Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poezja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poezja. Pokaż wszystkie posty

2016-01-24

70. urodziny Jerzego Kronholda



Kieszeń

Do miasta wjeżdża pociąg. Wsuwa się w kieszeń wieczoru pachnącą lebiodą a może w rozdęty rękaw dziurawego surduta. Ten zgrabny, błyszczący guzik, który tak ufnie chrapie na dnie kieszeni jest dworcem, a ta chuda panna, która sprzedaje watę cukrową na peronie to olcha. Ludzie śpią. Odpoczywają pomarszczone trotuary, z tłoczonymi kwadracikami, rebusami na grzbiecie. Na niektórych widnieje pieczęć zakładu kamieniarskiego Karola Prochaski. Zdarza się też odciśnięta ręka, albo płytka płetwa podeszwy z podkówką na obcasie. Przez otwarte na parterze domów lufciki wylewa się, bulgoce świeży moszcz snu. Miasto śni o rodzynkach, o dymiącej kicie cielęcej, a często też o cesarzu, leżącym w krypcie kapucynów.

Uwielbiam głos Pana Jerzego. Dziś Jego urodziny i z tej okazji czyta dla mnie swoje wiersze. Płyta cd zaczyna się, kończy i znów zaczyna. Bardzo mroźno, ale to mi o dziwo dziś nie przeszkadza. Popijam jeżynową herbatę, krążę wokół okna. Gdyby wyburzyć kilka domów widziałabym okna ulubionego Poety. Być może zapalił w kominku, pod nogami położyła się Mucha; może czyta Edwarda Hirscha, albo słucha duetu Gigi Gryce - Clifford Brown. Zdrowia, spełnienia marzeń i wielu twórczych dni Drogi Sąsiedzie. Ja sobie jeszcze do snu posłucham kilku wierszy i raczej szybko nie zasnę. Ten głos i słowa sprzyjają rozmyślaniom. Dziękuję.


Horoskop

Na szczęście nie wiem co będzie
jutro pojutrze za miesiąc
domyślam się tylko przypuszczam
że włożysz kapelusz słomkowy
i krótką sukienkę khaki
w której tak ci do twarzy
podejrzewam zgaduję
twój uśmiech gdy dojrzewa
nad ust łupiną drobną
jak suchy płatek jaśminu
wrzucony do herbaty


wiersz "Kieszeń" i "Horoskop" pochodzą z tomu "Niż" (1990)


2015-06-09

"Odloty"





Odloty

Czy chciałabyś ze mną odlecieć?
Na krótko, do Juraty albo nawet do Paryża,
o którym wciąż opowiadasz, ale nigdy nie byłaś.
Chcesz, zabukuję bilety na samolot z Pyrzowic.
Ale jeśli się boisz, to niech będzie autokar,
dalekosiężny, z klimą, albo przejażdżka
rowerem do lasu nad staw, rdzawobrązowy,
tam gdzie lilia złotogłów i żółte grążele.
Wiesz, nie musimy wyjeżdżać, dobrze jest
zostać w domu
na ławeczce pod brzozą, zagramy w warcaby
albo w inteligencję, rzuć jakiś krótki rzeczownik.
Lecz jeśli nie masz ochoty,
będziemy patrzeć na drzewa. Grab urósł taki wysoki,
jarzębina się kłania i wiotki tamaryszek,
psy psioczą, baraszkują, możemy się położyć
na kocu i słuchać, jak sobie bzyczy
igła z nitką na niebie,
ten bez nas do Paryża ekspres.


Jerzy Kronhold



Zaczynam się martwić, kiedy nie widzę mojego sąsiada Poety kilka dni. Do tego stopnia, że czytam przed snem jego wiersze. Może słowa odbiją się echem od domu, w którym mieszka, może się uśmiechnie na ten dźwięk i znowu spotkam go na porannym spacerze z psem. 
Niedawno kolega napisał, że brakuje mu tego, żeby ktoś pięknie do niego mówił.
Mnie czasem brakuje chociaż spojrzenia na kogoś kto wiem, że pięknie mówi. Pewności, że nadal jest.
Wtedy uśmiecham się i robię swoje. Szczęśliwsza.

2014-12-26

Stanisław Barańczak


24 grudnia 1971 roku

W Wigilię każdy do żłobu się pchałby:
w delikatesach ścisk, błoto i zaduch.
Z powodu puszki kakaowej chałwy
organizuje oblężenie lady
tłum objuczony, grożąc samosądem:
każdy sam sobie królem i wielbłądem.

Torby, pakunki, worki, siatki, tutki,
czapki, krawaty, przekrzywione na bok.
Wszędzie woń dorsza, cynamonu, wódki,
świec, mandarynek, igliwia i jabłek.
Przez chaos twarzy i śnieżną zawieję
nie da się dojrzeć ścieżki do Betlejem.

Roznosiciele ubożuchnych darów
śpieszą się, skaczą do tramwajów w biegu;
w wyrwy podwórek wsiąka z wolna naród,
choć wie, że nie ma w stajence niczego:
nie ma bydlątek, żłobu, ni tej Pani,
nad której głową nimb złoty się pali.

Pustka. Lecz sama myśl o niej sprowadza
światełko znikąd. I światłość się jarzy.
Im potężniejsza jest Heroda władza,
tym większa pewność, że cud się wydarzy.
W tej zależności, trwałej niewzruszenie,
ma swój mechanizm Boże Narodzenie.

To właśnie Jego niechybne nadejście
świętują wszyscy, zestawiając razem
stoły. Choć gwiazdy w ciemnościach nikt jeszcze
nie wypatruje, widać już wyraźnie,
że zacność jakaś wśród ludzi rozbłyska,
jak rozniecone pasterzy ogniska.

Sypie śnieg; twarze jak plamki w zamieci.
Dymią fanfary kominów. Król Herod
pije. Kobiety ukrywają dzieci.
Kto zaś nadchodzi - dowiesz się dopiero:
nikt jeszcze nie wie, i gdy to się zdarzy,
może nie pozna nikt przybysza twarzy.

Lecz, gdy w drzwiach twoich, otwartych w połowie,
z mgły i przeciągu i mroku gęstego
postać wyłania się, w chuście na głowie,
wtedy i Dziecię, i Ducha Świętego
całym swym wnętrzem otulasz jak gniazdem;
spoglądasz w niebo - i widzisz ją: gwiazdę.

1972
 

Josif Brodski, tłum. Stanisław Barańczak, z tomu "82 wiersze i poematy"


W Wigilię zmarł Krzysztof Krauze, reżyser którego ceniłam za  filmy "Plac Zbawiciela", "Mój Nikifor" i "Papuszę".  Dziś wiadomość o śmierci Stanisława Barańczaka. Smutno.
Dzięki Grzegorzowi Kozerze (od lat lubię podglądać co czyta) i dzięki tłumaczeniom Stanisława Barańczaka, Josif Brodski stał się jednym z moich ulubionych poetów. "Znak wodny" mam zawsze w pobliżu. Gdyby nie Stanisław Barańczak nie sięgnęłabym też pewnie po Seamusa Heaneya. O Szekspirze nie wspomnę, bo oczywiste, że to wybitne przekłady. 

Mamy wielu dobrych tłumaczy - by się o tym przekonać, wystarczy przeczytać wybór wierszy Dereka Walcotta "Mapa Nowego Świata". Na wyżyny wznieśli się właściwie wszyscy z jedenastu translatorów. Nie ma jednak wśród nich nikogo, kto mógłby równać się z Barańczakiem, jeśli chodzi o przekłady poezji metrycznej, ujętej w regularne strofy i rymy, opartej na precyzyjnych, kunsztownych układach wersyfikacyjnych. W tej konkurencji Staszek jest jedyny i wyjątkowy" - Jerzy Illg, "Mój Znak" - "Przewodnik Barańczak".


Ciała i dusze

(...)

3. Którym ktoś umarł

Osobni. Oddzieleni. Ale z przodu, najbliżej ołtarza,
Jak panny młode. Albo jak ci chłopcy, którym
wolno było wyjść wcześniej, bo czekało ich ćwiczenie gam;
Uprzywilejowani, lecz nie budzący zazdrości:
Każdy pozostawiony w czterech ścianach, sam,
Świadomy dwoistości sensu słowa "ćwiczyć",
Z zamkniętymi oczyma, plecami jak deska,
Zimnymi dłońmi ponad klawiaturą.
I dziki wrzask dotkniętych nietrafnym akordem klawiszy.


Seamus Heaney, tłum. Stanisław Barańczak, z tomu "Światło elektryczne"


Stanisław Barańczak


Jerzy Kwiatkowski napisał dla "Twórczości" w 1980 roku tak o poezji Stanisława Barańczaka:

"Felietony poetyckie" - Jerzy Kwiatkowski, Wyd. Literackie, Kraków, 1982



których słów potwierdzenie znajduję w poniższym wierszu, gdzie świat powszedni jest najistotniejszy, jak zresztą w całej poezji Barańczaka, którą stopniowo odkrywam. Za późno. Zdecydowanie za późno.

"Felietony poetyckie" - Jerzy Kwiatkowski, Wyd. Literackie, Kraków, 1982





2013-10-27

Mistrz Kornel Filipowicz - wspomnienia w 100. rocznicę urodzin pisarza (3)






Pożegnanie widoku

Nie mam żalu do wiosny,
że znowu nastała.
Nie obwiniam jej o to,
że spełnia jak co roku
swoje obowiązki.

Rozumiem, że mój smutek
nie wstrzyma zieleni.
Źdźbło, jeśli się zawaha,
to tylko na wietrze.

(...)

Przyjmuję do wiadomości,
że - tak jakbyś żył jeszcze -
brzeg pewnego jeziora
pozostał piękny jak był.

(...)

Potrafię sobie nawet wyobrazić,
że jacyś nie my
siedzą w tej chwili
na obalonym pniu brzozy.

(...)

Niczego nie wymagam
od toni pod lasem,
raz szmaragdowej,
raz szafirowej,
raz czarnej.

Na jedno się nie godzę,
Na swój powrót tam.
Przywilej obecności -
rezygnuję z niego.

Na tyle Cię przeżyłam
i tylko na tyle,
żeby myśleć z daleka.


Wisława Szymborska

(wiersz napisany po śmierci Kornela Filipowicza, tak jak i "Kot w pustym mieszkaniu")


Wieczorem, na koniec tego ważnego dla mnie dnia, 100. rocznicy urodzin Kornela mogę podsumować, że był to niezwykle emocjonujący i udany dzień. Co więcej, uśmiechnęłam się na dobranoc. Było równo 100 odwiedzin bloga. Bardzo Wam dziękuję. Intrygująca symbolika... jak wiele innych, które mi ostatnio dziwnie często towarzyszą.


2013-05-07

Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska - wspomnienie Wisławy Szymborskiej w kwartalniku "sZAFa"


Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska – wspomnienie Wisławy Szymborskiej

Przez całe swoje życie Wisława Szymborska posiadała godny pozazdroszczenia dystans do świata i wszystkiego co ma wpływ na jego przeżywanie. Począwszy od spraw istotnych, o filozoficznym podłożu, przyjaźniach, zobowiązaniach, poprzez najważniejsze nagrody świata i polityczne uwarunkowania, a skończywszy na autoironicznym podejściu do siebie samej i dziwactw, które ją szczerze ujmowały. Nigdy, nawet po otrzymaniu Nobla w 1996 roku, nie zmieniła nastawienia do życia zaznaczając swoją pozycję słowami: ja chcę być określoną osobą, a teraz widzę, że chcą ze mnie zrobić osobistość. Instynkt mi mówi, że to jest niebezpieczeństwo. Poczuwała się do nie przekraczania pewnych granic, które były jej obce i do szczęścia niepotrzebne. Potrafiła nie ulegać tak samo stanowczo, jak ulegać. Żyła chwilą, ale precyzyjnie i z bliska. Istotę i ważność skupiała na istnieniu, obmyślaniu świata, co robiła niespiesznie, z empatią, właściwym sobie zadziwieniem i zachwytem. Ubolewała nad tym, że coraz częściej żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami.

Często wracam do osoby Poetki, nie tylko kiedy potrzebuję jej poezji. Lubię na nią po prostu patrzeć, odprężać się w Jej towarzystwie podczas powrotów do filmów dokumentalnych z jej udziałem: „Chwilami życie bywa znośne”, „Radość pisania” czy „Koniec i początek”. Pełna jest w swoich ruchach delikatności, lekkości i kruchości motyla. Motyla, który jest symbolem czegoś bardzo radosnego, subtelnego i nieuchwytnego. Samo patrzenie na nią uwalnia sympatię. Sposób w jaki wybucha niepohamowanym śmiechem, w jaki skrywa usta za pomarszczoną drobną dłonią, jest czymś niezwykle „szymborskim”, jakby lekko wstydliwym obnażeniem własnej nieposkromionej radości, przed dokuczliwością i nieznajomością poniektórych płaszczyzn świata nowoczesnego. Urzeka skromnością, bezpośrednim stosunkiem do rzeczy, szczegółów i absurdów. W filmie Katarzyny Kolendy – Zaleskiej patrzę na Jej sposób bycia podczas podróży we Włoszech, na Sycylii, w Katanii u podnóża Etny, w Corleone, w Wenecji, w Bolonii na uniwersytecie, gdzie wita ją sam Umberto Eco. Wśród kwiatów, zabytków, w słońcu, w deszczu, z filiżanką czy papierosem, który nie odbiera jej uroku. Wszędzie uśmiechniętą, chętną do zwiedzania, zapamiętywania szczegółów i upamiętniania obrazów z podróży takich jak choćby nazw miast na metalowych tabliczkach, pod którymi uwielbiała się fotografować. Miała też zwyczaj kupowania pamiątek dla przyjaciół, więc dalej chętnie towarzyszę jej w zakupach, jestem świadkiem opowieści o kiczowatych bibelotach, jakie zwożą jej z całego świata znajomi, a które zalegają w niewielkim mieszkaniu. W nim też odgrywa się rzecz niewielkiego jak się okazuje dramatu. W jednej z sześciuset szuflad, gdzieś pomiędzy pocztówkami, listami, nagrodami, wyróżnieniami i wycinkami z gazet, błąka się złoty Nobel. W swej istocie bardzo na równi traktowany z pozostałymi skarbami obszernych półek. Wisława spokojnie okazuje zdumienie, jakoby nie maczała palców w jego utracie, a w momencie aktu odnalezienia każe go włożyć Michałowi Rusinkowi ponownie do szuflady, gdzieś tam między Borzęcinem a Krynicą Górską.

Taką właśnie Ją lubię wspominać. Zdolną do zwyczajności, anegdot, psot i nietuzinkowych prezentów, którymi obdarowywała przyjaciół nie tylko podczas historycznych już loteryjek. Osobisty sekretarz opowiadał w którymś z filmów, jak musiał zakupić znajomym poetki ogrodową owieczkę naturalnych rozmiarów ( wymarzony przez nich kelner uległ zniszczeniu i trzeba go było czymś zastąpić) i co najważniejsze w tej opowieści, zawieźć zgodnie z zaleceniami Szymborskiej, bezszelestnie, najlepiej na zgaszonym silniku i wstawić niezauważalnie do ich ogrodu. Z kolei Bronisław Maj wspominał słynne zupy, które to były podawane w dziwaczny sposób. Najpierw goście dostawali wrzątek w miseczkach, a później, w kosztownych wazach na stół wnoszono zupę w proszku. Sporo uśmiechu wywoływała też pocztówkami i wycinankami, którymi obdarowywała najbliższych, nie zważając na sugestie, że niektórych rzeczy podobno nie wypada czynić noblistce. Bawić się w kolaże czy popełniać te wszystkie limeryki, moskaliki i dystychy. Radował ją lekki humor, momentami wyszukany absurd, drobna przyjemność obdarowania i silnych więzi przyjacielskich. Taka była na co dzień. Widywana w towarzystwie ulubionego, ohydnego chińskiego termosu na wrzątek, prosiaka pozytywki z korbką w postaci świńskiego ogona czy damskiej nogi z marcepanu.

Również życie literackie traktowała jak wszystko inne, z dystansem i potrzebą wydobywania zewsząd rzeczy pomijanych, szczegółów niezauważalnych, co widać nie tylko w poezji, ale też w felietonach z „Lektur nadobowiązkowych” czy zbiorze „Poczty literackiej”, który powstał z listów do redakcji „Życia Literackiego”, z którym to Poetka była związana zawodowo przez piętnaście lat. W różnych odsłonach. Początkowo jako szefowa działu poezji, odpowiedzialna za wybór debiutantów, z czasem zaczęła anonimowo odpowiadać ( na przemian z Włodzimierzem Maciągiem) na masę korespondencji od aspirujących do miana literatów czytelników. Oczywiście wszystko w charakterystycznym sobie tonie sympatycznej ironii i ciągłej obawy czy kogoś nie urazi. Z czasem świadomość bycia wyrocznią zaczęła jej ciążyć, chyba też trochę ją nudzić, co pokryło się z oddaniem w geście solidarności legitymacji partyjnej i ku własnemu zadowoleniu, z redaktorki stała się felietonistką, w przewadze na gruncie literackim.
A czytelniczką bywała niewybredną, bezinteresowną i otwartą na lektury odrzucane już z racji czasem samego tytułu. I choć w wieku czternastu lat miała już przeczytanego całego Dostojewskiego, to nigdy podczas swojej podróży czytelniczej nie klasyfikowała literatury na dobrą i gorszą, ważną i mniej ważną. Stąd taka różnorodność w jej felietonach do rubryki „Lektur nadobowiązkowych”, od Salvadora Dali, poprzez Tomasza Manna, George Sand, Juliusza Verne, aż po szaleństwa królów, kamienie szlachetne, vademecum turysty pieszego, wyrazy wątpliwe czy abc męskiej elegancji. Nie ulegała falom księgarnianych nowości, ani żadnym naciskom, pisząc przez blisko trzydzieści pięć lat ( z przerwami ) o tym co bliskie jej światu, jej poglądom, czyli przede wszystkim o „sprawach i rzeczach niekoniecznych, pomijanych czy uznanych za drugorzędne”.

Wisława Szymborska nie ukrywała nigdy faktu, że jest poetką pewnej prostoty. Ale nawet kiedy ucieka się do klusek ze skwarkami, muszek, robaczków czy innych minimalizmów świata całego, to jest w tej prostocie wiersza ukryta komplikacja najważniejszych myśli. Remedium, którym zatrzymuje ogrom pędzącej materii. Uspokaja nim, ale nie usypia, raczej pobudza czujność, prowokuje reminiscencje. Z uporczywością zadaje pytania, które rysują się ciągiem braku odpowiedzi, co nie nadaje jej poezji moralizatorskiego tonu, jedynie zaprasza do wspólnego zastanowienia się nad tym co w życiu istotne.
Dręczyło ją wiele niewyjaśnionych filozoficznych myśli, jak każdego człowieka, tym bardziej poetę. Często ulegała nagłej potrzebie ucieczki w samotność. Szczególnie sama ze sobą pragnęła być w chwilach trudnych i ważnych, by nie dopuścić do zbytecznego emanowania słabościami. Wyraźnie się pilnowała. Uważała że wszystko co ma o sobie do powiedzenia, jest zawarte w jej wierszach. Że nie potrzebuje siebie dopowiadać. Jednak po przeczytaniu maszynopisu książki „Pamiątkowe rupiecie” Anny Bikont i Joanny Szczęsnej jakby nie była pewna czy uzewnętrzniając tylko tę pozytywną aurę była w pełni sobą. Zastanowiła się: Czy ja naprawdę taka jestem? Życie miałam właściwie szczęśliwe, jednak było w nim wiele śmierci, wiele zwątpień. Ale oczywiście ja o sprawach osobistych mówić nie chcę, a też nie lubiłabym, żeby mówili inni. Ja mam do ludzi inną twarz, dlatego pokazują mnie od strony anegdotycznej, jako osobę wesołą, która nic, tylko wymyśla najróżniejsze gry i zabawy. To, że inni mnie tak widzą, to moja wina. Pracowałam długo na ten wizerunek. Bo jak mam zapaści, zmartwienia, to do ludzi nie wychodzę, żeby nie pokazywać ponurej twarzy. I wygląda, jakbym prowadziła życie motylka, jakby życie nic, tylko głaskało mnie po głowie.
Porównując się do motyla dała jasno odczuć jak trudno momentami było jej być tym kim była. Jak istotne było dla niej to, by nie zawieść i mieć swą poezją ciągły wkład w zadowolenie z życia innych, nie tylko Woody Allena, który jej głośno za to właśnie podziękował. I ja również przychylam się do tych podziękowań, bo Wisława Szymborska to nie tylko poezja, to nietuzinkowa osobistość, postawa życiowa i po prostu dobry człowiek, któremu warto się bliżej przyjrzeć.


 http://szafa.kwartalnik.eu/46/htm/presents/sznapka.html

2013-04-02

"Dlaczego wyobrażamy sobie że zestarzeją nam się godnie"


Zniknęłam na jakiś czas. Potrzebowałam ciszy i samotności. Nadal jej potrzebuję, ale powoli, z pomocą rodziny, przyjaciół i bliskich znajomych wychodzę z cienia straty, smutku i odosobnienia. Niezbyt mi spiesznie. W chwilach, kiedy stykamy się ze śmiercią kogoś bliskiego, to odczucia zupełnie normalne, i co ważne potrzebne. Nie uciekam od nich, dałam sobie czas na łzy i ból. Zawiesiłam w swojej czarnej przestrzeni pytania na wątłych nitkach emocji, mijam się z nimi każdego dnia, i próbuję budzić się z gotowymi odpowiedziami. Bezskutecznie. Dziura w sercu się tylko powiększa od analiz, wszystko przelatuje przeze mnie w niezrozumieniu. 
Kiedy człowiek doświadcza ostatniego pożegnania z rodzicem, przemijalność mocno doskwiera. Świadomość utraty chwil, które wydają się na stałe wrysowane w schemat życia, które powinny trwać nieskończenie, po prostu łamie serce. Tata w moim życiu nie był zawsze obecny, tak jak i ja w jego, pogubiliśmy się w relacjach, potrzebowaliśmy czasu by sobie wybaczyć, by zrozumieć siebie nawzajem. Udało się, ale dziś nie odczuwam pełnej satysfakcji. Zbyt krótko trwały te piękne chwile, zbyt szybko się wszystko skończyło. Nie umiera się w wieku pięćdziesięciu sześciu lat. 
W cztery dni odebrano mi człowieka, o którego walczyłam kilkanaście lat. Zdążyłam się jedynie pożegnać, wydawało mi się, że uścisnął moją dłoń, choć nie wiem czy to w śpiączce możliwe. Potem dałam się z intensywnej terapii wyprosić, czego żałuję, bo miałam prawo tam być. Do samego końca. Momentami czuję się ukarana za opieszałość, dumę, wewnętrzne milczenie i snucie planów na przyszłość, bez brania pod uwagę śmierci. Kiedy ona ma prawo zaskoczyć przy śniadaniu, a ja taka głupia byłam i sobie myślałam, że wiecznie będzie mnie oszczędzać. Wiele nauczyła mnie ta nasza relacja. Nie warto marnować dni na uprzedzenia, dusić w sobie miłość, zamykać się na istotę rodziny jako całości, nawet jeżeli została ona kiedyś rozdzielona. Ma prawo istnieć, skalana błędami, ale nasza. Niezastąpiona. Piękna. Ważna. Każda wyciągnięta ręka nie pozostaje zupełnie obojętnie ominięta. Czasem tylko ludzie czekają by ją pochwycić. Drżą, odczuwają wstyd, niepewność, lęk, strach przed odrzuceniem miłości. Ale o tym dowiadujemy się zazwyczaj po ich śmierci. Stopniowo dociera do nas coraz więcej niewypowiedzianych słów. Nie zamykajmy się na to, co w jednej chwili może nam zostać odebrane. Rozmawiajmy. Dużo rozmawiajmy. Niedokończone rozmowy bolą mniej niż te nigdy nie zaczęte.

Sięgnęłam w tym trudnych chwilach po książkę "Dowód" Ebena Alexandera, prawdziwą historię neurochirurga, który zapadł w stan śpiączki na siedem dni, i podobno widział coś więcej. Pomaga mi, ale tylko na ten czas, kiedy bywam w obecności innych, w samotności odrzucam na razie tłumaczenia o życiu po życiu, bo najzwyczajniej w świecie ból na takim etapie zabija głębsze rozważania, najnowsze odkrycia nauki o mózgu czy świadomości, która z relacji ludzi będących po drugiej stronie, pozbawiona pamięci i tożsamości żyje nadal w lepszym wymiarze. Może z czasem oprócz znaków na cmentarzu, tata przekona mnie skutecznie o tym, że myślenie nie jest domeną mózgu, że ma się tam dobrze i niczego mu z życia materialnego nie brakuje. To pierwsza najbliższa memu sercu osoba, z którą przyszło mi się pożegnać, więc jemu przypada anielskie nade mną czuwanie i o tym wszystkim przekonywanie. Tymczasem walczę z bezsennością i nadmiarem pytań, które mnożą się i zapychają mój ziemski, mierny, niepocieszony mózg.


Ojcowie

Dlaczego wyobrażamy sobie
że zestarzeją nam się godnie
W melonikach Z fajkami Na zapiecku
Dlaczego liczymy na to
że na ich wątłe barki
przerzucimy ciężar pytań
na które nie ma odpowiedzi
A przecież takie najczęściej
zadają nam wścibskie pociechy
Dlaczego myślimy że będą stukać
na maszynach rozprawy o kwestii smaku
Proustowskiej magdalenki
nam pozostawiając martwe światło
ekranów komputerowych
Dlaczego naiwnie wierzymy
że zawsze nam się będą dwoić i troić
że będą tańczyć swój łabędzi taniec
jak czarno-biali starsi panowie
Starsi Panowie dwaj

/Renata Putzlacher/




 Ojciec

Idzie przez moje serce
stary ojciec
Nie oszczędzał w życiu
nie składał
ziarnka do ziarnka
nie kupił sobie domku
ani złotego zegarka
jakoś nie zebrała się miarka


Żył jak ptak
śpiewająco
z dnia na dzień
ale
powiedzcie czy może
tak żyć niższy urzędnik
przez wiele lat


Idzie przez moje serce
ojciec
w starym kapeluszu
pogwizduje
wesołą piosenkę
I wierzy święcie
że pójdzie do nieba

/Tadeusz Różewicz - 1954 r./


Dziękuję wszystkim, którzy wsparli mnie słowem i czynem w tym trudnych dla mnie chwilach. Naprawdę sporo dobrego od rodziny i bliskich mi ludzi dostaję. Jestem Wam niezwykle wdzięczna za ostatnie dwa tygodnie. Za każde słowo, które ma dla mnie tak olbrzymia wartość, za ciepłą myśl, telefony, e-maile. Doświadczyłam wielkiej siły wsparcia. Dziękuję!

2013-02-22

Radość pisania - Wisława Szymborska


Gdybym tylko miała więcej czasu, nie odstępowałabym książek, słów, notesów, gazet, pędzli, gesso na krok. Pozwalałabym myślom płynąć własnym nurtem, uruchamiać twórcze systemy w środku dnia, ciąć, łączyć i kleić. Zapominać się. Po każdej lekturze, oprócz notatek, tworzyłabym kolaż. Może kiedyś się to uda częściej. Tymczasem inspirowana konkursem na wyklejankę (prace domu jednak nie opuściły, bo nam było żal się rozstać), w związku z lekturą "Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej", powstała taka moja wersja Królowej Poezji. Format 21cm/30cm. Tłem pracy jest rękopis Wisławy Szymborskiej ( wiersz "Radość pisania" ) z "Tygodnika Powszechnego". Nie mogłam się oprzeć by coś na nim nie powstało.

Radość snów, czytania, chichotania, loteryjek, opowieści, rozmów, obmyślania świata, osobno i razem... ponadto radość z pamiątkowych rupieci, jednej ryby, z "Czarodziejskiej góry" Manna, z pocztówek w szufladach, z roślin i zwierząt, z rozmaitości Krakowa, z Cziki, Corleone i kornelówki, z notatnika, z ołówkiem w ręku, ze słowa... Radość pisania. Radość pewnej damy.

Lola towarzyszyła mi dzielnie. W końcu stwierdziła, że nudno tak tylko mi pędzel myć, słowa ciąć, farby suszyć i sama wzięła się do pracy. Stworzyła "Miłość wszech czasów". Wie kim jest pani Wiesia. W sypialni wisi jej portret, słyszała nie raz płytę z wierszami w akompaniamencie Tomasza Stańki, odtwarzaną przeze mnie czasami w łazience podczas kąpieli. Wie o "kocie w pustym mieszkaniu". Stąd kot w jej pracy. Zaskoczyła mnie. Jestem z niej dumna. Ma zaledwie sześć lat. Szczęście moje, twórcze i uparte. Jak kropla wody.








Julia ( Lola ) - 6 lat



2013-02-14

"Jeśli musisz mnie kochać, niech to będzie za nic (...)"



XIV

Jeśli musisz mnie kochać, niech to będzie za nic,
Jedynie dla miłości. Nie wymieniaj:
"Kocham ją za jej uśmiech, wygląd, wyrażenia
Łagodne i za myśli jej giętkość, bo dla nich

Znajduję oddźwięk w swoich; za to, że jej zdanie
Zwykły dzień miłym spokojem wypełnia."
Te rzeczy, ukochany, wszak mogą się zmieniać
W sobie albo dla ciebie, i miłość na zanik

Przyczyny zginie. I proszę nie kochaj
Za własną litość, którą łzy mi suszysz.
Bo kto pociechy twojej doznał, wkrótce szlochać

Przestaje i miłości twojej już nie wzruszy.
Kochaj mnie dla miłości samej, abyś kochać
Nadal mógł mnie przez wieczność miłości i duszy.



XXVII

Mój ukochany, ty, co mnie dźwignąłeś
Z posępnych nizin, ze smutków głębokich,
I oddech życia między ciężkie loki
Tchnąłeś, aż znowu nadzieja nad czołem

Zajaśniała i blask jej ujrzały anioły
Pod pocałunkiem zbawczym! Twoje kroki
Doszły mnie, gdy świat odszedł. Mój, mój drogi,
Boga tylko czekałam, a Ty w drzwiach stanąłeś.

Znalazłam cię: i mocna jestem, i bezpieczna,
Jak ktoś, kto pośród asfodeli stanął,
By spojrzeć, jaka nudna jest droga wsteczna,

Którą szedł dotąd - tak z piersią wezbraną
Świadczę prawdzie, co między złem i dobrem wieczna:
Że miłość, jak śmierć mocna, wyzwala tak samo.



Elizabeth Browning,  Sonety z portugalskiego, "Poezje wybrane", PIW, 1976,
przeł. Ludmiła Marjańska

2012-12-03

"Kochankowie z ulicy Kamiennej"


Drugi śnieg tego roku. Zaskakujący, nawet w grudniu chciałabym móc się go nie spodziewać. Dłonie i stopy marzną, prawie równocześnie. Ptaki znów podlatują pod okna, zachwycając akceptacją mrozu i postawą ciągłego nasłuchiwania nawet podczas dłubania w jabłku. Okoliczne koty nie zwracają uwagi na swarliwe psy i podchodzą sprawdzać karmnik. Wszystko zgodnie z porą roku ma błagalne spojrzenie. Na tle bieli wyostrzone i przejmujące. Wczoraj upiekłam chleb, długo pachniało drożdżami i masłem. Zniknął prawie cały nim wróciłam z małego, ukrytego we wnętrzu ulicy Chrobrego, działającego w poszukiwaniu zaginionej kultury, zapomnianych bohaterów, Teatru CST. W nim gościnnie wystąpili aktorzy Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie z recitalem "Kochankowie z ulicy Kamiennej". Podążam za nimi gdziekolwiek się pojawią. Niezwykli artyści, związałam się nimi, brak mi ich w przerwach pomiędzy spektaklami. Tym razem Małgorzata Pikus, Dariusz Waraksa i Tomasz Kłaptocz przy akompaniamencie Tomasza Pali (fortepian) i Bartłomieja Stuchlika (kontrabas) wykonali piosenki Marka Grechuty, Ewy Demarczyk, Edith Piaf, Grażyny Łobuszewskiej i Agnieszki Osieckiej. Ta ostatnia ma dla mnie wyjątkowe znaczenie, bo tak wiele powiedziała w życiu o miłości. Miłość... któż jej nie lubi podglądać, kogo nie obchodzi, komu nie płynie we krwi.

źródło -  http://teatrcst.pl/

Agnieszka Osiecka studiowała oprócz dziennikarstwa również na wydziale reżyserii filmowej w Łodzi. Wspominała, że jej koledzy byli strasznymi erotomanami, zbierali się na słynnych łódzkich schodach i przeciągali jak kocięta. I nie tylko na schodach. Akademik na Bystrzyckiej mieścił się w pustych polach. Szło się tam piechotą od pętli tramwajowej. W związku z tych, że chłopcy nie mogli przebywać w jednych pokojach z dziewczętami, wiele par w miłosnych uściskach, w przemoczonych paltach, tuliło się do siebie przy akademickiej budce, z której wyłaniała się paskudna małpa zazdroszcząc im tej młodej miłości i pilnując tych, którzy chcieli z nią wtargnąć na teren akademika. Z tamtego właśnie okresu pochodzą "Kochankowie z ulicy Kamiennej", piosenka tytułowa wczorajszego recitalu, o którym przypomniałam sobie w ostatniej chwili. Na moje szczęście.

Oczy mają niebieskie i siwe,
półzłotówki w kieszeniach na kino,
żywią się chlebem i piwem,
marzną im ręce zimą...
    Kochankowie z ulicy Kamiennej
    pierścionków, kwiatów nie dają...

    Kochankowie z ulicy Kamiennej
    wcale Szekspira nie znają.
    Kochankowie z ulicy Kamiennej...

Wieczorami na schodach i w bramach
dotykają się ręce spierzchnięte,
trwają tak czasem aż do rana,
kiecki są stare i zmięte...

   Kochankowie z ulicy Kamiennej
   tramwajem jeżdżą w podróże...
   Kochankowie z ulicy Kamiennej
   boją się gliny i stróża.
   Kochankowie z ulicy Kamiennej...

Aż dnia pewnego 
biorą pochodnie,
w pochód ruszają, 

brzydcy i głodni.
"Chcemy Romea" 

- wrzeszczą dziewczyny -
"My na Kamienną 

już nie wrócimy!"
"My chcemy Julii!" 

- drą się chłopaki -
"Dajcie nam Julię, 

zbiry, łajdaki!" 
Idą i szumią,
idą i krzyczą,
Amor szmaciany 

płynie ulicą!
Potem znów cicho, potem znów ciemno,
potem wracają znów na Kamienną... 


Trójka tych niezwykłych aktorów i wokalistów wniknęła lirycznie w mój niedzielny, chłodny wieczór, dzieląc się myślą o miłości i refleksją nad tym czego warto w życiu szukać. Czemu się poddać, a czemu sprostać. Kiedy ulec i jak przetrwać smutek. Ujmująco rozwinęli cały wachlarz emocji, jaki towarzyszy kochankom. Od młodzieńczej, momentami ślepej euforii, bo spełnienie, poczucie stabilizacji, czasem ból. Widać było to wszystko na ich twarzach. Zapadająca w pamięć gra aktorska przy piosence poetyckiej. Siedząc w pierwszym rzędzie czułam ich wewnątrz jeszcze na minutę przed snem. Małgorzata Pikus z charyzmą i ujmującym drżeniem głosu odśpiewała Edith Piaf, stojąc w skupieniu przed niewielką, może osiemdziesięcioosobową publicznością. Dariusz Waraksa podobnie, niezwykle liryczny, dokładny w słowach. I mój ulubiony Tomasz Kłaptocz jak zwykle z uśmiechem, płynnością ruchów, lekkością w nogach bisował "Czas nas uczy pogody" Grażyny Łobaszewskiej. Ma w sobie tyle ciepła, radości z bycia na scenie, nietuzinkowych ruchów, że nie sposób było się powstrzymać przez wystukiwaniem rytmu stopą i pstrykaniem na palcach (na czym często go można złapać). Warto było zrzucić z siebie niedzielne lenistwo. Wprawić w ruch myśli i prawą stopę. Do snu odczytać mężowi "Miłość szczęśliwą" Wisławy Szymborskiej, którą przypomniał pomiędzy piosenkami Tomasz Kłaptocz. Czy miłość na to nie zasługuje? By ją czasem odkurzyć, i tak po prostu podejść do niej, podziękować i powiedzieć głośno jak bardzo jest istotna.

Małgorzata Pikus, Dariusz Waraksa, Tomasz Kłaptocz, Bartłomiej Stuchlik

Tomasz Kłaptocz
Teatr CST, Cieszyn, 2 grudnia 2012, godz. 18.00

2012-10-20

"Szymborską jesień się zaczęła"




Notatka

Życie - jedyny sposób,
żeby obrastać liśćmi, 
łapać oddech w piasku,
wzlatywać na skrzydłach;

być psem,
albo głaskać go po ciepłej sierści;

odróżniać ból
od wszystkiego, co nim nie jest;

mieścić się w wydarzeniach,
podziewać w widokach,
poszukiwać najmniej między omyłkami.

Wyjątkowa okazja,
żeby przez chwilę pamiętać,
o czym się rozmawiało
przy zgaszonej lampie;

i żeby raz przynajmniej
potknąć się o kamień,
zmoknąć na którymś deszczu,
zgubić klucze w trawie;
i wodzić wzrokiem za iskrą na wietrze;

i bez ustanku czegoś ważnego
nie wiedzieć.

Wisława Szymborska


Obejrzałam ten film już dwa razy. Obejrzę jeszcze wielokrotnie. Zbliża on bardzo do poetki. Holendrowi, Johnowi Albertowi Jansenowi udało się coś co wydaje się wręcz niemożliwe w tak krótkim czasie. Zatrzeć granice pomiędzy bohaterem dokumentu a jego odbiorcą, zminimalizować dystans do zera i praktycznie natychmiast, po kilku minutach, dopuścić widza bardzo blisko osobowości nawet tak wybitnej, ponadczasowej jakim jest Wisława Szymborska. Jedno jest pewne, takiego efektu nie da się osiągnąć jednostronnie, wiele zawdzięczamy naszej Noblistce. To Wisława Szymborska swą naturalnością, ciepłą kokieterią, podejściem do własnej osoby, sprawia że film ten staje się dokumentem wymykającym się poza zwykły dokument. Chyba nikt poza Wisławą Szymborską nie potrafi w tak szczery, otwarty sposób zaprosić własną postawą do swojego intymnego świata. Zachwyca dystansem do życia i własnych słabości. Nagłą potrzebą zażartowania, podzielenia się anegdotą czy zadziwieniem. Tak, Wisława Szymborska umie się najpiękniej zadziwiać ze wszystkich znanych mi osób. Nie unika jednak też spraw istotnych, niejednokrotnie trudnych, zawartych w swojej wieloletniej twórczości. Wszystko to dzieje się tak jakby nie istniał między bohaterką tego dokumentu a jego odbiorcą, żaden szklany ekran, żadna różnica wieku, jakby zatrzymał się czas. Jakby wszystko działo się tuż obok. Na kanapie, przy stole, wśród papierosowego dymu i ciepłego głosu, z tak charakterystyczną Noblistce dykcją. Można słuchać i patrzeć bez ograniczeń, wyczekując uśmiechu, który pojawia się zamiast kropki na końcu zdania. Uśmiechu, który jest niczym czułe dobranoc mamy szeptane dziecku do ucha.

Nadal żałuję, że nie dotarłam do Krakowa, gdzie w Centrum Manggha świętowano inaugurację działalności Fundacji Wisławy Szymborskiej i wyświetlano "Koniec i początek", chyba po raz pierwszy na dużym ekranie. Tam musiała być wyjątkowa atmosfera, która jeszcze bardziej wpływała zapewne na odbiór tego filmu. Podobno długo nie milkły brawa. Nie dziwię się. To bardzo wzruszający film, kiedy pomyśli się, że już Jej wśród nas nie ma. Ona w piękny sobie sposób, z lekkością, bez ustanku czegoś ważnego nie wiedziała. Zachwycała, zadziwiała i odkrywała. Jak dla mnie robi to nadal i dzięki Niej nauczyłam się zwalniać i dostrzegać.


2012-10-01

"A nad tym niebem niebo dymami zasnute (...)"








Niebo października

Październik był przepiękny. Tak jak dziś pamiętam.
Niebo dziwnie przejrzyste i dziwnie głębokie
drżało w żarze południa, jak drży liść na wietrze,
próżne i niedosiężne. Dziwnie jestem smętny,
kiedy ci o tym mówię, bo cóż znaczą słowa?
Widziałem smugi dymu, które wiatr rysował
na niedosiężnym niebie, i czekałem chwili,
gdy niedosiężne niebo ku nim się pochyli,
by je w siebie pochłonąć. Potem nic już nie ma, 
tylko smutek poety i do wiersza temat.

A raz widziałem niebo przez okienne szyby.
Właśnie okna kazano pootwierać w bloku,
a ja, przechodząc mimo, ujrzałem w szkle niebo,
niebo niespodziewane, przedziwne, jak gdyby
było wielkim obozem. Słupy spięte drutem,
drogi tak mi znajome, a teraz powietrzne, 
i zieleń trawy ciemna, jakby z dna jeziora,
mieniła się w szkle szyby. Przez niebo szedł płomień
i rdzawo lśnił na trawie rudą strugą rzeczną.
A nad tym niebem niebo dymami zasnute,
inne niebo wisiało przejrzyste i próżne
i dym pierwszego nieba w drugim niebie tonął...

I wtedy pomyślałem, że nic nie wiem jasno,
że ziemia i to wszystko, co się dzieje wokół,
jest tylko szybą szklaną dla cudzego wzroku.
Gdy wtem ktoś obraz zmącił i okno zatrzasnął.
Chwila dawno miniona. Ziemia jest prawdziwa
i wiem już, jak prawdziwe jest ludzkie cierpienie.
Lecz jak fala do brzegu, tak chwila zwątpienia
wraca do mnie dziś jeszcze, jeszcze mnie przenika,
i zawsze, kiedy patrzę na grudniowe chmury,
widzę nad nimi niebo, niebo października.

Tadeusz Borowski






 

Słońce Oświęcimia

Pamiętasz słońce Oświęcimia
i zieleń łąk daleką, lekko
ptakami w chmury podniesioną,
lecz nie zieloną już, a w chmurach
seledynowobiałą. Razem
staliśmy patrząc w dal i czując
daleką zieleń łąk i chmur
biały seledyn jakby w sobie,
jak gdyby barwa łąk odległych
była krwią naszą albo pulsem,
który w nas bije, jakby świat
był tylko przez nas i nie mijał
wcale, póki jesteśmy. Uśmiech
pamiętam twój tak nieuchwytny
jak odcień barwy wiatru, który
liściem się chwieje na krawędzi
słońca i cienia, ale wiecznie
przemija i zostaje. Tak ty
dziś jesteś dla mnie: przez seledyn
nieba, przez zieleń i przez wiatr,
który się liśćmi chwieje. Jesteś
krwią moją i mym pulsem. Czuję
cię w każdym cieniu, w każdym ruchu
i tak mnie światem w krąg otaczasz
jak ramionami, tak świat czuję
jak twoje ciało, całym światem
patrzysz mi w twarz i wołasz mnie...

Tadeusz Borowski





Tak mi się twoja twarz rozpływa
i niknie we mnie jak widnokrąg,
z którego odejść trzeba. Głos twój,
twe oczy, uśmiech tak przelotny
jak wiatr, gdy się o twarz ociera,
jeszcze drży we mnie i jak ptak,
który tak lekko i ostrożnie
w powietrzu waży się, jak gdyby
oddechem był - ulata ze mnie,
rozpływa się i niknie. Próżno -
ty wiesz, że w szyby nocnej czerń
jak w życie swoje dawne patrzę,
lecz ciebie tam już nie ma. Tylko
mgła, która w górę się podnosi...



Odwiedziłam Auschwitz-Birkenau tydzień temu, i nadal nie mogę przestać o tym miejscu myśleć... o maleńkich fragmentach kości, które tkwią ciągle w ziemi widoczne gołym okiem... o torach, które tak nagle się kończą jak nagle skończyło się półtora miliona istnień... brak słów.

Wiersze Tadeusza Borowskiego pochodzą z tomu "Poezje. Borowski", PIW, Warszawa 1974.

2012-03-21

Międzynarodowy Dzień Poezji


Poezja nie jest spisem, lecz zapisem; z tego wynika jej charakter nie katalogowy, lecz wyrywkowy, bo to jest zapis wyobraźniowy pełen urywkowych widzeń.
/ Jalu Kurek /

Sporo dla mnie znaczy słowo. Nawet pojedyncze. W poezji go chyba najwięcej, takiego w czystej postaci. W prozie słowa istnieją na chwilę, potem rozlewają się i są nie do ogarnięcia, a w wersach stoją w szeregu, ze znaczną podporą, przewagą jednego. Tego najważniejszego w danej chwili, którym zaspokojone zostaje czytelnicze łaknienie i pod wpływem którego otwierają się odpowiednie drzwi naszych umysłów. Nie zawsze ma się czas i siłę na wyłonienie z książki tego potrzebnego słowa. Poezja ku temu właśnie może służyć. Do bardziej wzniosłych celów oczywiście również, co jest już znacznie trudniejszym wyczynem. Ale cenię w niej przede wszystkim to, że wiersze wystarczy czytać wersami, podczas gdy książki zazwyczaj trzeba rozdziałami, by osiągnąć zadowolenie na porównywalnym poziomie. 

Ostatni wiersz

Jeden... Jeden jak spłoszony jest grom,
Wraz z tchnieniem życia się wdziera w twój dom - 
Śmieje się, oślepia cię blaskiem
I krąży, i bije oklaski.


Północą drugi przychodzi na świat - 
Sama już nie wiem, jak do mnie się wkradł.
I z lustra pustego spogląda,
I mamroce coś, i osądza.


Są także inne: coś wzbiera za dnia
I nagle szepce: to ja czy nie ja? - 
I płynie po białym papierze
Jak źródło w wąwozie wśród jeżyn.


Są również takie: z tajemnic, z ich wnęk - 
Ni dźwięk, ni kolor, ni kolor, ni dźwięk - 
Te wiją się, iskrzą, zmieniają
I żywcem się ując nie dają.


Lecz ten!... Po kropli ci wyssał twą krew,
Jak ktoś, kto rzucił, zdobywszy cię wpierw,
I nie powiedziawszy ni słowa,
W milczenie się zmienił od nowa.


To było, jakby ktoś życie mi skradł - 
Odszedł, zatarłszy za sobą swój ślad,
Ku drodze co w dal się otwiera,
A ja... Ja bez niego umieram.

/ Anna Achmatowa, z cyklu "Tajemnice rzemiosła", 1959, tłumaczenie Anatol Stern /


2012-02-29

Uno momento mortis

 

Nim napiszesz wiersz
pomyśl i zważ
jak dalece słuszny to krok
i czy naprawdę masz czas
żeby pisać wiersz
żeby pisać wiersz

Może raczej wstań

może lepiej leż
literatura jest piękna i bez
podobnie jak ten
dogasający już dzień
i gęstniejący już mrok

Zanim doliczysz do stu

dawno zapomnisz o dniu
zanim doliczysz do stu

Nim wykonasz pieśń

pomyśl i sprawdź
czy nie piękniej robi to szpak
i czy w ogóle jest sens
wykonywać pieśń
wykonywać pieśń

Może raczej śpij

może lepiej patrz
twe obyczaje są łagodne i tak
przeciwnie niż ten
dogasający już sen
i patetyczny nasz świat

Zanim doliczysz do trzech

dawno zapomnisz i mnie
zanim doliczysz do trzech

Nim napiszesz wiersz

pomyśl i zważ
jak dalece słuszny to krok
i czy naprawdę masz czas
żeby pisać wiersz
żeby pisać wiersz

(muzyka Grzegorz Turnau, słowa Grzegorz Turnau - z płyty "To tu, to tam", 2010)

Dobry to będzie dzień. Kawa o szóstej, Turnau przy stole. Za oknem cieplej, już stopę wystawiłam, i ucho też. Ptaki nucą swe poranne melodie, niebo strzepuje resztki zimowej szarości. Miłego pięknego przeżywania. Albo przebywania, jak kto woli. Grunt to dobrze zacząć dzień :)

2012-02-17

Bo taki był dziś zamysł


Śniegu wokół domu po kolana i nadal nie przestaje sypać. Biel pochłania coraz większą część krajobrazu. Piękno przeplatane jest utrudnieniami, twarze się marszczą ze złości, zanikają uśmiechy, bo taaaka zima nie oszczędza ludzkich stóp, rąk, serc, i portfeli też. By nie popaść w stan hibernacji, ogólnie panujące nerwowe zgrzytanie zębami i wszechobecną niechęć do wszystkiego, trzeba sobie myśli i duszę ogrzewać. Muzyką. Słowem. Smakiem. Gestem. Kwitnącym storczykiem. Poezją też, która zwykle człowieczą duszę w osłabienie wtrąca, ale  czasem też do czynu popycha... jak mnie tym razem. Kreatywnie od rana, bo taki był dziś zamysł mojego Anioła...



(...) Bo we mnie jak w miodnej lipie
drzemie zamysł anioła
który tylko w rękach rzeźbiarza
rozwinie skrzydła

- fragment wiersza "Silva Rerum", Renata Putzlacher ( tomik "Angelus", 2006 )

Miłego dnia. Mimo utrudnień różnorakich. Jasności, której można się uczepić, by przetrwać do wiosny.

2012-02-01

Zmarła Wisława Szymborska


Źródło: Fotorzepa fot. Piotr Guzik

Kilka minut temu dotarła do mnie ta wiadomość. Smutno bardzo. Grudzień zabrał tylu wspaniałych ludzi. Pierwszy dzień lutego odebrał nam wybitną poetkę Wisławę Szymborską, autorytet, cudowną osobowość, wartościowego Człowieka, dumę polskiej poezji. Wisława Szymborska nie lubiła rozgłosu na swój temat, nigdzie nie doczytałam, by ostatnio ciężko chorowała, choć jej wiek mógł na to wskazywać.
W lipcu obchodziłaby swoje 89 urodziny. Odeszła we śnie, w swoim domu... nie wiem czy pójdę dziś spać. Wiek piękny, ale chciałoby się, by tacy ludzie żyli wiecznie.
Pracowała nad tomikiem, który miał przyjąć tytuł "Wystarczy", nie wiem nawet czy został ukończony.

"Chwilami życie bywa znośne"  - właśnie oglądam powtórkę na TVN24...



Nic dwa razy

Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś - a więc musisz minąć.
Miniesz - a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.
 
(tomik "Wołania do Yeti", 1957r.)


2011-10-27

Sylvia Plath

 ...

Taki czas, że ciągle pojedynczych słów pragnę, z poezją zasypiam, ona zatrzymuje moje myśli, dla których późna ciemna noc żadnym hamulcem nie jest.

Sylvia Plath. Gdyby żyła, obchodziłaby dziś 79 urodziny... czy nadal byłaby nieszczęśliwa? Trudno w jej wierszach doszukać się jasności. Trudno zmian oczekiwać w tak jednoznacznie ukierunkowanym już umyśle. To musiało się tak skończyć. Śmierć zawsze była towarzyszką jej życia, elementem codzienności, czarną krainą pełną zagmatwanych iluzji, z której nie sposób się wyplątać. Zraniona kilkakrotnie. Zdradzona. Napiętnowana wspomnieniami o ojcu. Pełna smutku wątła postać stąpająca po krawędzi życia. Momentami przeraża mnie w swej poezji, wprowadza za kulisy niezrozumiałego dla mnie czasem zbyt ciemnego życia i odstrasza nienawiścią, która ukryta jest za tak dużą ilością słów. Ale lubię tę jej samotność i zagmatwanie.

"Sylvia Plath urodziła się w Bostonie ( 27 października 1932r.) Jej ojciec Otto Plath, z pochodzenia Niemiec, był profesorem biologii na miejscowym uniwersytecie. Matka, Aurelia Schober, także zatrudniona na bostońskiej uczelni, pochodziła z rodziny austriackiej o żydowskich korzeniach. Sylvia Plath studiowała z Smith College, niemal równocześnie z przebywającą wówczas w Ameryce Haliną Poświatowską, a potem w Cambridge. W 1956r. poślubiła obiecującego poetę angielskiego Teda Hughesa. Rodzina ostatecznie osiadła w Anglii, w uroczym Court Green w Devonshire. Sylvia urodziła dwoje udanych dzieci: Friedę Rebeccę i Nicholasa. W roku 1962 małżonkowie rozstali się. Po odejściu Teda Sylvia przeniosła się wraz z dziećmi do Londynu. Wynajęła drugie i trzecie piętro w domu przy Fitzroy Road, tym samym, w którym mieszkał kiedyś Wiliam Butler Yeats. Tutaj w lutym 1963 roku popełniła samobójstwo" - Posłowie "Poezje Wybrane" - Grażyna Borkowska.

Mieszkanie przy ulicy 23 Fitzroy Road - źródło Wikipedia



Jestem pionowa

Lecz chciałabym raczej być pozioma
Nie jestem drzewem zakorzenionym w ziemi,
Ssącym mineralne wody i macierzyńską miłość,
Abym każdego marca mogła rozbłysnąć liściem,
Nie jestem też tak piękna jak klomb ogrodowy,
By wzbudzać okrzyk zachwytu okazałą barwą
Bez świadomości, że wkrótce utracę swe płatki.
W porównaniu ze mną drzewo jest nieśmiertelne,
A główka kwiatu po prostu zadziwiająca.
A ja pożądam długowieczności drzewa i śmiałości kwiatu.


Dzisiejszej nocy, w bladym świetle gwiazd,
Drzewa i kwiaty rozsiewają świeże zapachy,
Przechadzam się między nimi, lecz mnie nie dostrzegają.
Myślę nieraz, że kiedy śpię,
To jestem do nich podobna,
Myśli gmatwają się.
To położenie jest dla mnie bardziej naturalne,
Gdyż mogę swobodnie rozmawiać z niebem,
A stanę się użyteczna, gdy położę się już na zawsze:
Wtedy drzewa będą mogły mnie dotknąć, a kwiaty znajdą dla mnie czas.

/Sylvia Plath, "Przeprawa przez wodę" - tłum. Teresa Truszkowska/





Plath

Mam na imię Sylvia mam na imię
Victoria ale co za różnica jak mi na imię
byłam żoną poety Teraz
jestem martwą królową pszczół
Zapewne znajdzie się ktoś kto to opisze:
moje dzieci Nicky i Frieda Moje biedne
dzieci śpią przy otwartym oknie
słodkie aniołki porzucone przez rodziców
moja głowa w piekarniku
małej trumnie wypełnionej gazem
Taka brzydka nieelegancka śmierć Tylko
niemiecki Bóg mego ojca mógłby to zrozumieć


Wszystko w blaszanym pudełku
zagazowane: gniew zazdrość upokorzenie
jaka ulga wreszcie nie kochać
jaka ulga nie czuć się zdradzoną
nie rozchylać nóg żeby go zatrzymać
być czystą lilią
nie patrzeć przez okno


jaka ulga uciec od szaleństwa w jeszcze
większą samotność która nie boli


/Grzegorz Kozera/



2011-10-25

Nowy dzień...






.

Jesiennie

Szumiał las, śpiewał las, gubił złote liście, świeciło się jasne słonko chłodno a złociście...
Rano mgła w pole szła, wiatr ją rwał i strzępił...
Opadały ciężkie grona kalin i jarzębin...
Każdy zmierzch moczył deszcz, płakał, drżał na szybkach...
I tak ładnie mówił tatuś: Jesień gra na skrzypkach...


Józef Czechowicz






Jesienne niebo

Jesienne niebo słodkie, pełne łaski
spowite w szal kaukaski,
przez drzew bezlistnych rozszczepione pędzle
przeciąga różową frędzlę.
I ku nadziei mej podchodzi z bliska,
słodyczą mnie uściskaj
i na tęsknocie mej opiera dłonie
- pachną ostatnie lewkonie.
Jesienne niebo słodkie, pełne łaski,
zwija swój szal kaukaski
a odrzuciwszy go, staje bez ruchu
z cekinem złotym w uchu. 


Maria Jasnorzewska Pawlikowska





Jesień

Drzewa na wieczną jesień schodzą w szare parki
przez pastelowe chwile przegniłej pogody;
w zamglonych nocach dni kucające o zmrok;
czai się pustą twarzą niebo bez obłoków.

Rano... znowu się budzę w przekroplonej ciszy,
sen odrasta w powiekach napęczniałych męką,
Szarość tańczy po szybach pajączkami pyłu,
pokój się wpół unosi na ugiętych rękach
i sennie mi spogląda w rozproszone oczy...

Rano... w szum odbiegają myśli już odległe
i ty odpływasz w zachód mgieł odeszłym...
ulice wchodzą oknem, blade bezobliczem,
szorstką powierzchnią bruków w szyby mgłami spierzchłe.
Dzień się prześliźnie długim, lepkim ślizgiem
aż spłynie wieczór gęsty z szarych tapet
i westchnie jesień odległych pociągów wysapem,
Szarość pokoi podpali się zgniłą purpurą chryzantem.
W nocy pies we mgle szczeka,
rozpruwa szwy ciszy
i czkawka echa kaszle z przegniłych płuc podwórz.
Nie chodź po zwiędłym zmroku, lepiej okno otwórz:
przestrzeń powiewa w usta gorzką, wonną jesień.


Krzysztof Kamil Baczyński

2011-10-09

Chłód wokół, a w sercu garść rozgrzewających słów...

Mur

Przez ten mur który
budowaliśmy razem
z dnia na dzień
dorzucając słowo
do milczenia
przez ten mur
przebić się nie możemy


zamurowani
własnymi rękami
umieramy z pragnienia
słyszymy jak obok
porusza się to drugie
słyszymy westchnienia
wzywamy pomocy


nawet łzy uciekają
w głąb naszych ciał


/Tadeusz Różewicz/




Ojciec

Idzie przez moje serce
stary ojciec
Nie oszczędzał w życiu
nie składał
ziarnka do ziarnka
nie kupił sobie domku
ani złotego zegarka
jakoś nie zebrała się miarka


Żył jak ptak
śpiewająco
z dnia na dzień
ale
powiedzcie czy może
tak żyć niższy urzędnik
przez wiele lat


Idzie przez moje serce
ojciec
w starym kapeluszu
pogwizduje
wesołą piosenkę
I wierzy święcie
że pójdzie do nieba

/Tadeusz Różewicz - 1954 r./

Mam tylko jeden maleńki tomik poezji Tadeusza Różewicza, mniejszy do mojej dłoni, z serii Poeci Polscy, który wydał Czytelnik w 1969r. Te dwa wiersze otoczone są pętlą. Już od dawna. Dziś zakreśliłam pięć kolejnych... znalazłam chwilkę, by złożyć Poecie w ciszy życzenia urodzinowe - 90 lat - piękny wiek. Patrząc na postęp świata, chorób i nawarstwiania się stresów chyba nie do pobicia.

A Agnieszka Osiecka obchodziłaby dziś 75 lat... tymczasem brak jej już od lat czternastu. Nadal wspominam ze wzruszeniem spektakl Czeskiego Teatru "Słodkie rodzynki, gorzkie migdały", o którym pisałam  tu. Gdybym miała okazję poszłabym raz jeszcze. "Nowa miłość" to wiersz tytułowy dwutomowego obszernego zbioru "Wiersze prawie wszystkie". Jest to najkrótsza poetycka biografia Autorki i zarazem jej "modlitwa o spełnienie".

Nowa miłość

Nie wierzę w to,
że wszystko było już,
pozwólcie mi
na jeszcze parę róż:


Jeszcze tylko raz pokochać,
ach, jeszcze jeden raz!


Nie pragnę wciąż,
królewną z bajki być,
lecz serca dzwon
niech nie przestaje bić.


W tę nową miłość
pobiegłabym tak,
jak rusza w drogę
księżyc i ptak,
tę nową miłość
umiałabym wziąć
tak jak się bierze
rumianki do rąk.
Nie wierzę w to,
że prześnił się mój czas,
pozwólcie mi
na jeszcze parę gwiazd:


Jeszcze tylko raz pokochać,
ach, jeszcze jeden raz!


Jeszcze tylko raz usłyszeć
szalony serca głos,
a potem - wielką ciszę,
a potem - noc...

/Agnieszka Osiecka/

2011-10-07

Literacki Nobel


Wczoraj bardzo wyczekiwałam tej chwili. Szczęście mieć radio na oknie w pracy. Nieważne, że antenę łyżeczka podtrzymuje, że szumi kiedy przechodzę, że guzik głośności odpadł... kiedy się nie ruszam, słyszę. Za oknem mam jesień, piękniejszą niż zwykle, jestem jeszcze bliżej drzew, mam je na wyciągnięcie ręki, kiedy pracuję. Wstrzymuję momentami cięcie papieru i zawieszam wzrok na czerwonych liściach, i kroplach deszczu spływających po szybie. O 13.00 usłyszałam: Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za "zwięzłe, przejrzyste obrazy, które dają nam świeży dostęp do rzeczywistości" otrzymał szwedzki poeta Tomas Transtroemer. Nie ukrywam, że niewiele mi to nazwisko mówiło, ale ucieszyłam się. Bo poeta. 

Tomas Transtroemer jest autorem wierszy tłumaczonych na ponad 40 języków. Jest zdecydowanie najwybitniejszym żyjącym poetą szwedzkim. Do najważniejszych jego zbiorów należą: "Tajemnice w drodze", "Dźwięki i ślady", "Morza Bałtyckie", "W sali zwierciadeł", "Żywym i umarłym". Urodził się 15 kwietnia 1931 r., ma zatem już 80 lat. Od 1990r, na skutek udaru mózgu jest częściowo sparaliżowany. Ma problemy z mówieniem, co uniemożliwiło mu pracę w zawodzie (jest z wykształcenia psychologiem), ale nie zaprzestał pisania i spotykania się z czytelnikami. Mieszka w małej miejscowości Vaesteras, poza Sztokholmem. 

Poezję Transtroemera cechuje duża zwięzłość. Pisze o doznaniach religijnych, jego wiersze ujawniają inspiracje muzyczne, poruszają problemy zagubienia człowieka we współczesnym świecie. Język poezji Tranströmera jest wyciszony, jednocześnie w utworach spotyka się obrazy pełne paradoksów - przeczytałam w Wikipedii... niewiele o tym poecie można znaleźć, nie doszukałam się też żadnego jego wiersza. W księgarni żadnego tomiku. Trzeba jeszcze poczekać. "Pióropusz" Marcina Pilota też jeszcze jest w druku (nie dociekałam prawdy, ale pani w księgarni powiedziała mi, że od lat jest ta książka słabo dostępna)... tak to bywa z tymi wyróżnieniami literackimi. W tyk roku zarówno Nobel, jak i Nike zaskoczyły hurtownie i zupełny brak tych pozycji na półkach. Obawiam się tylko, że nim dotrą, to bum minie, i nikt już nie zapyta o nie.


 Ja dziś zakupiłam najnowszą książkę Michaela Cunnighama "Nim zapadnie noc". Cieszyłam się na nią od tygodnia... Życie to gra pozorów. Zastanawiasz się czasem, jakim cudem życie nieustannie cię pochłania, mimo że rzadko przytrafia ci się coś naprawdę wyjątkowego? Bogactwo odczuć, piętno tragicznych wydarzeń z przeszłości, latami skrywane marzenia, pragnienia, lęki - wszystko to pcha nas na przód. Pomiędzy książkami Manna, Kafki, Fitzgeralda, zachłyśnięty muzyką Schuberta i Coltrane'a, Peter -  właściciel nowojorskiej galerii - szuka w życiu, jak w sztuce, czegoś niepowtarzalnego. Elementy jego uporządkowanego świata zaczynają się poddawać subtelnym zmianom, gdy w mieszkaniu Petera i Rebekki pojawia się jej duży młodszy brat, chłopak z narkotykową przeszłością. 
Wiecznie dążymy do piękna. Własnego piękna, które definiujemy indywidualnie, a jednak wciąż szukamy go w innych ludziach i czasami znajdujemy w najmniej odpowiednim momencie... - można przeczytać na okładce książki - Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011.


2011-07-20

Spacer po Pradze cz.3 - Franz Kafka

Franz Kafka notował w swoim dzienniku:

Moja posada jest dla mnie nie do zniesienia, ponieważ przeciwstawia się temu, czego wyłącznie pragnę i co stanowi mój jedyny zawód, literaturze. Zważywszy, że nie jestem niczym innym, jak tylko człowiekiem pióra, że niczym innym być nie mogę i nie chcę, moja posada nie zdoła nigdy stać się dla mnie porywająco atrakcyjna, za to potrafi z pewnością wyniszczyć mnie do ostatka. Niedaleko mi zresztą do tego (...)
Nie tylko na skutek swych warunków zewnętrznych, ale w większym stopniu przez właściwe sobie usposobienie jestem człowiekiem zamkniętym, milczącym, nietowarzyskim i niezadowolonym, czego nie mogę nazwać własnym swym nieszczęściem, gdyż jest to tylko refleksem mojego celu. Można tu przynajmniej z mego domowego trybu życia wysnuć pewne wnioski. Otóż wiodę w swojej rodzinie wśród najzacniejszych i najmilszych ludzi życie bardziej obce niż ktoś obcy. Rozmowy z moją matką ograniczyłem w ciągu lat ostatnich do mniej niż przeciętnie dwudziestu słów w ciągu dnia, z moim ojcem zamieniłem ledwie parę słów więcej niż same tylko wyrazy pozdrowienia. Ze swymi zamężnymi siostrami i ze szwagrami nie rozmawiam w ogóle, jakkolwiek nie jesteśmy wcale poróżnieni. Powodem tego jest po prostu fakt, że nie znajduję najbłahszego tematu do rozmowy z nimi. Wszystko, co nie jest literaturą, nudzi mnie i budzi moją nienawiść, ponieważ przeszkadza mi i hamuje mój rozwój, choćby tylko w subiektywnym słów tych rozumieniu (...)

Często myślałem już o tym, że dla mnie najlepszym sposobem życia byłoby z przyborami do pisania i z lampą zamieszkać w najdalszym pomieszczeniu rozległej, zamkniętej piwnicy (...) - z listu do Felicji.

Kafce całe życie nieobca była samotność. Z wiekiem przyzwyczaił się do niej i ją akceptował, ale  wydaje się, że nie wybaczył rodzicom, że go w tę samotność wpędzili. Utknął w niej jak stare wiadro w zapomnianej studni. W domu nigdy nie zaznał miłości i zainteresowania. Rodziców widywał rzadko. Ojciec, Hermann Kafka, rozwijał firmę prowadzącą handel detaliczny i hurtowy. Pod koniec 1882 roku otworzył swój pierwszy sklep z tekstyliami w Pradze. Matka, Julia, wywodząca się z domu gdzie wyrastała niczym Kopciuszek, całe dorosłe życie usługiwała mężowi, dzieciom okazując jedynie sztywną czułość. Liczył się sklep męża, jego narzekania i uniesienia, granie z nim w karty niemal każdego wieczoru przez czterdzieści dziewięć lat wspólnego pożycia, a dzieci w tym czasie wychowywane były przez służące, a potem guwernantki. Miłość i bliskość była im obca, za to konsekwencje rodzicielskiej obojętności bardzo rozległe. Dwóch braci Franza zmarło niedługo po narodzinach. Jego trzy siostry Elli, Valli i ukochana Ottla zginęły wszystkie podczas wojny. Dwie pierwsze trafiły jesienią 1941 roku do getta Litzmannstadt, a we wrześniu 1942 roku zostały wywiezione do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem. Najmłodsza siostra Ottla, zginęła w Oświęcimiu w komorze gazowej wraz z dziećmi, którymi się opiekowała.

Franz większość życia spędził w Pradze. Zwiedzając to miasto można natknąć się na wspomnienia o nim niemal w każdej dzielnicy Pragi. Bez większych trudności (piechotą) można odszukać dom jego narodzin, domy w których mieszkał, sklep ojca, szkołę, Muzeum mu poświęcone, miejsce spotkań społeczności kafkowskiej, tuż obok kafejkę; a także oryginalny, budzący skrajne odczucia pomnik, przy Synagodze Hiszpańskiej w dzielnicy żydowskiej. W 1922 roku ze względu na postępującą gruźlicę zrezygnował z pracy i przeniósł się rok później do Berlina, by móc zamieszkać z Dorą Diamant, żydówką z Pabianic, oraz poświęcić się wyłącznie pisaniu. Rok później ( 3.06.1924 r.) przegrał walkę z postępującą chorobą, która nawet już odebrała mu możliwość bezbolesnego jedzenia, i zmarł w sanatorium w Kierling koło Wiednia.
Miał 40 lat. Pochowany został wraz z rodzicami na cmentarzu żydowskim w Pradze, w dzielnicy Żiżkov.

Mój spacer śladami Franza Kafki...

Dom narodzin Franza Kafki - dziś
Tak wyglądał faktycznie w dniu narodzin Kafki - 3.06.1883 r.
Tablica pamiątkowa - róg ulic Franze Kafky i Maiselova
Dom Minuta dziś - Rynek Staromiejski
Dom Minuta w latach kiedy rodzina Kafków w nim mieszkała (1886-1896)
Wszechobecny...
Dzielnica Mala Strana - ul. Cihelna 2b
Wejście do Muzeum



Czech i Słowak sikający na swój ustrój - przed wejściem do Muzeum Kafki
Tu zakupiłam kilka pamiątek :)

Bilet pamiątkowy - 180 kc
Pomnik przy synagodze hiszpańskiej w dzielnicy Josefov. Ma 3,75m wysokości i waży 700kg. Wykonany z brązu monument zaprojektował Jaroslav Rona.

Pomniejszona wersja tego pomnika wręczana jest jako Międzynarodowa Nagroda Literacka przez Praskie Stowarzyszenie Franza Kafki
Dzielnica żydowska Josefov - ul. Siroka 14
Cafe Franz Kafka
Tuż obok miejsce spotkań społeczności kafkowskiej - Centrum Franza Kafki
A tu piękne wnętrze...



Rodzice Kafki - Hermann i Julia
Franz z siostrą Ottlą
Moje pamiątki z Pragi - te dotyczące Franza Kafki

Złota Uliczka nr. 22 - w tym domku Franz mieszkała wraz z siostrą Ottlą bardzo krótko, ze względu na fatalne warunki. Tylko od listopada 1916 r. do kwietnia 1917 r.  Powstała tu większość opowiadań ze zbioru "Lekarz wiejski"
Okno domku, obecnie można w nim kupić jedynie pamiątki

Złota Uliczka - 1916/1917 r.



Franz Kafka

Franz Kafka przeczuł to wszystko, przez czarnych
Aniołów zasztyletowany, na długo przed śmiercią
Swoich trzech sióstr. Pobiegły prędko po drabinie
Dymu oświęcimskiego, wniebowzięte za warkocze
Ścięte dawno. On miał w ręku nitkę jedną
Za czarnego kłębka, nitkę jedną, która mogła
Wyprowadzić z przeraźliwego labiryntu
Lub zaprowadzić do komory krematorium.
To co dzień na wysokim strychu, na podniebiu
Zamku ( o którym nie wie nikt, czym jest naprawdę,
Mimo że ma swój numer w Spisie Telefonów)
Toczy się Proces. Słychać płomieniste trąby
Strażaków miejskich lub aniołów Sądu Ostatecznego.
Tu co dzień zmierzch nam przysypuje włosy
Popiołami zabitych. W górze jest materialistyczne niebo
(Nie Rafaela kurtuazyjne niebiosy),
Jest czarno-purpurowa przepaść piekła,
W które skoczymy wszyscy na dusz lekkich spadochronach.

Mieczysław Jastrun, z tomiku "Rzecz ludzka"




Kiedyś zamieszkam w Pradze

Kiedyś zamieszkam w Pradze W życiu trzeba
mieć jakiś cel kochanie więc to będzie to
Zamieszkam blisko Wyszehradu
i blisko przystanku tramwaju
linii numer siedemnaście Żebym mógł
jeździć tam i z powrotem wzdłuż spokojnej
rzeki przyglądając się spokojnym ludziom
Nauczę się ich języka który śmieszy
moich rodaków ale mnie się podoba
to Prosím vás jest łagodne a mnie
potrzeba łagodności kochanie I będę popełniał
czeskie błędy cokolwiek one znaczą
i oglądał czeskie filmy A w kieszeni nosił
kamyki dla Františka K. I będę wypatrywał ciebie
kochanie bo w życiu trzeba mieć jakiś cel

Grzegorz Kozera, z tomiku "Data", który ukaże się w sierpniu 2011 r.