Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr. Pokaż wszystkie posty

2012-12-03

"Kochankowie z ulicy Kamiennej"


Drugi śnieg tego roku. Zaskakujący, nawet w grudniu chciałabym móc się go nie spodziewać. Dłonie i stopy marzną, prawie równocześnie. Ptaki znów podlatują pod okna, zachwycając akceptacją mrozu i postawą ciągłego nasłuchiwania nawet podczas dłubania w jabłku. Okoliczne koty nie zwracają uwagi na swarliwe psy i podchodzą sprawdzać karmnik. Wszystko zgodnie z porą roku ma błagalne spojrzenie. Na tle bieli wyostrzone i przejmujące. Wczoraj upiekłam chleb, długo pachniało drożdżami i masłem. Zniknął prawie cały nim wróciłam z małego, ukrytego we wnętrzu ulicy Chrobrego, działającego w poszukiwaniu zaginionej kultury, zapomnianych bohaterów, Teatru CST. W nim gościnnie wystąpili aktorzy Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie z recitalem "Kochankowie z ulicy Kamiennej". Podążam za nimi gdziekolwiek się pojawią. Niezwykli artyści, związałam się nimi, brak mi ich w przerwach pomiędzy spektaklami. Tym razem Małgorzata Pikus, Dariusz Waraksa i Tomasz Kłaptocz przy akompaniamencie Tomasza Pali (fortepian) i Bartłomieja Stuchlika (kontrabas) wykonali piosenki Marka Grechuty, Ewy Demarczyk, Edith Piaf, Grażyny Łobuszewskiej i Agnieszki Osieckiej. Ta ostatnia ma dla mnie wyjątkowe znaczenie, bo tak wiele powiedziała w życiu o miłości. Miłość... któż jej nie lubi podglądać, kogo nie obchodzi, komu nie płynie we krwi.

źródło -  http://teatrcst.pl/

Agnieszka Osiecka studiowała oprócz dziennikarstwa również na wydziale reżyserii filmowej w Łodzi. Wspominała, że jej koledzy byli strasznymi erotomanami, zbierali się na słynnych łódzkich schodach i przeciągali jak kocięta. I nie tylko na schodach. Akademik na Bystrzyckiej mieścił się w pustych polach. Szło się tam piechotą od pętli tramwajowej. W związku z tych, że chłopcy nie mogli przebywać w jednych pokojach z dziewczętami, wiele par w miłosnych uściskach, w przemoczonych paltach, tuliło się do siebie przy akademickiej budce, z której wyłaniała się paskudna małpa zazdroszcząc im tej młodej miłości i pilnując tych, którzy chcieli z nią wtargnąć na teren akademika. Z tamtego właśnie okresu pochodzą "Kochankowie z ulicy Kamiennej", piosenka tytułowa wczorajszego recitalu, o którym przypomniałam sobie w ostatniej chwili. Na moje szczęście.

Oczy mają niebieskie i siwe,
półzłotówki w kieszeniach na kino,
żywią się chlebem i piwem,
marzną im ręce zimą...
    Kochankowie z ulicy Kamiennej
    pierścionków, kwiatów nie dają...

    Kochankowie z ulicy Kamiennej
    wcale Szekspira nie znają.
    Kochankowie z ulicy Kamiennej...

Wieczorami na schodach i w bramach
dotykają się ręce spierzchnięte,
trwają tak czasem aż do rana,
kiecki są stare i zmięte...

   Kochankowie z ulicy Kamiennej
   tramwajem jeżdżą w podróże...
   Kochankowie z ulicy Kamiennej
   boją się gliny i stróża.
   Kochankowie z ulicy Kamiennej...

Aż dnia pewnego 
biorą pochodnie,
w pochód ruszają, 

brzydcy i głodni.
"Chcemy Romea" 

- wrzeszczą dziewczyny -
"My na Kamienną 

już nie wrócimy!"
"My chcemy Julii!" 

- drą się chłopaki -
"Dajcie nam Julię, 

zbiry, łajdaki!" 
Idą i szumią,
idą i krzyczą,
Amor szmaciany 

płynie ulicą!
Potem znów cicho, potem znów ciemno,
potem wracają znów na Kamienną... 


Trójka tych niezwykłych aktorów i wokalistów wniknęła lirycznie w mój niedzielny, chłodny wieczór, dzieląc się myślą o miłości i refleksją nad tym czego warto w życiu szukać. Czemu się poddać, a czemu sprostać. Kiedy ulec i jak przetrwać smutek. Ujmująco rozwinęli cały wachlarz emocji, jaki towarzyszy kochankom. Od młodzieńczej, momentami ślepej euforii, bo spełnienie, poczucie stabilizacji, czasem ból. Widać było to wszystko na ich twarzach. Zapadająca w pamięć gra aktorska przy piosence poetyckiej. Siedząc w pierwszym rzędzie czułam ich wewnątrz jeszcze na minutę przed snem. Małgorzata Pikus z charyzmą i ujmującym drżeniem głosu odśpiewała Edith Piaf, stojąc w skupieniu przed niewielką, może osiemdziesięcioosobową publicznością. Dariusz Waraksa podobnie, niezwykle liryczny, dokładny w słowach. I mój ulubiony Tomasz Kłaptocz jak zwykle z uśmiechem, płynnością ruchów, lekkością w nogach bisował "Czas nas uczy pogody" Grażyny Łobaszewskiej. Ma w sobie tyle ciepła, radości z bycia na scenie, nietuzinkowych ruchów, że nie sposób było się powstrzymać przez wystukiwaniem rytmu stopą i pstrykaniem na palcach (na czym często go można złapać). Warto było zrzucić z siebie niedzielne lenistwo. Wprawić w ruch myśli i prawą stopę. Do snu odczytać mężowi "Miłość szczęśliwą" Wisławy Szymborskiej, którą przypomniał pomiędzy piosenkami Tomasz Kłaptocz. Czy miłość na to nie zasługuje? By ją czasem odkurzyć, i tak po prostu podejść do niej, podziękować i powiedzieć głośno jak bardzo jest istotna.

Małgorzata Pikus, Dariusz Waraksa, Tomasz Kłaptocz, Bartłomiej Stuchlik

Tomasz Kłaptocz
Teatr CST, Cieszyn, 2 grudnia 2012, godz. 18.00

2011-10-24

"Boska" o 20.30 w TVP 1

Polecam! Doczekać się nie mogę. 

Byłam na tej sztuce w Teatrze Adama Mickiewicza w Cieszynie w marcu 2009r. i wspomnę tylko to o czym już pisałam:

Spektakl opowiada o niezwykłym fenomenie jakim była najgorsza śpiewaczka operowa świata, niejaka Madame Florence Foster Jenkins (1868-1944). Egzaltowana diva pozbawiona głosu i słuchu. Kobieta Boska... boska na swój sposób. Florence od dziecka marzyła o karierze śpiewaczki. Ojciec zapewnił jej zatem lekcje śpiewu, ale szybko zauważył , że córka nie dysponuje nawet odrobiną talentu i postanowił czym prędzej wydać ją za lekarza, żeby zapewnić jej stabilność finansową. W wieku 17 lat wyszła za mąż. Lekarz jednak prawdopodobnie nie zniósł śpiewu Florence i ich małżeństwo nie przetrwało.
Później Florence nie miała już męża, jednak do ostatnich chwil życia partnerował jej, nie pozwalając jej krzywdzić, przyjaciel Clair (w tej roli Wiktor Zborowski).
W "Boskiej" obserwujemy ostatnie lata życia Florence - od nawiązania współpracy ze swoim dwudziestym już akompaniatorem Cosme, zakompleksionym gejem (w tę rolę wcielił się bosssski Maciej :), aż do koncertu w nowojorskiej Carnegie Hall.
Pani Janda pokazała Florence jako ekscentryczną, lekko przygarbioną kobietę, poruszającą się niepewnie i bardzo chaotycznie. Jakby sama nie była pewna kolejnego kroku, czy zrobić go w prawo, czy w lewo... czy zjeść ciastko, wypić cherry, czy gorącą herbatę ... Okazywała swoją nerwowość i roztrzepanie... była czasami zagubiona we własnym pokoju, przesiadywała się z fotela na kanapę, z kanapy na fotel.
Ale bardzo często się uśmiechała, bo w tym swoim świecie była szczęśliwa. I była pewna jednego, dla niej najważniejszego... własnego talentu.
Według niej wszystko było możliwe, wystarczyło tylko mieć marzenia i wierzyć w siebie.

Kariera Florence nabrała rozgłosu tak naprawdę dopiero jak zmarł jej ojciec (miała wówczas 41 lat), bowiem przejęła w spadku ogromną fortunę i była od tego momentu w stanie sama sponsorować sobie swoje koncerty. I wbrew przeświadczeniom, że sale powinny świecić pustkami, przychodziły tłumy. Początkowo setki. Później już tysiące.
Ale nikt nie traktował jej jako artystki... była jedynie nietuzinkowym zjawiskiem, które trzeba było zobaczyć.
Każdy w Stanach Zjednoczonych chciał zobaczyć dziwaczkę, która "morduje" Mozarta. Morduje bez skrupułów z uśmiechem na ustach podrygując raz lewą, a raz prawą nóżką, co chwilę niespodziewanie podskakując i do tego radośnie fałszując.
Poowijana własnoręcznie skrojonymi strojami ośmieszała się już na samym wstępie (dziwaczne kapelusze, sztuczne kwiaty, falbany, o które się potykała, strój pasterki, strój anioła z monstrualnymi skrzydłami). Gdy tylko zaczynała śpiewać, a właściwie kwilić jak koty i niemiłosiernie fałszować, ludzie śmiali się, gwizdali, turlali się ze śmiechu po podłodze, co poniektórzy podobno nawet walili głową w podłogę.
Im większy fałsz, tym większy był aplauz, tym więcej ważnych osobistości pękało ze śmiechu, wpadało w histeryczne łkanie... a biedna Florence popadała w samozachwyt i przerywała śpiew kłaniając się przed publicznością. Była wierna sobie i swoim marzeniom. Od zawsze i na zawsze.

Nigdy nie wątpiła w swoją sławę. Mówiła:
Mogą sobie gadać, że nie umiem śpiewać. Ale nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie śpiewałam.


Na jej ostatni koncert w Carnegie Hall przyszło 3 tysiące osób. Po raz kolejny spotkała się z bezwzględną krytyką i zmarła miesiąc po koncercie w wieku 76 lat.

2011-10-04

Gala Nike w tv, Gombrowicz w Teatrze, pięknie nadal za oknem...


Nie oglądałam wczoraj gali z wręczenia NIKE. Do momentu zakończenia wyborów, nie mam odwagi załączać telewizji. Dość mam tych wszystkich szarpanin, trącań, przepychanek jak w szkolnej szatni. Udałam się za to z wielką przyjemnością do teatru na adaptację "Dzienników" Witolda Gombrowicza. I choć państwo siedzący za mną, przyprowadzili na oko dziesięcioletnią dziewczynkę tylko dlatego, że na scenie miał się pojawić Tomasz Karolak z "Rodzinki.pl", to wyłączyłam się na pewne słowa, by usłyszeć te ważniejsze.
Teatr IMKA mnie zaskoczył. Przyznam, że nie przepadałam za Tomkiem Karolakiem, do momentu aż zobaczyłam go na scenie. Zupełnie inne doświadczenie. Ekran zniekształca, wykorzystuje, wrzuca do jednego worka. Tymczasem okazał się dobrym aktorem i pozbyłam się uprzedzeń. Do tego wszystkiego po spektaklu okazał się skromnym, rozsądnie mówiącym, i przyjemnym dyrektorem tegoż właśnie w/w Teatru. Bardzo ambitnego i naprawdę dobrego Teatru. Z wielką przyjemnością przez dwie godziny bez przerwy słuchałam Gombrowicza, przeczesywałam jego rejony myślenia, poddawałam się bolesnemu i dotkliwemu językowi... i jedynie powrót do wyborów okazał się męczarnią, bo od nich to ja uciekam. A Gombrowicz prawił tak: Niewiele mam do powiedzenia na temat zwycięstwa Artura Frondizi, który została prezydentem Argentyny, natomiast pragnę zapisać, że nie przestaje zdumiewać mnie akt wyborów. Ten dzień, w którym głos analfabety tyle znaczy, co głos profesora, głos głupca co głos mędrca, głos posługacza co głos potentata, głos rzezimieszka co głos cnotliwego, jest dla mnie najbardziej pomylonym z dni. Nie rozumiem jak ten akt fantastyczny może wyznaczać na kilka następnych lat coś tak ważnego w praktyce, jak rządy krajem. Na jakiejże bajce opiera się władza! Jakim sposobem ta pięcioprzymiotnikowa fantastyczność może stanowić podstawę bytowania społecznego? - jakże cieszy ta Gombrowicza ponadczasowość. Swymi poglądami, które na przemian zdumienie zamieniają w uniesienie kącików ust na smak groteski, przyciąga do siebie, i  mimo lat, które upłynęły od konstrukcji tych myśli, jest nadal do kości prawdziwy. Nie czytałam "Dzienników", tylko nieliczne fragmenty, ale teraz mam na nie wielką ochotę. I dziękuję Piotrowi Adamczykowi, Magdalenie Cieleckiej (doskonałej), Iwonie Bielskiej, Mikołajowi Grabowskiemu, Andrzejowi Konopce, za wkład w przekazanie prawdziwości tym myśli na scenie Teatru.

Wracając do NIKE... jury znowu zaskoczyło. Nie wiem nic o tegorocznym laureacie. Co gorsza chyba mało kto wie. Nie napiszę więc nic od siebie... jedynie tyle, że opis książki mnie zainteresował, i z ciekawości sięgnę po nią w księgarni. Przejrzę, przeczytam kilka fragmentów i podejmę decyzję. Raczej na tak. I tylko ze smutkiem pytam, gdzie te piszące kobiety? Od jakiś dwóch lat oddaję się co wieczór mężczyznom - tym piszącym, bo trudno mi znaleźć równie dobrze piszące kobiety. Nie mam tu na myśli tylko polskich autorek, ogólnie jakaś słabość płci pięknej mnie dotyka. 
O "Pióropuszu" pani Ewa Krzysiak na stronie http://www.wiadomosci24.pl napisała:
W końcu przyszła pora na finał. Wszyscy wstrzymali oddech i z zapartym tchem czekali na werdykt. Ale zanim to nastąpiło, obecni na sali usłyszeli fragment zwycięskiej książki. Odniosłam wrażenie, że wybór ten był dla zebranych osób ogromnym zaskoczeniem. Bowiem laureatem Nagrody Literackiej Nike 2011 został "Pióropusz" Mariana Pilota. Potwierdziła to przewodnicząca jury, pani profesor Grażyna Borkowska. Ogłaszając wybór laureata, powołała się w swojej laudacji na słowa Jana Gondowicza: - Nie jest to książka miła, ponętna, szykowna, łatwa i glamour. Jest za to szorstka, zuchwała, oszałamiająca, zamaszysta i kunsztowna.

Prof. Borkowska, uzasadniając werdykt, opisała formułę książki jako bardzo trafną, a na dodatek wyrażoną w języku powieści, która w wielosłowiu znajduje siłę, schronienie i wsparcie. Zbiegają się w "Pióropuszu” rozmaite tradycje gatunkowe: konwencja powieści rozwojowej i emancypacyjnej, elementy powieści o dzieciństwie i szczątki sagi rodzinnej, zręby autobiografizmu i fikcjonalności - zbiegają się, by natychmiast umknąć w stronę żywiołowego i wypracowanego, szalonego i obolałego, zgrzebnego, zgrzebnego i imponującego - fajerwerku słów.


- Ojciec był rozdarty, najdosłowniej rozszarpany. Ze skóry odarty i jakby tego nie dość było, zakneblowany - oto zdanie z powieści Mariana Pilota, które zawiera wszystkie cechy jego pisarstwa: surrealistyczną wrażliwość, wyczucie groteski i malowniczą sugestywność. Opowiada on o dzieciństwie bohatera z ubogiej rodziny ze wsi Siedlików, który za kradzież i dewastację mienia zostaje uznany "wrogiem ludu" i trafia do stalinowskiego więzienia... Rodzina rzuci wyzwanie totalitarnemu państwu, by przez lata zmagać się z jego potęgami, doznając krzywd i upokorzeń, znosząc poniewierki, ciężkie więzienia.

Laureat tak jeszcze mówił o "Pióropuszu": - Swoją książką chciałbym przekonać czytelników, że jest możliwa polszczyzna nieco inna, sięgająca do słowa ludowego, do polszczyzny, jakiej używało się jeszcze pół wieku temu, a teraz zapomnianej. Zawierała ona taki potencjał, że wydaje mi się, że te słowa dawne mogłyby z powodzeniem zastąpić słowa zapożyczone z języka angielskiego.


Jestem szczerze chętna na tę nieco inną polszczyznę...

A już niebawem kolejne zaskoczenie? Kto tym razem otrzyma Literackiego Nobla? Rzeczpospolita pisze:
Według międzynarodowej firmy bukmacherskiej Unibet największe szanse na Nobla ma japoński pisarz Haruki Murakami.
Na drugim miejscu jest indyjski pisarz Vijaydan Detha, na trzeciej pozycji sklasyfikowano syryjskiego poetę Adonisa oraz amerykańskiego pisarza Cormaca McCarthy'ego. Kolejne pozycje rankingu stworzonym przez Unibet zajmują: australijski poeta Les Murray, szwedzki poeta Tomas Transtroemer oraz koreański pisarz Chang-Rae Lee.

Polski poeta Adam Zagajewski jest na 22 miejscu.

A ja ciągle trzymam kciuki za Milana Kunderę i Philipa Rotha.
I oczywiście Tadeusza Różewicza.

p.s czy ktoś, tak jak ja, ma ciągle pół ekranu serwisu You Tube zajętego przez "Czarny młyn" Marcina Szczygielskiego? Nie wiem czy gdzieś coś odblokowałam, czy tak nachalna jest ta reklama?

Poza tym wszystkim jest pięknie, słonecznie i pracowicie. 
Jesień zachwyca i łagodzi stresy... momentami się unoszę, by chwilę później czuć marność tych wynurzeń.
Więc zanurzam się ponownie, w liście, i w słowa coraz bardziej.
Melancholijnie, namiętnie, czyham na zaszycie się w pościeli wieczorami...
a właściwie nocą... 

dobranoc :)

2011-01-24

"Słodkie rodzynki, gorzkie migdały"


Mam dwie dusze, jedną, która płacze, i drugą, która się śmieje.
Ta szamotanina nastrojów to jestem ja. 
( Agnieszka Osiecka)

Z twórczością Agnieszki Osieckiej spotykamy się na co dzień, czasem nawet nie wiedząc, że cytujemy Jej słowa. Pozostawiła nam ich kilka tysięcy, w poezji, piosence, sztukach teatralnych... w naszych sercach. Najbardziej ceniona jest za nieprzemijalność, za umiejętność uchwycenia na pozór zwyczajnych chwil, które przez lata nie tracą na wartości... to poezja skrojona na miarę ludzkiego serca.
Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy spotkałam się z Jej słowami, być może było to znacznie wcześniej niż mam tego świadomość. Najdalej sięgam pamięcią do Opola 1997 i niezwykłego wykonania piosenki "Na zakręcie" przez Krystynę Jandę... Dobrze się pan czuje? To świetnie. Właśnie widzę - jasny wzrok, równy krok, jak w marszu. A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Moje prawo to jest pańskie lewo. Pan widzi krzesło, ławkę, stół, a ja - rozdarte drzewo. Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie, ode mnie widać niebo przekrzywione (...). Te słowa Osieckiej jako pierwsze znałam na pamięć.
Wczorajsza sztuka "Słodkie rodzynki, gorzkie migdały", na którą wybrałam się po czeskiej stronie Cieszyna, tak bardzo mnie uwiodła, że dziś jeszcze siedzę na fotelu tego małego, bardzo kameralnego Teatru, i widzę sopockie molo, mgłę, latarnie i małą dziewczynkę huśtającą nogami nad wzburzonym morzem. To najbardziej wzruszający spektakl, na jakim byłam w przeciągu ostatnich kilku lat, nie chciało się otwierać oczu, wychodzić, przestać nucić... co doceniła publiczność owacjami na stojąco, i pewnie po niejednej twarzy, tak jak i mojej, spływały łzy kiedy wspólnie odśpiewaliśmy piosenkę "Niech żyje bal".
Jestem zachwycona grą aktorską, począwszy od kilkuletniej Katarzyny Stonawskiej, która odegrała lata dziewczęcości, poprzez młodą Annę Konieczną, perfekcyjną Joannę Litwin-Widerę, aż do ostatniej odsłony dojrzałej już Agnieszki Osieckiej, którą zagrała wzruszająca w finale, Anna Paprzycka. Zapadła mi też w pamięć Halina Pasekova, która grała matkę poetki oraz czarujący na scenie, zarówno doskonałą grą aktorską, uśmiechem, przenikającym głęboko głosem, jak i grą na trąbce, fenomenalny Tomasz Kłaptocz. Również grupa muzyczna, stworzona przez pianistę, skrzypaczkę, kontrabasistę i perkusistę, zrobiła na mnie niezapomniane wrażenie... gdybym tylko mogła, a nie mogę, bo to był ich ostatni występ, wybrałabym się na tę sztukę z przyjemnością raz jeszcze.

Pani Renata Putzlacher, znakomita poetka, autorka scenicznej wersji "Słodkich rodzynek...", inicjatorka powstania Kawiarni NOIVA, o której już kiedyś pisałam, w pamiątkowej książeczce poświęconej tej sztuce napisała:  
Często czuła się zagubiona i niespełniona; mówiła wtedy, że "cierpi na czarną melancholię". Jej nostalgiczne songi, tak niepodobne do piosenek z pierwszego etapu jej twórczości, pełne są goryczy przemijania. Ostatnie trzy lata swojego życia Osiecka poświęciła małemu sopockiemu Teatrowi Atelier, który jest miejscem niezwykłym, bo z przedstawień wychodzi się tu prosto na plażę. Andre Hubner-Ochodlo, dyrektor teatru, reżyser, aktor i pieśniarz, stał się jedną z bliskich jej osób. Teatr Atelier zajmował się projektami powstałymi na pograniczu kultur, szczególnie polskiej, niemieckiej i żydowskiej. Kolejne projekty teatralne spodobały się Agnieszce Osieckiej i w ten sposób warszawska artystka znalazła w Sopocie ostatnią przystań swojego życia, artystyczną i towarzyską. W tamtym okresie twórczość Osieckiej pogłębiła się i wzbogaciła o tony, które dotychczas pojawiały się w jej tekstach jakby mimochodem. Wtajemniczenie wiedzieli, że boryka się z chorobą nowotworową. Często siadywała na teatralnej ławeczce z widokiem na morze, molo i pustą wieczorem plażę (...)

Piękni ludzie, magiczny teatr na plaży i wszechobecny duch Agnieszki Osieckiej... Byłam tam, siedziałam na Jej ławeczce i słuchałam Jej piosenek, a po spektaklu spotkałam się z dyrektorem sopockiego teatru i zapytałam, czy moglibyśmy przygotować przedstawienie, w którym zabrzmiałyby również niektóre piosenki z płyty "Apetyt na życie". Już wtedy myślałam o kształcie naszego widowiska, oczami wyobraźni widziałam małą dziewczynkę na plaży i dojrzałą kobietę na molo. Czy to jest słodko-gorzka opowieść o życiu Agnieszki O.? Równie dobrze może to być opowieść o moim, twoim, ich życiu. Poetka mówiła jednak: "Wszystko co piszę, jest o mnie". Powiedzmy więc, że jest to bardzo osobiste widowisko muzyczne, zapis zdarzeń i olśnień, które nieżyjąca już poetka codzienności zamknęła w swoich piosenkach. O dziwnych czasach, które m.in. kojarzą nam się właśnie z piosenkami Agnieszki Osieckiej. O życiu, w którym radości przeplatają się ze smutkami, nadzieje z rozczarowaniami. Słodkie rodzynki z gorzkimi migdałami...

2009-03-06

Spektakl "Boska", czyli historia pewnej kobiety


Sztuka, którą wczoraj oglądnęłam nosi tytuł "Boska". I sama obsada też była bosssska... Krystyna Janda, Maciej Stuhr, Wiktor Zborowski, Krystyna Tkacz, Ewa Telega i Anna Iberszer. Pani Janda i Pan Stuhr to aktorzy, których cenię za całokształt, za osobowość, za wszechstronność ... a razem na scenie byli jak bita śmietana polana czekoladą.
Zasmakowali mi.

Spektakl opowiada o niezwykłym fenomenie jakim była najgorsza śpiewaczka operowa świata, niejaka Madame Florence Foster Jenkins (1868-1944). Egzaltowana diva pozbawiona głosu i słuchu.
Kobieta Boska... boska na swój sposób. Florence od dziecka marzyła o karierze śpiewaczki. Ojciec zapewnił jej zatem lekcje śpiewu, ale szybko zauważył , że córka nie dysponuje nawet odrobiną talentu i postanowił czym prędzej wydać ją za lekarza, żeby zapewnić jej stabilność finansową. W wieku 17 lat wyszła za mąż. Lekarz jednak prawdopodobnie nie zniósł śpiewu Florence i ich małżeństwo nie przetrwało.
Później Florence nie miała już męża, jednak do ostatnich chwil życia partnerował jej, nie pozwalając jej krzywdzić, przyjaciel Clair (w tej roli Wiktor Zborowski).
W "Boskiej" obserwujemy ostatnie lata życia Florence - od nawiązania współpracy ze swoim dwudziestym już akompaniatorem Cosme, zakompleksionym gejem (w tę rolę wcielił się bosssski Maciej :), aż do koncertu w nowojorskiej Carnegie Hall.
Pani Janda pokazała Florence jako ekscentryczną, lekko przygarbioną kobietę, poruszającą się niepewnie i bardzo chaotycznie. Jakby sama nie była pewna kolejnego kroku, czy zrobić go w prawo, czy w lewo... czy zjeść ciastko, wypić cherry, czy gorącą herbatę ... Okazywała swoją nerwowość i roztrzepanie... była czasami zagubiona we własnym pokoju, przesiadywała się z fotela na kanapę, z kanapy na fotel.
Ale bardzo często się uśmiechała, bo w tym swoim świecie była szczęśliwa. I była pewna jednego, dla niej najważniejszego... własnego talentu.
Według niej wszystko było możliwe, wystarczyło tylko mieć marzenia i wierzyć w siebie.

Kariera Florence nabrała rozgłosu tak naprawdę dopiero jak zmarł jej ojciec (miała wówczas 41 lat), bowiem przejęła w spadku ogromną fortunę i była od tego momentu w stanie sama sponsorować sobie swoje koncerty. I wbrew przeświadczeniom, że sale powinny świecić pustkami, przychodziły tłumy. Początkowo setki. Później już tysiące.
Ale nikt nie traktował jej jako artystki... była jedynie nietuzinkowym zjawiskiem, które trzeba było zobaczyć.
Każdy w Stanach Zjednoczonych chciał zobaczyć dziwaczkę, która "morduje" Mozarta. Morduje bez skrupułów z uśmiechem na ustach podrygując raz lewą, a raz prawą nóżką, co chwilę niespodziewanie podskakując i do tego radośnie fałszując.
Poowijana własnoręcznie skrojonymi strojami ośmieszała się już na samym wstępie (dziwaczne kapelusze, sztuczne kwiaty, falbany, o które się potykała, strój pasterki, strój anioła z monstrualnymi skrzydłami). Gdy tylko zaczynała śpiewać, a właściwie kwilić jak koty i niemiłosiernie fałszować, ludzie śmiali się, gwizdali, turlali się ze śmiechu po podłodze, co poniektórzy podobno nawet walili głową w podłogę.
Im większy fałsz, tym większy był aplauz, tym więcej ważnych osobistości pękało ze śmiechu, wpadało w histeryczne łkanie... a biedna Florence popadała w samozachwyt i przerywała śpiew kłaniając się przed publicznością. Była wierna sobie i swoim marzeniom. Od zawsze i na zawsze.

  Nigdy nie wątpiła w swoją sławę. Mówiła:
"Mogą sobie gadać, że nie umiem śpiewać. Ale nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie śpiewałam."


Na jej ostatni koncert w Carnegie Hall przyszło 3 tysiące osób. Po raz kolejny spotkała się z bezwzględną krytyką i zmarła miesiąc po koncercie w wieku 76 lat.

Nie oceniam jej jako piosenkarki, choć ten fragment "masakrowania Mozarta" jest wyjątkowo ciężkostrawny (polecam tylko tym o silnych nerwach :)
http://www.youtube.com/watch?v=qtf2Q4yyuJ0 jednak jako kobieta jest dla mnie przykładem zaborczej wręcz determinacji w dążeniu do spełniania marzeń. Nie każdy potrafi je spełniać za cenę kpin i wytykania palcami. A Florence się nie poddała,walczyła o marzenia i szczęście do ostatnich dni swojego życia i wygrała tę walkę umierając jako znana śpiewaczka, ulubienica amerykańskich melomanów, a jej płyty do dziś sprzedawane są na całym świecie.
Boska Florence... Glorious Florence... Boska Krystyna Janda.

I jak Wam się spodobała ta historia?
Mnie tak bardzo, że z drugiego piętra ekspresem zbiegłam z przyjaciółką do garderoby artystów, żeby osobiście uściskać Panią Jandę i przekazać jej prezenty jakie miałyśmy dla niej przygotowane.
Ja zrobiłam świecznik decoupage, ozdobiony portretem Pani Krystyny i pejzażem jej ukochanej Toskanii. Asia scrapową kartkę.
Niestety uściskać dał się nam tylko Maciej Stuhr, z którym pstryknęłyśmy sobie fotkę i który złożył mi autograf w miejscu bardzo kobiecym, bo na różowej kosmetyczce, tylko ją miałam na szybko pod ręką. Pani Krystyna podpisała nam książki w garderobie. Pana Wiktora Zborowskiego dorwałyśmy na scenie. Pani Tkacz zniknęła ...
Tak jak mój ukochany lawendowy szalik, był w rękawie płaszcza i zniknął.