Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fragmenty książek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fragmenty książek. Pokaż wszystkie posty

2015-12-26

Dobrych ludzi i miłych słów



Długa przerwa blogowa za mną. Uzasadniona, ale o tym nie dziś, bo dziś odpoczywam i jutro też planuję jedynie słuchać, czytać, trzymać futrzaki na kolanach, jeść rogaliki waniliowe i grać w nową planszówkę z dziećmi. Jednak poczułam dziś wielką potrzebę zajrzenia w miejsce, za którym przynajmniej kilka osób tęskni. To dla mnie bardzo miłe, te maile i wiadomości na fb z zapytaniami co się stało, gdzie jestem, czy wrócę. Słowa mają wielką moc, dają siłę, podnoszą, wznoszą i ogrzewają wewnątrz. Czasami powodują łzy wzruszenia, czasem niekontrolowane, ekstatyczne gesty. Przyśpieszone bicie serca. Rozmarzenie. Stopniowe wypełnianie szczęściem. Pod każdą postacią, same w sobie i wykorzystane w sposób przemyślany przez innych. Mam wrażenie jednak, że coraz rzadziej słowo bywa potrzebne. Ludzie zadowalają się czymś zupełnie innym. Coraz krótsze bywają nawet życzenia świąteczne, więcej grafik i migających gwiazdeczek. Niewielu się chce. Tak jak Szurensowi pomalować orzechy i okleić słowami. Nie byle jakimi, Virginią Woolf. Dlatego tu jestem dziś, dlatego chcę tu wrócić. Dzięki ludziom i dla ludzi, dla których słowo i miłe gesty są przyjemnością. Dziękuję, że czekacie, obiecuję bywać częściej i niebawem zdradzić powód mojej nieobecności. Tymczasem życzę Wam dobrych ludzi wokół siebie, drobnych niespodziewanych przyjemności, miłości na dzień dobry i na dobranoc, właściwie obranych dróg, inspiracji, pasji, marzeń i miłych słów. Od innych i dla innych. Wesołych Świąt :)   

2014-12-26

Stanisław Barańczak


24 grudnia 1971 roku

W Wigilię każdy do żłobu się pchałby:
w delikatesach ścisk, błoto i zaduch.
Z powodu puszki kakaowej chałwy
organizuje oblężenie lady
tłum objuczony, grożąc samosądem:
każdy sam sobie królem i wielbłądem.

Torby, pakunki, worki, siatki, tutki,
czapki, krawaty, przekrzywione na bok.
Wszędzie woń dorsza, cynamonu, wódki,
świec, mandarynek, igliwia i jabłek.
Przez chaos twarzy i śnieżną zawieję
nie da się dojrzeć ścieżki do Betlejem.

Roznosiciele ubożuchnych darów
śpieszą się, skaczą do tramwajów w biegu;
w wyrwy podwórek wsiąka z wolna naród,
choć wie, że nie ma w stajence niczego:
nie ma bydlątek, żłobu, ni tej Pani,
nad której głową nimb złoty się pali.

Pustka. Lecz sama myśl o niej sprowadza
światełko znikąd. I światłość się jarzy.
Im potężniejsza jest Heroda władza,
tym większa pewność, że cud się wydarzy.
W tej zależności, trwałej niewzruszenie,
ma swój mechanizm Boże Narodzenie.

To właśnie Jego niechybne nadejście
świętują wszyscy, zestawiając razem
stoły. Choć gwiazdy w ciemnościach nikt jeszcze
nie wypatruje, widać już wyraźnie,
że zacność jakaś wśród ludzi rozbłyska,
jak rozniecone pasterzy ogniska.

Sypie śnieg; twarze jak plamki w zamieci.
Dymią fanfary kominów. Król Herod
pije. Kobiety ukrywają dzieci.
Kto zaś nadchodzi - dowiesz się dopiero:
nikt jeszcze nie wie, i gdy to się zdarzy,
może nie pozna nikt przybysza twarzy.

Lecz, gdy w drzwiach twoich, otwartych w połowie,
z mgły i przeciągu i mroku gęstego
postać wyłania się, w chuście na głowie,
wtedy i Dziecię, i Ducha Świętego
całym swym wnętrzem otulasz jak gniazdem;
spoglądasz w niebo - i widzisz ją: gwiazdę.

1972
 

Josif Brodski, tłum. Stanisław Barańczak, z tomu "82 wiersze i poematy"


W Wigilię zmarł Krzysztof Krauze, reżyser którego ceniłam za  filmy "Plac Zbawiciela", "Mój Nikifor" i "Papuszę".  Dziś wiadomość o śmierci Stanisława Barańczaka. Smutno.
Dzięki Grzegorzowi Kozerze (od lat lubię podglądać co czyta) i dzięki tłumaczeniom Stanisława Barańczaka, Josif Brodski stał się jednym z moich ulubionych poetów. "Znak wodny" mam zawsze w pobliżu. Gdyby nie Stanisław Barańczak nie sięgnęłabym też pewnie po Seamusa Heaneya. O Szekspirze nie wspomnę, bo oczywiste, że to wybitne przekłady. 

Mamy wielu dobrych tłumaczy - by się o tym przekonać, wystarczy przeczytać wybór wierszy Dereka Walcotta "Mapa Nowego Świata". Na wyżyny wznieśli się właściwie wszyscy z jedenastu translatorów. Nie ma jednak wśród nich nikogo, kto mógłby równać się z Barańczakiem, jeśli chodzi o przekłady poezji metrycznej, ujętej w regularne strofy i rymy, opartej na precyzyjnych, kunsztownych układach wersyfikacyjnych. W tej konkurencji Staszek jest jedyny i wyjątkowy" - Jerzy Illg, "Mój Znak" - "Przewodnik Barańczak".


Ciała i dusze

(...)

3. Którym ktoś umarł

Osobni. Oddzieleni. Ale z przodu, najbliżej ołtarza,
Jak panny młode. Albo jak ci chłopcy, którym
wolno było wyjść wcześniej, bo czekało ich ćwiczenie gam;
Uprzywilejowani, lecz nie budzący zazdrości:
Każdy pozostawiony w czterech ścianach, sam,
Świadomy dwoistości sensu słowa "ćwiczyć",
Z zamkniętymi oczyma, plecami jak deska,
Zimnymi dłońmi ponad klawiaturą.
I dziki wrzask dotkniętych nietrafnym akordem klawiszy.


Seamus Heaney, tłum. Stanisław Barańczak, z tomu "Światło elektryczne"


Stanisław Barańczak


Jerzy Kwiatkowski napisał dla "Twórczości" w 1980 roku tak o poezji Stanisława Barańczaka:

"Felietony poetyckie" - Jerzy Kwiatkowski, Wyd. Literackie, Kraków, 1982



których słów potwierdzenie znajduję w poniższym wierszu, gdzie świat powszedni jest najistotniejszy, jak zresztą w całej poezji Barańczaka, którą stopniowo odkrywam. Za późno. Zdecydowanie za późno.

"Felietony poetyckie" - Jerzy Kwiatkowski, Wyd. Literackie, Kraków, 1982





2014-04-23

"Książka to ściana. Chowam się za nią by nikt mnie nie widział i żebym ja także nikogo nie widziała." - Susan Sontag




"Powiedziałeś, że literaturze zawdzięczamy wszystko, czym jesteśmy i czym byliśmy. Jeśli znikną książki, zniknie historia, znikną ludzie. W pełni się z Tobą zgadzam. Książki to nie tylko prosta suma naszych marzeń, nasza pamięć. Dają nam także możliwość wykraczania poza samych siebie. Niektórzy ludzie uznają czytanie wyłącznie za rodzaj ucieczki - ucieczki z prawdziwego świata codzienności do domeny wyobraźni, uniwersum książek. Książki są czymś znacznie więcej. To sposób na osiągnięcie człowieczeństwa." - Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem, "Myśl to forma odczuwania".

"Książka to ściana. Chowam się za nią by nikt mnie nie widział i żebym ja także nikogo nie widziała." - Dziennik, tom 1. 1947-1963, maj 1961.

"Kilka lat temu zdałam sobie sprawę, że od czytania źle się czuję i jestem jak alkoholik, który po każdym ciągu ma kaca. Po godzinie czy dwóch spędzonych na buszowaniu w księgarni czułam się otępiała, niespokojna, przygnębiona. Nie wiedziałam jednak, dlaczego tak się dzieje. I nie mogłam się powstrzymywać od ciągłego sięgania po książki." - Dziennik, tom 1, wpis niedatowany.

"Miłość do książek. Moja biblioteczka to archiwum pragnień." - Dziennik, tom 2. 1964-1980, kwiecień 1980.

2014-02-16

"Wszystko jest poezją"



Niedziela. Czas na równowagę. Odkładam pracę, sięgam po kolejną kawę i zmieniam zawodowe słownictwo w poezję. Ciepła kawa zdaje się być poezją. Sama myśl o Rosalii Wiesner też. Odkąd poznałam dokładnie historię pierwszej kawiarni Avion, czuję się  jeszcze bardziej związana z tą obecną. Dlatego nie mogłam ominąć debiutanckiego wydania nakładem Biblioteki Miejskiej w Czeskim Cieszynie gazety Avion, obecnej w dwu językach, polskim i czeskim. W dużym formacie, w sepii i na dobrym papierze, za jedyne 29 kc. A w niej dużo historii, wspomnień, minionych wydarzeń kulturalnych, salonów dyskusyjnych, muzycznych, literackich i edukacyjnych. Poezja. Tak, ciepła kawa i literatura - nawet ta oczekująca - sama myśl o tych dwóch nierozłącznych przyjemnościach, bywa dla mnie poezją. Wyczekiwaną. Niezmiennym podnieceniem od lat, spojrzeniem na zapchane książkami półki. Radością wyboru.
Po całym tygodniu planów, raportów, celów sprzedaży potrzebuję niedzieli, by się odgrzebać z korporacyjnych zobowiązań. Nie znaczy to, że nie lubię swojej pracy (odpowiedni ludzie są siłą napędową) ale wiem, że pracoholikiem skupionym tylko i wyłącznie na karierze nigdy nie będę. Wiem jak to się kończy, dlatego lubię w sobie tę potrzebę złapania równowagi i doszukiwania się poezji w życiu, jak napisał Edward Stachura - przemiany pierwszego życia, całkiem fałszywego lub tylko ćwierćprawdziwego, lub co najwyżej półprawdziwego , w drugie, absolutnie prawdziwe życie, lub mówiąc inaczej i może dokładniej: przemianą przeżycia w życie.
Sięgnęłam po Edwarda Stachurę ze względu na tytuł, z trudem odczytany z zakupionego za trzy złote starego wydania "Wszystko jest poezją", i efekt rozmyślań o zapomnianych autorach. W tym roku odpuszczam nowości, czuję się wolnym czytelnikiem, podczas gdy zeszłego roku płynęłam z prądem i przestałam w pewnym momencie czerpać przyjemność z lektury. Podziwiam tych, którzy recenzują na bieżąco nowości. Nie nadaję się. Chyba nigdzie nie udaje mi się na dłużej być pod wpływem czegoś agresywnie mi narzucanego. Odwracam się szybko. Wszystko co odczuwam i przeżywam musi wynikać z głębokiego ja. Nie umiem bywać nie sobą, zaraz zdradzam ciałem i myślą niechęć. We wszystkim, od codzienności poprzez długotrwałe cykle życiowe. Wróciłam więc do starych opowiadań Tomasza Manna, obecnie do Stachury, obok łóżka czeka Hłasko, Hesse, Styron, Marai, Iwaszkiewicz, Mrożek, Czechow, Marquez. "Doktor Faustus" i "Doktor Żywago". 

Przemieniam przeżycia w życie za Stachurą, a raczej ze Stachurą. W odpowiedniej chwili na jego słowa trafiłam. Od jutra zaczynam sześciotygodniowy kurs z artystą fotografikiem panem Michałem Cała. Jego fotografie były publikowane w albumach: Antologia fotografii polskiej 1839-1989, Mistrzowie polskiego pejzażu, Polska fotografia w XX wieku. Laureat wielu konkursów fotograficznych i wystaw, w tym znanego czarno-białego cyklu "Śląsk". Przestałam się przejmować ilością obowiązków, odkryłam w tej decyzji kilka wersów mocnej, potrzebnej poezji. Nie mogę się jutra doczekać. Fotografia bywa piękną poezją. Czytam dalej Edwarda Stachurę - Wszystko jest poezją, a najmniej poezją jest napisany wiersz; każdy jest poetą, a najmniej poetą jet poeta piszący wiersze: czy to jest też oczywistość? Jeszcze nie wiadomo. Wiele znaków na ziemi i niebie wskazuje na to, że tak istotnie jest. Wiele znaków zwłaszcza na ziemi. Wiele znaków zwłaszcza na książkach. Na książkach zwłaszcza "poetyckich". Wszystko jest poezją: to, że idziesz do księgarni, kupujesz tomik wierszy, wychodzisz na ulicę, przy straganie kupujesz pół kilo czereśni albo pół kilo śliwek, zależy, jaka pora roku, idziesz do parku, siadasz na ławce, jedną ręką przewracasz kartki, drugą sięgasz po czereśnie lub śliwki, zależy jaka pora roku, wszystko to jest oczywiście poezją, a najmniej poezją są czytane wiersze. Bo czytasz, i co czytasz? [1]

Moją poezją przez najbliższe tygodnie będzie fotografia. Droga tam i z powrotem też nią będzie. Tam w niecierpliwości, z powrotem z nowo zdobytą wiedzą. Sześć tygodni w oparciu o solidny, ważny, poetycki poniedziałek. Jakże się w takim wypadku nie cieszyć na resztę tygodnia? No jak? Wszystko może być poezją... Wszystko. Nauczmy się czytać mijane w życiu wiersze.


2014-01-25

"Ośmielę się powiedzieć, że niewiele jest kobiet szczęśliwszych ode mnie"


Portret Virginii Woolf - Włodzimierz Janota, 2011r.

w razie pożaru wynoszę to....

"Writers Tears" - niespodzianka od męża :)


"nigdy nie udawać, że rzeczy, których się nie ma, są niewarte posiadania... Nie udawać nigdy, że dzieci, na przykład, da się zastąpić czymś innym" (D 2 I 1923)

"Człowiek zagłębia się w studnię i nic nie uchroni go przed doznaniem prawdy. Tam, w dole, nie mogę pisać ani czytać. A przecież istnieję. Jestem. I zadaję sobie pytanie: czym jestem? i bardziej niż na powierzchni bliska jestem znalezienia odpowiedzi, która okazuje się jednak mniej pochlebna - bo, prawdę powiedziawszy, na powierzchni chwalą mnie bardziej niż na to zasługuję" (D 28 IX 1926)

"Ośmielę się powiedzieć, że niewiele jest kobiet szczęśliwszych ode mnie - choć nie uważam się za kogoś wyjątkowego; czuję jednak, że dane mi jest prawdziwie upajać się życiem, a jest w nim mnóstwo szampana. Małżeństwo moje nigdy nie było nudne; co to, to nie" (D 26 VII 1930)

"Moim zdaniem, nie starzejemy się, a tylko nieustannie zmieniamy naszą pozycję wobec słońca" (D 2 X 1932)

A na dobranoc fragment "Fal":

"Słońce wpadało ostrymi klinami do pokoju. Wszystko, czego światło dotknęło, pogrążało się w fanatycznym bycie. Talerz przypominał białe jezioro. Nóż wyglądał jak lodowy sztylet. Nagle ukazały się szklanki wsparte na smugach światła. Stoły i krzesła wypłynęły na powierzchnię, jakby przedtem były pogrążone w wodzie i teraz wypłynęły pokryte cienką mgiełką czerwieni, pomarańczu, purpury, jak meszek na skórce dojrzałych owoców. Żyłki na szkliwie porcelany, słoje drewna i włókna maty nabierały coraz delikatniejszego rysunku. . Nigdzie nie było cienia. Wazon był tak zielony, że spojrzenie, które jak przez lejek zdawał się wchłaniać intensywnością barwy, przylegało doń jak pijawka. Potem kształty wypełniły się i obrysowały ostrymi krawędziami. Tutaj  było wybrzuszenie krzesła, tam bryła kredensu. Wzmagając się, światło pędziło przed sobą stada cieni, które łączyły się w jedną masę, zawisając w głębi wielokrotnie nałożonymi warstwami" - przeł. Lech Czyżewski

2013-02-01

Rupiecie Poetki, łasiczki w ogrodzie i w bólu świata obmyślanie


"W mieszkaniu Szymborskiej w najróżniejszych miejscach znaleźć można było różne dziwne przedmioty. Kiedyś zademonstrowała nam włochate prosię-pozytywkę z korbką w postaci świńskiego ogona, damską nogę z marcepanu, składaną popielniczkę w kształcie orła, wyjątkowej szpetoty poduszkę, jaką w Hiszpanii daje się nowożeńcom, i drewniany wachlarz z ręcznie malowanymi portretami generałów armii cesarza Franciszka Józefa. Innym razem miałyśmy okazję obejrzeć długopis w kształcie kości dłoni albo deskę klozetową z przezroczystego pleksi, w której był zatopiony drut kolczasty.
   - Najczęściej są to rzeczy przypadkowe, które dostałam w prezencie, ja nic "porządnego" nie dostaję, bo tylko ktoś, kto mnie nie zna, może mi podarować jakiś elegancki prezent - mówiła nam. 
(...) 
My same dołożyłyśmy do jej zbiorów: zapalniczkę w kształcie biustu z podwójnym płomieniem, przyrządzik do biczowania (kupiony nie w sex shopie, tylko w przyklasztornym sklepiku w Asyżu) oraz gumową, nadmuchiwaną wersję postaci - słusznej wielkości - ze słynnego obrazu Muncha Krzyk (kupioną w Muzeum Sztuki Współczesnej w Nowym Jorku).
(...)
   - Ostatni prezent, jaki dałam Wisławie - mówiła nam Ewa Lipska - to były maleńkie popiersia Goethego i Schillera jako pieprzniczka i solniczka. Była tak zachwycona, że postanowiła nie puścić tego na loteryjkę, tylko używać zgodnie z przeznaczeniem przy przyjmowaniu gości."

Poślizgnęłam się dziś na własnej głupocie. Teraz leżę skrzywiona nieporadnie, obłożona poduchami i czytam biografię Wisławy Szymborskiej "Pamiątkowe rupiecie" Anny Bikont i Joanny Szczęsnej. Pośpiech jest przekleństwem, a jednak mu ulegam czasem. Zupełnie tego nie chcąc. Głupota sprowadza na ziemię, dosłownie, jednym ciosem w momencie kiedy gubimy rozsądek. Powinnam już wiedzieć, nauczona doświadczeniem, że bieg po dwa schody z tylko jedną sprawną w pełni kończyną sprowadza się do pozycji tragikomicznej szybciej niż to brane było pod uwagę. Kręgosłup po raz kolejny nie wytrzymał i zaciskam zęby przy każdym ruchu. Uzupełniam równowagę dużą ilością słów, herbaty z czarnej porzeczki i suszonych bananów. Mam córkę na medal, zrobiła dziś w kilka popołudniowych godzin więcej niż armia gibkich łasiczek, które przeryły nam ogród. Pocieszne zwierzątka. A mnie nawet kawa nie smakuje. Za to Wisława Szymborska bardzo. Zastanawiam się jak może wyglądać ta "wyjątkowej szpetoty poduszka".

Obmyślam świat, wydanie drugie,
wydanie drugie, poprawione
(...)


2012-12-10

"Mniszka z Amherst"


"Emily nie znosiła zimy. Była delikatna i wiotka, o skórze półprzezroczystej, alabastrowej, spod której prześwitywały błękitne gałązki żył... Nieraz stawała u okna i cierpiała, patrząc na śnieżne zaspy, ciężki chmurne niebo i przemykających ulicą ludzi skulonych od chłodu. Co roku zima przynosiła śmierć kwiatom w jej ogrodzie, odbierała głos świerszczom i ptakom, zamrażała czas, który zwalniał bieg, wydłużając ponad miarę godziny nieokreślonej tęsknoty, smutku nie do pocieszenia, a nawet dojmującej metafizycznej grozy.
   Dziesiątego grudnia 1859 roku, w swoje dwudzieste dziewiąte urodziny Emily tak pisała do swej przyjaciółki Elizabeth Holland: Nie mogę chodzić do przyjaciół mieszkających trochę dalej w takie przejmujące zimne wieczory, więc opieram się obiema rękami o szybę i usiłuję przypomnieć sobie jak latają ptaki, i naśladuję je, ale nic mi z tego nie wychodzi...
   Amherst, miasteczko w Nowej Anglii, było miejscem, w którym Emily Dickinson, największa amerykańska poetka, spędziła całe swoje życie. Dom w Amherst, który opuszczała tym rzadziej, im była starsza, szczególnie zimą, stawał się całym jej zamkniętym światem."- fragment pochodzi z książki "Boscy i nieznośni. Niezwykłe biografie" Anna Janko, Zwierciadło, Warszawa 2012.


Dziś mija rocznica urodzin Emily Dickinson ( ur. 1830 ). Poetka zmarła 15 maja 1886 roku, a tuż po jej śmierci, Lawinia - młodsza siostra - znalazła kuferek z siedemset siedemdziesięcioma pięcioma rękopisami poetki. Chciałam dowiedzieć się o Emily coś więcej, bo poza kilkunastoma wierszami niewiele o niej wiedziałam. Przeczytałam więc do porannej kawy pierwszą z dwudziestu jeden niezwykłych biografii, jakie ujęła w swojej nowej książce Anna Janko.

To wszystko - to mój list

To wszystko - to mój list do Świata,
Co nigdy nie pisał do mnie -
Proste Nowiny - wysławiane
Łagodnie i dostojnie -

Natura składa w inne Dłonie -
Dla mnie niedostrzegalne -
Przez miłość dla Niej - współziomkowie -
Sądźcie mnie wyrozumiale - 


Emily Dickinson


Pozostałe niezwykłe biografie ważnych dla Anny Janko osób to: "Kochanek życia" Guillaume Apollinaire, "Szalony, cudowny Julek" Julian Tuwim, "Wobec Lou" Rainer Maria Rilke, "Seks, mózg i skandale" Lou Andreas-Salome, "Mniszka z Amherst" Emily Dickinson, "Miłowałem zmory, czciłem próżnie" Bolesław Leśmian, "Czyż to nie wyrywa rzęs?" Margaret Mitchell, "Pół mnie a pół Bogu" Krzysztof Kamil Baczyński, "Dobrze umięśniony motyl" Anka Kowalska, "Laury cień..." Francesco Petrarka, "Wiersz zamiast szaleństwa" Julia Hartwig, "Lalka cioci Anny" Anna Kamieńska, "Jan od biedronki" ks. Jan Twardowski, "Mężczyzn paliła jak płomień" Pola Negri, "Ja nie płaczę ja śpiewam" Danuta Szaflarska, "Jedno wielkie przedstawienie" Dustin Hoffman, "Całe życie anioła" Mia Farrow, "Czysty umysł" Maria Janion, "Gdybyście znali moje życie!" Czesław Miłosz, "Niepotrzebny, nieśmiertelny" Charles Baudelaire, "Przeszedł portret do malarza..." Hanna Krall.

Bardzo ciekawa pozycja na Gwiazdkę jeśli jeszcze nie macie pomysłu. Mnie obdarował nią Dziadek Mróz. I jeszcze "Kiełbasą i sznurkiem", i dwoma kobietami na jednej płycie. Mmmłaaaa!

byłaś grzeczna - powiedział Mikołaj strącając kubek z mlekiem...

2012-11-15

"myśli przelatują z bzykiem"


[...] Własnoręcznie miesza sałatkę dla jakiegoś cieszącego się specjalnymi względami gościa. Kto jest tym uprzywilejowanym gościem, pytam, i dlaczego? I co gospodarz mówi do tej pani w kolczykach; czy to przyjaciółka, czy klientka? Siadając przy stole, czuję od razu to rozkoszne ukłucie zakłopotania, niepewności, możliwości, domysłów. Natychmiast pojawiają się obrazy. Jestem zażenowany własną płodnością. Mógłbym obszernie , swobodnie opisać każde ze znajdujących się tutaj krzeseł, stołów, każdego gościa. Moje myśli przelatują z bzykiem to tu, to tam z zasłoną słów na oznaczenie wszystkiego. Rozmawiać, choćby z kelnerem o winie, to doprowadzać do eksplozji. Rakieta idzie w górę. Jej złote, zapładniające ziarna opadają na żyzną glebę mojej wyobraźni. Zupełnie nieoczekiwany charakter eksplozji - oto radość obcowania z ludźmi. Ja w połączeniu z tym nieznajomych włoskim kelnerem - kim jestem? Nie ma nic stałego na tym świecie. Kto zdoła wyjaśnić znaczenie czegokolwiek? Kto potrafi przewidzieć lot słowa? To balonik żeglujący ponad wierzchołkami drzew. Mówienie o wiedzy nie ma żadnego sensu. Wszystko jest próbą i wyprawą w nieznane. Bezustannie obcujemy z niewiadomymi. Co będzie dalej? Nie wiem. Lecz odstawiając kieliszek, przypominam sobie: zaręczyłem się. Wieczorem zjem kolację z przyjaciółmi. Jestem Bernardem, sobą. [...]

Virginia Woolf, Fale, przeł. Lech Czyżewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2003, s. 107-108

2012-04-18

Czas

"Czym jest czas? Tajemnicą - bo jest nierealny, a wszechpotężny. Jest warunkiem zjawiskowego świata, jest ruchem zespolonym i przemieszanym z istnieniem realnych ciał w przestrzeni i z ich ruchem. A czy nie byłoby czasu, gdyby nie było ruchu? I ruchu, gdyby nie było czasu? Pytania i pytania! Czy czas jest funkcją przestrzeni? Czy też odwrotnie? Czy raczej są z sobą identyczne? Za wiele już pytań! Czas jest czynny, ma takie właściwości jak czasowniki. Ma "poczesny" udział w tworzeniu. Ale czego? Zmiany! Co jest teraz, nie było wówczas, co jest tu, nie jest tam, bo między nimi leży ruch. Ale skoro ruch, którym się mierzy czas, jest okrężny, w sobie samym zamknięty, to można by i czas, i wszelką zmianę równie dobrze nazwać spokojem i bezruchem - to bowiem, co było wówczas, powtarza się nieustannie w tym, co jest teraz, a to, co jest tam -  w tym, co jest tu. A że ponadto skończonego czasu i ograniczonej przestrzeni niepodobna sobie wyobrazić - nie pomogą najbardziej rozpaczliwe wysiłki - więc ostatecznie zaczęto sobie przedstawiać czas i przestrzeń jako wieczne i nieskończone, zapewne w przekonaniu, że jeśli i w ten sposób nie można ich sobie wyobrazić dobrze, to przynajmniej można nieco lepiej. Czy jednakże uznanie wieczności i nieskończoności nie jest unicestwieniem przez logikę i rachunek wszystkiego, co ograniczone, skończone, względne, czy nie jest sprowadzeniem tego do zera? Czy rzeczy mogłyby w wieczności następować jedne po drugich, a w nieskończoności występować jedne obok drugich? Z tymi założeniami, że istnieje wieczność i nieskończoność, założeniami przyjmowanymi z musu, jakże da się pogodzić istnienie we wszechświecie odległości, ruchu, zmiany lub choćby tylko ograniczonych ciał? To pytania, których mimo wszystko nie da się uniknąć.
Hans Castorp stawiał te i tym podobne pytania - mózg jego zaraz po przybyciu w te strony okazał się skłonny do takiej niedyskrecji i zrzędzenia; niedobry, a potężny, później utracony popęd jakby wyostrzył pod tym względem jego umysł i dodał mu zuchwałości w stawianiu takich pytań (...) " 

Tomasz Mann, "Czarodziejska góra", str.399, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, 2009

2012-03-22

Zrobiłam sobie raj




Zrobiłam sobie raj i czytam bezkarnie w środku dnia książkę.

Mój znajomy ( Józef Lorski, informatyk) pieści wspomnienie takiej scenki z Moraw: "Piekarnia, w której sprzedaje się pieczywo, słodkości, kanapki, a nawet placki kartoflane. Jedyna w tym sklepie sprzedawczyni, młoda dziewczyna, rozmawia głośno przez komórkę. Śmieje się, opowiada jakąś historię z poprzedniego dnia, tymczasem tworzy się coraz większa kolejka. Trwa to pięć minut, dziesięć, patrzę i czekam, aż się ktoś wkurzy. Ludzie cierpliwie stoją, a nawet się uśmiechają. Wreszcie sprzedawczyni kończy rozmowę i tłumaczy, że to była ważna sprawa. Na to klient z uśmiechem: Musiała pani wygadać chyba ze dwieście koron. I nikt nie miał pretensji". - fragment książki "Zrób sobie raj".
Cieszę się, że wychodząc na taras, czytając książkę Mariusza Szczygła, oddycham po części polskim, po części czeskim powietrzem. Widzę czeskie, jeszcze ośnieżone góry i czeskie za mgłą osiedle. Że mieszkam w mieście, w którym spowalniają nas Czesi. Każdego dnia odwożąc córkę do przedszkola, mamy czas by przyglądnąć się z samochodu kaczkom i łabędziom na Olzie, bo przede mną jedzie jedna skoda, druga, trzecia. Oczywiście, że wszyscy trzydzieści na godzinę. Czesi się nie śpieszą nigdy, nawet w swoim kraju, więc tym bardziej na obcej drodze. Ktoś już po dziewiątej ciągnie chodnikiem wózeczek z zakupami. Ktoś worek pełen kukurydzianych kolorowych chrupek. Ktoś wiklinowy rowerek. Ktoś krasnala ogrodowego i kwiaty. Czeskie pary lubią poruszać się w tych samych kurtkach, bluzach, butach. Często z górskimi plecakami na plecach. Zawsze czymś się wyróżniają, czymś typowo czeskim. Ubiorem, zakupami, bądź tym, że w wieku dojrzałym trzymają się za ręce. Poza tym nie widziałam nigdy zdenerwowanego Czecha. Źle parkującego Czecha. Mlaskającego w kolejce Czecha. Przeklinającego Czecha. Spluwającego Czecha. Za to nie jeden raz widziałam przepuszczającego w drzwiach Czecha, cichego w mowie, opanowanego w czynie, ostrożnego na drodze, sympatycznego na kasie, czy zwyczajnie pomocnego. Dziś tankując samochód widziałam jak Czech wysiadł ze swojego auta, by pomóc polskiego starszemu panu odkręcić zatyczkę z baku. Stał w zupełnie innej kolejce. Nie zrobił więc tego, by starszego pana pogonić, tylko z dobrej woli. Czechowi się chce, i co ważne nie myśli tyle co Polak, tylko czyni. W swoim tempie oczywiście, ale to odprężające patrzeć czasem na takich ludzi, którzy żyją swoim rytmem, bez presji czasu widocznej w ruchach i zakłopotania na twarzy. Udziela mi się ich sposób życia, i kocham ten mój prowincjonalny koniec Polski, i spacery po obu stronach Olzy. I Hrabala, Kunderę, Kafkę i Halasa. I Zlotego Bażanta też. I czeskie rohlicki, maslo pomazankove, knedliki i rurki chrzanowe. No i Pragę oczywiście - ja se tam vratim - powtarzam sobie każdego dnia.

2012-01-25

130. rocznica urodzin Virginii Woolf




Nadal, niezmiennie od kilku lat, poszerzam swoją wiedzę o twórczości i życiu Virginii Woolf. Dziś, przeglądając jej Dzienniki, zauważyłam jak wiele mi umknęło, i dopiero po tych wszystkich przeczytanych książkach (jej autorstwa, i o niej) Dzienniki będą odpowiednią lekturą. Dla mnie ponowną podróżą, bogatszą o wychwycenie nawet pojedynczych słów, których mi brakuje, by upiąć końce kilku niejasnych nadal kwestii. Virginia Woolf miała tak bogate, pełne zawiłych psychologicznych perturbacji życie, że nie sposób w kilku zdaniach jej przedstawić. Dla jednych pozostanie obłąkaną, ponurą, niepewną siebie i świata wycofaną kobietą; dla innych jej posępny wizerunek uchwycony na fotografiach, czy pojedyncze zdania umieszczone na okładkach książek, nie będą wcale podstawą ku jej krytycznej ocenie. Virginię Woolf trzeba poznać dogłębnie od pierwszych lat życia, zajrzeć do ciemnych pokoi jej wiktoriańskiego domu z dzieciństwa, zrozumieć, zaakceptować, docenić siłę jaką musiała posiadać, by przejść przez cztery trudne dla niej śmierci w stosunkowo krótkich odstępach czasu i mimo załamań podnieść się i zostać jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej XX wieku (matka Julia zmarła w 1895 roku, przyrodnia siostra Stella - 1897, ojciec  Leslie - 1904, brat Thoby - 1906).
Dla mnie Virginia Woolf jest kobietą niezwykle intrygującą, inteligentną, sumienną i wbrew opiniom silną. Skutecznie dążyła swą pracowitością do wydań kolejnych książek, a jednocześnie robiła to z charakterystyczną sobie intensywnością przeżywania i umiejętnością zauważania tego, co większości ludziom z codzienności się wymyka i nie ma znaczącego przekładu na odczuwanie życia. Potrafiła godzinami spacerować w samotności, przez Londyn, pośród wzgórz South Downs, i zachwycać się smakami, zapachami, życiem. Wydaje się, że nigdzie się nie śpieszyła, że garb przeżyć jaki przez całe życie musiała dźwigać, skutecznie ją spowalniał. Jedynie pisanie płynęło wartkim nurtem, od pewnego momentu czas odliczała od zaczęcia, do skończenia kolejnej książki... między pisaniem podróżowała, pielęgnowała przyjaźnie, pisała mnóstwo listów, czasem piekła chleb, sprzątała by uspokoić zasupłane myśli, a wieczorami namiętnie oddawała się lekturze. Cenię sobie w równym stopniu zarówno jej powieści, jak i dzieła krytyczno-literackie, eseje i listy. To wielkie bogactwo, że z tak różnych stron można ją poznawać. Patrząc na fakt, iż nie miała żadnego wykształcenia, całe życie liczyła na palcach i zmagała się ze stanami depresyjnymi, zasługuje na pamięć i ciągłe jej odkrywanie. Wielka moja radość, że jeszcze sporo odkryć przede mną.
Dziś, w dniu w którym obchodziłaby 130 urodziny, spędzę wieczór przy ponownej lekturze Dzienników, i popatrzę w duże, trwające w skupieniu oczy, które obserwować mogę na jej pięknym portrecie w sypialni (dzięki mężowi, który chyba już zaakceptował Virginię w moim życiu :)

Happy birthday Dear V.!

25 stycznia 1915

Moje urodziny - niech no wyliczę wszystko, co dziś dostałam. L. przysiągł, że nic mi nie ofiaruje, a ja, jako dobra żona, uwierzyłam mu bez zastrzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu (zatopiliśmy niemiecki okręt wojenny), i prostokątna paczkę owiniętą w szary papier, w której znajdował się "Opat" - śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek - który jednakże nie dorównał przyjemnościom popołudnia. Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo, i zafundowano mi najpierw kinematograf, a następnie podwieczorek w herbaciarni u Buszarda. Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień - ładny, mroźny, wszystko świeże i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa (...)


25 stycznia 1918

Moje urodziny. L. wsunął mi dziś w rękę prześliczny nożyk z kościaną rączką. Nelly wydziergała parę czerwonych skarpetek zapinanych przy kostce - idealnie odpowiadających mojemu porannemu samopoczuciu. Przyjechała Barbara; razem rozsypałyśmy cztery strony, a L. wydrukował cztery kolejne u drukarza - w sumie niezła dniówka. W tym tempie będziemy gotowi z opowiadaniem Katherine  w cztery tygodnie.

26 stycznia 1920

Dzień po moich urodzinach; mam już zatem trzydzieści osiem lat. Cóż, nie ulega wątpliwości, że jestem teraz dużo szczęśliwsza, niż kiedy miałam lat dwadzieścia osiem; i szczęśliwsza dzisiaj niż wczoraj, jako że dziś po południu wpadłam na pomysł nowej formy dla nowej powieści. Przypuśćmy, że jedna rzecz powinna wynikać z drugiej - a równocześnie zachować formę i tempo i zawierać wszystko, wszystko? Wyobrażam sobie bowiem, że tym razem podejście będzie kompletnie inne: żadnych rusztowań, nawet cegły właściwie niewidoczne, wszystko zmierzchające, tylko serce, emocja, humor, wszystko to jasne, jak płomień we mgle. Temat jest na razie zagadką. Tak czy inaczej, jest oczywiste, że droga prowadzi jakoś w tym kierunku; będę się jeszcze potykać i eksperymentować, ale dzisiejsze popołudnie przyniosło promień światła.
Wczoraj - w swoje urodziny, gdy na dodatek dzień był jasny i czysty, a na drzewach błyskały raz po raz zielone i żółte refleksy - wybrałam się do South Kensington posłuchać Mozarta i Beethovena.


25 stycznia 1921

No więc odczekałam dwadzieścia pięć dni z rozpoczęciem nowego roku; a ten dwudziesty piąty dzień nie jest, niestety, dniem moich dwudziestych piątych, ale trzydziestych dziewiątych urodzin; wypiłam herbatę i obliczyłam koszty wydania Czechowa; a teraz L. zgina kartki swojej książki, a Ralph już poszedł. W pracy nad "Jakubem" mam kryzys: chcę skończyć całość w dwadzieścia tysięcy słów, napisanych bez przerw, w stanie rozgorączkowania. I muszę się zebrać w sobie, żeby tego dokonać. Lytton zapytał mnie, czy może mi zadedykować "Wiktorię", co jest dla mnie bardzo miłe, a z próżności zastrzegłam sobie, żeby dał pełne imię i nazwisko.

26 stycznia 1930

Mam czterdzieści osiem lat. Byliśmy w Rodmell - kolejny mokry, wietrzny dzień. Ale w moje urodziny poszliśmy na spacer między wzgórza - jak między złożone szare ptasie skrzydła; zobaczyliśmy lisa, bardzo długiego, z wyciągniętą kitą, potem drugiego, który szczekał, bo słońce mocno przygrzewało; lekko przeskoczył przez ogrodzenie i zniknął w janowcach - to bardzo rzadki widok. Ile jest lisów w Anglii?
Zapomniałam napisać, że kiedy robiliśmy nasze półroczne rachunki, okazało się, że zarobiłam w zeszłym roku około trzech tysięcy dwudziestu funtów - a więc tyle, ile wynosi pensja urzędnika państwowego. Jaka to niespodzianka dla mnie, która przez tyle lat zadowalałam się dwustoma funtami.


26 stycznia 1941

Bitwa z depresją, dziś rozgromioną (mam nadzieję) dzięki porządkom w kuchni; i jak myślę, dzięki dwudniowemu bodaj wyłomowi w "Pointz Hall", na pisanie pamiętników. Nie dam się, przysięgam, wciągnąć w koryto tej rozpaczy. Samotność jest ogromna. Życie w Rodmell to kompletna pustynia. Dom jest wilgotny. Zabałaganiony. Ale nie ma alternatywy. Mnie potrzeba dawnego zrywu. "Twoje prawdziwe życie, tak jak i moje, jest wśród idei", powiedział mi kiedyś Desmond. Ale trzeba pamiętać, że idei nie da się zatankować. Zaczynam nie lubić introspekcji. Wybieramy się na dwa dni do Cambridge. Wojna chwilowo się uspokoiła. Sześć nocy bez nalotów. Garvin twierdzi jednak ( w "Observerze"), że największe starcia mają dopiero nastąpić - powiedzmy za trzy tygodnie -  więc wszyscy mężczyźni, kobiety, psy, koty, a nawet chrząszcze, muszą zewrzeć szeregi, wzmocnić wiarę i tak dalej. Tak, myślałam o tym, żyjemy bez przyszłości. To właśnie jest takie dziwne, z nosami przyklejonymi do zamkniętych drzwi.


28 marca tego roku, Virginia odebrała sobie życie wchodząc do rzeki Ouse z kieszeniami wypełnionymi kamieniami, niedaleko jej domu w Rodmell. Miała 59 lat. Zostawiła dwa listy pożegnalne, jeden dla ukochanej siostry Vanessy, a drugi dla męża Leonarda, z którym w związku małżeńskim wiodła szczęśliwe życie.

2011-05-24

Apokalipsa


"Koniec świata zaczyna się nie od wybuchu wulkanów, tylko od pomieszania języków.
Jak ja zacznę mówić do ciebie: to nie jest twoja noga, tylko moja noga, albo: to nie jest kawa, tylko papieros - to to jest nienazywanie, niedawanie rzeczom słowa. W tej chwili w środowiskach intelektualnych, nie wszystkich oczywiście, panuje wdzięczny bełkot. Im głupiej, tym mądrzej; im zawilej, tym wytworniej.
Prowadzi to do absolutnego końca świata"

                                                                                                               Zbigniew Herbert
                                                                       

"Lapidarium mistrzów", Biblioteka Gazety Wyborczej, str.45


2011-05-03

"Pozwalają ci nawet sądzić, że już bliski jesteś mądrości, chociaż ty się tylko oddaliłeś od swojego prostego spokoju (...)"


"Niektórzy mówią o książkach jako o zaczarowanym świecie, o tym, ile zawdzięczają książkom w swoim życiu, wspominają, jak to je czytali po kryjomu nieraz, nie przy świetle, lecz przy księżycu, nie przy stole, lecz gdzieś na drzewie w listowiu, ale ja tam mozoliłem się nad nimi dzień w dzień, świątek, piątek, i niczego dobrego nie zaznałem prócz zwątpień. A przecież długo im ufałem, dopóki jeszcze żywiłem nadzieję, że kiedyś dam radę tej wielkiej bibliotece. Nie przejmowałem się, że drwi ze mnie, pewna swojej niedostępności, dufna, że pognębi każdego, kto się tylko z nią zmierzy, a już mnie na pewno, ale wierzyłem, że przyjdzie kiedyś taki dzień, gdy wezmę do ręki ostatnią książkę i poczuję wielką ulgę, o której marzyłem, nie mściwość zaspokojoną, lecz właśnie ulgę. Skąd mogłem wiedzieć, że książki nie są martwe, lecz jak stworzenia przewrotne, podstępne, nieżyczliwe, bo gdy nie mogą strachem zmóc, wtedy cię kuszą, obiecują więcej, niż mogą, niby otuchy ci dodają, a zwodzą, wciągają cię w tę swoją mądrość niby jasną, przestronną jak pańskie pokoje, lecz kiedy się dobrze rozejrzysz, widzisz, żeś w zwątpienia spętany. Pozwalają ci nawet sądzić, że już bliski jesteś mądrości, chociaż ty się tylko oddaliłeś od swojego prostego spokoju. Szukasz jasności, a tymczasem mądrość ma wiele twarzy. (...)"

Wiesław Myśliwski "Nagi sad", Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, str.173

Oddaliłam się od swojego prostego spokoju, i próbuję tę książkę mądrością ująć, ale zbyt mnie onieśmiela mistrzostwo Wiesława Myśliwskiego, bym mogła cokolwiek w tej chwili napisać.


2011-01-25

"Muszę czytać po książce dziennie - taka jest dola pisarza komercyjnego" - 10.04.1919r.


Moje urodziny - niech no wyliczę wszystko, co dziś dostałam. L. (przyp.Leonard) przysiągł, że nic mi nie ofiaruje, a ja, jako dobra żona, uwierzyłam mu bez zastrzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu ( zatopiliśmy niemiecki okręt podwodny), i prostokątną paczkę owiniętą w szary papier, w której znajdował się Opat - śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek - który jednakże nie dorównał przyjemnościom popołudnia. Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo, i zafundowano mi najpierw kinematograf, a następnie podwieczorek w herbaciarni u Buszarda. Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień - ładny, mroźny, wszystko świeże i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa. Zdążyliśmy idealnie na bezpośredni pociąg, a ja byłam bardzo szczęśliwa i czytałam szkic ojca o Popie - rzecz dowcipną i błyskotliwą, w której nie ma ani jednego martwego zdania. Naprawdę nie wiem, kiedy miałam tak cudowne urodziny - na pewno nigdy od czasów dzieciństwa. Siedząc nad herbatą podjęliśmy trzy postanowienia: po pierwsze,żeby wziąć, jeśli to tylko możliwe Hogarth House; po drugie, kupić prasę drukarską; po trzecie kupić buldoga, który będzie się prawdopodobnie nazywał John. Jestem bardzo przejęta wszystkimi trzema projektami - a szczególnie prasą drukarską. Dostałam też paczuszkę słodyczy na drogę do domu.

                                                              Virginia Woolf, 25 stycznia 1915r. - 33 urodziny

Happy Birthday Dear V. 

                                                                  

2010-08-10

Kochać to należeć do siebie

"Czuję, że kocham, czuję to każdą swoją cząstką: mój oddech jest inny i mój sen nie jest już martwy, ruchy moich stawów mają znowu sens, a ręce nie są już puste, i jest mi zupełnie obojętne, co o tym sądzisz i co o tym mówisz, unoszę się w powietrzu i frunę nad ziemią, i rzucam się przed siebie, bez namysłu, i jestem szczęśliwa, i ani mnie to nie odstrasza, ani się nie boję o tym mówić, chociaż się śmiejesz i szydzisz ze mnie (...) "

"Ludzie się kochają, to najważniejsze; cud i najoczywistsza rzecz pod słońcem, poczułem to dzisiaj, kiedy noc rozpłynęła się w bukiet kwiatów i wiatr miał zapach truskawek, a bez miłości człowiek jest tylko trupem na urlopie, niczym więcej oprócz paru danych i przypadkowego nazwiska, i równie dobrze może umrzeć (...) "

"Uśmiechnęła się i przytuliła do niego. Czuł, jak coś się w nim otwiera i rozszerza, coś ciepłego i miękkiego, rozlewa się i ściąga go w dół jakby wieloma rękami, i nagle nie do zniesienia było to, że stoją obok siebie na stopach, tych wąskich platformach, śmiesznie wyprostowani, próbując utrzymać równowagę, zamiast zapomnieć o tym i osunąć się na ziemię, poddając się szlochowi skóry,wezwaniu sprzed tysięcy lat, kiedy tego wszystkiego jeszcze nie było, mózgu i pytań, i udręki, i wątpliwości - tylko ciemne szczęście krwi (...) "

"Miłość, Joan, to nie staw, w którym zawsze można się przejrzeć. Ma odpływy i przypływy. I wraki, i zatopione miasta, i ośmiornice, i sztormy, i złote wybrzeża, i perły. Ale perły leżą głęboko."

                        
                            fragmenty "Łuk triumfalny" Erich Maria Remarque

2010-05-17

Deszczowo, ale za to nastrojowo

Wszystkiemu winna pogoda. Zamknięci w domu, odcięci od suchych kamieni po których można by do samochodu dojść, zalewani sukcesywnie przez cały dzień, nie ruszaliśmy się dziś z ciepłych murów. Kawa. Koc. Jajecznica. Koc. Obiad. Koc. Herbata. Koc. Niezastygnięta galaretka z owocami. Koc. Czekolada. Koc. Czerwone wino. Koc... i tak przez cały dzień, wszystkie czynności z wełnianym pledem na ramionach.
Dalszemu przebiegowi dnia winny ostatni numer Przekroju. Zamknięta w kroplach deszczu, postanowiłam nadrobić zaległości prasowe. Poszukując ostatnich numerów w różnych częściach domu trafiłam na pamiątki z Komunii Charliego, a wśród nich, między kartkami pełnymi ciepłych życzeń leżał sobie „Mały Książę” Antoine de Saint-Exupery... czyż taki deszczowy dzień nie jest wymarzonym na przypomnienie sobie tej właśnie książki? - pomyślałam. Jeszcze o trzynastej wraz z Charlim byliśmy w piżamach, spacerowaliśmy za Małym Księciem po malutkich jednoosobowych planetach i przestaliśmy żałować, że za oknem wielki płacz. Czytałam tę książkę wieki temu i zawsze chciałam ją mieć w domu, ale jakoś nie było okazji, do dnia Pierwszej Komunii mojego syna, kiedy to wpadłam na genialny pomysł zapisania mu życzeń komunijnych w tej właśnie książce zamiast na kartce, która swą biel za kilka lat straci, a kto wie, czy nawet nie zniknie w czeluściach kartonowego pudełka z pamiątkami. Tak oto Charli w wieku dziewięciu lat, stał się szczęśliwym posiadaczem „Małego Księcia”, a ja na tym jakby nie było skorzystałam. Przepadliśmy, choć przyznać muszę, że znacznie bardziej ja, bo dobrnęłam do ostatniej strony już w samotności (Lola porwała brata do zabawy w połowie książki). Streszczać tej książki będę, bo domyślam się, że większość ją czytała, a jeśli nie czytała to przynajmniej ze słyszenia wie, o czym ona jest. Chciałam tylko zamieścić mój ulubiony fragment:
Ponieważ Mały Książę był senny, wziąłem go na ręce i poszedłem dalej. Byłem wzruszony. Wydawało mi się, że niosę kruchy skarb.Wydawało mi się nawet, że na Ziemi nie istnieje nic bardziej nietrwałego. W świetle księżyca patrzyłem na blade czoło, na zamknięte oczy, na pukle włosów poruszane wiatrem i mówiłem sobie, że to co widzę, jest tylko zewnętrzną powłoką. Najważniejsze jest niewidoczne.
Ponieważ półotwarte wargi uśmiechały się leciutko, powiedziałem sobie jeszcze „To, co mnie wzrusza najmocniej w tym małym śpiącym królewiczu, to jego wierność dla kwiatu, to obraz róży, który świeci w nim jak płomień lampy, nawet podczas snu”. I wydał mi się jeszcze bardziej kruchy. Byle podmuch wiatru może zgasić lampę-trzeba dobrze uważać. I tak idąc, o świcie odnalazłem studnię.
(...)Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Po południu wróciłam do Przekroju, którego wcześniej porzuciłam nim go odnalazłam, i omijając politykę przeniosłam się w świat książek i filmów, a tam obszerny wywiad z Marcinem Królem, autorem nowej książki „Czego nas uczy Leszek Kołakowski”; ciekawa wzmianka o Elizie Orzeszkowej, nazywanej polską Jane Austen czy Doris Lessing, której wręcz wydarto z życiorysu Literacką Nagrodę Nobla przekazując ją w ręce Henryka Sienkiewicza w 1904r.- 18 maja obchodzić będziemy setną rocznicę śmierci tej pisarki. Potem przeszłam przez krótkie zaproszenie do poezji Adama Zagajewskiego i jego nowego tomiku „Wiersze wybrane” oraz przez recenzję filmu „Samotny mężczyzna” z Colinem Firthem w roli głównej, który nominowany jest do Oskara za rolę geja-profesora literatury. Colina Firtha bardzo lubię, a kiedy doczytałam , że u jego boku pojawi się Julianne Moore, to już wiem, że do czwartku muszę znaleźć jakiś wolny wieczór, żeby wybrać się do kina. Cofając się kilka stron wcześniej (mam zwyczaj czytania gazet od końca) trafiłam na wciągającą prezentację sylwetki najsłynniejszej nowozelandzkiej reżyserki Jane Campion („Anioł przy moim stole”, „Portret Damy”, „Fortepian”, „Święty dym”, „Tatuaż” i najnowszy film niebawem w kinach „Jaśniejsza od gwiazd”).
Nie mogłam się oprzeć, zaparzyłam dzbanuszek gorącej herbaty i wskoczyłam pod koc załączając zakupiony kilka tygodni temu na wyprzedaży „Fortepian”. Jako, że dzień zaczęłam od powtórki „Małego Księcia”, to i powtórki „Fortepianu”, a właściwie to muzyki towarzyszącej scenom w tym filmie się mi zachciało... Michael Nyman sprawił, że moja trwająca ostatnimi czasu słabość do muzyki fortepianowej się pogłębia. Zamykam oczy i mnie nie ma. Przenoszę się na szeroką nowozelandzką plażę, na której Ada (Holly Hunter) gra na swym ukochanym fortepianie. Widzę ją szczerze uśmiechniętą, oddaną całym sercem pasji, muzyce, unoszącą się ponad to co przyziemne. To w tej scenie, Ada jest w pełni szczęśliwa, w pozostałych walczy o takie właśnie chwile. Na co dzień jej szczupła, blada twarz, o nieobecnym spojrzeniu, pełnym pytań, których nie jest w stanie zadać, bo jest niemową, sprawia, że postrzega się ją jako bohaterką niedostępną, odizolowaną, niechętną do wpuszczenia widza w swój świat. Jest nieszczęśliwa u boku swojego męża, którego wybrał dla niej ojciec, a który rezygnując z transportu fortepianu skazał się z góry na milczenie i oziębłość w stosunku do niego. W filmie tym jednak nie ma miejsca na tłumaczenie i naprawianie popełnionych błędów, każda z postaci żyje swoim życiem, z pewnym dystansem i nieufnością do innych, ale wielką wewnętrzną siłą i zaparciem. Nie ma rozmów, są czyny, raniące, poniżające, niepewne konsekwencji. I jest ciągła walka. Bainesa o miłość, Ady o wolność własnych wyborów, Stewarta o poszanowanie małżeńskiej przysięgi. I każdy z nich walczy w szczytnym dla siebie celu, z potrzeby serca, nie bacząc na skutki jakie są nieuniknione przy tego typu działaniach. Zadowalając siebie, nie możemy bowiem zadowalać równocześnie innych.
Nie będę zdradzać dalszych szczegółów, bo film ten zaczyna istnieć przede wszystkim dopiero wraz z pierwszym dźwiękiem klawiszy fortepianu... sami posłuchajcie: The Sacrifice - Michael Nyman ( z filmu "Fortepian")

p.s wraz z jutrzejszym numerem Nesweeka można zakupić inny film tej pełnej wrażliwości reżyserki pt. „Portret damy” z Nicole Kidman w roli głównej. A „Jaśniejszą od gwiazd” już będę wypatrywać w kinie, bo Jane Campion tworzy filmy, których się nie zapomina.

A poza tym to ciągle pada i obawiam się, że jutro będę mieć wodę w przedpokoju... 

2010-04-16

"Chwile istnienia" Virginia Woolf

 

Czuję, że pisząc, robię coś, co jest o wiele potrzebniejsze, niż wszystko inne - V. Woolf
Virginia Woolf kochała pisać, nie tyle tworzyć powieści, ile po prostu pisać. Szczególnie żywiła namiętność do niedocenionych form literackich, takich jak dzienniki, eseje, czy listy i choć po części traktowała ten rodzaj pisarstwa jako swego rodzaju ćwiczenia, to jednak czytając jej teksty czuć, że robiła to z wielką miłością do słowa i z przekonaniem, że kontynuowanie rodzinnej tradycji jakim było od lat zachowywanie wspomnień w formie dzienników jest czymś w rodzaju zaszczytu. Tradycję ową napoczął dziadek Virginii James Stephen, a następnie z oddaniem kontynuował ją Leslie Stephen, ojciec Virginii, spisując choćby bolesne wspomnienia o zmarłej żonie. Virginia zatem od dziecka wychowywana była w duchu szacunku dla literatury, dla słowa, i już jako nastolatka wraz z ukochaną siostrą podjęły bardzo ważne życiowe decyzje. Virginia miała zachowywać wspomnienia na kartkach. A Vanessa na płótnie. Jedna z sióstr Stephen została więc pisarką. Druga malarką.
„Chwile istnienia” to bardzo ważny zbiór pięciu esejów niepublikowanych za życia pisarki, które doskonale uzupełniają się z Dziennikami i gdyby tylko Virginia dłużej mogła nad nimi popracować, stałyby się pewnie częścią jej autobiografii, którą miała na uwadze. Od pierwszych bowiem prób literackich wzorując się na ojcu, który był znanym biografem (George Eliot, Alexander Pope, Jonathan Swift, Thomas Hobbes), czuła sentyment do tego rodzaju pisarstwa i to właśnie życiorysy członków rodziny i najbliższych przyjaciół stanowiły sporą część jej wczesnych notatek.
Mając dwadzieścia pięć lat (1907r.), będąc już w trakcie pisania pierwszej powieści o początkowym tytule „Malymbrosia” - później „The Voyage Out” („Podróż w świat”), zaczęła pisać biografię swojej ukochanej starszej siostry Vanessy, skierowaną do jej mającego się narodzić dopiero dziecka, jak się później okazało syna Juliana. I to właśnie szkic „Wspomnienia”, poniekąd biografia Vanessy, poniekąd autobiograficzne wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, otwiera cykl esejów „Chwile istnienia”.
Ten pierwszy obraz to olbrzymi wiktoriański dom dzieciństwa Virginii w londyńskiej dzielnicy Kensington, przy ulicy Hyde Park Gate, w którym mieszkało ośmioro dzieci: Laura (1870) – córka Lesliego Stephena z pierwszego małżeństwa; George (1868), Stella(1869) i Gerald (1870) – dzieci Julii Duckworth z pierwszego małżeństwa oraz wspólne dzieci Julii i Lesliego – Vanessa (1879), Thoby (1880), Virginia (1882) i Adrian (1883). Dzieci prowadziły życie zorganizowane z wielką prostotą i regularnością,były nauczane przez rodziców, obsługiwane przez służbę,grały w krykieta, spacerowały, jeździły corocznie na wakacje do letniego domu Talland House w Kornwalii (od roku 1882r, w którym urodziła się Virginia przez następne 12 lat). Wspomnienia te dotyczą jednak przede wszystkim trzech kobiet - siostry Vanessy; matki Julii Stephen, która przedwcześnie umarła oraz przyrodniej siostry Stelli Duckworth, na którą przeszły obowiązki ciągnięcia wózka z młodymi istotami rodziny Stephensów. Jednak niebawem śmierć brutalnie wkracza ponownie zabierając młodą mężatkę Stellę, i dziedzictwo rodzinnych komplikacji i bólu przypada osiemnastoletniej wówczas Vanessie. Kolejne „siedem smutnych lat” to ciąg nowych traumatycznych przeżyć jakie nie opuszczają od lat sióstr,jednak tym razem nie śmierć jest ich podstawą , a tyrania ojca i molestowanie przez przyrodniego brata Georga. Ojciec stał się dla nas ucieleśnieniem tego wszystkiego, czego nienawidziłyśmy w naszym życiu; był tyranem niewyobrażalnie egoistycznym, który brzydotą i smutkiem zastąpił piękno i radość tych, które umarły.
Kolejne trzy eseje łączą się w podtytuł „Szkice dla Klubu Wspomnień” i były pisane na zamówienie w latach 1920 i 1930 dla Klubu będącego przegrupowaniem dawnego przedwojennego Bloomsbury. Teksty te Virginia odczytywała na głos członkom Klubu, którymi byli m.in.: ona sama i Leonard Woolf, Vanessa i Clive Bell, Desmond i Molly MacCarthy, Adrian Stephen, John Keynes, Roger Fry, Duncan Grant, Lytton Strachey.To wspomnienia o wprowadzeniu Virginii i Vanessy przez Georga w świat eleganckiego Bloomsbury i inteligentnego Londynu; mało eleganckie stroje zostały zamienione w atłasowe suknie, na szyjach błyszczały drogie kamienie, pod dom podjeżdżały dorożki, a stopniowy sukces towarzyski nadawał promienności zmęczonym smutkiem twarzom sióstr Stephen. Jednak długo trwało nim owy sukces tak naprawdę nastąpił i nim Virginia spotkania towarzyskie traktowała jako coś przyjemnego, bo w początkowym stadium, kiedy jeszcze pojawiała się wszędzie u boku przyrodniego brata Georga, była przez niego wiecznie ganiona i uciszana: szepnął mi do ucha udręczonym głosem: Nie są przyzwyczajone, że kobiety w ogóle cokolwiek mówią... uważam, że potrzeba ci trochę praktyki, jak się zachowywać przy obcych.
Ostatni,ale zdecydowanie najobszerniejszy i najpiękniejszy tekst to „Szkice z przeszłości”, który pisany był na przełomie lat 1939 i 1940 (ostatni zapisek – cztery miesiące przed śmiercią), ale tak jak pozostałe obejmuje tylko czasy dzieciństwa i panieństwa pisarki. Virginia na początku próbuje zastanowić się nad sposobem w jaki powinna opisywać siebie, jak tworzyć autobiografię, co brać za wzór, jaki przyjąć schemat. Powodem tych wątpliwości było to, że tak trudno jest opisać jakąkolwiek istotę ludzką - Nie wiem jak dalece różnię się od innych - pisała.Te pierwsze wspomnienia to zmiana pokoju dziecinnego, ciemność, zamieszanie kiedy szło się na górę do łóżka; mama w białym szlafroku na balkonie, kwiaty passiflory w fioletowe prążki pnące się po murze; St. Ives brzęczący, słoneczny, pachnący tyloma zapachami naraz; ogrodnik kopiący grządkę szparagów, służąca trzepiąca dywanik. Wspinanie się po skałach,wdrapywanie na drzewa, przeglądanie się w niedużym lustrze w wieku siedmiu lat ... skrępowanie, onieśmielenie, półka obok jadalni. Gerald i jego dłonie... Każdy dzień zawiera o wiele więcej nieistnienia niż istnienia... Wiele jasnych kolorów, wiele wyrazistych dźwięków, trochę istot ludzkich, karykatur komicznych, liczne gwałtowne chwile istnienia,zawsze zawierające koło sceny, którą wykrawały, i wszystko otoczone rozległą przestrzenią – oto pobieżny opis dzieciństwa.Oto jaki mu nadaję kształt i jak widzę samą siebie jako dziecko,włóczące się w tej przestrzeni czasu, który trwał od 1882 do 1895 roku . W 1895 roku w maju sielskość się kończy, umiera matka Virginii i ona jako trzynastolatka nie jest w stanie się z tym pogodzić; mama już na zawsze stanie się jej obsesją ... Widzę siebie jako rybę w strumieniu,zepchniętą na bok, zatrzymaną w miejscu, ale nie umiem opisać strumienia.Tutaj ponownie Virginia wraca do wielu wspomnień o mamie, jej młodości, pierwszym małżeństwie, ośmiu latach wdowieństwa i kolejnym związku; o jej smutku, prostocie, surowości. O jej śmierci. Bardziej niż w pierwszym eseju rozwiła wątek narzeczeństwa siostry przyrodniej Stelli, a także jej śmierci trzy miesiące po ślubie. Wówczas Virginia miała piętnaście i pół roku, jej siostra Vanessa osiemnaście i zostały jedynymi kobietami w domu. Kobietami ojca, tymi które musiały tolerować jego wybuchowe usposobienie, podawać mu podwieczorek, uczestniczyć z nim w środowych nasiadówkach dotyczących rachunków domowych. Jego niezaspokojone pragnienie bycia geniuszem doprowadzało go do dużego przygnębienia,często milczenia i posępności; na co dzień żył jakby na pamięć, pisząc bezustannie palił fajkę i był wtedy zupełnie nieprzystępny. Wraz z jego śmiercią Virginia odetchnęła z ulgą i zaczęła znacznie intensywniej poświęcać się pisaniu.
W„Szkicach z przeszłości” wyczuwalny jest bardziej niż w poprzednich esejach styl wypracowany przez Virginię przez wiele lat; melodyczny, malowniczy, pełen odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć, szczegółów. Charakterystyczny, często lekko rozproszony, ale nigdy chaotyczny. Dla wielu czytelników jednak nudny, wręcz męczący i w żaden sposób niewciągający. Mimo wszystko ja czytając Woolf czuję się jakbym przesiadła się z pędzącego pociągu na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Mnie pisarstwo Woolf nieustannie zachwyca, bo jest na tyle głębokie, że pozwala zobaczyć dno, poczuć że to już ten moment, po którym nic więcej nie ma. Dalsza decyzja zależy ode mnie. Mogę się odbić, albo tam pozostać. Coraz częściej pozostaję, choć początkowo czułam, że to jeszcze nie ten moment, że mam klaustrofobiczne objawy i muszę wyjść na powierzchnię, opuścić ją. Teraz po przeczytaniu kilkunastu książek Woolf: prozy, dzienników,listów i esejów, rozumiem jej słowa, i być może nawet ją samą, bardziej niż wydawało mi się to możliwe do osiągnięcia.
Jednak zdecydowanie „Chwile istnienia” polecałabym raczej tylko wielbicielom Virginii Woolf, bądź czytelnikom, którzy po przeczytaniu którejś z jej książek chcieliby zapoznać się z życiorysem pisarki, a obszerna biografia Quentina Bella ich przeraża. Jako dzieło samo w sobie sporej części czytelników zapewne nie zadowoli.

Tytuł: Chwile istnienia. Eseje autobiograficzne
Wydawnictwo: Twój Styl
Przełożyła: Maja Lavergne
Ilość stron: 360
Okoliczność zdobycia: upolowana na allegro
Miejsce na półce: wyjątkowe, jak zwykle dla Woolf



2010-03-26

"Chwile istnienia" i "Pochyła wieża" Woolf!

Uwielbiam sama sobie sprawiać prezenty.
Oczywiście, że książkowe.
Oczywiście, że Woolf ucieszy mnie najbardziej. Szczególnie takie perełki jak trudno dostępne eseje autobiograficzne „Chwile istnienia”(Wydawnictwo Twój Styl – 2005r.) i eseje krytycznoliterackie „Pochyła wieża”, które ostatni raz wydane były przez Wydawnictwo Czytelnik w 1977r. Jak na razie trzymam w dłoniach „Chwile istnienia” i czytam:
Na przedniej zakładce strony słowa Virginii Woolf - Często kiedy pisałam jedną z moich tak zwanych powieści, zaskakiwał mnie ten sam problem: jak opisać to, co nazywam „nieistnieniem”. Każdy dzień zawiera o wiele więcej nieistnienia niż istnienia. (…)Wielkiej części każdego dnia nie przeżywa się świadomie.
Na tylnej zakładce strony czytam opinie:
To zdecydowanie najważniejsza książka o Virginii Woolf, jaka ukazała się od jej śmierci - Angus Wilson, Observer
Ta książka musi przemawiać do każdego, kogo interesuje Virginia Woolf i jej krąg - Derek Parker, The Times
Fascynujące i ważne, bo to jedyne autobiograficzne zapiski Virginii, jakie znamy - John Lehmann, Sunday Telegraph
Virginia Woolf posługuje się grubą i cieniutką kreską, szeptem i krzykiem, głosem pełnym gniewu albo pełnym miłości . Fenomen twórczyni Pani Dalloway polega właśnie na tym, że jej pisarstwem nie można się nasycić - Marta Mizuro, Zwierciadło.
Całość przełożyła Maja Lavergne i to jej słowa zamieszczone na ostatniej stronie sprawiły, że mimo iż przekonałam się do „Piaskowej góry” Joanny Bator, to porzucam ją na ten wieczór, bo chcę spędzić ten czas z Virginią Woolf… 

Maja Lavergne pisze:
Virginia Woolf nie przygotowała do druku żadnego z tekstów w niniejszym zbiorze. Pisane były jako list-wspomnienie dla siostrzeńca, Juliana Bella, jako szkic mający kiedyś posłużyć do napisania autobiografii i jako rodzaj nieformalnego odczytu dla koła przyjaciół zbierających się od czasu do czasu pod nazwą Klub Wspomnień.
Jej siostrzeniec i pierwszy biograf Quentin Bell podkreśla, że w tym,co pisała dla Klubu Wspomnień i w listach jest najbliższa swemu sposobowi mówienia i opowiadania. Służąca z Monk's House wspominała, że pani Woolf godzinami mówiła do siebie, leżąc w wannie, powtarzała zdania, wsłuchiwała się w nie. Robiła to także chodząc po wzgórzach w Sussex, swoim ukochanym miejscu na ziemi. Szła, pisząc w myślach, mówiąc do siebie i gestykulując.Rondo starego kapelusza przysłaniało jej twarz, rozpięty sweter powiewał. Taką zapamiętały ją okoliczne dzieci – wśród nich Dirk Bogarde, który to potem opisał. Szła, wsłuchując się w wypowiadane głośno zdania i odmierzając krokami rytm swojej prozy.

2010-03-09

Kobieta kobiecie nierówna


Emma Bovary - „Pani Bovary” Gustav Flaubert
„Nigdy pani Bovary nie była tak piękna jak w owym czasie, piękna tą niewymowną urodą, która daje radość, entuzjazm, powodzenie, a która jest tylko harmonią między temperamentem a okolicznościami zewnętrznymi. (…) przeżycia miłosne i wiecznie młode złudzenia rozwinęły ją stopniowo, jak nawóz, deszcz, wiatr i słońce rozwijają kwiaty; toteż zakwitła wreszcie w całej pełni swe natury.”
Magdalena Brzeska - „Emancypantki” Bolesław Prus
„Istotnie była podniecona. W jej duszy zapłonął nowy a piękny cel:zastąpić matkę i siostrę opuszczonemu człowiekowi – zbudzić geniusz do lotów… Madzia nawet przypomniała sobie kilka romansów i kilka poezyj, których treścią było to, że kobieta może albo natchnąć, albo zamordować geniusza. Jeszcze nigdy stanowisko kobiety nie wydawało się Madzi tak wysokim i nigdy tak dumną nie była z siebie jak w tej chwili. Co tam stowarzyszenie kobiet, pensja w Iksinowie albo szkoła przy cukrowni!… Geniusza uratować dla ludzkości to cel!… A jak rzadko podobne zagadnienia nastręcza się kobietom!”
Anna Karenina - „Anna Karenina” Lew Tołstoj
„Gdyby ją kochał, doceniałby cały ogrom jej cierpień i wyzwoliłby ją od niego. Jego winą było, że mieszkała w Moskwie zamiast w majątku; nie potrafił zagrzebać się na wsi tak, jak ona tego pragnęła; potrzebował towarzystwa i stąd wytworzył się ten straszny dla niej stan rzeczy. Wroński zaś nie chciał nawet zrozumieć, jak jej z tym było ciężko. A poza tym także rozłączenie jej na zawsze z synem było jego winą.”
Izabela Łęcka - „Lalka” Bolesław Prus
„Ciekawym zjawiskiem była dusza panny Izabeli. Gdyby ją kto szczerze zapytał:czym jest świat, a czym ona sama? Niezawodnie odpowiedziałaby , że świat jest zaczarowanym ogrodem , napełnionym czarodziejskimi zamkami, a ona - boginią czy nimfą uwięzioną w formy cielesne.  Panna Izabela od kołyski żyła w świecie pięknym i nie tylko nadludzkim, – ale nadnaturalnym. Sypiała w puchach, odziewała się w jedwabie i hafty, siadała na rzeźbionych i wyściełanych hebanach lub palisandrach, piła z kryształów, jadała ze sreber i porcelany kosztownej jak złoto.
Dla niej nie istniały pory roku, tylko wiekuista wiosna pełna łagodnego światła, żywych kwiatów i woni. Nie istniały pory dnia, gdyż nieraz przez całe miesiące kładła się spać o ósmej rano, a jadała obiad o drugiej po północy.”
Madame- „Madame” Antoni Libera
„Dyrektorka nastała stosunkowo późno – gdy kończyliśmy klasę dziewiątą– i uczyła francuskiego. Była to trzydziestoparoletnia, nader przystojna niewiasta, która w zasadniczy sposób odbija od reszty nauczycieli – szarych, zgorzkniałych, nudnych, w najlepszym razie nijakich. Chodziła elegancko ubrana, wyłącznie w garderobie produkcji zachodniej (to się widziało od razu), miała wypielęgnowane ręce, zdobione gustowną biżuterią, i bił od niej odurzający zapach dobrych, francuskich perfum. Jej twarz pokrywał zawsze starannie zrobiony makijaż, a głowę wieńczyły lśniące,kasztanowe włosy, przycięte krótko i zgrabnie ułożone ponad długą, wysmukłą szyją. Trzymała się prosto, miała nienaganne maniery, a przy tym ciągnął od niej jakiś mrożący chłód.                                                                       
Piękna i zimna, wspaniała i nieprzystępna, dumna i bezlitosna – istna Królowa Śniegu”.

Klarysa- „Pani Dalloway” Virginia Woolf
„Miewa śmieszne uczucie, że jest niewidoczna, niedostrzegalna, nikomu nieznana; bo nie czeka ją już małżeństwo, nie czeka macierzyństwo, nie ma nic, jest tylko ten dziwaczny i jakby uroczysty pochód z tłumem przez Bond Street, jest tylko pani Dalloway, nawet już nie Klarysa, jest tylko pani Ryszardowa Dalloway”.

Małgorzata- „Mistrz i Małgorzata” Michaił Bułhakow
„Ukochana mistrza miała na imię Małgorzata. Wszystko, co opowiadał o niej nieszczęsnemu poecie, było zresztą prawdą. Opisał swą ukochaną wiernie, Małgorzata była piękna i mądra. I jeszcze jedno trzeba tutaj dodać – można stwierdzić z całym przekonaniem, że jest wiele kobiet, które nie wiem co dałyby za to, aby zamienić się z Małgorzatą. Trzydziestoletnia bezdzietna Małgorzata była żoną wybitnego specjalisty, który w dodatku dokonał pewnego odkrycia o ogólnopaństwowym znaczeniu. Jej mąż był młody, przystojny. Dobry i uczciwy i uwielbiał żonę. Małgorzata zajmowała z mężem całe piętro pięknej willi stojącej w ogrodzie przy jednej z uliczek w pobliżu Arbatu. (…)
Małgorzacie nigdy nie brakowało pieniędzy. Mogła kupić wszystko, na co miała ochotę. Wśród znajomych jej męża było wielu interesujących ludzi. Małgorzata nigdy nie dotknęła prymusa, nie zaznała udręk wspólnego mieszkania. Słowem … czy była szczęśliwa? Ani przez chwilę! Odkąd mając lat dziewiętnaście wyszła za mąż i trafiła do tej willi, nie zaznała szczęścia. O bogowie, o bogowie moi! Czegóż jeszcze brakowało tej kobiecie, w której oczach jarzyły się nieustannie jakieś niepojęte ogniki?Czegóż więcej trzeba było tej leciutko zezującej wiedźmie, która wtedy, na wiosnę, niosła bukiet mimozy? Nie wiem, nie mam pojęcia. Mówiła zapewne prawdę – potrzebny był jej on, mistrz, a nie żadna gotycka willa ani własny ogródek, ani pieniądze. Mówiła prawdę – ona go kochała”.
Emilia- „Kobieta zaklęta w kamień” Marta Fox
„Emilia czasem popadała w stany, które nazywała „mistyką na własny użytek”. Lubiła wierzyć, że prócz codzienności, prócz politycznych przepychanek, małości jest także świat idei, ducha, uniesień, niewytłumaczalnych w racjonalny sposób.
(…)Dzisiaj potrafię się już zatrzymać. Stanąć nagle w środku miasta, w kuchni, przed obrazem, przed wierszem. Trwać tylko w tym. Słyszeć swój środek. Nie zmagać się ze swoimi demonami teatru, ze swoim „teatrem codziennego życia”. Chcę, aby moje życie było interesującą sztuką, jak w wierszu Anne Sexton. Dlatego brnę dalej, choć czasami słyszę gwizdy”.
Hania- „Dziewczyna z zapałkami” Anna Janko
„W moim ciele mieszka skurczona, napięta istota, która nie wie, czym jest i co ma robić. Nie uskrzydla jej ani miłość, ani wolność, ani poezja. Ona patrzy ze mnie przez okienka oczu, potem przez okna domu i potem przez błękitne przezroczyste tafle nieba, tam, gdzie się mieszczą boskie stajnie Platońskich idei. Niechby mnie ta Wzorcowa Doskonałość zabrała z tego przedszkola bytu, bo ja się już niczego nie nauczę… Przepadło aktualne wcielenie. Po prostu pudło, nie wyszło, trzeba wracać do Najwyższego Paradygmatu, przebrać się w inną sukienkę ciała i zaczynać jeszcze raz, gdzie indziej, z innymi ludźmi”.

Niezliczona jest ilość kobiecych wcieleń ...


2010-02-08

"Madame" Antoni Libera

 

Dziś w nocy skończyłam czytać „Madame” Antoniego Libery i z wielką przyjemnością robię dla niej miejsce na półce Urzekające, z prawem ku wiecznym powrotom. Antoni Libera napisał tę książkę mając zaledwie trzydzieści cztery lata, czyli w 1983r., ale świat zaczął poznawać „Madame” dopiero od 1998r. Wówczas Libera zdobył pierwsze miejsce w konkursie na powieść ogłoszonym rok wcześniej przez Wydawnictwo Znak i jako zwycięzca został opublikowany. Przez te jedenaście lat „Madame” została przetłumaczona na ponad dwadzieścia języków, była w 1999r. Nominowana do Nagrody Nike i wyróżniona została Nagrodą im. Andrzeja Kijowskiego, a w 2002 znalazła się w ścisłym finale (7 książek spośród 123) irlandzkiej IMPAC Dublin Literary Award.
Tytułowa Madame to nieprzeciętnej urody trzydziestoparoletnia nauczycielka języka francuskiego i zarazem dyrektorka warszawskiego liceum, której życie osobiste intryguje kilku maturzystów, szczególnie jednak jednego. Za wszelką cenę próbuje on poznać bliżej obiekt swych westchnień i uparcie, podżegany wewnętrzną buńczucznością walczy o jej względy. Ale robi to niezwykle inteligentnie, ukradkiem, z szacunkiem dla niej i jej historii. Jego rozmyślania balansują na pograniczu jawy i snu, docieka prawd, analizuje spojrzenie Madame, którym go chwilowo obdarzyła, czy przypadkowe spotkanie się ich dłoni. Podziwia ją i to dla niej traktuje słowa z uprzednim namaszczeniem, smaży kunsztowne prace, by mogła się wykazać przed swymi mocarstwami; trenuje elokwencję na popis przed wizytacją; wkuwa na pamięć wiersze, by błyszczeć „erudycją”, ale też ma przejawy zwątpienia w piękno uczuć , które wiszą niepewnie w powietrzu, jakby nie były nikomu przeznaczone… Gniewałem się na panią, to prawda, nie zaprzeczam, za ów brak odpowiedzi na moją serenadę i niepojęte, okrutne nasilenie niełaski, jakbym w czymś pani uchybił... Słowem, za tę nieczułość i za niesprawiedliwość. No, ale trudno. Minęło. Miłość wszystko wybacza. Znów jestem jak przedtem, a nawet bardziej karny.
Główny bohater jest typem „odmieńca”, zafascynowany literaturą, teatrem i muzyką zapomina o życiu jakie jest mu jako młodzieńcowi przypisane. Buntuje się, nie poddaje zwyczajności, szkolnej nudzie, szuka ciągle właściwej drogi ku marzeniom o pisarstwie. Zauroczenie Madame odwodzi go chwilowo od tych zacnych planów i kiedy skupia swoją uwagę na nauczycielce ulegając namiętności, która doprowadza go nierzadko do stanów beznadziei i odrętwienia, czuje że musi zakończyć tę grę, by móc ruszyć w dalsze życie… Ale czy pierwszą miłość można zapomnieć?
„Madame” to książka nie tylko o rodzącej się namiętności, to także obraz peerelowskiej rzeczywistości i politycznych manier tego okresu, ale jednak postawa i erudycja młodzieńca, który tą rzeczywistość próbuje zgłębić zauroczyła mnie w tej historii najbardziej… no i stylistyczny popis Antoniego Libery, jestem pod wielkim wrażeniem jego kunsztu pisarskiego, wręcz wydaje się, że biegnie on przed czytelnikiem układając na świeżo słowo za słowem, jak mozaikę bez uchybień, po której można spacerować z zamkniętymi oczami.
Nie mogę się już doczekać, kiedy do mojej domowej biblioteczki dołączy kolejna książka tego pisarza, a mianowicie wydana w 2009r. powieść „Godot i jego cień” - to autobiograficzna opowieść o magii literatury i fascynacji osobą Samuela Becketta.