezwykła codzienność. Sztuka widzenia i pisania Kornela Filipowicza”, Wojciech Lipowski, wyd. Śląsk, 2012; „Ku wielkiej opowieści. O życiu i twórczości Kornela Filipowicza”, Jan Pieszczachowicz, Wydawnictwo Literackie, 2010.

TEKST O KORNELU FILIPOWICZU napisałam dla 48. numeru kwartalnika artystyczno-literackiego "sZAFa".
Umieszczony został na blogu za zgodą redakcji - http://szafa.kwartalnik.eu/48/htm/esej/sznapka.html

2013-05-07

Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska - wspomnienie Wisławy Szymborskiej w kwartalniku "sZAFa"


Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska – wspomnienie Wisławy Szymborskiej

Przez całe swoje życie Wisława Szymborska posiadała godny pozazdroszczenia dystans do świata i wszystkiego co ma wpływ na jego przeżywanie. Począwszy od spraw istotnych, o filozoficznym podłożu, przyjaźniach, zobowiązaniach, poprzez najważniejsze nagrody świata i polityczne uwarunkowania, a skończywszy na autoironicznym podejściu do siebie samej i dziwactw, które ją szczerze ujmowały. Nigdy, nawet po otrzymaniu Nobla w 1996 roku, nie zmieniła nastawienia do życia zaznaczając swoją pozycję słowami: ja chcę być określoną osobą, a teraz widzę, że chcą ze mnie zrobić osobistość. Instynkt mi mówi, że to jest niebezpieczeństwo. Poczuwała się do nie przekraczania pewnych granic, które były jej obce i do szczęścia niepotrzebne. Potrafiła nie ulegać tak samo stanowczo, jak ulegać. Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska. Istotę i ważność skupiała na istnieniu, obmyślaniu świata, co robiła niespiesznie, z empatią, właściwym sobie zadziwieniem i zachwytem. Ubolewała nad tym, że coraz częściej żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami.

Często wracam do osoby Poetki, nie tylko kiedy potrzebuję jej poezji. Lubię na nią po prostu patrzeć, odprężać się w Jej towarzystwie podczas powrotów do filmów dokumentalnych z jej udziałem: „Chwilami życie bywa znośne”, „Radość pisania” czy „Koniec i początek”. Pełna jest w swoich ruchach delikatności, lekkości i kruchości motyla. Motyla, który jest symbolem czegoś bardzo radosnego, subtelnego i nieuchwytnego. Samo patrzenie na nią uwalnia sympatię. Sposób w jaki wybucha niepohamowanym śmiechem, w jaki skrywa usta za pomarszczoną drobną dłonią, jest czymś niezwykle „szymborskim”, jakby lekko wstydliwym obnażeniem własnej nieposkromionej radości, przed dokuczliwością i nieznajomością poniektórych płaszczyzn świata nowoczesnego. Urzeka skromnością, bezpośrednim stosunkiem do rzeczy, szczegółów i absurdów. W filmie Katarzyny Kolendy – Zaleskiej patrzę na Jej sposób bycia podczas podróży we Włoszech, na Sycylii, w Katanii u podnóża Etny, w Corleone, w Wenecji, w Bolonii na uniwersytecie, gdzie wita ją sam Umberto Eco. Wśród kwiatów, zabytków, w słońcu, w deszczu, z filiżanką czy papierosem, który nie odbiera jej uroku. Wszędzie uśmiechniętą, chętną do zwiedzania, zapamiętywania szczegółów i upamiętniania obrazów z podróży takich jak choćby nazw miast na metalowych tabliczkach, pod którymi uwielbiała się fotografować. Miała też zwyczaj kupowania pamiątek dla przyjaciół, więc dalej chętnie towarzyszę jej w zakupach, jestem świadkiem opowieści o kiczowatych bibelotach, jakie zwożą jej z całego świata znajomi, a które zalegają w niewielkim mieszkaniu. W nim też odgrywa się rzecz niewielkiego jak się okazuje dramatu. W jednej z sześciuset szuflad, gdzieś pomiędzy pocztówkami, listami, nagrodami, wyróżnieniami i wycinkami z gazet, błąka się złoty Nobel. W swej istocie bardzo na równi traktowany z pozostałymi skarbami obszernych półek. Wisława spokojnie okazuje zdumienie, jakoby nie maczała palców w jego utracie, a w momencie aktu odnalezienia każe go włożyć Michałowi Rusinkowi ponownie do szuflady, gdzieś tam między Borzęcinem a Krynicą Górską.

Taką właśnie Ją lubię wspominać. Zdolną do zwyczajności, anegdot, psot i nietuzinkowych prezentów, którymi obdarowywała przyjaciół nie tylko podczas historycznych już loteryjek. Osobisty sekretarz opowiadał w którymś z filmów, jak musiał zakupić znajomym poetki ogrodową owieczkę naturalnych rozmiarów ( wymarzony przez nich kelner uległ zniszczeniu i trzeba go było czymś zastąpić) i co najważniejsze w tej opowieści, zawieźć zgodnie z zaleceniami Szymborskiej, bezszelestnie, najlepiej na zgaszonym silniku i wstawić niezauważalnie do ich ogrodu. Z kolei Bronisław Maj wspominał słynne zupy, które to były podawane w dziwaczny sposób. Najpierw goście dostawali wrzątek w miseczkach, a później, w kosztownych wazach na stół wnoszono zupę w proszku. Sporo uśmiechu wywoływała też pocztówkami i wycinankami, którymi obdarowywała najbliższych, nie zważając na sugestie, że niektórych rzeczy podobno nie wypada czynić noblistce. Bawić się w kolaże czy popełniać te wszystkie limeryki, moskaliki i dystychy. Radował ją lekki humor, momentami wyszukany absurd, drobna przyjemność obdarowania i silnych więzi przyjacielskich. Taka była na co dzień. Widywana w towarzystwie ulubionego, ohydnego chińskiego termosu na wrzątek, prosiaka pozytywki z korbką w postaci świńskiego ogona czy damskiej nogi z marcepanu.

Również życie literackie traktowała jak wszystko inne, z dystansem i potrzebą wydobywania zewsząd rzeczy pomijanych, szczegółów niezauważalnych, co widać nie tylko w poezji, ale też w felietonach z „Lektur nadobowiązkowych” czy zbiorze „Poczty literackiej”, który powstał z listów do redakcji „Życia Literackiego”, z którym to Poetka była związana zawodowo przez piętnaście lat. W różnych odsłonach. Początkowo jako szefowa działu poezji, odpowiedzialna za wybór debiutantów, z czasem zaczęła anonimowo odpowiadać ( na przemian z Włodzimierzem Maciągiem) na masę korespondencji od aspirujących do miana literatów czytelników. Oczywiście wszystko w charakterystycznym sobie tonie sympatycznej ironii i ciągłej obawy czy kogoś nie urazi. Z czasem świadomość bycia wyrocznią zaczęła jej ciążyć, chyba też trochę ją nudzić, co pokryło się z oddaniem w geście solidarności legitymacji partyjnej i ku własnemu zadowoleniu, z redaktorki stała się felietonistką, w przewadze na gruncie literackim.
A czytelniczką bywała niewybredną, bezinteresowną i otwartą na lektury odrzucane już z racji czasem samego tytułu. I choć w wieku czternastu lat miała już przeczytanego całego Dostojewskiego, to nigdy podczas swojej podróży czytelniczej nie klasyfikowała literatury na dobrą i gorszą, ważną i mniej ważną. Stąd taka różnorodność w jej felietonach do rubryki „Lektur nadobowiązkowych”, od Salvadora Dali, poprzez Tomasza Manna, George Sand, Juliusza Verne, aż po szaleństwa królów, kamienie szlachetne, vademecum turysty pieszego, wyrazy wątpliwe czy abc męskiej elegancji. Nie ulegała falom księgarnianych nowości, ani żadnym naciskom, pisząc przez blisko trzydzieści pięć lat ( z przerwami ) o tym co bliskie jej światu, jej poglądom, czyli przede wszystkim o „sprawach i rzeczach niekoniecznych, pomijanych czy uznanych za drugorzędne”.

Wisława Szymborska nie ukrywała nigdy faktu, że jest poetką pewnej prostoty. Ale nawet kiedy ucieka się do klusek ze skwarkami, muszek, robaczków czy innych minimalizmów świata całego, to jest w tej prostocie wiersza ukryta komplikacja najważniejszych myśli. Remedium, którym zatrzymuje ogrom pędzącej materii. Uspokaja nim, ale nie usypia, raczej pobudza czujność, prowokuje reminiscencje. Z uporczywością zadaje pytania, które rysują się ciągiem braku odpowiedzi, co nie nadaje jej poezji moralizatorskiego tonu, jedynie zaprasza do wspólnego zastanowienia się nad tym co w życiu istotne.
Dręczyło ją wiele niewyjaśnionych filozoficznych myśli, jak każdego człowieka, tym bardziej poetę. Często ulegała nagłej potrzebie ucieczki w samotność. Szczególnie sama ze sobą pragnęła być w chwilach trudnych i ważnych, by nie dopuścić do zbytecznego emanowania słabościami. Wyraźnie się pilnowała. Uważała że wszystko co ma o sobie do powiedzenia, jest zawarte w jej wierszach. Że nie potrzebuje siebie dopowiadać. Jednak po przeczytaniu maszynopisu książki „Pamiątkowe rupiecie” Anny Bikont i Joanny Szczęsnej jakby nie była pewna czy uzewnętrzniając tylko tę pozytywną aurę była w pełni sobą. Zastanowiła się: Czy ja naprawdę taka jestem? Życie miałam właściwie szczęśliwe, jednak było w nim wiele śmierci, wiele zwątpień. Ale oczywiście ja o sprawach osobistych mówić nie chcę, a też nie lubiłabym, żeby mówili inni. Ja mam do ludzi inną twarz, dlatego pokazują mnie od strony anegdotycznej, jako osobę wesołą, która nic, tylko wymyśla najróżniejsze gry i zabawy. To, że inni mnie tak widzą, to moja wina. Pracowałam długo na ten wizerunek. Bo jak mam zapaści, zmartwienia, to do ludzi nie wychodzę, żeby nie pokazywać ponurej twarzy. I wygląda, jakbym prowadziła życie motylka, jakby życie nic, tylko głaskało mnie po głowie.
Porównując się do motyla dała jasno odczuć jak trudno momentami było jej być tym kim była. Jak istotne było dla niej to, by nie zawieść i mieć swą poezją ciągły wkład w zadowolenie z życia innych, nie tylko Woody Allena, który jej głośno za to właśnie podziękował. I ja również przychylam się do tych podziękowań, bo Wisława Szymborska to nie tylko poezja, to nietuzinkowa osobistość, postawa życiowa i po prostu dobry człowiek, któremu warto się bliżej przyjrzeć.


 http://szafa.kwartalnik.eu/46/htm/presents/sznapka.html

2013-01-25

dzień z Virginią Woolf - 131. urodziny (1)


Virginia Woolf

Nadal, niezmiennie od kilku lat, poszerzam swoją wiedzę o twórczości i życiu Virginii Woolf. W rocznicę jej 130. urodzin przeglądając „Chwile wolności. Dziennik”, zauważyłam jak wiele mi umknęło, i tak naprawdę dopiero po tych wszystkich przeczytanych przez ostatnie lata książkach (zarówno o niej, jak i jej autorstwa) Dzienniki będą trafionym powrotem. Ponowną podróżą, bogatszą o wychwycenie nawet pojedynczych słów, których mi brakuje, by upiąć końce kilku niejasnych nadal kwestii. Virginia Woolf miała tak bogate, pełne zawiłych psychologicznych perturbacji życie, że nie sposób w kilku zdaniach jej przedstawić. Dla jednych pozostanie obłąkaną, ponurą, niepewną siebie i świata wycofaną kobietą; dla innych jej posępny wizerunek uchwycony na fotografiach, czy pojedyncze zdania umieszczone na okładkach książek, nie będą wcale podstawą ku jej krytycznej ocenie. Virginię Woolf trzeba poznać dogłębnie od pierwszych lat życia, zajrzeć do ciemnych pokoi jej wiktoriańskiego domu z dzieciństwa, zrozumieć, zaakceptować, docenić siłę jaką musiała posiadać, by przejść przez cztery trudne dla niej śmierci w stosunkowo krótkich odstępach czasu i mimo załamań podnieść się i zostać jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej XX wieku (matka Julia zmarła w 1895 roku, przyrodnia siostra Stella - 1897, ojciec  Leslie - 1904, brat Thoby - 1906).

Czuję, że pisząc, robię coś, co jest o wiele potrzebniejsze, niż wszystko inne – pisała Virginia w eseju „Szkic z przeszłości”. Kochała pisać, nie tyle tworzyć powieści, ile po prostu pisać. Szczególnie żywiła namiętność do niedocenionych form literackich, takich jak dzienniki, eseje, czy listy i choć po części traktowała ten rodzaj pisarstwa jako swego rodzaju ćwiczenia, to jednak czytając jej teksty czuć, że robiła to z wielką miłością do słowa i z przekonaniem, że kontynuowanie rodzinnej tradycji jakim było od lat zachowywanie wspomnień w formie dzienników jest czymś w rodzaju zaszczytu. Tradycję ową napoczął dziadek Virginii James Stephen, a następnie z oddaniem kontynuował ją Leslie Stephen, ojciec Virginii, spisując choćby bolesne wspomnienia o zmarłej żonie. Virginia zatem od dziecka wychowywana była w duchu szacunku dla literatury, dla słowa, i już jako nastolatka wraz z ukochaną siostrą podjęły bardzo ważne życiowe decyzje. Virginia miała zachowywać wspomnienia na kartkach. A Vanessa na płótnie. Jedna z sióstr Stephen została więc pisarką. Druga malarką.

Melodia prozy Virginii Woolf nieustannie mnie zachwyca. Pełna metafor, poetyckich obrazów; odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć i szczegółów. Charakterystyczna dla jej nastrojów, często lekko rozproszona, ale nigdy chaotyczna. Dla wielu czytelników jednak nudna, wręcz męcząca i odciągająca od sedna przekazu. Niemożliwa do przebrnięcia. Nie każdy bowiem potrafi przesiąść się z pędzącego pociągu jakim jest nasze aktualne życie, na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Virginia była autorką autobiograficzną głęboko skupioną na sobie, czemu dawała upust w swoich tekstach. Nieustannie zadawała sobie pytanie, czy można opisać samą siebie. Spoglądała głęboko w swoją duszę, starała się ją zrozumieć i ubierała bohaterów swoich książek w siebie, by móc później z boku się im przyjrzeć i poczuć do siebie odrazę  kończącą się kolejnym załamaniem nerwowym związanym z postawieniem ostatniej kropki, bądź oddaniem książki do druku. Dla mnie Virginia Woolf jest kobietą niezwykle intrygującą, inteligentną, sumienną i wbrew opiniom silną. Skutecznie dążyła swą pracowitością do wydań kolejnych książek, a jednocześnie robiła to z charakterystyczną sobie intensywnością przeżywania i umiejętnością zauważania tego, co większości ludziom z codzienności się wymyka i nie ma znaczącego przekładu na odczuwanie życia. Potrafiła godzinami spacerować w samotności pośród wzgórz South Downs, rzadziej przez Londyn, patrzeć, dostrzegać i zapisywać w pamięci szczegóły. Wydaje się, że nigdzie się nie śpieszyła, że garb przeżyć jaki przez całe życie musiała dźwigać, skutecznie ją spowalniał. Jedynie pisanie płynęło wartkim nurtem, od pewnego momentu czas odliczała od zaczęcia, do skończenia kolejnej książki... między pisaniem podróżowała, pielęgnowała przyjaźnie, pisała mnóstwo listów, czasem piekła chleb, sprzątała by uspokoić zasupłane myśli, a wieczorami namiętnie oddawała się lekturze.
Cenię sobie w równym stopniu zarówno jej powieści, jak i dzieła krytyczno - literackie, eseje i listy. To wielkie bogactwo, że z tak różnych stron można ją poznawać. Patrząc na fakt, iż nie miała żadnego wykształcenia, całe życie liczyła na palcach, zmagała się ze stanami depresyjnymi, a jednak dzięki pasji i zaparciu napisała tyle tysięcy słów, zasługuje na pamięć i ciągłe jej odkrywanie. Wielka moja radość, że jeszcze sporo odkryć przede mną. Bo choć po tylu przeczytanych słowach rozumiem ją chyba bardziej niż wydawało mi się to możliwe do osiągnięcia, to jednak jak sama Virginia pisała w Dzienniku 22 marca 1919r. - Kobieta niepojęta niepojętą pozostanie, co stwierdzam z przyjemnością. Potwierdzam te słowa z równie wielką przyjemnością, bowiem badanie niepojętego trwać może wiecznie.

Tekst ten napisałam dla 42. numeru Kwartalnika "sZAFa", w marcu zeszłego roku - http://archiwum5.kwartalnik.eu/42/index.htm

 

2012-12-29

"Włoskie szpilki" Magdalena Tulli

Magdalena Tulli, autorka czterokrotnie nominowana do finału Nagrody Literackiej Nike, nadal po tegorocznym ogłoszeniu werdyktu pozostaje jedynie w kręgu wyróżnionych nominacją i kolejnym, czwartym już Złotym Piórem. Zdaje się, że w mniemaniu jury temat jej ostatniej książki mógłby się wydać tematem do znudzenia powtarzanym, schematycznie powielanym, bo cóż nowego można wyczytać z rozdrapanych po wielokroć ran, i ileż można brać na siebie eposów rozliczeniowych z cudzą przeszłością. Mylne jednak i krzywdzące jest podchodzenie do tej książki jako do pomnika ofiar wojny i stanu powojennego, i choć antysemicka nagonka wywarła spory wpływ na życie jej bohaterów, to jednak niewiele w niej pospolitych żali spłycających wartość i ważność tej książki. Co słusznie doceniono w tym roku Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Literacką „Gryfia”.

Właściwie to książka ta, w swojej obszerności, jest jedynie książeczką. To niespełna sto pięćdziesiąt stron składających się na siedem odrębnych, a jednak będących całością opowiadań. Jedno uzupełnia drugie, ale równocześnie samo w sobie się broni jako krótka forma wspomnieniowa, przenikająca do głębi poruszonym tematem, sposobem na niego i kunsztem literackim autorki. Magdalena Tulli, podczas prezentacji do Nagrody Nike, zdradziła że nie miała pomysłu na stworzenie i wydanie takiej właśnie książki. Teksty, które powstały, były pisane na zamówienie, między innymi do antologii polsko-niemieckiej na tematy wojenne, a także do słoweńskiej gazety „Delo”. Pracując nad zamówieniem jeden tekst nie wyszedł, wylądował w szufladzie, powstał kolejny. Z miniatur zaczął tworzyć się zarys, a po dopisaniu brakujących fragmentów powstała całość, która mimo swej niewielkiej objętości ma ogromną siłę rażenia.
Obraz, którym posługuje się Magdalena Tulli, przemawia do czytelnika oczami małej dziewczynki. Osiemnaście lat po wojnie nadal w przedszkolu nieposłuszne dzieci straszy się Niemcami, którzy później śnią się po nocach niejednemu z maluchów. Panuje publiczna egzekucja za posikanie prześcieradeł. Hańba i niepewność słów do spalenia, do spalenia, cała wasza rodzina jest do spalenia nawarstwiają się jak trujący grzyb na korze mózgu małego dziecka. W Polsce lat sześćdziesiątych nadal w powietrzu wisi strach, brak wiary i agresja. Ludzie chcą żyć jak przed wojną, ale zbyt mocno wszystko się skomplikowało, klocki – całe miasta rodzin powojennych – stały się z lekka krzywe i zdekompletowane. 
 
Autorka nie ukrywa faktu iż wspomnienia dotyczą jej rodziny, że do takiego represyjnego przedszkola sama uczęszczała, i to ona jest tą zalęknioną, samotną dziewczynką, której tożsamość trudno uchwycić. Jej matka, była więźniarka obozu Auschwitz, po utracie wszystkich bliskich decyduje się na założenie rodziny z obcokrajowcem. Owocem miłości Polki i Włocha, w niezwykle skomplikowanej na tamte czasy sytuacji, na świat przychodzi dziecko, które przez całe swoje życie będzie naznaczone tragedią osobistą matki. Kobieta nie radzi sobie ze wspomnieniami wojennymi, z cudem ocalonym życiem, które jak się okaże po dziesięcioleciach, jednak nie sposób ocalić. Z kolei ojciec, Włoch z dobrego bogatego domu, wydaje się być obojętny na cierpienia i surowość żony, a wychowaniu córki w atmosferze oziębłości zdecydowanie przyklaskuje. Dziewczynka pozbawiona miłości matki, zwracająca się do niej po imieniu, znająca lepiej jej sukienki niż nią samą, rokrocznie opuszcza na wakacje matkę i spędza ten czas u babci w Mediolanie, w rodzinnym domu ojca. I tam jednak wielkiej miłości nie zaznaje. Zrozumienia nie odnajduje też ani u koleżanek, ani u nauczycieli, bo w szkole nie radzi sobie nawet z podstawowymi obowiązkami. Obrywa najgorsze stopnie i bierze na siebie najboleśniejsze pręgi odrzucenia.

Ta książka nie jest powieścią, zamkniętą całością, w której temat zostaje do granic wyczerpany i poddany objaśnieniom. To zaledwie szkic, jedno oczko z potężnego splotu historii, w którą dane jest nam się przyodziewać. Szkic, który stoi na straży pamięci o milionach istnień traktowanych przez los w podobny sposób lub, co prawdą nieuniknioną, jeszcze okrutniejszy. Czy uda się kiedykolwiek zatrzymać tę pędzącą maszynerię traum i obrazów z przeszłości? Wątpliwe, bo z pokolenia na pokolenie, nawet jeżeli bardzo niechciany, to spadek nam się należy. A jak sobie z nim poradzimy tego już nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Magdalena Tulli, Włoskie szpilki
Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2011, s.143



2012-11-26

"Pamiętnik i inne pisma z getta" Janusz Korczak


Wracając do tematu mojego zapominania o niektórych przeczytanych książkach, czasami trafiają się takie, o których zapomnieć nie chcę. Robię więc wszystko by tego zapomnienia nie doświadczyć. Ono najzwyczajniej złości kiedy otwiera się książkę, i gdyby nie ślady ołówka nie byłoby się pewnym przeczytania.

Z Pamiętnikiem z getta i z samym Januszem Korczakiem tak właśnie jest. Pragnę mieć w pamięci jak najdłużej i wracać do jego, i bliskich mu ludzi, życia. Przy okazji wzruszającego Pamiętnika polecam też jedną z lepszych moim zdaniem biografii - "Korczak. Próba biografii" Joanny Orczak-Ronikier.

Poniższy tekst napisałam do 44. numeru Kwartalnika "sZAFa" ( i dla własnej pamięci też ).







 "Bo mówić i rozmawiać to nie to samo” 

Zostawcie mnie dzieciom. - Nie jestem socjologiem. Spartaczę, skompromituję i próbę, i siebie. (…) Miasto wyrzuca mi dzieci, jak muszelki, a ja nic - tylko dobry jestem dla nich. I powtarzam sobie ponownie - Zostawcie mnie dzieciom. Zostawcie mnie dzieciom. A ja nic - tylko dobry jestem dla nich.  

Słowa te towarzyszą mi przez resztę kart „Pamiętnika” Janusza Korczaka pisanego w getcie przez ostatnie trzy miesiące nim nastąpiła tragiczna wywózka do Treblinki. Traktuję je jako najwyższy wyraz uznania ważności dzieci w jego życiu. Te trzy proste słowa zostawcie mnie dzieciom, zawierają w sobie ogrom miłości, szacunku i oddania, tak potężny jak żadne inne. Nie wyobrażał sobie by mógł robić cokolwiek innego w życiu, niż być dla nich i trwać przy nich, jako lekarz, pedagog, pisarz i równy im człowiek. Przytulać, nauczać, podawać w środku nocy syrop na kaszel, ale też karcić, wymagać i przygotowywać na trudną rzeczywistość dnia następnego. Miał olbrzymią, dręczącą go świadomość fizycznej i psychicznej degradacji dzieci w getcie, z którą walczył całe życie. Momentami, bardzo depresyjny, szorstki i trudny dla innych, otwarcie nie zgadzał się z bólem i niedolą niesprawiedliwie dając temu wyraz innym, równie zagubionym. Całą tę gamę emocji, uginającą się pod wpływem czasu wiarę, nasilające się osłabienie fizyczne i psychiczne, da się dramatycznie odczuć dogłębnie analizując jego dzieła, listy i „Pamiętnik z getta”. Ale na co dzień, przekraczając próg sypialni chłopców, bądź dziewcząt wcześnie rano, zagłuszał w sobie to co nieuniknione, odkładał na bok niepewność i strach. Wierzył w każde dziecko z osobna. Ufał im tak mocno, jak one jemu. Dziecko jest jutrem – powiadał. Czerpał z ich codzienności i spontanicznych, niezmąconych dramatyzmem uśmiechów siłę. Dzieci były dla niego myślą przewodnią, co przekładało się na ciągłe ich chronienie. Przed samotnością, przed lękiem i wstydem, których sam w dzieciństwie doświadczył. Jako syn obłąkanego dręczył się całe życie myślami o konsekwencjach bolesnego dzieciństwa i braku prawdziwego, szczerego porozumienia między rodzicami a dzieckiem, więc miał wewnętrzną potrzebę walczenia z tym od najmłodszych lat, co robił zresztą doskonale. I cóż z tego? Ciągnąć można jego słuszne wątpliwości. Cóż, kiedy jego obawy, że poświęca życie dla sprawy, która zostanie przegrana, spełniły się. Ważność jego intencji została w sposób okrutny zgładzona i nie był w stanie się temu sprzeciwić. W tej ostatniej chwili mógł tylko chwycić dzieci za ręce, jak zwykł to robić na co dzień.

Janusz Korczak, a właściwie Henryk Goldszmit, dla wielu został bohaterem tej jednej, ostatniej pomnikowej sceny. Tak niewiele, ogólnikowo się o nim mówi. Nawet teraz, kiedy trwa Rok Korczaka. Ta cisza aż boli. Dlatego pękłam z radości, kiedy tankując kilka dni temu samochód zobaczyłam dziewczynę w rdzawych, upiętych niezgrabnie włosach, zaczytaną na bocznym krawężniku stacji w „Pamiętniku z getta”. Czułam, że dla niej, jak i dla mnie, to wybitne dzieło literackie. Bezsprzecznie. Na jego kartkach Janusz Korczak przedstawia siebie nie tylko jako człowieka znajdującego się w dramatycznej sytuacji, ale przede wszystkim jako wszechstronnego literata. To utwór bardzo hybrydyczny, wielogatunkowy, uciekający zarówno w eseistykę, we wspomnienia jak również ocierający się o poezję: Życie moje było trudne, ale ciekawe. O takie właśnie prosiłem Boga (…) Splunąć i odejść. Ważę tę myśl od dawna. - Więcej – pętla – ołów u nóg. Nie sposób ogarnąć go jednym czytaniem. Ale nie o to w tym chodzi, by ogarnąć, bo tego przecież się nie da. Sam Korczak analizując w „Pamiętniku” swoje życie, od dzieciństwa po rzeczywistość, będące dla niego jakże cennym źródłem inspiracji pedagogicznych i literackich, nie był w stanie uniknąć fragmentaryczności i pozostawił go w wielu miejscach dziełem otwartym. Dopowiedzeń doszukałam się na fotografiach w przepięknie wydanym albumie „Fotobiografia. Janusz Korczak” autorstwa Macieja Sadowskiego. Tam wszystkie twarze dzieci z Krochmalnej tworzą kolejne historie, których się nie zapomina. A Korczak nosił w sobie te historie przez całe życie. Każdą z osobna. Jakże więc trudny musiał to być wyczyn, jak spore obciążenie psychiczne, by zdjąć choć odrobinę lęku z każdej tej malutkiej twarzy. Począwszy od dzieci z warszawskiego szpitala dziecięcego im. Bersonów i Baumanów, poprzez wychowanków kolonijnych, wychowanków Domu Sierot, aż po wypełnione przytułki dla dzieci ukraińskich pod Kijowem, gdzie jako lekarz przebywał cztery lata w czasie I wojny światowej. W międzyczasie, pełen pasji i samozaparcia, rozwijał w sobie talent pisarski. Od zawsze czuł się pisarzem.

Korczak zaczął pisać stosunkowo szybko, uprzedzając ten stan furią czytania w wieku lat piętnastu - "Świat znikł sprzed oczu, tylko książka istniała... Mówiłem z ludźmi wiele. Rozmawiałem tylko sam ze sobą. Bo mówić i rozmawiać to nie to samo”. Mając siedemnaście lat zaczął pisać powieść „Samobójstwo”, której chyba nigdy nie dokończył. Cztery lata później zadebiutował cyklem artykułów „Dzieci i wychowanie” w tygodniku „Wędrowiec”, rok później ukazała się jego pierwsza powieść „Dzieci ulicy”, a przez kolejne czterdzieści lat wydano jeszcze około piętnastu pozycji Janusza Korczaka. Potrzeba pisania zdominowała jego życie. Oprócz pracy nad tekstami literackimi, poświęcał też wiele czasu na obsesyjne wręcz dokumentowanie szczegółów z życia swoich wychowanków. Co sobotę odbywało się ważenie i mierzenie dzieci, co skrupulatnie notował tworząc poniekąd dzienniki z życia dzieci, poszerzane o notatki z rozmów z nimi, a także notatki z samego ich obserwowania podczas rozmowy, kłótni czy zabawy z innymi dziećmi. Do tego dochodziły listy do przyjaciół i różnych instytucji, artykuły do gazet, do „Małego Przeglądu” jako dodatku do pisma dla spolonizowanych Żydów - „Nasz Przegląd”, do „Tygodnika Domu Sierot” (niestety żaden nie ocalał), a także notatki do wykładów, odczytów i słuchowisk radiowych. Jak można wywnioskować choćby z niektórych fragmentów „Pamiętnika” pisanie nie przychodziło mu wcale łatwo, mimo iż zajmowało sporą część jego życia. Trud przysparzało szczególnie to późniejsze pisanie, włącznie z końcowym „Pamiętnikiem”, w którym dokuczało mu ogromne zmęczenie, problemy zdrowotne i natrętne bywanie pióra na ukończeniu, czyli notoryczny brak atramentu. Dopisywał wtedy kłębiące się w głowie myśli ołówkiem, czasem późną nocą, czasem bardzo wczesnym rankiem, nim cały ul się zbudził, natchnienie temperując czterema szklankami kawy z fusów lub pięcioma kieliszkami spirytusu pół na pół z gorącą wodą. Samotność wówczas tak nie bolała i łatwiej przychodziło oszukiwanie samego siebie. 


Tydzień przerwy w pisaniu, które wydaje się niepotrzebne zupełnie. - Doznawałem tego podczas pisania „Jak Kochać dziecko” - Bywało, że piszę na postojach, na łące, pod sosną, na pieńku. Wszystko ważne i jeśli nie zapiszę, zapomnę. Niepowetowana strata dla ludzkości. - Bywało, że przerwa miesięczna: po co się wygłupiać?


W „Pamiętniku z getta” wielokrotnie da się odczuć ogromne zwątpienie. Czy droga, którą wybrał jest dobrą drogą? Po co pisać? Jak rozumieć to wszystko wokół? Jak żyć? Wiele pytań pozostawało w jego głowie bez odpowiedzi, wieloma się biczował, dotykając otwarcie problematyki, której nie był w stanie sprostać ani Korczak, ani nikt inny. Problematyki moralnych skutków zagłady. Jako lekarz i człowiek niezwykle wrażliwy, miał świadomość ogromnych zniszczeń wnętrza człowieka, i wszechobecnego bólu, który wynikał z degradacji jego psychiki i moralności. Długiej i niezwykle gwałtownej. Przenikliwej i dogłębnie raniącej. Z tym nigdy nie mógł się pogodzić. Od tych myśli zdaje się cierpiał najbardziej, co odnotowywał w „Pamiętniku” słowami:


Sponiewierana wiara, rodzina, macierzyństwo. Handel wszystkimi dobrami duchowymi. Giełda, gdzie notowano, ile waży sumienie. - Kurs zmienny – jak dziś cebula i życie. Dzieci żyją w ciągłej niepewności, w strachu. „Żyd ciebie weźmie”. „Oddam cię dziadowi”. - „Wezmą w worek”. Sieroctwo. Starość. - Jej poniżenie i uwiąd moralny.

Dzieci snują się. Tylko naskórek normalny. A pod nim czai się zmęczenie, zniechęcenie, gniew, bunt, nieufność, żal, tęsknota. Bolesna powaga ich pamiętników. Odpowiadając na ich zwierzenia, dzielę się z nimi jak równy z równym. - Wspólne nasze przeżycia – ich i moje. Moje może bardziej wodniste, rozwodnione, poza tym to samo.

Dom Sierot jest teraz Domem Starców.

Po wojnie długo nie będą mogli ludzie patrzeć sobie w oczy – żeby nie wyczytać pytania: jak to się stało, że żyjesz, że przetrwałeś? Co robiłeś? 


Kilka miesięcy po tych słowach już go nie było. Przetrwał wojnę, nie poddał się jej upokorzeniom, ale jej nie przeżył. Jak wielu innych wychowawców, kierowników, członków personelu pozostałych internatów, domów opiekuńczych i szpitali, o których teraz już wcale się nie mówi. Jak na przykład wspomniane przez Marka Edelmana w książce „I była miłość w getcie” młoda Hendusia Himelfarb i Roza Ejchner, jedyne wychowawczynie z sanatorium imienia Medema w Miedzeszynie, które nie upuściły sto pięćdziesięcioro swoich wychowanków.
Janusz Korczak, w głównej mierze, ze względu na swój literacki dorobek uchronił się od zapomnienia, ale choćby Stefania Wilczyńska, będąca mu prawą ręką, pełniąca kierownictwo i zapewniająca matczyne ciepło wychowankom Domu Sierot, również uczestnicząca z dziećmi w drodze na Umschlagplatz, już zdecydowanie rzadziej jest wspominana (jeśli w ogóle). Joanna Olczak-Ronikier w swojej książce „Korczak. Próba biografii” wymienia też innych ważnych zapomnianych: „dyrektor internatu dla chłopców przy ulicy Mylnej 18, Aron Koniński i jego żona, którzy razem z dziećmi pojechali do Treblinki. Nieznana z imienia pani Broniatowska, kierowniczka internatu Centosu dla dziewcząt przy Śliskiej 28. Pan Szternfeld, kierownik internatu dla chłopców przy Twardej 7.” Aż w końcu warto wymienić z imion same dzieci: Ireczka, Genka, Musiek, Esterka, Adzio, Julek, Felunia, Mendelek, Rita, Aronek... to zaledwie garstka. Za rękę z przyjacielem, do komory gazowej, nieświadomi, jedynie w strach odziani, jak w przejmująco prawdziwej książce Antona Fortesa ilustrowanej przez Joannę Concejo.

Na koniec pozostaje powtórzyć za Januszem Korczakiem słowa modlitwy zapisane ostatniego dnia w „Pamiętniku”, dzień przed wyprowadzeniem na Umschlagplatz, 4 sierpnia 1942: Ojcze nasz, który jesteś w niebiesiech... Modlitwę tę wyrzeźbiły głód i niedola. Chleba naszego. Chleba. 

2012-10-05

nowy numer kwartalnika literacko-artystycznego "sZAFa"


To już trzeci numer kwartalnika literacko-artystycznego "sZAFa", w którym mam swoje miejsce. Niezmiernie mi miło, że to akurat "sZAFa", bo  Redaktor Naczelny - Damian Cielepa spaceruje tymi samymi ulicami miasta co ja (choć jeszcze na siebie nie wpadliśmy, bo chyba za dużo pracuje : ), a Kierownik Redakcji - Małgorzata Południak ma w sobie więcej wiary we mnie niż ja sama i służy wsparciem nie tylko od święta redakcyjnego. Sama w składzie Redakcji jestem czemu dotąd nie wierzę. Pomagam na tyle na ile to czuję, i każdego dnia sporo się uczę. Poznaję nowych ludzi, spoglądam z różnych perspektyw, smakuję innego, jeszcze bardziej intensywnego życia literackiego i artystycznego, niż robiłam to do tej pory. Ten rok jest dla mnie bardzo udany i bardzo ważny, będę go niezwykle miło wspominać, z wielu powodów... a jednym z nich jest właśnie współpraca z "sZAFą", której stary numer niedawno znalazłam w formie drukowanej w jednym z cieszyńskich antykwariatów.

nr 22/ wrzesień 2006

piosenki Jaromira Nohavicy

Obecnie "sZAFa" dostępna jest jedynie w sieci, co oczywiście nie umniejsza jej wartości i zawartości. Wszyscy tam robią co robią z głębokiej miłości do słowa, obrazu, fotografii czy sztuki, wypełniając jej wnętrze różnorodnością barw i emocji. Prezentują się z głębokim przekonaniem, że warto utrzymywać przy życiu to wszystko co zadeptujemy w bieganinie dnia codziennego. Warto się zatrzymać, warto poznawać, warto nocą zamykać oczy i myśleć o konkretnym obrazie, wierszu, zdaniu, nowo poznanym artyście. Wielu ich wokół, czasem zaniedbanych, zapomnianych, często samotnych, wielu też znanych, ale jedynie w niewielkim artystycznym kręgu. „sZAFa” tym właśnie mnie przyciągnęła do siebie. Jest odkrywaniem. Zatrzymaniem się. Myśleniem. Nie ma tam słów niepotrzebnych, nieważnych. Trafiam na nie, kiedy wydaje mi się, że już na nic dobrego trafić nie mogłam. Wyciągam z tekstów fragmenty, dopowiadam sobie myśli, milczę na widok obrazów, pojedynczych wersów i zastanawiam się ile jeszcze takich pokrewnych mi dusz krąży po sieci, i ile jeszcze zdołam się od nich nauczyć. To pokrzepiające, że ludziom się chce robić coś więcej poza tym co konieczne. 

 A 44 numer "sZAFy" prezentuje się tak:





 POEZJA
Bożena Barda, Tomasz Bąk, Aldona Borowicz, Kamil Brewiński,  Roma Jegor, Małgorzata Kowalska, Mariusz Kusion, Łukasz Kuźniar, Kamil KwidzIński, Paweł Łęczuk, Izabela Wageman, Ewa Włodarska, Marcin Włodarski, Bohdan Wrocławski
 PROZA
Jacek Durski, Tomasz Graczykowski, Sławomir Hornik, Lech M. Jakób,  Kamil Kwidziński, Karol Maliszewski, Marta Obuch, Wiktor Orzeł, Małgorzata Południak, Joanna Plesnar, Klaudia Raczek, Teresa Radziewicz, Arkadiusz Siedlecki, Joanna Storczewska-Segieta, Viola Wein, Bartosz Wokan
 
 FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO
Marzena Ablewska-Lech, Andrzej Brzegowy, Dominika Dobrowolska,  Justyna Jabłońska, Piotr Król, Andrzej Markiewicz, Piotr Mosur, Maciej Ratajczak, Małgorzata Sajur,  Katarzyna Tchórz, Barbara Trzybulska
 
 sZAFa Presents
Paweł Łęczuk - Kolędnicy
Jakub Sajkowski & Teresa Radziewicz - W p/oszukiwaniach z Izabellą Wageman
Mariola Sznapka -  "Bo mówić i rozmawiać to nie to samo” - Mariola Sznapka o Januszu Korczaku
 
 
ESEJ-FELIETON-RELACJE
Jacek Durski - Fotorelacja z promocji książki Czekając na Malinę M.Południak
Mariola Konieczna - Zapiski z wizyty w "Zakładzie pracy chronionej"
Sylwia Kubryńska - Apokalipsa w bańce
Magda Krytykowska - Z Kalisza do Warzywniaka, O spotkaniu Izabeli Fietkiewicz Paszek w gdańskiej Galerii Warzywniak  *  Zwierszeni w biały dzień. O spotkaniu z twórczością Teresy Nietykszy i Bogdana Zdanowicza.
Klaudia Raczek - Octavio Paz. Ta chwila to ja sam
Małgorzata Południak - Literatka na wyspie
Teresa Radziewicz - Czekając na Malinę Małgorzaty Południak [relacja]
Jurek Szukalski - No to lecim na Szczecin. Relacja ze spotkania promującego debiutancką książkę poetycką Teresy Rudowicz pt. Podobno jest taka rzeka * Donkiszoteria w sprawie Abramowicza i innych
Ivo Świątkowski - Relacja z wystawy Lustra [22.08.2012]
Spotkanie Sztuki Niezależnej [Lanckorona10-12.08.2012]
Beata Wincza - Malinowe wariacje czyli relacja ze szczecińskiej promocji książki Małgorzaty Południak Czekając na Malinę
 
TEATR, FILM
Marcin Baran - Wkraczając w pustkę
Izabella Bartnicka - Proste jak drut i puste jak bęben czyli cep, cepa cepem pogania…
Michał Krzywak - Spokojnie to tylko uśmiech
 
KRYTYKA LITERACKA-RECENZJA
Paweł Brzeżek - Kobieca postać – o tomiku Odliczanie poetki-terapeutki Anety Gajdy-Boryczko
Jarosław Czechowicz - Rana Dasgupta Solo * Dominika Dymińska Mięso  * Jack Melchior XXL. Tragikomedia erotyczna
Rafał Derda  - Czas wesołej śmierci zaczyna się codziennie, czyli na temat Ciuciubabki Marcina Jurzysty * Czułe gesty zamknęły nas w zręcznych obrożach, czyli na temat Karmageddonu Pawła Podlipniaka
Sławomir Hornik - List do Pawki Podlipniaka spod granicy małego miasta niedaleko Krakowa *  Wiersze na wodzie (Paweł Łęczuk, Delta wsteczna)
Joanna Mieszkowicz -  Pięćdziesiąt cztery sonety Cezarego Sikorskiego
Małgorzata Południak - Pamięć - Tereso - pamięć jest tworzywem - - Podobno jest taka rzeka - Teresy Rudowicz * Popiół, a raczej czym i gdzie jesteśmy - Popiół Krzysztofa Niewrzędy
Teresa Radziewicz - Po cóż się rodzić – wędrówka Deltą wsteczną Pawła Łęczuka * Wycieka ze mnie dziś wczoraj i pojutrze czyli Punkty przecięcia Doroty Ryst
Teresa Rudowicz - Każde takie spotkanie to połówka świata – o przebierance Bogdana Zdanowicza
Jakub Sajkowski - Sezon arktyczny? Ciepło, coraz cieplej. O debiucie Kamila Kwidzińskiego *  W cień jak w gryzące ubranie. Tomasz Pietrzak Rekordy.
Karol Samsel - Amtidotum. Marcin Orliński, Płynne przejścia * Dziwka pośród dam.O tomie poezji Andrzeja Jopowicza pt. Czerwona winnica * Na rynku apokalipsy
Bogdan Zdanowicz - Raport z końca świata * Kolekcja – wszystkich moich bliskich (o zbiorze wierszy Elżbiety Tylendy Kolekcja)
 
WYWIAD
Robert Rutkowski -  Jeszcze zdarzają się wiersze: Tomasz Bąk Kanada
Marcin Włodarski z Tomaszem Białkowskim
 
MULTIMEDIA
LUGOZI - Nowhere
SBB - Follow my dream

Miałam przyjemność i zaszczyt napisać do tego numeru słowo wstępu oraz tekst o Januszu Korczaku. Poniżej zamieszczam owy wstęp i jednocześnie zapraszam do lektury całego numeru, życząc przy okazji wszystkim tak pięknego października jak u mnie!!! Cóż za jesień!!!

Skończył się czas beztroskiego stąpania po tarasowym drewnie, milknie. Ciało odbiera ostatnie bukoliczne sygnały lata z osłabioną euforią, coraz głębiej przekonane o potrzebie zmiany pozycji i ubarwienia. Ostatkiem wspomnień popadam w krzykliwe kontrasty, by w godzinach popołudniowych ze zrozumieniem ocierać się już jedynie o pastelowe pledy i gorący kubek. Percepcja wariuje, skacze po kalendarzu, podmuchem przewraca noce i trzaska drzwiami, kiedy prześpię drzemkę. Stopniowo złagodnieję. Odbiór sensoryczny się poprawi, melancholia stanie się przyjazna, a meandryczne dygresje znikną. W dzień założę wełniany szal, tuląc się do siebie - jesień. Cenię ten czas. Krótki moment skulenia się z dala od zgiełku, w głębokim fotelu, pod abażurem nocnej lampki. Wszystko spowalnia, obrazy na dłużej zatrzymują się i nie muszą zadowalać myśli porywczymi pomysłami. Spoglądam uważniej, wybaczam sobie marudzenie i częściej czytam w wannie, czego i Wam życzę tej jesieni.

 M.SZ. :)