Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virginia Woolf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Virginia Woolf. Pokaż wszystkie posty

2015-01-26

133. urodziny i cudowny prezent od Szurensa

Czuję, że pisząc, robię coś, co jest o wiele potrzebniejsze, niż wszystko inne 
 – pisała Virginia Woolf w eseju „Szkic z przeszłości”. 

Dziś świętuję razem z Kozą 133. urodziny.  Dom śpi, może i dobrze. Miewam poczucie, że nie do końca normalne jest świętowanie urodzin ze zmarłą. Jednak myśląc o niej intensywnie tego dnia czuję, że "robię coś co jest o wiele potrzebniejsze, niż wszystko inne". Nie wiem na ile odgrywa tu rolę łączność duchowa, a na ile przyzwyczajenie do jej obecności w moim życiu. Bywa, że zapytam czego się napije. Co chciałaby usłyszeć. Płaczę przy niej. Milczymy wspólnie. Czasem odsłaniając rano roletę głośno mówię czym mnie dzień zaskoczył. Ona spogląda w stronę okna profilem, który jest podobny do mojego. Tak mówią niektórzy. To mnie cieszy, choć inni mówią, że była brzydka i miała na twarzy widoczną chorobę. Przekrzywiam więc głowę i przymykam oczy, by się przyjrzeć tym wiktoriańskim rysom. Może trochę broda, mocna oprawa oczu i wysokie czoło. Usta ma piękniejsze. Oczy większe. W zamyśleniu zastygam podobnym. 

Nie każdy rozumie tę naszą relację, przy czym ja tego zrozumienia nie wymagam. Już jednej osobie pozwoliłam upuścić mój dom i do niego nie wracać. Nie mam potrzeby tłumaczenia się z obrazu na ścianie i tego kto dla mnie jest ważny. Nawet jeśli ten ktoś już nie żyje. Zdarza się jednak, że niektórym to nie przeszkadza, co więcej, myślą o Virginii coraz częściej dzięki temu, że kojarzą ją ze mną. Zaskakują mnie i sprawiają prezenty, które mnie wzruszają trafiając prosto w serce. Nigdy nie jestem niczego pewna, nigdy niczego nie oczekuję, ale jak dotrze do mnie następna przesyłka od SZURENSA to raczej sobie usiądę nim ją otworzę. Zaskoczył mnie na moje urodziny tak bardzo, że pobiegłam na górę gadać do obrazu. Czy ty to widziałaś moja Droga? Czy coś ci to przypomina? Pamiętasz ten numer? Czytałaś go? To 1937 rok... cztery lata przed twoją śmiercią. Byłaś zmęczona, ale zadowolona, "Lata" sprzedawały się przecież bardzo dobrze, w Dzienniku pisałaś o 25 tys. egzemplarzy... Czy ty wiesz, że żyje sobie na świecie taki Szurens, który chce mnie przyprawić o zawał? Jesteście oboje winni moje obecnego stanu. 

Tamtego dnia nie pamiętam w pełni. Byłam w szoku. W takim szoku, że nie przyszło mi do głowy zajrzeć do Dziennika. Dziś, w urodziny, kiedy czytałam ci moja Droga na głos "New York Timesa" z kwietnia 1937 nagle mnie oświeciło...

Otworzyłam Dziennik na 1937. Byłaś wtedy w Monks House, w Rodmell. W niedzielę 28 marca zanotowałaś tak:

Wczoraj zadzwonił dziennikarz z "New York Timesa": powiedziano mu, że jeśli ma ochotę, może popatrzeć sobie na dom przy Tavistock Square 52. O 4.30, kiedy stawiałam czajnik na piecu, zajechał wielki czarny daimler. Następnie pojawił się w ogrodzie wytworny mały człowieczek w tweedowym ubraniu . Dotarłam do saloniku - i zobaczyłam, jak stoi i się rozgląda. L. był w sadzie z Percym (ogrodnikiem). Wtedy odgadłam. Miał zielony notes, rozglądał się i coś sobie notował. Wystawiłam głowę, niemal mnie zdołał złapać. W końcu pojawił się L. i stawił mu czoło. Nie, pani Woolf nie życzy sobie reklamy tego rodzaju. Zawrzałam. Robak łażący człowiekowi po skórze - nie da się go zgnieść. Notujący robak. L. uprzejmie odprowadził go do daimlera i żony. Ale odbyli miłą przejażdżkę z Londynu - robaki: przyłażą tu, wkradają się i notują.

Mogłam się spodziewać tego, że zadowolona z wizyty nie będziesz. Znam cię na tyle, że wiem, iż nieproszony gość, to problem. Ale skąd na boga mogłam wiedzieć, że akurat tego robaka odnotowałaś w Dzienniku??? Akurat tego co zmontował artykuł do numeru "New York Timesa" z 11 kwietnia 1937, który podarował mi Szurens? Czy zrozumiałe jest moje obecne szczęście? Czy ty wiesz co to dla mnie znaczy? Taka namacalna, prawdziwa, autentyczna, zgodna z Dziennikiem gazeta z 1937 roku? A czy ty Szurens wiesz? Bo mam wrażenie, że nie wiesz. Potrafisz sobie wyobrazić do jakiego stanu mnie doprowadziłeś? Ładnie to tak prowokować łzy i ataki obłędu, który objawia się bieganiem po domu, od obrazu do barku z alkoholem i gadaniem do siebie? Teraz już wiesz... wtedy jeszcze nie spodziewałam się tego powyższego zapisu w Dzienniku, a pamiętam, że musiałam wyjść się przewietrzyć. Zapaliłam papierosa, patrzyłam w niebo i powtarzałam natrętnie czy ty wiesz moja Droga co dziś dostałam? Ta gazeta to (zaraz po obrazie jaki dostałam od mojego męża) najpiękniejszy, najbardziej zaskakujący prezent dotyczący Virginii Woolf jaki nawet mi się nie śnił. 
Szurens jestem Ci bardzo wdzięczna, moje serce też. Za gazetę, za pocztówki, za ołówki, za to, że jesteś. Tylko proszę Cię, nie rozpieszczaj mnie tak, bo nie wiem czym sobie na to zasłużyłam ;) 

I wiesz, która jest teraz godzina? Druga w nocy. Wstaję za cztery godziny do pracy... ale to nie ma znaczenia w obliczu mojego szczęścia. Musisz to wiedzieć.
Dobranoc J. Dobranoc Vi.


"The New York Times", 11 kwietnia 1937

Tekst sporządzony przez "robaka z czarnego daimlera"


Reklama ze środka numeru

Szurens planuje mnie dalej rozpieszczać :)
 
Już mu się to wcześniej zdarzyło :)





 

 
I moja kochana M. z Londynu też mnie rozpieszcza :)


I kochana Ewa z pracy :)

Czasem rozpieszczam sama siebie :)


2014-01-26

Muzycznie


Dziś jeszcze dzień z Woolf, dziennikiem, Bloomsbury, morświnem...



(...) Lay me down
Let the only sound
Be the overflow
Pockets full of stones

Lay me down
Let the only sound
Be the overflow


2014-01-25

"Ośmielę się powiedzieć, że niewiele jest kobiet szczęśliwszych ode mnie"


Portret Virginii Woolf - Włodzimierz Janota, 2011r.

w razie pożaru wynoszę to....

"Writers Tears" - niespodzianka od męża :)


"nigdy nie udawać, że rzeczy, których się nie ma, są niewarte posiadania... Nie udawać nigdy, że dzieci, na przykład, da się zastąpić czymś innym" (D 2 I 1923)

"Człowiek zagłębia się w studnię i nic nie uchroni go przed doznaniem prawdy. Tam, w dole, nie mogę pisać ani czytać. A przecież istnieję. Jestem. I zadaję sobie pytanie: czym jestem? i bardziej niż na powierzchni bliska jestem znalezienia odpowiedzi, która okazuje się jednak mniej pochlebna - bo, prawdę powiedziawszy, na powierzchni chwalą mnie bardziej niż na to zasługuję" (D 28 IX 1926)

"Ośmielę się powiedzieć, że niewiele jest kobiet szczęśliwszych ode mnie - choć nie uważam się za kogoś wyjątkowego; czuję jednak, że dane mi jest prawdziwie upajać się życiem, a jest w nim mnóstwo szampana. Małżeństwo moje nigdy nie było nudne; co to, to nie" (D 26 VII 1930)

"Moim zdaniem, nie starzejemy się, a tylko nieustannie zmieniamy naszą pozycję wobec słońca" (D 2 X 1932)

A na dobranoc fragment "Fal":

"Słońce wpadało ostrymi klinami do pokoju. Wszystko, czego światło dotknęło, pogrążało się w fanatycznym bycie. Talerz przypominał białe jezioro. Nóż wyglądał jak lodowy sztylet. Nagle ukazały się szklanki wsparte na smugach światła. Stoły i krzesła wypłynęły na powierzchnię, jakby przedtem były pogrążone w wodzie i teraz wypłynęły pokryte cienką mgiełką czerwieni, pomarańczu, purpury, jak meszek na skórce dojrzałych owoców. Żyłki na szkliwie porcelany, słoje drewna i włókna maty nabierały coraz delikatniejszego rysunku. . Nigdzie nie było cienia. Wazon był tak zielony, że spojrzenie, które jak przez lejek zdawał się wchłaniać intensywnością barwy, przylegało doń jak pijawka. Potem kształty wypełniły się i obrysowały ostrymi krawędziami. Tutaj  było wybrzuszenie krzesła, tam bryła kredensu. Wzmagając się, światło pędziło przed sobą stada cieni, które łączyły się w jedną masę, zawisając w głębi wielokrotnie nałożonymi warstwami" - przeł. Lech Czyżewski

2013-04-18

"Pani Dalloway powiedziała,że sama kupi kwiaty"


Wszystko zaczyna nabierać barw. Zieleni w pierwszej kolejności. Z każdej strony doszukuję się koloru harmonii. Mało denerwujące stały się dziury, im wolniej wiejską drogą dojadę do pracy, tym więcej mam w sobie ciepła dla innych na cały dzień. Przed domem krokusy, zalążki tulipanów, w domu hiacynty i kwitnące storczyki, w pracy żonkile. Mnóstwo planów, ale w odpowiednim tempie. Wiosną się częściej zatrzymuję, tylko po to, by odczuwać i widzieć więcej. Z niecierpliwością czekam na kolejny poranek, kawę przy kuchennym oknie, i skubanie trawy przez sarny. Ten widok noszę w sobie przez cały dzień pracy i nawet nie wiem kiedy znów stoję przy oknie w kuchni. A wieczorami nadal uparcie zatapiam się w zielenie, co Virginii się udzieliło. Pięknie jej w tych barwach. A Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty.






"Bo prawdą jest, że ludzie mają w sobie tylko tyle dobroci, tyle wiary, tyle miłosierdzia, ile im potrzeba, by zwiększyć rozkosz chwili" - Virginia Woolf, "Pani Dalloway" (przeł. Krystyna Tarnowska)

Notes został wykonany przeze mnie na zamówienie. Wielka to dla mnie przyjemność dzielić się miłości do Virginii, i obecną do zieleni. Mam nadzieję, że będzie zawierał w sobie same pozytywne myśli. Trudno mi było się z nim rozstać (jak ze wszystkimi pracami :), ale już doszły mnie wieści, że dotarł, nigdzie nie zaginął, spodobał się i na pewno będzie mu w nowej szufladzie dobrze.

Dziś trafiłam na stronie Krytyki Politycznej na cytat dnia, który zostaje w temacie Virginii i świadomego wykorzystywania dnia, rzeczywistości, codzienności...

"Kiedy więc każę Wam zarabiać pieniądze i zdobyć własny pokój, w istocie proszę Was o to, byście żyły świadome rzeczywistości, a więc wiodły żywot fascynujący, niezależnie od tego, czy uda Wam się przekazać innym jego treść".

Zatem do fascynacji moje Drogie Panie :)


2013-01-25

dzień z Virginią Woolf (3)



wtorek, 2 stycznia 1923
(...) nigdy nie udawaj, że rzeczy, których nie posiadasz, nie są warte posiadania; to chyba dobra rada. A potem mówiłam sobie dalej, że trzeba lubić rzeczy takie, jakimi są; czy raczej pozbawiać je wpływu na własne życie osobiste.


piątek, 7 sierpnia 1931
(...) O Boże, bije we mnie silna jak konopie sznury i uparta jak korzeń wrzosu fontanna wściekłej indywidualności.

dzień z Virginią Woolf (2)


Virginia Woolf, 1923r., zdj. Ottoline Morrell



Piątek, 25 stycznia 1918 
Moje urodziny. L. wsunął mi dziś w rękę prześliczny nożyk z kościaną rączką. Nelly wydziergała parę czerwonych skarpetek zapinanych przy kostce - idealnie odpowiadających mojemu porannemu samopoczuciu. Przyjechała Barbara: razem rozsypałyśmy cztery strony, a L. wydrukował cztery kolejne u drukarza - w sumie niezła dniówka.



dzień z Virginią Woolf - 131. urodziny (1)


Virginia Woolf

Nadal, niezmiennie od kilku lat, poszerzam swoją wiedzę o twórczości i życiu Virginii Woolf. W rocznicę jej 130. urodzin przeglądając „Chwile wolności. Dziennik”, zauważyłam jak wiele mi umknęło, i tak naprawdę dopiero po tych wszystkich przeczytanych przez ostatnie lata książkach (zarówno o niej, jak i jej autorstwa) Dzienniki będą trafionym powrotem. Ponowną podróżą, bogatszą o wychwycenie nawet pojedynczych słów, których mi brakuje, by upiąć końce kilku niejasnych nadal kwestii. Virginia Woolf miała tak bogate, pełne zawiłych psychologicznych perturbacji życie, że nie sposób w kilku zdaniach jej przedstawić. Dla jednych pozostanie obłąkaną, ponurą, niepewną siebie i świata wycofaną kobietą; dla innych jej posępny wizerunek uchwycony na fotografiach, czy pojedyncze zdania umieszczone na okładkach książek, nie będą wcale podstawą ku jej krytycznej ocenie. Virginię Woolf trzeba poznać dogłębnie od pierwszych lat życia, zajrzeć do ciemnych pokoi jej wiktoriańskiego domu z dzieciństwa, zrozumieć, zaakceptować, docenić siłę jaką musiała posiadać, by przejść przez cztery trudne dla niej śmierci w stosunkowo krótkich odstępach czasu i mimo załamań podnieść się i zostać jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej XX wieku (matka Julia zmarła w 1895 roku, przyrodnia siostra Stella - 1897, ojciec  Leslie - 1904, brat Thoby - 1906).

Czuję, że pisząc, robię coś, co jest o wiele potrzebniejsze, niż wszystko inne – pisała Virginia w eseju „Szkic z przeszłości”. Kochała pisać, nie tyle tworzyć powieści, ile po prostu pisać. Szczególnie żywiła namiętność do niedocenionych form literackich, takich jak dzienniki, eseje, czy listy i choć po części traktowała ten rodzaj pisarstwa jako swego rodzaju ćwiczenia, to jednak czytając jej teksty czuć, że robiła to z wielką miłością do słowa i z przekonaniem, że kontynuowanie rodzinnej tradycji jakim było od lat zachowywanie wspomnień w formie dzienników jest czymś w rodzaju zaszczytu. Tradycję ową napoczął dziadek Virginii James Stephen, a następnie z oddaniem kontynuował ją Leslie Stephen, ojciec Virginii, spisując choćby bolesne wspomnienia o zmarłej żonie. Virginia zatem od dziecka wychowywana była w duchu szacunku dla literatury, dla słowa, i już jako nastolatka wraz z ukochaną siostrą podjęły bardzo ważne życiowe decyzje. Virginia miała zachowywać wspomnienia na kartkach. A Vanessa na płótnie. Jedna z sióstr Stephen została więc pisarką. Druga malarką.

Melodia prozy Virginii Woolf nieustannie mnie zachwyca. Pełna metafor, poetyckich obrazów; odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć i szczegółów. Charakterystyczna dla jej nastrojów, często lekko rozproszona, ale nigdy chaotyczna. Dla wielu czytelników jednak nudna, wręcz męcząca i odciągająca od sedna przekazu. Niemożliwa do przebrnięcia. Nie każdy bowiem potrafi przesiąść się z pędzącego pociągu jakim jest nasze aktualne życie, na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Virginia była autorką autobiograficzną głęboko skupioną na sobie, czemu dawała upust w swoich tekstach. Nieustannie zadawała sobie pytanie, czy można opisać samą siebie. Spoglądała głęboko w swoją duszę, starała się ją zrozumieć i ubierała bohaterów swoich książek w siebie, by móc później z boku się im przyjrzeć i poczuć do siebie odrazę  kończącą się kolejnym załamaniem nerwowym związanym z postawieniem ostatniej kropki, bądź oddaniem książki do druku. Dla mnie Virginia Woolf jest kobietą niezwykle intrygującą, inteligentną, sumienną i wbrew opiniom silną. Skutecznie dążyła swą pracowitością do wydań kolejnych książek, a jednocześnie robiła to z charakterystyczną sobie intensywnością przeżywania i umiejętnością zauważania tego, co większości ludziom z codzienności się wymyka i nie ma znaczącego przekładu na odczuwanie życia. Potrafiła godzinami spacerować w samotności pośród wzgórz South Downs, rzadziej przez Londyn, patrzeć, dostrzegać i zapisywać w pamięci szczegóły. Wydaje się, że nigdzie się nie śpieszyła, że garb przeżyć jaki przez całe życie musiała dźwigać, skutecznie ją spowalniał. Jedynie pisanie płynęło wartkim nurtem, od pewnego momentu czas odliczała od zaczęcia, do skończenia kolejnej książki... między pisaniem podróżowała, pielęgnowała przyjaźnie, pisała mnóstwo listów, czasem piekła chleb, sprzątała by uspokoić zasupłane myśli, a wieczorami namiętnie oddawała się lekturze.
Cenię sobie w równym stopniu zarówno jej powieści, jak i dzieła krytyczno - literackie, eseje i listy. To wielkie bogactwo, że z tak różnych stron można ją poznawać. Patrząc na fakt, iż nie miała żadnego wykształcenia, całe życie liczyła na palcach, zmagała się ze stanami depresyjnymi, a jednak dzięki pasji i zaparciu napisała tyle tysięcy słów, zasługuje na pamięć i ciągłe jej odkrywanie. Wielka moja radość, że jeszcze sporo odkryć przede mną. Bo choć po tylu przeczytanych słowach rozumiem ją chyba bardziej niż wydawało mi się to możliwe do osiągnięcia, to jednak jak sama Virginia pisała w Dzienniku 22 marca 1919r. - Kobieta niepojęta niepojętą pozostanie, co stwierdzam z przyjemnością. Potwierdzam te słowa z równie wielką przyjemnością, bowiem badanie niepojętego trwać może wiecznie.

Tekst ten napisałam dla 42. numeru Kwartalnika "sZAFa", w marcu zeszłego roku - http://archiwum5.kwartalnik.eu/42/index.htm

 

2012-11-15

"myśli przelatują z bzykiem"


[...] Własnoręcznie miesza sałatkę dla jakiegoś cieszącego się specjalnymi względami gościa. Kto jest tym uprzywilejowanym gościem, pytam, i dlaczego? I co gospodarz mówi do tej pani w kolczykach; czy to przyjaciółka, czy klientka? Siadając przy stole, czuję od razu to rozkoszne ukłucie zakłopotania, niepewności, możliwości, domysłów. Natychmiast pojawiają się obrazy. Jestem zażenowany własną płodnością. Mógłbym obszernie , swobodnie opisać każde ze znajdujących się tutaj krzeseł, stołów, każdego gościa. Moje myśli przelatują z bzykiem to tu, to tam z zasłoną słów na oznaczenie wszystkiego. Rozmawiać, choćby z kelnerem o winie, to doprowadzać do eksplozji. Rakieta idzie w górę. Jej złote, zapładniające ziarna opadają na żyzną glebę mojej wyobraźni. Zupełnie nieoczekiwany charakter eksplozji - oto radość obcowania z ludźmi. Ja w połączeniu z tym nieznajomych włoskim kelnerem - kim jestem? Nie ma nic stałego na tym świecie. Kto zdoła wyjaśnić znaczenie czegokolwiek? Kto potrafi przewidzieć lot słowa? To balonik żeglujący ponad wierzchołkami drzew. Mówienie o wiedzy nie ma żadnego sensu. Wszystko jest próbą i wyprawą w nieznane. Bezustannie obcujemy z niewiadomymi. Co będzie dalej? Nie wiem. Lecz odstawiając kieliszek, przypominam sobie: zaręczyłem się. Wieczorem zjem kolację z przyjaciółmi. Jestem Bernardem, sobą. [...]

Virginia Woolf, Fale, przeł. Lech Czyżewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2003, s. 107-108

2012-08-10

100. rocznica ślubu Virginii & Leonarda Woolf


List do Violet Dickinson:
                                                                                                        38 Brunswick Square W.C.
                                                                                                        4 czerwca, 1912


Moja Violet,
Mam Ci coś do wyznania. Wychodzę za mąż za Leonarda Woolfa. Jest Żydem bez grosza przy duszy. Jestem szczęśliwsza niż mogłam sobie wyobrażać - ale domagam się, żebyś i Ty go lubiła. Czy możemy oboje przyjść we wtorek? Czy wolałabyś, żebym przyszła sama? Był wielkim przyjacielem Thoby'ego, wyjechał do Indii - wrócił zeszłego lata i wtedy go zobaczyłam, mieszka tutaj od zimy (...)

"Ślub zaplanowano na 12 sierpnia, ale przyśpieszono go ze względu na Bellów ( siostra Virginii - Vanessa z mężem Clivem). Odbył się zatem w niedzielę 10 sierpnia, część oficjalna miała miejsce w Urzędzie Stanu Cywilnego St Pancras. ( Być może z tego powodu pani Woolf się nie pojawiła). Virginia uważała, że to bardzo dobry sposób zawierania małżeństwa, bardzo prosty i szybki. Jednak urzędnik stanu cywilnego uznał go za męczący, częściowo dlatego, że, jak się wydawało Virginii, był na pół niewidomy, a częściowo z powodu szalejącej burzy z piorunami, częściowo wreszcie dlatego, że kiedy doszło do wywoływania świadków, poplątał imiona, których nie znał: Virginia, i jeszcze gorzej, Vanessa. Wtedy, w swój mglisty, a zarazem rozmyślny sposób Vanessa przerwała uroczystość (...). Virginia dobrze się bawiła zarówno podczas uroczystości, jak i na przyjęciu. Kiedy dobiegło końca, oboje z Leonardem pojechali w doskonałych humorach do Asham. Spędzili tam noc, a potem, przed planowanym wyjazdem za granicę pojechali na kilka dni do Quantocks. Pierwotnie mieli zamiar spędzić miesiąc miodowy na Islandii, ale było już za późno i wyjechali z Somerset w bardziej ortodoksyjnym kierunku - do Awinionu i Vaucluse, a stamtąd do Hiszpanii. W Barcelonie jedzenie było niedobre, a Madrycie panował obezwładniający upał; pojechali do Toledo i Saragossy. Było im rozpaczliwie gorąco i często czuli się zmęczeni, ale zadziwiły ich surowość i piękno krajobrazu. Jeździli na mułach i spóźniającymi się pociągami. Virginia czytała Dostojewskiego i Charlotte M. Yonge. Potem znaleźli się w Walencji, gdzie czytała "Czerwone i Czarne". Z Walencji popłynęli statkiem do Marsylii; pojechali dalej, do północnych Włoch i Wenecji, które po Hiszpanii wydawały się wygodne, ale zdecydowanie udomowione. Wreszcie, 3 października wrócili do Londynu. Stwierdzili, że przez czas bez przerwy rozmawiali i stali się "chronicznie koczowniczy i monogamiczni" (...) - napisał Quentin Bell w biografii o swojej ciotce Virginii Woolf.


Virginia była bardzo szczęśliwa w małżeństwie. Leonard dbał o nią w ciężkich momentach zachorowań, wspierał jej działalność pisarską, ona z kolei zawsze ciepło, z szacunkiem i wdzięcznością się o nim wyrażała. Związek ten w obecnych czasach pewnie by nie przetrwał. Virginia nie rozumiała seksualnej namiętności u mężczyzn i pełna awersji do pożądania była w tej sferze bardzo oziębła i niepewna (prawdopodobnie z powodu przejść w dzieciństwie z przyrodnim bratem Georgem). Jednak to nie miało zbyt wielkiego wpływu na ich małżeństwo, Leonard wykazał zrozumienie i trwał u boku żony, aż do samobójczej śmierci Virginii w 1941 roku. Po tym tragicznym wydarzeniu mieszkał do końca życia (jeszcze 28 lat) w ich ukochanym domu Monk's House w Rodmell, w którym spędzili wspólnie dwadzieścia dwa lata swojego małżeństwa. Ich prochy spoczęły na terenie ogrodu pod wiązami, którym kiedyś nadali swoje imiona.
W październiku 1937 roku Virginia napisała w swoim dzienniku: Nie, nie pojechałam do Paryża. Trzeba to zanotować. Obudziwszy się o trzeciej, stwierdziłam, że weekend spędzę w Paryżu. Doszłam już nawet do tego, że sprawdziłam pociągi i pytałam Nessę o hotel. Potem L. powiedział, że on nie bardzo ma ochotę. Potem mnie ogarnęło szczęście. Potem spacerowaliśmy wokół skweru kompletnie zakochani - po dwudziestu pięciu latach nie możemy znieść rozstania. Potem ja przespacerowałam się wokół stawu w Regent's Park. Potem... cóż, to jest niesamowita rozkosz, że ktoś chce mojej obecności przy sobie: jako żony. Nasze małżeństwo jest tak doskonałe (...)

2012-05-11

"Nawiedzony dom" Virginia Woolf - zapowiedź


Pod koniec maja nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się zbiór opowiadań Virginii Woolf. "Nawiedzony dom" to ponad pięciuset stronicowy tom złożony z opowiadań tych najbardziej znanych, jak i nigdy dotąd niepublikowanych. Cieszę się bardzo, bo ostatni zbiór opowiadań Virginii Woolf  "Dama w lustrze" wydany był prawie dziesięć lat temu przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Zawiera on dziewiętnaście opowiadań, w których Virginia swobodnie eksperymentuje z nowymi formami, ulubionymi poetyckimi metaforami czy symbolami. Kilka z nich wydaje się zupełnie nieudanymi próbami, mało interesującymi, co się jej zdarza w opinii krytyków. Uparcie bowiem, przez większość swego twórczego życia, dążyła do zminimalizowania wartkiej fabuły, zastępując ją rozważaniem o życiu i jego pojedynczych aspektach, co nie do wszystkich trafia. Jednak dla uważnych jej czytelników, nie tylko powieści, ale też esejów, listów, dzienników czy właśnie opowiadań, jasne będzie, że każde z tych z pozoru nudnych, nic nie wnoszących pojedynczych stron, ma znaczenie symboliczne, i napisane jest nie od niechcenia, a z wielkim duchowym przekonaniem, że ten właśnie ślimak, perłowe guziczki na rękawiczkach czy opuszczone wrzosowisko, warte były opisania. Musiała to zrobić, by móc się z tego znaku na ścianie czy z Mary V. oczyścić, usunąć je z myśli, ustąpić miejsca kolejnym spostrzeżeniom i zachwytom. Virginia traktowała pisanie opowiadań jak odskocznię od cięższych, wymagających większego skupienia form, jakimi były jej powieści czy wartościowe literackie eseje. Niejednokrotnie jednak fragmenty opowiadań nawiązują do późniejszych powieści i dla mnie są równie ważnym elementem jej twórczości.

"Zadaniem pisarza - twierdzi Woolf - jest uchwycić to coś, co zupełnie wymyka się budowniczym zgrabnych fabuł, opartych na regule prawdopodobieństwa. Spójrzmy w głąb - proponuje - a przekonamy się, że życie nie jest takie. A jakie? - chciałoby się zapytać. Woolf udzieliła na to pytanie odpowiedzi, która przeszła do historii literatury jako klasyczna wykładnia modernistycznej wrażliwości:
Życie to nie jest szereg symetrycznie ustawionych reflektorów, życie to jest jasna aureola, półprzejrzysta przesłona otaczająca nas od pierwszego przebłysku świadomości aż do samego końca. Czyż nie jest zadaniem powieściopisarza oddać tego zmiennego, tego nieznanego i nieokreślonego ducha, niezależnie od tego jaką objawia aberrację i złożoność... - czytamy we fragmencie wstępu do opowiadań "Dama w lustrze" napisanym przez Agnieszkę Graff.

Jaki będzie "Nawiedzony dom"? Czy wyniknie z tych opowiadań  coś nowego, czy możliwe będzie dojrzenie kolejnych prób literackich, eksperymentów i fascynacji szczegółem, które Woolf tak chętnie celebrowała? Nie sądzę by mnie osobiście zawiodła. Może tych czytelników jednej jej powieści skutecznie zanudzi. Bo Virginię Woolf trzeba obejmować w całości. Ona dopiero w blasku swych całościowych dokonań zaczyna nabierać kształtów i barw właściwych. Dzięki niej nauczyłam się dostrzegać więcej. Patrzeć inaczej. Szczegół znaczy więcej niż ogół, czasem dzień więcej niż cały miesiąc. Chciałabym tak móc żyć każdego dnia, uważnie, by nic nie umykało, by wszystko cierpliwie chłonęła pamięć, nie gubiąc nic po drodze. Bardzo jestem ciekawa tego pokaźnego zbioru nowelistycznego... tymczasem zadowolić się mogę jedynie "Tajemniczym przypadkiem panny V." w majowym numerze "Bluszcza". Tak niewiele, a aż tyle, że porzuciłam piątkowe porządki i patrzę na zachód słońca inaczej.

2012-01-25

130. rocznica urodzin Virginii Woolf




Nadal, niezmiennie od kilku lat, poszerzam swoją wiedzę o twórczości i życiu Virginii Woolf. Dziś, przeglądając jej Dzienniki, zauważyłam jak wiele mi umknęło, i dopiero po tych wszystkich przeczytanych książkach (jej autorstwa, i o niej) Dzienniki będą odpowiednią lekturą. Dla mnie ponowną podróżą, bogatszą o wychwycenie nawet pojedynczych słów, których mi brakuje, by upiąć końce kilku niejasnych nadal kwestii. Virginia Woolf miała tak bogate, pełne zawiłych psychologicznych perturbacji życie, że nie sposób w kilku zdaniach jej przedstawić. Dla jednych pozostanie obłąkaną, ponurą, niepewną siebie i świata wycofaną kobietą; dla innych jej posępny wizerunek uchwycony na fotografiach, czy pojedyncze zdania umieszczone na okładkach książek, nie będą wcale podstawą ku jej krytycznej ocenie. Virginię Woolf trzeba poznać dogłębnie od pierwszych lat życia, zajrzeć do ciemnych pokoi jej wiktoriańskiego domu z dzieciństwa, zrozumieć, zaakceptować, docenić siłę jaką musiała posiadać, by przejść przez cztery trudne dla niej śmierci w stosunkowo krótkich odstępach czasu i mimo załamań podnieść się i zostać jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej XX wieku (matka Julia zmarła w 1895 roku, przyrodnia siostra Stella - 1897, ojciec  Leslie - 1904, brat Thoby - 1906).
Dla mnie Virginia Woolf jest kobietą niezwykle intrygującą, inteligentną, sumienną i wbrew opiniom silną. Skutecznie dążyła swą pracowitością do wydań kolejnych książek, a jednocześnie robiła to z charakterystyczną sobie intensywnością przeżywania i umiejętnością zauważania tego, co większości ludziom z codzienności się wymyka i nie ma znaczącego przekładu na odczuwanie życia. Potrafiła godzinami spacerować w samotności, przez Londyn, pośród wzgórz South Downs, i zachwycać się smakami, zapachami, życiem. Wydaje się, że nigdzie się nie śpieszyła, że garb przeżyć jaki przez całe życie musiała dźwigać, skutecznie ją spowalniał. Jedynie pisanie płynęło wartkim nurtem, od pewnego momentu czas odliczała od zaczęcia, do skończenia kolejnej książki... między pisaniem podróżowała, pielęgnowała przyjaźnie, pisała mnóstwo listów, czasem piekła chleb, sprzątała by uspokoić zasupłane myśli, a wieczorami namiętnie oddawała się lekturze. Cenię sobie w równym stopniu zarówno jej powieści, jak i dzieła krytyczno-literackie, eseje i listy. To wielkie bogactwo, że z tak różnych stron można ją poznawać. Patrząc na fakt, iż nie miała żadnego wykształcenia, całe życie liczyła na palcach i zmagała się ze stanami depresyjnymi, zasługuje na pamięć i ciągłe jej odkrywanie. Wielka moja radość, że jeszcze sporo odkryć przede mną.
Dziś, w dniu w którym obchodziłaby 130 urodziny, spędzę wieczór przy ponownej lekturze Dzienników, i popatrzę w duże, trwające w skupieniu oczy, które obserwować mogę na jej pięknym portrecie w sypialni (dzięki mężowi, który chyba już zaakceptował Virginię w moim życiu :)

Happy birthday Dear V.!

25 stycznia 1915

Moje urodziny - niech no wyliczę wszystko, co dziś dostałam. L. przysiągł, że nic mi nie ofiaruje, a ja, jako dobra żona, uwierzyłam mu bez zastrzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu (zatopiliśmy niemiecki okręt wojenny), i prostokątna paczkę owiniętą w szary papier, w której znajdował się "Opat" - śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek - który jednakże nie dorównał przyjemnościom popołudnia. Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo, i zafundowano mi najpierw kinematograf, a następnie podwieczorek w herbaciarni u Buszarda. Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień - ładny, mroźny, wszystko świeże i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa (...)


25 stycznia 1918

Moje urodziny. L. wsunął mi dziś w rękę prześliczny nożyk z kościaną rączką. Nelly wydziergała parę czerwonych skarpetek zapinanych przy kostce - idealnie odpowiadających mojemu porannemu samopoczuciu. Przyjechała Barbara; razem rozsypałyśmy cztery strony, a L. wydrukował cztery kolejne u drukarza - w sumie niezła dniówka. W tym tempie będziemy gotowi z opowiadaniem Katherine  w cztery tygodnie.

26 stycznia 1920

Dzień po moich urodzinach; mam już zatem trzydzieści osiem lat. Cóż, nie ulega wątpliwości, że jestem teraz dużo szczęśliwsza, niż kiedy miałam lat dwadzieścia osiem; i szczęśliwsza dzisiaj niż wczoraj, jako że dziś po południu wpadłam na pomysł nowej formy dla nowej powieści. Przypuśćmy, że jedna rzecz powinna wynikać z drugiej - a równocześnie zachować formę i tempo i zawierać wszystko, wszystko? Wyobrażam sobie bowiem, że tym razem podejście będzie kompletnie inne: żadnych rusztowań, nawet cegły właściwie niewidoczne, wszystko zmierzchające, tylko serce, emocja, humor, wszystko to jasne, jak płomień we mgle. Temat jest na razie zagadką. Tak czy inaczej, jest oczywiste, że droga prowadzi jakoś w tym kierunku; będę się jeszcze potykać i eksperymentować, ale dzisiejsze popołudnie przyniosło promień światła.
Wczoraj - w swoje urodziny, gdy na dodatek dzień był jasny i czysty, a na drzewach błyskały raz po raz zielone i żółte refleksy - wybrałam się do South Kensington posłuchać Mozarta i Beethovena.


25 stycznia 1921

No więc odczekałam dwadzieścia pięć dni z rozpoczęciem nowego roku; a ten dwudziesty piąty dzień nie jest, niestety, dniem moich dwudziestych piątych, ale trzydziestych dziewiątych urodzin; wypiłam herbatę i obliczyłam koszty wydania Czechowa; a teraz L. zgina kartki swojej książki, a Ralph już poszedł. W pracy nad "Jakubem" mam kryzys: chcę skończyć całość w dwadzieścia tysięcy słów, napisanych bez przerw, w stanie rozgorączkowania. I muszę się zebrać w sobie, żeby tego dokonać. Lytton zapytał mnie, czy może mi zadedykować "Wiktorię", co jest dla mnie bardzo miłe, a z próżności zastrzegłam sobie, żeby dał pełne imię i nazwisko.

26 stycznia 1930

Mam czterdzieści osiem lat. Byliśmy w Rodmell - kolejny mokry, wietrzny dzień. Ale w moje urodziny poszliśmy na spacer między wzgórza - jak między złożone szare ptasie skrzydła; zobaczyliśmy lisa, bardzo długiego, z wyciągniętą kitą, potem drugiego, który szczekał, bo słońce mocno przygrzewało; lekko przeskoczył przez ogrodzenie i zniknął w janowcach - to bardzo rzadki widok. Ile jest lisów w Anglii?
Zapomniałam napisać, że kiedy robiliśmy nasze półroczne rachunki, okazało się, że zarobiłam w zeszłym roku około trzech tysięcy dwudziestu funtów - a więc tyle, ile wynosi pensja urzędnika państwowego. Jaka to niespodzianka dla mnie, która przez tyle lat zadowalałam się dwustoma funtami.


26 stycznia 1941

Bitwa z depresją, dziś rozgromioną (mam nadzieję) dzięki porządkom w kuchni; i jak myślę, dzięki dwudniowemu bodaj wyłomowi w "Pointz Hall", na pisanie pamiętników. Nie dam się, przysięgam, wciągnąć w koryto tej rozpaczy. Samotność jest ogromna. Życie w Rodmell to kompletna pustynia. Dom jest wilgotny. Zabałaganiony. Ale nie ma alternatywy. Mnie potrzeba dawnego zrywu. "Twoje prawdziwe życie, tak jak i moje, jest wśród idei", powiedział mi kiedyś Desmond. Ale trzeba pamiętać, że idei nie da się zatankować. Zaczynam nie lubić introspekcji. Wybieramy się na dwa dni do Cambridge. Wojna chwilowo się uspokoiła. Sześć nocy bez nalotów. Garvin twierdzi jednak ( w "Observerze"), że największe starcia mają dopiero nastąpić - powiedzmy za trzy tygodnie -  więc wszyscy mężczyźni, kobiety, psy, koty, a nawet chrząszcze, muszą zewrzeć szeregi, wzmocnić wiarę i tak dalej. Tak, myślałam o tym, żyjemy bez przyszłości. To właśnie jest takie dziwne, z nosami przyklejonymi do zamkniętych drzwi.


28 marca tego roku, Virginia odebrała sobie życie wchodząc do rzeki Ouse z kieszeniami wypełnionymi kamieniami, niedaleko jej domu w Rodmell. Miała 59 lat. Zostawiła dwa listy pożegnalne, jeden dla ukochanej siostry Vanessy, a drugi dla męża Leonarda, z którym w związku małżeńskim wiodła szczęśliwe życie.

2011-04-18

Virginia Woolf w scrapie


Miało już nie być scrapowo na tym blogu, ale zrobię wyjątek dla Virginii Woolf... szkoda, że nie mogę zapakować jej tego scrapa i przesłać pocztą, gdzie w zacisznym kąciku swojego ogródka otworzyłaby paczkę z Polski i zobaczyła jak wiele dla mnie znaczy jako pisarka, i nie tylko. Inspiruje mnie do różnych poczynań, nie tylko słownych, ale też papierowych...




2011-03-28

Domy Virginii Woolf


Hyde Park Gate 22 ( 1882 – 1904, Londyn, dzielnica Kensington), pierwszy dom małej Virginii, to tutaj przyszła na świat 25 stycznia 1882r. i spędziła w nim dzieciństwo, oraz wczesną młodość. Stał na wąskiej ulicy, był koszmarnie zaprojektowany, bo ciągle coś do niego dobudowywano bez konsultacji z architektem, według szkiców matki Virginii, na kawałkach papieru listowego. Składał się z niezliczonych małych pokoi o dziwnych kształtach, które były ciemne i skrywały wiele tajemnic dwóch rodzin, Stephenów i Duckworthów. Mieszkało w nim jedenaście osób, które obsługiwane były przez siedem służących, do dyspozycji mieli jedną łazienkę i trzy ubikacje. Ściany pokoi zapełniały obrazy Wattsa, holenderskie sekretarzyki, skrzynie z ciężką rodzinną zastawą, bogato rzeźbione kredensy wypełnione szkłem i niebieską porcelaną. Meble pokryte były czerwonym aksamitem, części drewniane pomalowane na czarno z cienkimi złotymi liniami, a stoły w porze obiadu i podwieczorku zawsze wyglądały odświętnie, zapełnione srebrną zastawą, świecami i eleganckimi serwetami. W którymś z salonów stał fortepian, na którym stawiano prezenty na Boże Narodzenie. Nad salonem znajdowała się sypialnia rodziców, w której poczęła się czwórka rodzeństwa, w której to zmarła babka, matka i ojciec Virginii. Nad nią były sypialnie dzieci Julii Stephen z pierwszego małżeństwa, a wyżej kolejne sypialnie i pokoje dzienne, gabinet Leslie Stephena ze starym bujanym fotelem, cały wypełniony książkami, i na samej górze sypialnie służących. Z okien wewnętrznych schodów dostrzec można było bawiących się małych Stephenów w kwadratowym podwórku, przy fontannie ogrodowej. Od frontu, przy oknie wykuszowym, okrągła niebieska tabliczka oznajmiała: „ Tu mieszkał naukowiec i pisarz Leslie Stephen”.
W tym domu w 1895 r. na atak influency umiera matka Virginii, potem dwa lata później przyrodnia siostra Stella, po czym kolejny okres od 1897 do 1904r. Virginia określała mianem „siedmiu smutnych lat”. W 1904r., kiedy na raka umiera jej ojciec Leslie Stephen, cała czwórka rodzeństwa postanawia uwolnić się od ciemnych ścian żałoby, które nie dostarczają miłych wspomnień i z wielką przyjemnością opuszczają rodzinny dom, który po ich wyprowadzce zostaje przerobiony na hotel.


Talland House ( St. Ives, Kornwalia, wakacje 1882 – 1894), raj na ziemi, ostoja dla wszystkich, ucieczka w przyrodę, dźwięki, widoki, barwy... brzęczenie pszczół, krakanie gawronów, uderzanie fal o brzeg, zapach morza, kwiatów, przyjemności. Spacery, długie wycieczki, polowanie na motyle, ćmy i robaki (z czasem profesjonalne ich kolekcjonowanie) To tutaj przez dwanaście lat Virginia z rodzeństwem spędza wakacje. Do czasu kiedy 5 maja 1895r. umiera Julia Stephen i Leslie Stephen nie chce więcej widzieć St. Ives. 
Talland House leżał niedaleko od stacji, można było tam pobiec. Obok furtki rósł żywopłot z escalonii, a za nim znajdował się ogród, cały na zboczu, z mnóstwem niewielkich trawników i kryjówek; dalej rozciągało się boisko do krykieta, gdzie grywano w małego krykieta całymi popołudniami i do tak późna wieczorem, że trzeba było pomalować piłkę świecącą farbą, a za boiskiem morze (…) Życie rodzinne w St. Ives było dość zgrzebne i niedbałe: w Talland House panował nieporządek i przewijało się przezeń dużo ludzi. Poza rodziną byli tak goście: duża liczba kuzynów, wujów, siostrzeńców i siostrzenic (…) Morze jednak potrafiło dać o tyle więcej: doroczne regaty, piaski, zgłębienia wśród skał, gdzie kwitły morskie anemony, nad którymi przepływały ryby, wielka zatokę z żaglami i parowcami znikającymi w drodze do Bristolu albo Cardiff, albo może do Brazylii. A oprócz tego była jeszcze gęsta śmietana, specjalność Kornwalii, i sprzedawca muffinów – co nie wiązało się bezpośrednio z morzem - i ogólne bogactwo i szczęście życia (…) - fragmenty Biografii Virginii Woolf autorstwa Quentina Bella.
Życie w Talland House, i wspomnienia związane z tamtym magicznym miejscem, Virginia opisała w swoje książce „Do latarni morskiej”.
Talland House znajduje się 302 mile od Londynu ( jakieś 5h drogi), można go nie tylko zwiedzać, ale również w nim spać. Kornwalia, spacer brzegiem morza, moje marzenie... Talland House



 
Gordon Square 46 (1904-1906, Londyn, dzielnica Bloomsbury), pierwszy dom bez rodziców, służby (tylko rodzinną kucharkę Sophie Farrell zabrali ze sobą) i wattsowsko-weneckiego stylu. Virginia i Vanessa postanowiły go urządzić bardzo skromnie, lekko, bez przesytu, aksamitu i serwetek. Ściany pomalowano jednobarwną farbą, pokoje wypełniono biało-zielonymi kretonami. Na parterze był duży podwójny salon i gabinet, a na piętrze salony sióstr i pokoje braci Thoby'ego i Adriana, którzy studiowali już w tym czasie. Siostry w końcu odetchnęły, dużo spacerowały, udzielały się towarzysko, chodziły na wystaw obrazów, do księgarni i z czasem, w tym właśnie domu zaczęły urządzać czwartkowe wieczory, które były zaczątkiem działalności słynnej Grupy Bloomsbury. Kiedy w 1906r. umiera na tyfus brat Thoby Stephen, a siostra Vanessa wychodzi za mąż za Clive'a Bella, Virginia i Adrian przenoszą się na Fitzroy Square 29.


Fitzroy Square 29 (Londyn, 1907-1911 ), po śmierci Thoby'ego Virginia stara się zbliżyć do Adriana i stworzyć mu ciepły dom. Jednak ich relacje nigdy nie były wzorowe, mimo iż jako rodzeństwo byli ze sobą bardzo związani, i z całą pewnością się kochali. To z Adrianem przy Fitzroy Square Virginia prowadziła sporo ważnych rozmów, przede wszystkim o śmierci najbliższych, i to ślady po ich sporach przyjaciele wynajdywali na ścianach (rzucali się maślanymi kulkami). Z czasem wspólnie zaczęli wskrzeszać czwartkowe wieczory Thoby'ego i zapraszać do siebie członków Bloomsbury, a także innych młodych ludzi, którzy studiowali w Cambridge i bywali na Gordon Square za czasów Thoby'ego. Pod tym adresem Virginia odrzuciła w 1907r. oświadczyny Lyttona Stracheya i nieco później Hiltona Younga; tam przeżywa depresje, spędza kolejny raz kilka tygodni w Sanatorium Twickenham, potem podróżuje z Vanessą i jej mężem po Francji i Włoszech. Lekarze uważają, że Londyn ma na nią zły wpływ i w 1910r. w okresie Bożego Narodzenia zaczyna szukać domu na wsi. W międzyczasie dzierżawa Fitzroy Square wygasa i zmęczona częstymi sporami z Adrianem, szuka domu, w którym jeden drugiemu nie będzie wchodził w paradę. Znajduje Burnswick Square 38.

Asham (Asheham, Sussex 1911-1919 ) odkąd Virginia zaczęła mieć problemy zdrowotne i załamania psychiczne, lekarze zgodnie orzekali, że to Londyn ma na nią zły wpływ. Dlatego zawsze oprócz mieszkania w Londynie, znajdowała też posiadłości z dala od londyńskiego zgiełku. Początkiem 1911r. wynajduje piękny dom, położony samotnie i romantycznie kilka mil od Firle, niedaleko Lewes. Przez kolejne osiem lat będzie uciekać tam w chwilach problemów zdrowotnych.

 
Brunswick Square 38 ( Londyn, 1911 - 1912) w listopadzie 1911r. Virginia wynajmuje dom na Brunswick i dzieli go razem z czterema mężczyznami: bratem Adrianem (pierwsze piętro), kolegą Maynardem Keynesem (parter), Duncanem Gruntem (parter) i od grudnia z Leonardem Woolfem (trzecie piętro). Ona sama sporą część czasu spędza w posiadłości Asham, gdzie pisze swoją pierwszą powieść „Podróż w świat” (wówczas pod tytułem „Melymbrosia”). W styczniu 1912r. wysłuchuje oświadczyn Leonarda Woolfa, z którym od czasu wspólnego mieszkania znacznie częściej się widywała i darzyła go coraz większą sympatią. Jednak dopiero w maju gotowa jest by te oświadczyny przyjąć i zapewnić Leonarda o swej miłości.
10 sierpnia 1912r. Virginia Stephen i Leonard Woolf biorą krótki, cichy ślub w Londynie i spędzają wspólnie noc w posiadłości Asham. W podróż poślubną wyjeżdżają do Hiszpanii, a po powrocie przeprowadzają się z londyńskiego domu przy Brunswick Square do domu przy Clifford Inn.


Clifford Inn (Londyn, 1912 – 1913), niedługo Woolfowie mieszkają pod tym adresem. Virginia tam podejmuje próbę samobójczą i cudem zostaje odratowana po tym jak połknęła sto gramów weronalu – śmiertelną dawkę. Leonard zarządza 18 listopada 1913r rezygnację z pokoi w Clifford's Inn i wyjazd do Asham. Pozostają poza Londynem do sierpnia 1914r, a później w ramach dalszej kontroli nad zdrowiem Virginii, spędzają trzy tygodnie w Kornwalii.



Hogarth House (Richmond 1915 - 1924 ), Woolfowie nadal zatrzymują Asham, jeżdżą tam głównie na Boże Narodzenie, Wielkanoc, na tydzień w maju i przedłużone wakacje letnie, niekiedy nawet do października. Kolejny dom wynajmują w Richmond w 1915 r., gdzie niedługo później zakładają siedzibę Wydawnictwa Hogarth Press. Virginia wraca do zdrowia, pisze kolejne powieści, wspólnie z mężem stwarzają model egzystencji w Hogarth House, którego się trzymają przez kolejne lata... Przed południem pisali, po południu spacerowali, wieczorem czytali. Raz czy dwa w tygodniu sprawy polityczne albo wydawnicze wzywały Leonarda do Londynu; raz czy dwa w tygodniu Virginia mu towarzyszyła i odwiedzała biblioteki, sklepy, chodziła na koncerty i do przyjaciół (…). Coraz częściej myślą o kupnie prasy drukarskiej i o lekcjach drukarstwa, czego z czasem udaje im się dokonać. Zaczynają wydawać nie tylko dzieła Virginii, ale również kilku innych znanych twórców tamtego okresu.


Monk's House (Rodmell 1919 – 1941), tego domu Woolfowie szukali całe życie, a kiedy już byli w jego posiadaniu, zawsze miło w nim spędzali czas i z przyjemnością do niego wracali. Mimo iż w porównaniu z melancholijnym, klimatycznym i nawiedzonym Asham (który był wynajmowany) ten na własność (Monk's House – kupili Woolfowie po licytacji za 700 funtów) był jedynie przyjemnym domkiem z kilkoma miłymi widokami, to i tak miał coś co Woolfowie bardzo w nim lubili. Monk's House leżał na końcu wiejskiej uliczki, która wije się, odchodząc od szosy między Lewes i Newhaven i wzdłuż której zbudowane zostało niemal całe Rodmell. Była to skromna siedziba z cegły i kamieni, obłożona deskami od strony ulicy, dwupiętrowa, ze szpiczastym dachem z łupka. Wewnątrz liczne niskie, nieduże pokoje przechodziły jeden w drugi; parter był wybrukowany cegłami, schody były wąskie, stopnie zniszczone; oczywiście nie było ani łazienki, ani gorącej wody, ani WC. Za domem rozciągał się bujny i zapuszczony ogród, z kamiennym murem, a za ogrodem sad, a za sadem otoczony murem cmentarz (…) - fragment z Biografii Virginii Woolf autorstwa Quentina Bella.
W Monk's House powstała większość dzieł Virginii, tam też przechodziła kolejne załamania, tam wstawiła swój wymarzony gramofon i pod tym domem postawiła pierwszy samochód. Woolfowie z Wydawnictwa i twórczości Virginii mieli coraz więcej pieniędzy, utrzymywali dwa domy i dwie służące; podróżowali do Irlandii, Francji, Włoch i co jakiś czas wracali do Kornwalii.
To w Monk's House na kominku w salonie Virginia zostawiła list do męża i wyszła w stronę rzeki Ouse, nad którą trzy tygodnie później znaleziono jej ciało.
Jej prochy, oraz kilkanaście lat później prochy Leonarda (mieszkał tam, aż do śmierci w 1969r.), spoczęły pod wiązami, którym kiedyś Woolfowie nadali swoje imiona.
Monk's House leży 60 mil od Londynu (jakieś 1,5h drogi), w środy i soboty, od kwietnia do października jest otwarty dla zwiedzających i marzę o tym, by go zwiedzić... tymczasem linkuję szczęściarza, któremu dane było przejść ostatnią drogą Virginii, od Monk's House w kierunku rzeki Ouse - http://bryka-brak.blogspot.com


Tavistock Square 52  (Londyn, 1924 – 1939r.) kiedy Woolfowie pojechali na wakacje do Bretanii, okazało się, że dom przy Tavistock ma zostać zburzony. Jako, że gdzieś musieli przenieść Wydawnictwo, to przeprowadzili się pod kolejny londyński adres...


Macklenburgh Square 37  (Londyn 1939r...) Virginia nie czuła się tu dobrze, nie było dywanów, kuchnia wydawała się jej za mała, inne pomieszczenia za duże, schody też złe... Spędzali tam tylko kilka dni co dwa tygodnie. 


"Virginia Woolf. Biografia" - Quentin Bell, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, przełożyła Maja Lavergne, 2004r.
"Virginia Woolf" - Beatrice Masini,  Wydawnictwo Zielona Sowa, przełożyła Dorota Duszyńska, 2009r.
"Chwile istnienia. Eseje autobiograficzne" - Virginia Woolf, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, przełożyła Maja Lavergne, 2005r.
"Domy pisarek" - Sandra Petrignani, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, przełożyła Hanna Cieśla, 2004r.



 

Virginia Woolf - 70 rocznica śmierci


Jeżeli mamy wrażenie, że ją znamy, jeżeli przerzucając jej dzienniki, czujemy ukłucie w sercu z powodu czegoś, co napisała, a co my sami kiedyś pomyśleliśmy, jest tak dlatego, że ona zna nas, potrafi wyrazić nasze myśli, nasze porywy, emocje, udręki: wszystko to, czego wyrazić sami nie potrafimy. Właśnie dlatego była wielką pisarką.

                                                                                                     Beatrice Masini


To był piątek, przed południem. Siedemdziesiąt lat temu. Virginia Woolf napisała dwa listy, jeden do ukochanej siostry Vanessy, drugi do męża Leonarda, w obu tłumacząc się ze swojego obłędu. Postawiła list do męża na kominku w salonie i wyszła z domu Monk's House w Rodmell kierując się przez łąki w stronę rzeki Ouse. Kieszenie palta wypełniła kamieniami i spokojnie, w ten słoneczny, ale zimny dzień, odebrała sobie życie... miała 59 lat. Pozostawiła po sobie dziesięć powieści: „Podróż w świat”, „Noc i dzień”, „Pokój Jakuba”, „Pani Dalloway”, „Do latarni morskiej”, „Orlando”, „Fale”, „Flush”, „Lata”, „Między aktami” oraz sześć tomów listów, pięć tomów dzienników, kilkanaście opowiadań, esejów, szkiców i recenzji.

Najdroższy,
Jestem pewna, że znowu popadam w obłęd. Uważam, że nie możemy przechodzić przez kolejny taki straszny okres. A tym razem nie wyzdrowieję. Zaczynam słyszeń głosy i nie mogę się skupić. Więc robię to, co wydaje się najlepsze. Dałeś mi największe szczęście, jakie jest możliwe. Byłeś pod każdym względem wszystkim, czym można być. Nie myślę, żeby dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych, dopóki nie nadeszła ta straszna choroba. Nie mogę dłużej walczyć. Wiem, że niszczę Twoje życie, że beze mnie mógłbyś pracować. I będziesz, wiem. Widzisz, nawet nie umiem tego napisać tak jak trzeba. Nie mogę czytać. Chcę powiedzieć, że całe szczęście swego życia zawdzięczam Tobie. Byłeś wobec mnie nieskończenie cierpliwy i niewiarygodnie dobry. Chcę to powiedzieć – wszyscy to wiedzą. Gdyby ktokolwiek mógł mnie uratować, byłbyś to Ty. Wszystko mnie opuściło poza pewnością o Twojej dobroci. Nie mogę już dłużej niszczyć Ci życia.
Nie myślę, że dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych niż byliśmy my.
                                                                              
                                                                                                                   V.


2011-03-08

Kobieta niepojęta...


Kobieta niepojęta niepojętą pozostanie, co stwierdzam z przyjemnością - pisała Virginia Woolf dnia 22 marca 1919r. w swoim Dzienniku. Czasem lepiej jest być niepojętą, niż źle pojętą, ale w obu tych przypadkach, trzeba mieć pojęcie o pojmowaniu istot trudnych do pojęcia :) Zatem do dzieła drodzy panowie!

Z przyjemnością informuję, że jestem dziś otwarta na tulipany i czekoladki.
Miłego dnia raz jeszcze.


2011-02-12

"Kto się boi Virginii Woolf"


Czy względem siebie jesteście czasem złośliwi do tego stopnia, że nie poznajecie samych siebie? Czy mówiąc zastanawiacie się nad konsekwencją wypowiadanych słów, czy liczycie na to, że nie urażą, bądź zostaną zapomniane, bądź też wychodzicie z założenia, że się należały jak pręgi po bacie? Czy kłótnia wynika z potrzeby udowodnienia własnych racji, czy wyrzucenia uwierających w głębi boleści? Jaki stan uniesień można określić mianem kłótni, a co jest tylko potrzebną dla związku rozmową? Kończyć rozmowę, kiedy przekracza tę cienką linię kulturalnej dyskusji i staje się jazgotem, niezrozumiałym słowotokiem, czy pozwolić jej na dziką, niepohamowaną maskaradę? To w końcu należy się kłócić, czy też nie? Bo, że rozmawiać trzeba to zrozumiałe.

Film „Kto się boi Virginii Woolf” (reż. Mike Nichols) zekranizowany na podstawie sztuki teatralnej Edwarda Albee'go to odpowiedź na wszystkie powyższe pytania i jeszcze na kilkadziesiąt innych. Każdy znajdzie w nim coś co będzie go dotyczyć, bo temat skomplikowanych relacji międzyludzkich dotyka przecież każdego, mniej lub bardziej bezpośrednio. Obraz ten jest przestrogą przed dramatem, do jakiego sami niepotrzebnie, wodzeni pokusą rywalizacji możemy doprowadzić, jeśli nie nauczymy się rozmawiać.
Akcja filmu rozgrywa się jednej nocy, w większości w salonie pewnego doświadczonego, amerykańskiego małżeństwa. Martha (Elizabeth Taylor) i George (Richard Burton) wracają nieco podpici do domu i chwilę później, po ostrej wymianie zdań, do drzwi puka młoda para Nick (George Regal) i jego żona Honey (Sandy Dennis), którzy w owym salonie wygodnie się rozsiadają, początkowo sztywni, spięci i zmieszani sytuacją jaką zastali. Martha i George nie zważają na gości, ciągle sobie dogadują, wzajemnie się kompromitują, czerpią satysfakcję z wypracowanej od lat do perfekcji uszczypliwości. Można by rzec, że pastwią się nie tylko nad sobą nawzajem, ale też nad młodą parą, która przekraczająć ich progi wzniosła powiew łagodności, spokoju i czułości, jaka przypisana jest początkowym stadium zauroczenia. Wszystko to jednak z każdą godziną, z każdą kolejną szklanką wsuniętą w dłoń pełną alkoholu, z każdą kolejną słowną „zabawą” staje się przeszłością, która jest już nie do odzyskania. Obydwie pary staną się ofiarami własnym poczynań, niedomówień, hipokryzji, na której od podstaw budowali swoje związki. Tej nocy runą skrupulatnie pielęgnowane tajemnice, pozory zostaną oskalpowane, życie nabierze nowych znaczeń... Noc się skończy, nadejdzie świt. Czy coś się zmieni? 


Bardzo chciałabym przeczytać sztukę Albee'ego, padło w filmie tak dużo słów, że nie byłam w stanie wyłapać przekazu każdej z toczonych gierek małżeńskich. Można by te dwa związki bez końca analizować na terapiach małżeńskich, a film jako swoistą formę detoksu dodawać gratis do terapii. Być może zmęczenie jakie odczuwa się po jego obejrzeniu, spowodowane natężeniem negatywnych emocji i wręcz karykaturalnym przedstawieniem postaci, w odpowiednim momencie da o sobie znać, nim wypowie się zbyt wiele raniących słów. „Kto się boi Virginii Woolf” to doskonały dramat psychologiczny, boleśnie prawdziwy obraz pogrążającego się małżeństwa, zatracania się najpierw związku dwojga ludzi, a potem powolnego ich osobistego upadku.

"Kto się boi Virginii Woolf" nie ma nic wspólnego z pisarką Virginią Woolf, jej nazwisko pada tylko w tekście piosenki Who's Afraid of Virginia Woolf, którą kilkakrotnie odśpiewują bohaterowie filmu (linia melodyczna zaczerpnięta jest z piosenki dla dzieci z lat trzydziestych "Who's Afraid of the Big, Bad Wolf?”).

Film miał swoją premierę 21.06.1966r. Rok później otrzymał 13 nominacji do Oscara i wygrał w 5 kategoriach (cała czwórka aktorów była nominowana, z czego obydwie panie dostały statuetki). Należało się. To bardzo dobre kino, które wraz z upływem czasu nie traci na wartości.

Dopisek po kilku dniach - Znalazłam jeszcze w sieci obszerniejsze wytłumaczenie co do tytułu filmu i piosenki pojawiającej się w nim: "Who's afraid of Virginia Woolf?" jest bowiem ironiczną trawestacją refrenu amerykańskiej piosenki "Trzy małe świnki" Teda Searsa z muzyką Franka Churchilla, znanej szerzej i u nas z kreskówki "Były sobie świnki trzy" Walta Disneya. Trzy świnki śpiewały tam o wielkim złym wilku ze stanu Virginia "Who's afraid of the big bad wolf?". Nazwisko pisarki brzmi po angielsku identycznie - wilk. Tytuł budzi też skojarzenia z dziecięcą grą "Boicie się czarnego luda?". Gra słów symbolicznie łączy w nim świat dzieci i dorosłych, sztuki i zabawy, radości i strachu, życia i śmierci, co oddaje charakter poczynań bohaterów dramatu Albee'ego - napisał Krzysztof Masłoń na podstronie portalu http://kobiety-kobietom.com/ 


2011-01-25

"Muszę czytać po książce dziennie - taka jest dola pisarza komercyjnego" - 10.04.1919r.


Moje urodziny - niech no wyliczę wszystko, co dziś dostałam. L. (przyp.Leonard) przysiągł, że nic mi nie ofiaruje, a ja, jako dobra żona, uwierzyłam mu bez zastrzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu ( zatopiliśmy niemiecki okręt podwodny), i prostokątną paczkę owiniętą w szary papier, w której znajdował się Opat - śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek - który jednakże nie dorównał przyjemnościom popołudnia. Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo, i zafundowano mi najpierw kinematograf, a następnie podwieczorek w herbaciarni u Buszarda. Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień - ładny, mroźny, wszystko świeże i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa. Zdążyliśmy idealnie na bezpośredni pociąg, a ja byłam bardzo szczęśliwa i czytałam szkic ojca o Popie - rzecz dowcipną i błyskotliwą, w której nie ma ani jednego martwego zdania. Naprawdę nie wiem, kiedy miałam tak cudowne urodziny - na pewno nigdy od czasów dzieciństwa. Siedząc nad herbatą podjęliśmy trzy postanowienia: po pierwsze,żeby wziąć, jeśli to tylko możliwe Hogarth House; po drugie, kupić prasę drukarską; po trzecie kupić buldoga, który będzie się prawdopodobnie nazywał John. Jestem bardzo przejęta wszystkimi trzema projektami - a szczególnie prasą drukarską. Dostałam też paczuszkę słodyczy na drogę do domu.

                                                              Virginia Woolf, 25 stycznia 1915r. - 33 urodziny

Happy Birthday Dear V.