Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchnia. Pokaż wszystkie posty

2012-11-14

Skończyła się


Od piątku pachniał nią dom. Cynamon przeniknął w kuchenne ścierki i materiał mojej bluzy dresowej. Nawet pies się za nią rozglądał by wtulić się w słodycz. Podgrzewałam do każdej kawy małe kawałeczki, oszczędnie, z namysłem, by nie zabrakło jak najdłużej. Charlie nie jadał ciast, aż do dnia kiedy dał się namówić i poczuł smak szarlotki na ciepło, z waniliowymi lodami, bitą śmietaną i kruszoną czekoladą. Lola stanowczo nadal woli kabanosy. Mąż jeszcze bardziej stanowczo. Ku mojej i syna radości. Taką szarlotką miło się dzielić, ale jeszcze milej jak z blachy nie znika. Szczególnie komuś takiemu jak ja, kto samą produkcję rozpoczyna po dwóch godzinach podchodów i obaw. A kończy ją po kolejnych dwóch. Nie jestem stworzona do przebywania w kuchni (choć podobno gotuję dobrze, a goście chyba lubią mój brak wyczucia proporcji, bo z przyjemnością przyjmują plastikowe pojemniki ;), częściej patrzę podczas gotowania w okno, niż na ręce. Za oknem ciekawiej, mnóstwo ptaków, ruchu, zmian. Czasem wykorzystuję ten czas na rozmowy z dziećmi, bo samo przyrządzanie odczuwam jako marnowanie godzin całych. Ileż można szatkować, pilnować, doprawiać, w strachu stać nad garnkiem kiedy smak nie ten co być powinien. Ale nie wyobrażam sobie jeść z restauracjach, stołować się na stołówce, u mamy czy teściów. Mam swoje smaki, potrzeby i zamiłowanie do czosnku, sałatek warzywnych i serów. Do zup kremów z grzankami. Do pierogów. Do dobrej kawy i czegoś do niej... z rabarbarem, jabłkami, malinami, gruszkami, brzoskwiniami. Te owoce w połączeniu z wyrobionym ręcznie ciastem i ubitym białkiem czynią mnie szczęśliwą. A kiedy obok mnie staje drugie szczęście, już prawie wyższe ode mnie, z resztkami bitej śmietany w kąciku ust, to jestem skłonna mordować się z wałkiem ponownie. Dla westchnień i tego oto widoku...


Przepis zaczerpnęłam z Kwestia Smaku. Skoro mi się udało to i Wam się uda :) Następnym razem muszę jedynie dać więcej jabłek, bo mam większą blaszkę niż zalecana. Smacznego!

Właśnie zauważyłam, że Drui, autorka blogów Układanka z codzienności oraz Kuchenny bajzel jest setną osobą, która dołączyła do obserwatorów mojego bloga. Drui proszę odezwij się do mnie mejlowo. Mam z tej okazji przygotowany upominek :)
Bardzo dziękuję, to niezwykle miłe, że nadal po tylu latach chętnie do mnie zaglądacie i pojawiają się ciągle nowi czytelnicy. Wiele się zmieniło, piszę tutaj rzadziej (zdecydowanie więcej w notesach prywatnych) i chyba z wiekiem bardziej nostalgicznie, melancholijnie, może i przynudzam, ale wolę być w oczach niektórych nudna niż nie być sobą. Jakiś czas temu wyłączyłam też komentarze, co nie chciałabym by było odbierane jako brak szacunku wobec czytających... szanuję i doceniam Was bardzo, ale jako introwertyczka czasem czuję przesyt internetem, wypełniam się nim po brzegi i  dla własnego poczucia wolności i swobody wycofuję się w bezpieczne bambosze. Zaufałam niesłusznie kilku osobom, zebrałam pręgi, negatywne komentarze, kwaśne miny i już obrażać się nie pozwolę. Taka moja decyzja. Do odwołania. Dziękuję za akceptację :)


2011-03-14

Za kulisami kuchni

Kuchnia nigdy nie robiła na mnie większego wrażenia, dlatego nie zawracam sobie głowy Nigellą Lawson, bo w kuchni to ja sztuki nie zrodzę mimo najśmielszych chęci. Kręcą mnie rustykalne wnętrza, drewniane stoły, lawenda na oknie, stare siteczko do herbaty, zapach domowego chleba, mielonej kawy i tabliczka czekolady ukryta w miejscu, w którym nikt się jej nie spodziewa. I to by było na tyle.
Nigellę Lawson podziwiam jako kobietę z pasją, tak samo jak Martynę Wojciechowską, ale zarówno nóż, jak i samolot, są mi nie po drodze. Jednak kiedy znalazłam to zdjęcie, na którym Nigella Lawson przebywa za biurkiem w swojej londyńskiej biblioteczce, to stała mi się zdecydowanie bliższa. Prawda, że robi wrażenie? Zastanawiam się, gdzie tak naprawdę woli przebywać? Zdecydowanie w tym wypadku wybrałabym pracę za biurkiem. Takim biurkiem, i w takim miejscu jak to widać na zdjęciu powyżej. Zapach żadnej potrawy nie zastąpi mi zapachu książek. Żaden smak, nie zastąpi doznania jakie daje słowo. Patrząc na tak bogatą biblioteczkę, całkiem prawdopodobne, że Nigella Lawson gotując czerpie  pozytywną energię ze słów, które układa w głowie na potrzeby swojej kolejnej książki. Nigdy nie przyjrzałam się jej pisaniu, a zachęcona tym zdjęciem zajrzę przy okazji do środka jej książki, na słowa, nie na przesycone kolorem fotografie. Kto wie... może nabierze znaczenia stwierdzenie przez słowo do żołądka? :)

2010-12-14

Z dziennika cukiernika


Nie raz już wspominałam, że kuchnia nie należy do moich ulubionych miejsc w domu. Jedynie zapach parzonej kawy, a także widok kolekcji kaktusów i filiżanek do espresso na oknie sprawia, że odczuwam kilka razy dziennie przyjemność z przebywania w tym roboczym miejscu. Poza tym nic na dłużej mnie tam nie zatrzymuje, bo wiecznie odchudzający się mąż oraz mało kulinarnie wymagające dzieci krzywo patrzą na pomysły pieczenia kaczki ze śliwkami i nawet w niedzielę preferują sam ryż z masłem, ewentualnie do znudzenia mieniący mi się w oczach kotlet. Skończyłam już naiwnie wystawać godzinami w kuchni nad czterema garnkami łudząc się, że zasiądziemy do stołu z papierowymi serwetami na kolanach i zatrzęsiemy wspólnie uszami z radości nad owocami morzami, pieczenią na dziko, czy innym francuskimi, azjatyckimi, bądź włoskimi potrawami. Rutyna zniechęciła mnie do gotowania, a brak zainteresowania sernikiem, jabłecznikiem, czy nawet pączkami, sprawiło że piekarnik widuje tylko kurczaka, zapiekanki, pizzę, bułki i ciasto francuskie :)

Jednak kiedy nachodzi grudzień, miesiąc wyjątkowy pod każdym względem, zapala się zielone światełko i padają pytania jakie będą ciasteczka?, mamooo kiedy pieczemy?, mamoo czy to już, czy nie już, bo ja już chcę orzeszka, babeczkę, rogalika... . Jak długo żyję, nie pamiętam Świąt Bożego Narodzenia bez ciasteczek domowej roboty, na maśle i w sprawdzonych od lat foremkach zza czeskiej granicy. W rodzinnym domu Mama już początkiem grudnia strzelała po mieszkaniu łupinkami wyskakującymi ze starego dziadka do orzechów, mieliła biszkopty, wstawiała do barku piersiówkę, a największą radość sprawiało jej każdego roku próbowanie jakiegoś nowego przepisu. I tym oto sposobem, po tych wszystkich latach, zdarza się, że nawet dwanaście i więcej rodzajów ciasteczek mamy na stole wigilijnym, bo wspólnymi siłami ogarniamy ten coroczny rytuał, który wpisał się na stałe w kalendarz grudniowy. Są rogaliki, orzeszki, roladki figowe, kokosowe, kocie oczka, ule, bezy, babeczki, kule bakaliowe, kruche do ozdabiania, laseczki i tak już pewnie pozostanie, bo dzieci moje wykazują wielką chęć niesienia pomocy, lepienia ciasta, pieczenia, strojenia, a nawet dokładnego mycia foremek. Dom pełen jest zapachów, świeżo wyprane firany przesiąkają wanilią, mielonymi orzechami włoskimi, z półek znikają wszelkie zamykane pojemniki, a z lodówki sześć maseł. W radiu kolędy, na nosach cukier puder, w planach zlizywanie masy z różdżki od miksera... Mam nadzieję, że tradycja pieczenia drobnych ciasteczek przetrwa kolejne pokolenie i kiedy już nie będę miała sił, dzieci przyniosą mi moje ukochane rogaliki migdałowo-orzechowe zasypane cukrem pudrem w metalowej puszce po herbacie...

Na te rogaliki każdego roku cieszę się tak bardzo jak na zupę rybną, która tak samo jak tradycja pieczenia drobnych ciasteczek, znana jest najbardziej na Śląsku Cieszyńskim. Obecnie barszcz i grzybowa wypierają zupę z głów ryb, a ja nie wiem jak bez niej zniosę Wigilię kiedy Babci zabraknie. 

Tymczasem podaję przepis na moje ulubione Rogaliki migdałowo-orzechowe (porcja na około 100 sztuk - rogaliki polecam robić malutkie, bo w piekarniku się lubią rozejść na boki):
31 dag mąki (ja dałam zwykłą pszenną wrocławską)
21 dag zimnego masła
10 dag cukru pudru
5 dag zmielonych migdałów
5 dag zmielonych orzechów włoskich
pół łyżeczki cukru waniliowego
szczypta soli
cukier puder do zasypania
Wszystkie składniki przygotowuję sobie na stole, masło ścieram, bądź kroję w cienkie pasy i ugniatam ciasto ręcznie. Lepię maleńkie rogaliki, na 3,5-4cm i w temperaturze 175 stopni piekę około 10 minut, do zarumienienia.

Przepis na babeczki (potrzebna mała foremka - porcja na 140 malutkich babeczek):
40 dag mąki pszennej
15 dag cukru pudru
25 dag masła
1 całe jajko
1 żółtko
2 łyżeczki cukru waniliowego
Ciasto zarabiam ręcznie. Formuję kulę i wylepiam i wylepiam i wylepiam foremkę na pół cm... Piekę w temperaturze 170 stopni około 5 - 8 minut. Babeczki przystrajam czekoladą, wiórkami kokosowymi, albo kolorowymi cukiereczkami, bądź kremem z serka mascarpone i owocami (kiwi, brzoskwinia, malina)

Przepis na kruche ciasteczka (foremki dzwonki, serca, choinki itp.- na około 50 ciasteczek):
30 dag mąki pszennej
12 dag masła
12 dag cukru pudru
1 żółtko
3 łyżki śmietany (18%)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka cukru waniliowego
Najpierw ucieram mikserem masło z cukrem pudrem i kolejno dodaję składniki ciągle mieszając. Rozwałkowuję na stole i wycinam foremkami ciasteczka. Piekę w temperaturze 190 stopni około 10 minut.

Przepis na Bezy czekoladowo-migdałowe (około 50 sztuk kształtów bliżej nieokreślonych):
4 białka z dużych jajek  (najlepiej niech poleżą z godzinę w temperaturze pokojowej)
1/8 łyżeczki soli
15 dag cukru pudru
12 dag gorzkiej czekolady, drobno posiekanej lub startej
10 dag opieczonych płatków migdałowych
łyżeczka startej skórki pomarańczowej (nie trzeba jeśli ktoś nie przepada)
Przez 3 minuty ubijam białka na wysokich obrotach. Potem stopniowo dodaję cukier ciągle miksując przez kolejne 3 minuty na sztywną pianę. Dodaję startą czekoladę i opieczone migdały, mieszam delikatnie plastikową szpatułką i spuszczam bomby łyżką wielkości orzecha włoskiego na pergamin wyłożony na dwóch blachach (w odległości od siebie 2,5cm).  Rzadko kiedy te bezy stoją niczym szczyt Mont Blanc, ale nawet takie rozlane smakują wyśmienicie. Piecze się je 45-50 minut w temperaturze 130 stopni. Po wyłączeniu najlepiej zostawić bezy jeszcze z 15 minut w piekarniku. Dopiero po wystygnięciu same odpadają od pergaminu (pierwszą porcję kiedyś wyszarpałam razem z pergaminem :)

Przepis na Laseczki Świętego Mikołaja (około 100 sztuk):
25 dag masła
2 szklanki mąki
3/4 szklanki cukru pudru
1/2 szklanki ciemnego kakao
1 białko
1 mała paczka cukru waniliowego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Masło ucieram z cukrem pudrem, cukrem waniliowym i białkiem. Dodaję mąkę zmieszaną z proszkiem do pieczenia i kakao. Wyrabiam mikserem na gładką masę. Wypełniam pojemnik do wyciskania (albo worek na masę) lekkim ciastem i wyciskam na blachę wyłożoną pergaminem ciasteczka w kształcie laseczki. Piekę w temperaturze 160 stopni około 15 minut. Posypuję cukrem pudrem. Bardzo kruchutkie. Mogą długo leżeć w zamkniętym pojemniku.

Powodzenia! :)
I smacznego.
No i znowu 1:30... ale skoro obiecywałam przepisy to musiałam dotrzymać słowa.
Szczególnie, że do Wigilii zostało 10 dni!!!

2009-07-22

Święto Czekolady

Dzień dobry, nazywam się Virginia, i jestem uzależniona
Uzależniona od Czekolady ...

  

Celebrowanie dzisiejszego Święta Czekolady rozpoczęłam od ciepłego kakao. Sporządziłam sobie je właśnie z odrobinę większej porcji niż zwykle (no dobra, z dużo większej porcji) i rozkoszuję się o poranku moim ulubionym napojem. Od lat nie wyobrażam sobie dnia bez kakao i moje dzieci na szczęście w genach tę miłość do "energii o poranku" przejęły po mnie.

Historia czekolady sięga czasów azteckich bogów, którzy już wówczas traktowali ją jak afrodyzjak, który dodawał sił, witalności i pewności siebie. Ziarna kakaowca mielono z nasionami anyżku, cynamonu i czerwonej papryki robiąc magiczny napój energetyzujący, po którym można było przenosić przysłowiowe góry.
Już w tamtych czasach wiadome było, że Theobroma cacao, czyli powszechnie znany kakaowiec, drzewo wiecznie zielone, to nic innego jak theos-bóg + broma-napój czyli "napój bogów". Zatem mimo kaloryczności zamierzam się tym napojem poić i mam nadzieję, że nigdy żadne bakterie, susze, ani też nielegalne wycinki drzew nie zagrożą kakaowcom, bo bez czekolady przynajmniej połowa ludzkości przestałaby się uśmiechać ...

Gdyby tylko skończył się mój zapas, który zawsze gdzieś tam po domu się ukrywa, a czekolada byłaby niedostępna, chyba wpadałabym w stan żałoby, bo Czekolada daje mi energię jakiej potrzebują do prowadzenia życia, rozjaśnia umysł, poprawia nastrój i chyba wpływa na niskie zapotrzebowanie snu (co sama odkryłam niczym Kolumb Amerykę :)

Zdaję sobie sprawę z tego, że wpadłam w sidła uzależnienia od zapachu, który mnie uspokaja, od smaku, który gdy zamykam oczy sprawia, że zakwitam niczym kwiat lotosu i czuję jak zupełnie spontanicznie na moje usta napływa uśmiech rozkoszy... to bardzo efemeryczny stan, który naukowo rzecz ujmując zawdzięczam teobrominie (głównemu składnikowi, od którego można się uzależnić - śmiertelna dla zwierząt), fenyloetyloaminie (pochodnej amfetaminy, neuroprzekaźnikowi zwanym "hormonem miłości") i kofeinie, która jednak w czekoladzie znajduje się w śladowych ilościach (chcąc zastąpić kubek kawy trzeba by zjeść 12 tabliczek czekolady). Oprócz tych "narkotykowo" brzmiących substancji czekolada zawiera też naturalny magnez, żelazo, potas, selen i cynk, które to likwidują zaczątki napływającego stresu i sprawiają, że rozpoczyna się relaksujący taniec endorfin, które kształtują tzw. odruch zakochania.

Nasuwa się zatem pytanie, czy czekolada jest zdrowa? Okazuje się, że tak. Według lekarzy to jedno z najzdrowszych uzależnień w jakie można popaść.
Niejaki profesor Louis Grivetti z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis sporządził listę około 100 najrozmaitszych dolegliwości leczonych przez ostatnie kilkaset lat kakao i czekoladą. Na liście tej znalazły się między innymi: zmęczenie, apatia, wyczerpanie nerwowe, kłopoty z trawieniem, anemia, znaczny spadek wagi i słaby apetyt... no i najważniejsze... czekolada jest bardzo dobra na malkontenctwo.

Przynajmniej na mnie tak działa.
Ale może ja w związku z tym, że jestem spomiędzy Wenus i Marsa, mam jakieś inne czujki na głowie, daleko odbiegające od normy i okaże się, że cukier mnie zabije, ale obecnie uważam, że kilka kostek dziennie czekolady sprawia, że nawet stan depresyjny związany z nadejściem 30 -tki jest mi aktualnie obcy :)

Wszystkiego najlepszego Czekoholicy!!!

Wasza obłożona dziś czekoladkami
Virginia



2008-12-15

Się nazywam... zapomniałam

Bo ciężki weekend miałam.W piątek... kurze, firanki, pranie i prasowanie o zgrozo od 21 do 1 w nocy. W tym dziesięć koszul mojej Drugiej Połówki, które ubóstwiam wręcz prasować.
Wiją się, gniotą, spadają z deski, drażnią wszechobecnymi guzikami. Ale czegóż się nie robi z miłości... przynajmniej sobie dwa filmy oglądnęłam zanim wszystkich zaległości poupychanych po domu się pozbyłam.

Sobota... o poranku starałam się upchać w szafach wszelakie wyprasowane dzień wcześniej zaległości. Miałam wrażenie, że szafy mi się skurczyły, albo ten nowy płyn do płukania faktycznie zwiększa objętość.
Potem obiecane strojenie choinki, najpierw wersja ku radości dzieciom, potem wersja poprawki, czyli strojenie od początku. Radość była przeogromna, spadło kilka bombek, łańcuchy zamieniły się w szale, pięć kartonów ozdób zostało przeglądniętych i pojawiły się nagle to tu, to tam, w lekkim chaosie, ale liczy się inwencja twórcza dzieciaków, na kamerze zresztą uwieczniona.
Wieczorem dom prezentował się pięknie, zapaliliśmy choinkę i inne świecące cuda i w tym oto przedświątecznym nastroju dzieci zasnęły z prędkością dawno już niespotykaną.
Ja czmychnęłam na poddasze i wzięłam się za pakowanie prezentów. Walle transformujący, wymarzony prezencik Charliego zapakowałam w duże pudło i zasypałam mnóstwem papierowych świątecznych serwetek. Pozostałe prezenty popakowałam każdy osobno, no bo przecież największa radość jest z odpakowywania i tej chwili niepewności co tam może być.
Niech mają dzieci radość....
Tym oto sposobem pakowanie zakończyłam o 2.15.

Niedziela... ach ta niedziela. Rano jajecznica po włosku, z pomidorkami, cebulką (bazylii nie daję ze względu na Lolę), potem postawiłam szynkę na gulasz i wzięłam się za pieczenie ciasteczek.
I w tym oto miejscu moja pamięć się kończy .... :)

Z opowieści Drugiej Połowy wpadłam w szał, lodówka... blat... ubijanie... miksowanie... mielenie... wyklejanie... blacha, jedna, druga... piec... pudełka... jedna kawa, druga kawa, trzecia kawa, red bull, jedno piwo, kolejna kawa...

Efekt pozytywny mojego szału to:
- 100 kruchych ciasteczek z jasnego ciasta
- 100 kruchych kakaowych laseczek Św. Mikołaja
- 60 rogalików waniliowo-migdałowych
- 230 szt. orzeszków jasnych
- 230 szt. orzeszków ciemnych
- razem sztuk 720... chyba mój rekord wypieków jednego dnia
- cudny zapach wanilii, migdałów
- wizja pięknie przystrojonego stołu wigilijnego z moimi wypiekami
- wszystkie ochy i achy moich bliskich, bo faktycznie co ciastka na maśle to ciastka na maśle

Efekt negatywny owego szału to:
- z 720 sztuk zrobiło się jakieś 680 sztuk...reszta zniknęła w okolicznościach degustacji
- dziś nie wiem jak się nazywam, bo 15 godzin piekłam na stojąco (bo ja siedzieć przy robocie nie umiem), nie będąc zawodowym cukiernikiem
- do łóżka wczołgałam się między 1.30 a 2.00, nie wiem dokładnie, bo zegar widziałam podwójnie
- kuchnia o poranku wygląda dosyć zaskakująco :)
- mam niesamowicie przyjemną wizję wypełniania masą 400 orzeszków (połowę nutellą wg życzeń) i ozdabiania 100 ciasteczek o kształtach choinki, dzwoneczka, domku i serca...Charlie się nie wymiga, oj nie
- jestem tak zmęczona, że nie mam sił wsadzić sobie ciastka do ust

STOP, STOP, STOP!!!
Byłam zmęczona. Właśnie przyjechał listonosz. Dostałam w końcu po tygodniu oczekiwań paczkę z materiałami do decoupage, kleje, farby, pędzle, lakiery... i nawet nie zdenerwowała mnie zalana gruntem paczka.
Umyłam wszystko i biorę się do roboty wieczorem.
Nie mogę się już doczekać.

A miałam iść dziś szybciej spać...
No ja nie wiem, nie wiem...

p.s. proszono mnie o przepis na laseczki kakaowe zatem podaję:

250g masła, 2 szklanki mąki, 3/4 szklanki cukru pudru, pół szklanki kakao (są mocno kakaowe po tej porcji, można dodać mnie kakao), 1 białko, paczka mała cukru waniliowego, 2 łyżeczki proszku do pieczenia.

Tłuszcz ucieram na pulchną masę z cukrem pudrem, cukrem wanili i białkiem.
Potem dosypuję mąkę z proszkiem do pieczenia i ucieram ponownie mikserem.
Masa nie wygląda efektywnie.
Wkładam ciasto w taka maszynkę do zdobienia z końcówką w kształcie gwiazdki i wyciskam laseczki na 7-8cm zawijając ręcznie końcówkę jak laseczkę.
Piekę w temp.160 st przez około 15 minut.
Zimne posypuję cukrem pudrem.


2008-08-30

Virginia gotuje, czyli moja kuchnia od kuchni

Historia mojej niechęci do jedzenia rozpoczęła się kiedy tylko pojawiłam się na świecie i obiegła całą rodzinę w natychmiastowym tempie.
Zasypiałam zanim jeszcze cała pierś znalazła się w mojej buzi. Zupełnie mnie ona nie interesowała. Tym bardziej butelka. Żadne szturchanie, szczypanie, łaskotanie, nie dawały efektu. Byłam jak niewzruszona słodko śpiąca lalka. Mama tylko sprawdzała, czy oddycham.
Już wówczas umiałam skutecznie omijać pory karmienia.

Kiedy tylko zaczęłam poruszać się o własnych siłach, kuchnia była ostatnim miejscem do którego próbowałam się dostać. To stamtąd dobiegały mnie te niemiłe zapachy, to tam trzaskały garnki, to tam stał potwór zwany lodówką.
Od pierwszych stałych pokarmów, niczym chomik faszerowałam sobie policzki śniadaniem, obiadem, kolacją i nie zwracałam zupełnie uwagi na błagającą od godziny mamę i babcię, żebym połknęła w końcu trzecią wepchaną na siłę łyżkę. To był koszmar. Sztućce śniły mi po nocach i grały mi na nerwach.
Nienawidziłam jeść, jeszcze bardziej zaś nie mogłam pojąć, czemu kochające mnie bliskie osoby, biegają ciągle za mną z jedzeniem. Skoro mówiłam, że nie jestem głodna, to czemu mi nie wierzyli?

Dopiero po dwudziestu latach dostałam odpowiedź i syna niejadka w darze od losu.

Wówczas jednak byłam bezradna wobec ściśle określonych reguł posiłków w moim domu. Przeklinałam w duszy ile wlezie. Nie ośmieliłam się tego robić głośno. Obecnie dziękuję, że nie jestem jedną z tych kościstych wieszaków, z piętnem anoreksji odciśniętym na historii młodości.
Choć było mi ciężko, to teraz z perspektywy czasu, znika mi już z przed oczu obraz babci pchającej mi obiad w południe i mamy krążącej z budyniem już o piętnastej. Uśmiecham się także na widok wiaderka wypchanego podwieczorkiem, spuszczanego z pierwszego piętra na sznurze do prania.
Miałam najbardziej oryginalną windę na osiedlu. Zjeżdżały kanapki, herbata i ściereczka do wytarcia buzi i rąk :)

Potem nadszedł czas przedszkola i historia o prześladującym mnie kisielu.
Byłam w stanie zmusić się do przełknięcia wielu rzeczy, ale kisiel był ponad moje siły. Naciągało mnie na sam jego zapach dobiegający zza drzwi. Kilka razy udało mi się go podrzucić na stolik koleżanek, ale kiedy zostałam zdemaskowana musiałam znaleźć inny sposób.
Tym oto sposobem nauczyłam się wyczołgiwać niezauważalna z sali i podrzucać obity ceramiczny kubeczek z zastygniętą mazią do kuchni pod pierwszą szafkę pod oknem. Do teraz nie pamiętam czy ktoś mnie kiedyś nakrył, czy do tej pory nie rozwiązano zagadki tajemniczego kisielu lądującego co jakiś czas pod szafką kuchenną.
To byłam ja.

Tak więc dzieciństwo spędziłam na chomikowaniu, bądź w optymistycznej wersji na podrzucaniu tu i ówdzie posiłków atakujących mnie zewsząd. I jak się pewnie domyślacie... tak zostało do dziś.
Moja niechęć do jedzenia nie przerodziła się nigdy w wielką miłość i niestety w kuchni jestem tylko kiedy muszę. Czyli pół dnia :)
Prowadząc dom i czteroosobową rodzinę, to nieuniknione.

Nigdy jednak nie będę eminentną kucharką, serwującą dania pięćdziesięciu różnych krajów, bo ku mojej radości jedno dziecko jest niejadkiem, drugie chce jeść to co pierwsze, a Druga Połowa od lat właśnie danego dnia rozpoczyna dietę.
Jeżeli zaś chodzi o mnie, to do szczęścia wystarczą mi naleśniki z nutellą.

Na świecie żyją mężczyźni, których widok kierownicy przeraża i zrobią wszystko, żeby ktoś bezpiecznie dowiózł ich na miejsce, byleby tylko nie musieli tego robić sami.
Mam nadzieję, że są też kobiety, które kuchnię i spożywanie posiłków nie wielbią pod niebiosa i nie do końca sprawia im to taką radość jaką sprawiać powinno.

Przyjęło się, że męski jest samochód, a damska kuchnia, ale czyż od reguły nie ma wyjątków?
Ja znacznie bardziej kocham samochód.
I tak już chyba pozostanie na wieki.


Wasza Nieperfekcyjna Pani Domu
Virginia

P.S Jestem jednak niezmiernie uradowana z wynalezionego ostatnio przepisu na naleśniki. W końcu po latach prób i błędów... nerwów... płaczu... placka na ziemi... placka spalonego... placka niemogącego się odkleić od patelni... placka z mleka w kartonie... z mleka z woreczka... z takiej mąki... z siakiej mąki... z masłem... z olejem... bez masła... na suchej patelni... na mokrej... na naoliwionej ... udało się. MAM IDEALNY PRZEPIS. Skoro mi wychodzą, wyjdą wszystkim. Kto lubi polecam:
 - 150 g mąki pszennej
 - 240 ml mleka z kartonu
 - 2 jajka
 - 1 łyżeczka cukru pudru
 - szczypta soli
 - 3 łyżki roztopionego masła
(wszystkie składniki bez jakiejś kolejności wrzucam do garnka, miksuję i odstawiam ciasto przykryte ściereczką na 30 minut)
Smacznego.