Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O książkach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O książkach. Pokaż wszystkie posty

2012-11-25

jeśli pęknę, to szczęśliwa


Dziś wróciłam wyrywkowo do zapisków Janusza Korczaka z pobytu w getcie. Do Sylvii Plath. Do Anais Nin. Do Kundery. Do Philipa Rotha. Czasem tak mam, że przeglądam po kilka stron, potem następne z innej książki, próbuję sobie przypomnieć tytuły sprzed lat i łapię się na tym, że albo kiepsko z moją pamięcią, albo chłonę wszystko zbyt pobieżnie. Czuję jak się rozwarstwiam myślowo, jak próbuję łapać istotność, ale wymyka się coraz więcej tytułów, których byłam pewna na lata. To wina tempa jakie sobie narzuciłam, z którym z jednej strony mi dobrze i pragnę jeszcze więcej. Brakuje mi tylko czasu i chęci na pisanie o tym co zostaje z lektury we mnie (szczególnie tutaj), takie obszerniejsze, pełniejsze, bardziej szczegółowe. Odpalam książkę za książką, jak nałogowy palacz, ekstatycznie zaciągam się słowem. Muszę się chyba nimi zacząć dusić, by częściej je uwalniać, by nie nawarstwiały się we mnie tworząc nieprzyjemną, chropowatą skorupę. To niezdrowe. Wszystko musi mieć przecież swoje ujście. 
Od jakiś pięciu lat mam potrzebę poznania biografii autora, którego książkę czytam. Nie uważam tego za problem, jedynie za małe utrudnienie związane z dłuższym zatrzymaniem się przy jednej osobie i przejściem w relacje bliższe niż to czasem potrzebne. Zaprzyjaźniam się, albo przynajmniej próbuję to zrobić, z różnym oczywiście skutkiem. Jeśli czytam dajmy na to opowiadania Kornela Filipowicza, to czytam też równocześnie z nimi dwie książki o nim samym (w tym wypadku też udaję się pod tablicę pamiątkową w naszym mieście i odwiedzam grób jego ojca i babki na cmentarzu komunalnym). Jeśli planuję wziąć się za twórczość Susan Sontag, to zaczynam od jej dzienników i szperam za odpowiednimi artykułami, by móc rozpocząć jej nabrzmiałe erudycją eseje i ze zrozumieniem podejść do tematu jej orientacji seksualnej. Jeśli chcę przeczytać coś Marka Bieńczyka, to nie wystarcza mi fakt, że dostał Nagrodę Nike. I tak dalej, i tak dalej.
Nie potrafię myśleć tylko o książce, w liczbie pojedynczej, na ową książkę zawsze składa się słowo + osobowość. Żyję tym co czytam i tym dzięki komu to robię. Danego tematu nikt nie poruszy już w ten sam sposób. Nikt go tak nie dopasuje, nie ujmie w te same ramy. Nikt już w niego tak nie wniknie, nie nada mu fascynującej, odrębnej i niepowtarzalnej struktury. Mam potrzebę zbadania tej struktury, co objawia się przewierceniem do jądra, do sedna odpowiedzi skąd takie, a nie inne podejście do tematu. Nic nie bierze się z niczego. Przynajmniej do tej pory trafiam na takie właśnie lektury. Albo może podświadomie krążę wokół tych samych tematów, zatrzymuję się w bliskim mi obszarze doznań i stąd ta potrzeba wnikania w szczegóły? Nie wiem ile jeszcze zdołam tego w pamięci umieścić. Ważne, że nawet jeśli z czasem pęknę od nadmiaru słów, to pęknę szczęśliwa.

2012-10-12

Piątek o trzynastej


Od jakiegoś czasu piątek nie jest wyczekiwany. Piątek zaskakuje. Nagle wyrasta z szeregu tygodnia i zgodnie z zasadą wypada odpocząć, ale głowa nie pozwala zapomnieć o tym co w trakcie. Sporo tego. Powinnam z czegoś zrezygnować, ale problem w tym, że wszystko w odpowiednim momencie sprawia mi przyjemność.

Tyle ostatnio przeczytałam. Między innymi wspaniałe eseje "Praski elementarz" Aleksandra Kaczorowskiego, które mnie coraz bliżej stawiają wobec eseju. Fascynuje mnie ta forma literacka, zresztą nie od dziś, Virginia Woolf zaszczepiła we mnie tę miłość po zbiorze "Pochyła wieża". "Praski elementarz" polecił mi Grzegorz Kozera, poeta, prozaik, zakochany w Czechach i lekturach doskonałych. Sama mieszkając na granicy mam słabość do tego kraju. Do Kafki, Hrabala, Kundery, Pavly, Pragi, czeskiej kolei, pewnego wojaka i czeskiego języka. Wszystkie te postaci odnalazłam w "Praskim elementarzu", i jeszcze kilka innych. Niezwykle to dla mnie ważne spostrzeżenia, przybliżenia, odkrycia. Sama sceneria do lektury wprawiła mnie w odpowiedni nastrój. Usiadłam przy kawie na tarasie kawiarni "Avion" umiejscowionej na Moście Przyjaźni, z której widziałam czeski deptak nad Olzą i polskie Wzgórze Zamkowe. Tam zaczęłam tę lekturę. Skończyłam szybciej niż planowałam, i pozostaje mi już jedynie do niej wracać. Co będę czynić zapewne wielokrotnie.

Myślę o pewnym panu po sześćdziesiątce. Dziś zatrzymałam nagle samochód, kiedy ktoś spał na przystanku, z ręką bezwładnie zwisającą, i drugą na wysokości piersi. Już miałam odjechać, minąć go jak wielu przede mną, ale jednak cofnęłam, bo ta lewa dłoń z zaciśniętą pięścią nie pozwalała mi tak po prostu przejechać obok niego o trzynastej. Jak się okazało nie spał. Zapytałam jak się czuje, nie mógł złapać oddechu. Chwycił mnie za rękę i prosił bym nie puszczała. Zabrało go pogotowie, bo moja ręka w niczym by nie pomogła. Miał zawał, bądź ostry stan przedzawałowy. Zdążył mi powiedzieć, że przyjechał oczyścić groby rodziców. Sam. Miał niemiecki dowód i strach w oczach. 
Czasem mijamy kogoś w potrzebie. Pośpiesznie. Dokądś spóźnieni, ślepi, zlęknieni.
W tym samym czasie los odznacza fajkę i ktoś nie wraca do domu.
Ktoś inny być może teraz czeka na telefon od niego.

I już zupełnie nie interesuje mnie fakt, że miałam dzisiaj coś innego napisać.

2012-09-22

jak już czytać dzieciom to co czytać


Często jako rodzice wybieramy swoim dzieciom książki bardzo pospolite, poprawne i wydaje nam się właściwe. Pytanie tylko czy to co nam takie się wydaje bywa właściwe dla naszych dzieci? W jaki sposób to zweryfikować i nie poddać się obawom, że życiowe znaczy gorsze i nieodpowiednie. Skąd w nas przekonanie, że wyrazistymi postaciami, prostym przekazem i wynikającymi z tekstu ilustracjami spełniamy dzieci indywidualne potrzeby? Dlaczego nie dopuszczamy do głębszego sięgnięcia w wyobraźnię, do zastanawiania się skąd na ilustracji pies, skoro mowa o kocie. Dlaczego omijamy obrazy czarno-białe, brudną kolorystykę, trudne tematy, chorobę, śmierć, wojnę, problemy dorastania czy na przykład historię miasta Torunia. Tutaj nawiązuję do cudownej książki o Toruniu - "Cztery strony czasu" - którą napisała i zilustrowała Iwona Chmielewska, ale polskie Wydawnictwa ją odrzuciły, bo to nieopłacalne, a kiedy nieopłacalne to i nic nie warte. W Korei za to cieszy się ona dużym zainteresowaniem, mimo iż nie musiałaby wcale. Tak samo ma się zapewne podejście do książki "Królestwo dziewczynki", tej samej autorki, o jakże ważnej i pięknej przemianie dziewczynki w kobietę, temacie już zupełnie tabu, bo w jakim miejscu w polskiej księgarni należałoby położyć książkę ilustrowaną o menstruacji (więcej o tej pozycji można przeczytać na blogu Poza rozkładem ). W Korei nie mają z tym problemu. 
Takich naznaczonych książek nie pozwalamy dzieciom brać do rąk. Są zbyt wymagające i peszące. Nie dzieci, które do tematów nieznanych podchodzą w sposób naturalny, a zazwyczaj rodziców. Takie pozycje zmuszają nas do rozmów i być może  powrotów do tych rozmów, bo taka książka w domu na półce grozi tym, że dziecko poprosi o jej czytanie kilka razy. Choć niekoniecznie, czasem coś co w głowie dorosłego ciąży jak kamień uczepiony szyi, dla dzieci trwa tu i teraz, po czym znika wyparte przez inne ważne sprawy.
Widziałam jak na Targach Książki w Katowicach niektóre mamy czuły się niewygodnie w sytuacji, kiedy ich dzieci chwytały do rąk książki o wojnie ( serię Wydawnictwa Literatura - "Czy wojna jest dla dziewczyn" Pawła Beręsewicza, "Asiunia" Joanny Papuzińskiej czy "Bezsenność Jutki" Doroty Combrzyńskiej-Nogali). Momentalnie wzrok tych kobiet próbował wyłapać szybko coś na podmiankę, "ooo, patrz jaki słodki misiu, jaki uroczy króliczek, jaka rumiana dziewczynka z owocami w koszyczku". I dziecko chwytało do rąk podsuniętą przez mamę kolorową książeczkę, taką którą bez wysiłku, bez potrzeby rozmawiania o niej, przeczyta się na dobranoc i odbębni akcję "czytaj dziecku codziennie - 20 minut dziennie". Kto w ogóle wymyślił, że książki czyta się tylko na dobranoc? Wiadome jest, że wówczas czytamy coś naprawdę lekkiego, przyjemnego i odprężającego. Jednak w ciągu dnia czytajmy dzieciom te książki, którym okazują faktyczne zainteresowanie, same od siebie, nawet jeśli to jest temat dla nas wymagający większego zaangażowania i odpowiedzi na trudne pytania.
Najlepiej by było, gdyby dziecko poza księgarnią, w której rodzice mają często wyżej wspomniane blokady zakupowe, mogło samo z półki brać książkę odpowiednią dla swojego nastroju, swoich potrzeb i zainteresowań. To jednak niemożliwe patrząc na ceny książek, by zwyczajny człowiek mógł od urodzenia dziecku uzupełniać biblioteczkę o różne nowości wydawnicze i książki na różne tematy. Nie robimy tego, bo wydaje nam się, że dziecko z książek wyrośnie tak samo szybko jak z ubrań. Poniekąd to prawda, ale ja zauważam, że moje dzieci częściej wracają do tych samych książek, niż robię to ja. Nie przeszkadza im, że czytamy coś drugi, bądź trzeci raz. Nie ma też znaczenia wiek. Dwunastolatek słucha książek sześciolatki, i na odwrót, sześciolatka prosi by brat czytał swoje książki na głos. Wszystko zależy od dnia, pory i nastroju. 
Pisząc to, nie mam na celu namawiania na siłę do książek trudnych, to indywidualna sprawa każdego z rodziców czy odważy się przeczytać dziecku na przykład unikatowy, przejmujący "Dym" Antona Fortesa, z ilustracjami jednej z moich ulubionych ilustratorek - Joanny Concejo. Jednak pamiętajmy, że dziecko też jest indywidualnością, być może ma inne od nas zapotrzebowanie na literaturę, być może ciekawi go inny świat, który my z obawy przed trudnością tematu przed nim ukrywamy. A za kilka lat wszystko spadnie na niego jak grom z jasnego nieba. Zupełnie bez przygotowania, za co będziemy mieli być może do siebie żal, że nie czytaliśmy, nie rozmawialiśmy, nie uświadamialiśmy. 

Do końca życia będę wdzięczna za to, że mam chęci, czas i potrzebę by czytać dzieciom. I że one chcą mnie słuchać. To dla mnie naprawdę wielkie szczęście. 

A jutro napiszę o dzisiejszym naszym wspólnym czytaniu:


2012-06-21

"Poczta literacka czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem" - Wisława Szymborska



Każdy piszący pragnie pewnego dnia wynurzyć się z cienia szuflad i zasięgnąć porad czy słowa jego mają jakikolwiek sens. A gdzie najłatwiej było odezwać się lata temu nim jeszcze internet dodał nam odwagi i oddał w użytek połacie wolnej przestrzeni pozbawionej kontroli? Otóż do gazety, rubryki z poradami, listami do redakcji, w których by zapełnić miejsce periodyku nawet anonimy były czytane i drukowane, taką bowiem rolę te rubryki spełniały. I jest... pierwsza publikacja!!! Druk namacalny, słowo pachnące, szara gazeta w ramce na ścianie. Radość wielka, że słowa druku zasmakowały i taki Olgierd z Olsztyna, E.T z Lublina czy 3333 z Kielc piali pewnie z zachwytu, ale tylko do chwili ujrzenia swojego imienia, bądź pseudonimu. Później mogło być różnie. Odpowiedź redakcji krakowskiego "Życia literackiego" mogła bowiem co wrażliwszych ukąsić tak mocno, że żadne już słowo przez przełyk im nie przeszło, a że obrazą się skończyło to prawie pewne.
"Poczta literacka" Wisławy Szymborskiej została właśnie ponownie wydana przez Wydawnictwo Literackie. I dopiero teraz na tę książeczkę trafiłam, bo ostatnie wydanie sprzed dwunastu lat już dawno się rozeszło. Wtedy to, Teresa Walas wygrzebała w starych rocznikach nie istniejącego już wówczas tygodnika odpowiedzi na listy czytelników - zapalonych twórców, chwał i sukcesu literackiego oczekujących, na które to odpowiadali nikt inny jak sama Wisława Szymborska na przemian z kolegą redakcyjnym Włodzimierzem Maciągiem. By się jednak nie ujawnić robiła to w pierwszej osobie liczby mnogiej. Dlaczego? Tego w rozmowie z Teresą Walas nie wyjaśniła, ale wygląda na to, że chciała być po prostu szczera, udzielać przydatnych rad, które ironią podsycone mogły zostać odebrane przeciwko niej. A bywała też bez serca... całkiem zresztą to zrozumiałe, kiedy jak wspominała "ktoś podający się za nauczyciela pisał w liście równanie przez u zwykłe", a liczba pewnych siebie twórców przekraczała po tysiąckroć ilość prawdziwie utalentowanych. Trudne to jednak zadanie oceniać innych,  z czego mimo wszystko Wisława Szymborska wybrnęła ze swoją wiedzą i poczuciem humoru doskonale, i teraz, kiedy już jej nie ma wśród nas, kiedy już nie zaskoczy nową, inteligentną i zabawną puentą, z wielką przyjemnością uśmiecham się w stronę nieba czytając te właśnie przezabawne odpowiedzi na listy korespondentów marzących o literackiej karierze. Wierzę, że nawet jeśli ktoś odnajdzie siebie wśród tych króciutkich liścików, uśmiecha się pod nosem tak jak ja, i nie ma Wisławie Szymborskiej tego za złe.Wręcz przeciwnie.

E.T., Lublin Czytamy i czytamy, brniemy przez poplamione i czarne od skreśleń stroniczki, i nagle olśniewa nas myśl: czemuś to nie mielibyśmy się wreszcie sfrustrować? Innym wolno, a nam nie? Dlaczego musi nam się chcieć to czytać, skoro wszystko świadczy o tym, że autorowi nawet nie chciało się przepisać na czysto? Pewnie, że nie musi nam się chcieć. I powody by się znalazły: bo pada deszcz, bo Gienia jest głupia, bo nas strzyka w kolanie, bo Ala ma kota, bo Kowalscy to sobie żyją, bo do filmu to nas nikt nie bierze, bo czas mija, bo nudno, a koniec świata i tak kiedyś będzie. Potem znowu pokornie pochylamy się nad tekstem, żeby jakoś doczytać do końca. Ale odpisywać to naprawdę nie ma na co.

J. Szym., Łódź No, no. Przepisał Pan starannie fragmenty opowiadania Jana Stoberskiego i przysłał do nas z prośbą o zamieszczenia jako debiut. Ale to jeszcze nic wobec pewnego tytana pracy z Gdańska, który przepisał na czysto jeden rozdział z "Czarodziejskiej góry", dla niepoznaki zmieniając nazwiska postaci. Było tego około trzydziestu kartek. Kiepsko Pan wygląda ze swoimi czterema stronami rękopisu. Trzeba przysiąść fałdów. Na pierwszy ogień polecam "Komedię ludzką". Niezłe i dużo.

Lublin Jak zostać literatem? Zadaje Pan kłopotliwe pytanie. Zupełnie jak ten chłopczyk, który pytał jak się robi dzieci, a kiedy matka powiedziała, że wytłumaczy mu później, bo teraz jest bardzo zajęta, zaczął nalegać: "To wytłumacz mi chociaż głowę"... No cóż, spróbujmy i my wytłumaczyć chociaż głowę: otóż trzeba mieć trochę talentu.

Grażyna, Starachowice Poezja w pojęciu Pani to wzniosłość sama, absolut, wieczność, westchnienie i jęk -  w takim zagęszczeniu, jakiego nie spotykamy nawet w panieńskich imionnikach z początku stulecia. Taką górnolotnością nic u dzisiejszego czytelnika wskórać nie można, ba, nawet najbardziej bliski i zaufany człowiek, usłyszawszy jedno takie zdanie, spojrzy na rozmówczynię z popłochem, po czym ni stąd, ni zowąd przypomni sobie, że ma coś szalenie pilnego do załatwienia na mieście. No więc jak, odpinamy skrzydła i spróbujemy tworzyć na piechotę?

A. M., Warszawa Dziatki biegną do szkoły tupu-tupu-tup, podczas gdy deszczyk kapu, kap albo śnieżek ciapu, ciap... Cio to? Ależ oczywiście, to wierszyki dla dzieci pisane przez różne straszliwe niewiasty. Pragnie Pan dołączyć do ich grona. Nie możemy zabronić, ale błagamy o litość dla naszych pociech, które od takiej literatury hyc, hyc, hyc.

E. K., Rudy Raciborskie W "Poczcie" taka gratka zdarza się nieczęsto: opowiadanie fantastycznonaukowe! Co za wypoczynek po lekturze czterystu zupełnie jednakowych wierszy o jesieni! (...)

3333, Kielce Bohaterem nowelki jest pisarz polski, znakomity i wspaniały. Co za popularność, jakież bogactwo, jakaż płodność! (...) Kochany fantasto, napisz raczej, co tak słychać w Kielcach. Czy wszyscy zdrowi?

Zygfryd Miel., Gdańsk Coś tkwi w Pana tekstach, trochę wyobraźni, trochę drwiny, trochę poczucia bezsensu ( szalenie modne!). Ale każde opowiadanko trzeba by jeszcze przepisać przynajmniej pięć razy. Przy okazji przypominam, że Czechow przepisywał swoje rzeczy po siedem razy, a Tomasz Mann robił pięć korekt (w międzyczasie wynaleziono maszynę do pisania).

Amaba Wiersze powinny jeszcze pozostać w szufladzie. Księżyc jak broszka już był. Madonny na karuzeli już siedziały. Wiersze też już zaplatały się w wianki. Tak chłonna pamięć przeszkadza w osobistej pracy.

Żegota, Białystok Jeśli wydrukujemy, prosimy podać aktualny adres Kazimierza Przerwy-Tetmajera, abyśmy mogli wysłać mu osiemdziesiąt procent honorarium autorskiego.

I jak tu się nie uśmiechnąć? :)
Miłego dnia.

2012-04-23

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich






Dziś, w Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, rozleciał mi się komputer. 
Nie wiem kiedy ktoś mi go poskłada ponownie, wygląda na mocno przepracowanego. Po pierwszej fali załamania (moja praca wiąże się z ciągłym dostępem do komputera) uśmiechnęłam się. Może to jakiś znak? Może ilość godzin spędzanych przed komputerem wymaga w końcu resetu? Marzy mi się by wrócić całkowicie jedynie do książek, prasy, tradycyjnych encyklopedii, atlasów czy słowników. Wysłuchać ważnych wiadomości jedynie w radiu. Pominąć wszystkie spamy, reklamy, absorbujące e-maile. Znowu wrócić do listów. Tych najważniejszych. 
Staliśmy się tak bardzo uzależnieni od internetu, wydaje nam się on pomocny, ale tak naprawdę jest jak trucizna, zabija w nas to co naturalne. Coraz bardziej mnie to przeraża, bo z jednej strony trafia się na drugą, potem na kolejną i następną... aż mija godzina, dwie, zamiast kilku minut.Wiem, to trudne, mnie samej nie jest łatwo czasami odejść od komputera, bo tyle zaprzyjaźnionych blogów, stron i portali przeglądam. Ale patrzę na moją piętrzącą się biblioteczkę, na sześć zaległych, pachnących jeszcze nowością czasopism, i szczerze się dziś cieszę, że tylko na moment korzystam z dodatkowego komputera. Jakże miły czeka mnie tydzień. Tydzień wielkiego czytania. Nadrabiania zaległości prasowych. Spacerów po południu. Listów pisanych przy kawie. Plewienia w ogródku. Wcześniejszego pójścia do łóżka. Spokojnego snu, kiedy w głowie zamiast miliona internetowych tematów, zostanie jeden. Ten z aktualnie czytanej książki. Spróbujcie na tydzień odejść od komputera i przeczytajmy wspólnie chociaż po jednej książce do piątku :)
Życzę samozaparcia i ciekawych lektur. Ja w związku z dzisiejszym dniem zrobiłam sobie prezent, kupiłam najnowszy tomik poezji Wisławy Szymborskiej "Wystarczy", wydany już po śmierci Poetki. A kilka dni temu otrzymałam od Wydawnictwa Dobra Literatura najnowszą książkę Grzegorza Kozery "Droga do Tarvisio"... a jakie Wasze plany? Wracam w piątek, wtedy napiszę coś więcej o tym co czytałam. Miłego tygodnia :)


2012-02-22

Niezwykły świat Morrisa Lessmore


Gdyby tak książki mogły latać... otworzyłabym okno, usiadła na krawędzi jednej z nich i machnęła ręką na ludzkie zdziwienie. Kto nie kocha, nie uwierzy. Siła pasji uskrzydla. Zawsze z przyjemnością patrzę na ludzi z pasją, nie ważne czy ktoś kocha się w znaczkach, szczytach górskich, nutach, kwiatach, mundurach żołnierskich, posiłkach, rafach koralowych, słowach czy nawet w "pierd... zeschizowanej samobójczyni" (epitet tyczy się Virginii Woolf i mojego nią zainteresowania co wytknęła mi pewna zdawało mi się bliska osoba). Niektórych ludzi jednak bolą czyjeś drobne miłości, inności, fascynacje, w złości więc burzą w pierwszej kolejności powody owego stanu. Tylko ktoś kto pasji nie posiada, nie rozumie jak wielkie ma ona znaczenie.
Film "Fantastyczne latające książki Pana Morrisa Lessmore" ukazuje miłość do literatury, w uroczej scenerii latających książek, ale równie dobrze mogłyby tam latać znaczki, na których ożywałyby ludzkie twarze, czy kwiatki z korzonkami splecionymi w warkocze. Każdy może w wyobraźni zmodyfikować go pod kątem własnych dążeń do szczęścia. Ukazuje jak mimo tragedii (tu akurat nawiązanie do wydarzeń w Nowym Orleanie i huraganu Katrina)  pasja potrafi ocalić. Daje nadzieje, spełnienie i skutecznie motywuje by potem stąpać ponad ziemią. Bohater ten opowiastki, pan Morris, to postać wzorowana na Busterze Keaton’ie, bardzo znanym komiku z okresu kina niemego. Z jakiego powodu akurat on? Nie wiem, być może powodem była miłości do niego twórców owego filmu. Reżyser Brandon Oldenburg cenił zapewne Bustera Keatona, a rysownik William Joyce z wiadomych powodów zrobił wszystko, by miłość do książek była jak najbardziej wiarygodna. Krótki to film, ale bardzo wartościowy w swym przekazie. Słusznie znalazł się w piątce najlepszych animowanych filmów minionego roku i otrzymał nominacje do Oskara.



Dopisek: oczywiście też otrzymał Oskara :)

2012-01-04

Mój dzień w książkach


Nowy Rok, czas posumowań, refleksji i planów, u mnie nie tylko tych osobistych, ale i czytelniczych. Z wielką przyjemnością i zaangażowaniem właśnie tej czytelniczej stronie mojego życia się przyglądam obecnie, bo wprowadza mnie ona z nadzieją ponownie w stan, który mi umknął. Wiem już, po minionej końcówce roku, że kiedy nie czytam i nie mam kontroli nad tym magicznym pejzażem literackim, nie ma we mnie siły. Dlatego w tym roku obiecałam sobie nie brać na siebie kilku prac naraz, które przychodziło mi wykonywać niejednokrotnie nocami, bo satysfakcję zaczęło zabijać potworne zmęczenie. Długo czasem trwa nim człowiek nauczy się selekcjonować czynności, które nie tylko z pozoru przynoszą korzyści. Zabrakło mi końcem roku tej umiejętności i teraz z przyjemnością wprowadzam ją w życie wraz z nowym rokiem. Czego i Wam życzę. Spełniajcie się w tym, co wypływa z głębi duszy, i przede wszystkim dajcie sobie szansę przekonać się o tym, że pielęgnowanie pasji naprawdę uszczęśliwia i daje wewnętrzny spokój. Moją pasją jest literatura i nie chcę, tak jak stało się to w ostatnie miesiące minionego roku, by moje czytanie było nieuważne. By wślizgiwało się pomiędzy czynności dnia codziennego i traciło na swej wartości. Chcę ponownie robić to z wielką miłością i zaangażowaniem. Nie potrafię czytać, tylko po to by czytać, o czym przekonałam się niejednokrotnie, ale są sytuacje, kiedy tak się właśnie dzieje. Patrząc na tytuły przeczytanych w zeszłym roku książek (zestawienie na panelu powyżej) czuję niedosyt, zamykam oczy i umykają mi nad głową olbrzymie fragmenty słów niedoczytanych. Skąd się to wzięło? Wiem. I postaram się nie popełniać już tego błędu, co jest chyba bardzo ważnym podsumowaniem na koniec roku. Umieć wyciągnąć wnioski z tego co minęło, by ze świadomością brać na siebie kolejne dni nowego. Na różnych płaszczyznach życia.

W ramach podsumować czytelniczych, by nie było tak szablonowo jak co roku, zachęcona zabawą zainicjowaną przez Lirael postanowiłam spróbować wpleść kilka tytułów przeczytanych w 2011 roku książek w przygotowany tekst, z czego tworzy się ciekawa historia :)

Mój dzień w książkach
Zaczęłam dzień (z) _____.
W drodze do pracy zobaczyłam _____
i przeszłam obok _____,
żeby uniknąć _____ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy _____.
W biurze szef powiedział: _____.
i zlecił mi zbadanie _____.
W czasie obiadu z _____
zauważyłam _____
pod _____ .
Potem wróciłam do swojego biurka _____.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam _____
ponieważ mam _____.
Przygotowując się do snu, wzięłam _____
i uczyłam się _____,
zanim powiedziałam dobranoc _____ .



Zaczęłam dzień Zbyt głośną samotnością.
W drodze do pracy zobaczyłam Ptaka Nocy
i przeszłam obok Przeźroczystych przedmiotów,
żeby uniknąć Zapachów miast ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy Malinach.
W biurze szef powiedział: Życie jest gdzie indziej
i zlecił mi zbadanie Nieśmiertelności.
W czasie obiadu z Marilyn Monroe
zauważyłam Cień pisarza
pod Książką.
Potem wróciłam do swojego biurka Z otchłani.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam Lekcje anatomii
ponieważ mam Romans prowincjonalny.
Przygotowując się do snu, wzięłam Listy na wyczerpanym papierze 
i uczyłam się Krótkiej historii literatury przenośnej
zanim powiedziałam dobranoc Nocy i Dniu.

W opowieści udział wzięli:
"Zbyt głośna samotność" - Bohumil Hrabal, "Ptak nocy" - Susan Hill, "Przeźroczyste przedmioty" - Vladimir Nabokov, "Zapachy miast" - Dawid Rosenbaum, "Malina" - Ingeborg Bachmann, "Życie jest gdzie indziej" - Milan Kundera, "Nieśmiertelność" - Milan Kundera, "Marilyn Monroe. Fragmenty" - Marilyn Monroe, "Cień pisarza" - Philip Roth, "Książka" - Mikołaj Łoziński, "Z otchłani" - Zofia Kossak, "Lekcje anatomii" - Philip Roth, "Romans prowincjonalny" - Kornel Filipowicz, "Listy na wyczerpanym papierze" - A.Osiecka, J.Przybora, "Krótka historia literatury przenośnej" - Enrique Vila-Matas, "Noc i dzień" - Virginia Woolf

Zachęcam do zabawy :)
I życzę pięknego roku, dobrych wyborów, prostych dróg i właściwych postanowień.