Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

2012-10-20

"Szymborską jesień się zaczęła"




Notatka

Życie - jedyny sposób,
żeby obrastać liśćmi, 
łapać oddech w piasku,
wzlatywać na skrzydłach;

być psem,
albo głaskać go po ciepłej sierści;

odróżniać ból
od wszystkiego, co nim nie jest;

mieścić się w wydarzeniach,
podziewać w widokach,
poszukiwać najmniej między omyłkami.

Wyjątkowa okazja,
żeby przez chwilę pamiętać,
o czym się rozmawiało
przy zgaszonej lampie;

i żeby raz przynajmniej
potknąć się o kamień,
zmoknąć na którymś deszczu,
zgubić klucze w trawie;
i wodzić wzrokiem za iskrą na wietrze;

i bez ustanku czegoś ważnego
nie wiedzieć.

Wisława Szymborska


Obejrzałam ten film już dwa razy. Obejrzę jeszcze wielokrotnie. Zbliża on bardzo do poetki. Holendrowi, Johnowi Albertowi Jansenowi udało się coś co wydaje się wręcz niemożliwe w tak krótkim czasie. Zatrzeć granice pomiędzy bohaterem dokumentu a jego odbiorcą, zminimalizować dystans do zera i praktycznie natychmiast, po kilku minutach, dopuścić widza bardzo blisko osobowości nawet tak wybitnej, ponadczasowej jakim jest Wisława Szymborska. Jedno jest pewne, takiego efektu nie da się osiągnąć jednostronnie, wiele zawdzięczamy naszej Noblistce. To Wisława Szymborska swą naturalnością, ciepłą kokieterią, podejściem do własnej osoby, sprawia że film ten staje się dokumentem wymykającym się poza zwykły dokument. Chyba nikt poza Wisławą Szymborską nie potrafi w tak szczery, otwarty sposób zaprosić własną postawą do swojego intymnego świata. Zachwyca dystansem do życia i własnych słabości. Nagłą potrzebą zażartowania, podzielenia się anegdotą czy zadziwieniem. Tak, Wisława Szymborska umie się najpiękniej zadziwiać ze wszystkich znanych mi osób. Nie unika jednak też spraw istotnych, niejednokrotnie trudnych, zawartych w swojej wieloletniej twórczości. Wszystko to dzieje się tak jakby nie istniał między bohaterką tego dokumentu a jego odbiorcą, żaden szklany ekran, żadna różnica wieku, jakby zatrzymał się czas. Jakby wszystko działo się tuż obok. Na kanapie, przy stole, wśród papierosowego dymu i ciepłego głosu, z tak charakterystyczną Noblistce dykcją. Można słuchać i patrzeć bez ograniczeń, wyczekując uśmiechu, który pojawia się zamiast kropki na końcu zdania. Uśmiechu, który jest niczym czułe dobranoc mamy szeptane dziecku do ucha.

Nadal żałuję, że nie dotarłam do Krakowa, gdzie w Centrum Manggha świętowano inaugurację działalności Fundacji Wisławy Szymborskiej i wyświetlano "Koniec i początek", chyba po raz pierwszy na dużym ekranie. Tam musiała być wyjątkowa atmosfera, która jeszcze bardziej wpływała zapewne na odbiór tego filmu. Podobno długo nie milkły brawa. Nie dziwię się. To bardzo wzruszający film, kiedy pomyśli się, że już Jej wśród nas nie ma. Ona w piękny sobie sposób, z lekkością, bez ustanku czegoś ważnego nie wiedziała. Zachwycała, zadziwiała i odkrywała. Jak dla mnie robi to nadal i dzięki Niej nauczyłam się zwalniać i dostrzegać.


2012-04-21

Razem mogą wszystko - "Nietykalni"


Mariusz Szczygieł na okładce książki "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla napisał "to najbardziej antydepresyjna książka świata". Mnie, wychodząc z kina po obejrzeniu francuskiego filmu "Nietykalni" w reżyserii Erica Toledano i Oliviera Nakache, dokładnie te same słowa jako pierwsze przyszły na myśl. To najbardziej antydepresyjny film świata! Komedia arcydzieło, z dopuszczalną dawką wzruszeń. Podana lekko, świeżo, jak francuski ser na drewnianej desce, który w promieniach słonecznych wzrusza swym widokiem.
"Nietykalni" mnie uwiedli. Zresztą nie tylko mnie. We Francji obejrzało ten film już ponad 20 mln widzów. Omar Sy, odtwórca jednej z głównych ról został już odpowiednio doceniony i otrzymał Cezara dla najlepszego aktora (po raz pierwszy nagrodę w tej kategorii przyznano aktorowi ciemnoskóremu).  Ma w sobie niezwykłą naturalność, swobodę ruchów i wyrażania głośno myśli, zdawałoby się pozornie, że takich nie do końca na miejscu. Miałam wrażenie, że cały film toczy się bez kamer, bez powtarzania scen, jakby na żywo. Francois Cluzet, grający sparaliżowanego Philippa, dorównuje talentem nagrodzonemu. Jego wdzięczność za to kim stał się dla niego Driss, umiejscowiona na jedynej ruchomej części ciała, twarzy, sprawia, że siła wzbiera się w człowieku na sam ten widok. Jako duet dopełniają się perfekcyjnie, tworzą obraz niezwykle ujmujący, piękny, dający nadzieję. Obraz zastępujący współczucie szczerym śmiechem, a zagubienie oddaną przyjaźnią. Wydawało mi się, że nie trafię nigdy na szczerze piękną komedię, która nie pstryknie mnie kiczem, na początku, w połowie lub na koniec filmu. Ten film w całości jest piękny. I nie pamiętam kiedy tak pięknie do łez się uśmiałam... 
Opowiedziana w filmie historia zdarzyła się naprawdę. Unieruchomiony całkowicie na skutek wypadku milioner zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który trafia tam poniekąd z przypadku. Nigdy nie interesowała go sztuka, życie na choćby nizinach kulturalnych, a całym życiem i przyszłością była ulica. Miał trudne dzieciństwo, i czuł, że nic dobrego już go w życiu nie spotka. Był typem łagodnego łajdaka, obiboka i wychowanka z paryskiego blokowiska. Philippa jednak zachwycił i dał mu on szansę, a właściwie rzucił wyzwanie, by na miesiąc spróbował przyjąć tę pracę. Driss od początku podszedł do sprawy jak typowy Francuz, dla którego naturalność wydaje się wrodzona, jak świadomość rogalika francuskiego na śniadanie. Między dwoma mężczyznami rodzi się przyjaźń. Życie nabiera tempa i wartości, ale wszystko to nie dopuszcza wydumanego poglądu na niepełnosprawność. Śmiech jest tu podstawą. I miłość... oczywiście bez niej nie ma pięknych filmów.



tutaj autentyczni bohaterowie tej historii: Philippe Pozzo di Borgo i Abdel Sellou.
Nadal żyją i utrzymują ze sobą kontakt.

Mnie osobiście urzekła jeszcze muzyka; Ludovico Einaudi jest dla mnie równie udanym odkryciem, jak sam film. Wydaje się wręcz niemożliwe, że współgra z komedią. A jednak. Bo "Nietykalni" to coś więcej niż zwyczajna komedia. Takie filmy już się nie zdarzają. Nie ma w nim dramatu, jak sugeruje Kinoplex, jest z poczuciem humoru pokazane życie, które czasem zawodzi, ale siła i wiara drzemie w ludziach nie bez powodu. Czasem tylko brakuje im odpowiedniego bodźca, odpowiedniego człowieka obok siebie, dystansu i samozaparcia. Chciałabym w swoim życiu trafiać na takich właśnie ludzi. Tymczasem wsłuchuję się w muzykę i wspominam Drissa i Philippa.





2012-02-22

Niezwykły świat Morrisa Lessmore


Gdyby tak książki mogły latać... otworzyłabym okno, usiadła na krawędzi jednej z nich i machnęła ręką na ludzkie zdziwienie. Kto nie kocha, nie uwierzy. Siła pasji uskrzydla. Zawsze z przyjemnością patrzę na ludzi z pasją, nie ważne czy ktoś kocha się w znaczkach, szczytach górskich, nutach, kwiatach, mundurach żołnierskich, posiłkach, rafach koralowych, słowach czy nawet w "pierd... zeschizowanej samobójczyni" (epitet tyczy się Virginii Woolf i mojego nią zainteresowania co wytknęła mi pewna zdawało mi się bliska osoba). Niektórych ludzi jednak bolą czyjeś drobne miłości, inności, fascynacje, w złości więc burzą w pierwszej kolejności powody owego stanu. Tylko ktoś kto pasji nie posiada, nie rozumie jak wielkie ma ona znaczenie.
Film "Fantastyczne latające książki Pana Morrisa Lessmore" ukazuje miłość do literatury, w uroczej scenerii latających książek, ale równie dobrze mogłyby tam latać znaczki, na których ożywałyby ludzkie twarze, czy kwiatki z korzonkami splecionymi w warkocze. Każdy może w wyobraźni zmodyfikować go pod kątem własnych dążeń do szczęścia. Ukazuje jak mimo tragedii (tu akurat nawiązanie do wydarzeń w Nowym Orleanie i huraganu Katrina)  pasja potrafi ocalić. Daje nadzieje, spełnienie i skutecznie motywuje by potem stąpać ponad ziemią. Bohater ten opowiastki, pan Morris, to postać wzorowana na Busterze Keaton’ie, bardzo znanym komiku z okresu kina niemego. Z jakiego powodu akurat on? Nie wiem, być może powodem była miłości do niego twórców owego filmu. Reżyser Brandon Oldenburg cenił zapewne Bustera Keatona, a rysownik William Joyce z wiadomych powodów zrobił wszystko, by miłość do książek była jak najbardziej wiarygodna. Krótki to film, ale bardzo wartościowy w swym przekazie. Słusznie znalazł się w piątce najlepszych animowanych filmów minionego roku i otrzymał nominacje do Oskara.



Dopisek: oczywiście też otrzymał Oskara :)

2011-02-12

"Kto się boi Virginii Woolf"


Czy względem siebie jesteście czasem złośliwi do tego stopnia, że nie poznajecie samych siebie? Czy mówiąc zastanawiacie się nad konsekwencją wypowiadanych słów, czy liczycie na to, że nie urażą, bądź zostaną zapomniane, bądź też wychodzicie z założenia, że się należały jak pręgi po bacie? Czy kłótnia wynika z potrzeby udowodnienia własnych racji, czy wyrzucenia uwierających w głębi boleści? Jaki stan uniesień można określić mianem kłótni, a co jest tylko potrzebną dla związku rozmową? Kończyć rozmowę, kiedy przekracza tę cienką linię kulturalnej dyskusji i staje się jazgotem, niezrozumiałym słowotokiem, czy pozwolić jej na dziką, niepohamowaną maskaradę? To w końcu należy się kłócić, czy też nie? Bo, że rozmawiać trzeba to zrozumiałe.

Film „Kto się boi Virginii Woolf” (reż. Mike Nichols) zekranizowany na podstawie sztuki teatralnej Edwarda Albee'go to odpowiedź na wszystkie powyższe pytania i jeszcze na kilkadziesiąt innych. Każdy znajdzie w nim coś co będzie go dotyczyć, bo temat skomplikowanych relacji międzyludzkich dotyka przecież każdego, mniej lub bardziej bezpośrednio. Obraz ten jest przestrogą przed dramatem, do jakiego sami niepotrzebnie, wodzeni pokusą rywalizacji możemy doprowadzić, jeśli nie nauczymy się rozmawiać.
Akcja filmu rozgrywa się jednej nocy, w większości w salonie pewnego doświadczonego, amerykańskiego małżeństwa. Martha (Elizabeth Taylor) i George (Richard Burton) wracają nieco podpici do domu i chwilę później, po ostrej wymianie zdań, do drzwi puka młoda para Nick (George Regal) i jego żona Honey (Sandy Dennis), którzy w owym salonie wygodnie się rozsiadają, początkowo sztywni, spięci i zmieszani sytuacją jaką zastali. Martha i George nie zważają na gości, ciągle sobie dogadują, wzajemnie się kompromitują, czerpią satysfakcję z wypracowanej od lat do perfekcji uszczypliwości. Można by rzec, że pastwią się nie tylko nad sobą nawzajem, ale też nad młodą parą, która przekraczająć ich progi wzniosła powiew łagodności, spokoju i czułości, jaka przypisana jest początkowym stadium zauroczenia. Wszystko to jednak z każdą godziną, z każdą kolejną szklanką wsuniętą w dłoń pełną alkoholu, z każdą kolejną słowną „zabawą” staje się przeszłością, która jest już nie do odzyskania. Obydwie pary staną się ofiarami własnym poczynań, niedomówień, hipokryzji, na której od podstaw budowali swoje związki. Tej nocy runą skrupulatnie pielęgnowane tajemnice, pozory zostaną oskalpowane, życie nabierze nowych znaczeń... Noc się skończy, nadejdzie świt. Czy coś się zmieni? 


Bardzo chciałabym przeczytać sztukę Albee'ego, padło w filmie tak dużo słów, że nie byłam w stanie wyłapać przekazu każdej z toczonych gierek małżeńskich. Można by te dwa związki bez końca analizować na terapiach małżeńskich, a film jako swoistą formę detoksu dodawać gratis do terapii. Być może zmęczenie jakie odczuwa się po jego obejrzeniu, spowodowane natężeniem negatywnych emocji i wręcz karykaturalnym przedstawieniem postaci, w odpowiednim momencie da o sobie znać, nim wypowie się zbyt wiele raniących słów. „Kto się boi Virginii Woolf” to doskonały dramat psychologiczny, boleśnie prawdziwy obraz pogrążającego się małżeństwa, zatracania się najpierw związku dwojga ludzi, a potem powolnego ich osobistego upadku.

"Kto się boi Virginii Woolf" nie ma nic wspólnego z pisarką Virginią Woolf, jej nazwisko pada tylko w tekście piosenki Who's Afraid of Virginia Woolf, którą kilkakrotnie odśpiewują bohaterowie filmu (linia melodyczna zaczerpnięta jest z piosenki dla dzieci z lat trzydziestych "Who's Afraid of the Big, Bad Wolf?”).

Film miał swoją premierę 21.06.1966r. Rok później otrzymał 13 nominacji do Oscara i wygrał w 5 kategoriach (cała czwórka aktorów była nominowana, z czego obydwie panie dostały statuetki). Należało się. To bardzo dobre kino, które wraz z upływem czasu nie traci na wartości.

Dopisek po kilku dniach - Znalazłam jeszcze w sieci obszerniejsze wytłumaczenie co do tytułu filmu i piosenki pojawiającej się w nim: "Who's afraid of Virginia Woolf?" jest bowiem ironiczną trawestacją refrenu amerykańskiej piosenki "Trzy małe świnki" Teda Searsa z muzyką Franka Churchilla, znanej szerzej i u nas z kreskówki "Były sobie świnki trzy" Walta Disneya. Trzy świnki śpiewały tam o wielkim złym wilku ze stanu Virginia "Who's afraid of the big bad wolf?". Nazwisko pisarki brzmi po angielsku identycznie - wilk. Tytuł budzi też skojarzenia z dziecięcą grą "Boicie się czarnego luda?". Gra słów symbolicznie łączy w nim świat dzieci i dorosłych, sztuki i zabawy, radości i strachu, życia i śmierci, co oddaje charakter poczynań bohaterów dramatu Albee'ego - napisał Krzysztof Masłoń na podstronie portalu http://kobiety-kobietom.com/ 


2010-11-14

Wieczór po raz kolejny z filmem "Once"




Uwielbiam ten film, ścieżkę dźwiękową do niego i to miękkie czeskie "Miluju tebe".

2010-10-22

"Różyczka"


Miałam iść na "Śluby panieńskie", ale się spóźniłam. Dziś wyświetlany był ostatni seans w naszym kinie i zła jestem na siebie, bo przez ostatnie dni wdepnęłam w ten drugi wymiar mojej codzienności, nie do końca mnie fascynujący, ale zgrabnie oplatający się wokół moich myśli. Porzuciłam kilka gazet, artykułów, napoczętych książek, filmów, planów kulinarnych, wychowawczych i relaksacyjnych, by dać z siebie wszystko w pracy, nie mając jak zwykle pewności co z tego wyniknie. Sporo obiecują, ale stąpam po bardzo delikatnej linie, bez możliwości jej wzmocnienia i szans na asekurację. Nie czuję się na niej pewnie, mimo iż każdy wstrzymuje oddech by najmniejszy podmuch zwątpienia mnie nie strącił.

Ale wracając do kina, skoro zapomniałam to musiałam znaleźć sobie jakąś alternatywę i kiedy niespodziewanie zostałam dziś na godzinę sama, wróciłam do filmu "Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego, który to zdobył w tym roku główną nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Odtworzyłam kilka nieprzypadkowych scen, tych które miałam w pamięci sprzed dwóch miesięcy, kiedy to pierwszy raz ten film obejrzałam... i nadal jestem pod jego wrażeniem, bo to jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Zostaje w pamięci nie tylko ze względu na  przejmujący wątek miłosny; na muzykę, która dla mnie osobiście jest niezwykle ważna w filmie; ani też na jak zwykle mistrzowską grę Andrzeja Seweryna i w tym wypadku równie  dobrą rolę Magdaleny Boczarskiej. Mnie jednak najbardziej ujął w tym filmie problem "marca 68" i takiego dziwnego przekonania, że w tych czasach Polski Ludowej miłość niewiele miała chyba do powiedzenia...
Akcja toczy się w Warszawie, na przełomie lat 1967 i 1968, kiedy to młody funkcjonariusz SB Roman Rożek (Robert Więckiewicz), namawia zakochaną w sobie Kamilę Sakowicz  (Magdalena Boczarska) do zostania agentką SB pod kryptonimem "Różyczka". Cel - Adam Warczewski (Andrzej Seweryn), wykształcony, inteligentny, oczytany profesor Uniwersytetu Warszawskiego i znany pisarz, który w tym czasie, wraz z innymi profesorami podpisuje protest przeciwko cenzurze... "Różyczka" namierza figuranta, przyjmuje pozycję wygodną do wbijania kolców, które w pewnym momencie słabną na sile, gdyż zafascynowana światem profesora, zaczyna darzyć go niespodziewanym uczuciem. Warczewski staje się dla niej nie tyle erotyczną zakąską, co człowiekiem, z którym chciałaby spędzić swoje życie. Odkrywa przy nim smak dobrego wina, potrzebę zgłębiania literatury i celebrowania doznań, takich jak czułość, bliskość i tworzenie więzi między dwojgiem szanujących się ludzi. Co z tego wyniknie?... 
Masa kłód rzuconych pod pędzącą miłość i niezapomniany widok pociągu z ostatniej sceny, a tuż za nim napisy: Pod naciskiem kampanii antysemickiej rozpętanej przez komunistyczne władze po tak zwanych "wydarzeniach marcowych" 1968r. wyjechało z Polski prawie 15 tys. osób. W tym blisko 500 pracowników naukowych, niemal tysiąc studentów, 200 pracowników prasy i wydawnictw, filmowcy, aktorzy, pisarze.

I jeszcze jeden fragment zacytuję, bowiem tam gdzie książki, tam i moje powiększające się ucho i ta rozmowa Kamili z Adamem jest jedną z moich ulubionych scen... Książki istnieją niekoniecznie po to, żeby je od razu czytać. Po pierwsze to piękne przedmioty. A po drugie są jak przyjaciele. Warto mieć je przy sobie. Nigdy nie wiadomo kiedy mogą się przydać ( a na półkach za nimi: Miłosz, Grudziński, Cat-Mackiewicz).
Z czystym sumieniem polecam. Do wielokrotnego oglądania.



2010-05-17

Deszczowo, ale za to nastrojowo

Wszystkiemu winna pogoda. Zamknięci w domu, odcięci od suchych kamieni po których można by do samochodu dojść, zalewani sukcesywnie przez cały dzień, nie ruszaliśmy się dziś z ciepłych murów. Kawa. Koc. Jajecznica. Koc. Obiad. Koc. Herbata. Koc. Niezastygnięta galaretka z owocami. Koc. Czekolada. Koc. Czerwone wino. Koc... i tak przez cały dzień, wszystkie czynności z wełnianym pledem na ramionach.
Dalszemu przebiegowi dnia winny ostatni numer Przekroju. Zamknięta w kroplach deszczu, postanowiłam nadrobić zaległości prasowe. Poszukując ostatnich numerów w różnych częściach domu trafiłam na pamiątki z Komunii Charliego, a wśród nich, między kartkami pełnymi ciepłych życzeń leżał sobie „Mały Książę” Antoine de Saint-Exupery... czyż taki deszczowy dzień nie jest wymarzonym na przypomnienie sobie tej właśnie książki? - pomyślałam. Jeszcze o trzynastej wraz z Charlim byliśmy w piżamach, spacerowaliśmy za Małym Księciem po malutkich jednoosobowych planetach i przestaliśmy żałować, że za oknem wielki płacz. Czytałam tę książkę wieki temu i zawsze chciałam ją mieć w domu, ale jakoś nie było okazji, do dnia Pierwszej Komunii mojego syna, kiedy to wpadłam na genialny pomysł zapisania mu życzeń komunijnych w tej właśnie książce zamiast na kartce, która swą biel za kilka lat straci, a kto wie, czy nawet nie zniknie w czeluściach kartonowego pudełka z pamiątkami. Tak oto Charli w wieku dziewięciu lat, stał się szczęśliwym posiadaczem „Małego Księcia”, a ja na tym jakby nie było skorzystałam. Przepadliśmy, choć przyznać muszę, że znacznie bardziej ja, bo dobrnęłam do ostatniej strony już w samotności (Lola porwała brata do zabawy w połowie książki). Streszczać tej książki będę, bo domyślam się, że większość ją czytała, a jeśli nie czytała to przynajmniej ze słyszenia wie, o czym ona jest. Chciałam tylko zamieścić mój ulubiony fragment:
Ponieważ Mały Książę był senny, wziąłem go na ręce i poszedłem dalej. Byłem wzruszony. Wydawało mi się, że niosę kruchy skarb.Wydawało mi się nawet, że na Ziemi nie istnieje nic bardziej nietrwałego. W świetle księżyca patrzyłem na blade czoło, na zamknięte oczy, na pukle włosów poruszane wiatrem i mówiłem sobie, że to co widzę, jest tylko zewnętrzną powłoką. Najważniejsze jest niewidoczne.
Ponieważ półotwarte wargi uśmiechały się leciutko, powiedziałem sobie jeszcze „To, co mnie wzrusza najmocniej w tym małym śpiącym królewiczu, to jego wierność dla kwiatu, to obraz róży, który świeci w nim jak płomień lampy, nawet podczas snu”. I wydał mi się jeszcze bardziej kruchy. Byle podmuch wiatru może zgasić lampę-trzeba dobrze uważać. I tak idąc, o świcie odnalazłem studnię.
(...)Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Po południu wróciłam do Przekroju, którego wcześniej porzuciłam nim go odnalazłam, i omijając politykę przeniosłam się w świat książek i filmów, a tam obszerny wywiad z Marcinem Królem, autorem nowej książki „Czego nas uczy Leszek Kołakowski”; ciekawa wzmianka o Elizie Orzeszkowej, nazywanej polską Jane Austen czy Doris Lessing, której wręcz wydarto z życiorysu Literacką Nagrodę Nobla przekazując ją w ręce Henryka Sienkiewicza w 1904r.- 18 maja obchodzić będziemy setną rocznicę śmierci tej pisarki. Potem przeszłam przez krótkie zaproszenie do poezji Adama Zagajewskiego i jego nowego tomiku „Wiersze wybrane” oraz przez recenzję filmu „Samotny mężczyzna” z Colinem Firthem w roli głównej, który nominowany jest do Oskara za rolę geja-profesora literatury. Colina Firtha bardzo lubię, a kiedy doczytałam , że u jego boku pojawi się Julianne Moore, to już wiem, że do czwartku muszę znaleźć jakiś wolny wieczór, żeby wybrać się do kina. Cofając się kilka stron wcześniej (mam zwyczaj czytania gazet od końca) trafiłam na wciągającą prezentację sylwetki najsłynniejszej nowozelandzkiej reżyserki Jane Campion („Anioł przy moim stole”, „Portret Damy”, „Fortepian”, „Święty dym”, „Tatuaż” i najnowszy film niebawem w kinach „Jaśniejsza od gwiazd”).
Nie mogłam się oprzeć, zaparzyłam dzbanuszek gorącej herbaty i wskoczyłam pod koc załączając zakupiony kilka tygodni temu na wyprzedaży „Fortepian”. Jako, że dzień zaczęłam od powtórki „Małego Księcia”, to i powtórki „Fortepianu”, a właściwie to muzyki towarzyszącej scenom w tym filmie się mi zachciało... Michael Nyman sprawił, że moja trwająca ostatnimi czasu słabość do muzyki fortepianowej się pogłębia. Zamykam oczy i mnie nie ma. Przenoszę się na szeroką nowozelandzką plażę, na której Ada (Holly Hunter) gra na swym ukochanym fortepianie. Widzę ją szczerze uśmiechniętą, oddaną całym sercem pasji, muzyce, unoszącą się ponad to co przyziemne. To w tej scenie, Ada jest w pełni szczęśliwa, w pozostałych walczy o takie właśnie chwile. Na co dzień jej szczupła, blada twarz, o nieobecnym spojrzeniu, pełnym pytań, których nie jest w stanie zadać, bo jest niemową, sprawia, że postrzega się ją jako bohaterką niedostępną, odizolowaną, niechętną do wpuszczenia widza w swój świat. Jest nieszczęśliwa u boku swojego męża, którego wybrał dla niej ojciec, a który rezygnując z transportu fortepianu skazał się z góry na milczenie i oziębłość w stosunku do niego. W filmie tym jednak nie ma miejsca na tłumaczenie i naprawianie popełnionych błędów, każda z postaci żyje swoim życiem, z pewnym dystansem i nieufnością do innych, ale wielką wewnętrzną siłą i zaparciem. Nie ma rozmów, są czyny, raniące, poniżające, niepewne konsekwencji. I jest ciągła walka. Bainesa o miłość, Ady o wolność własnych wyborów, Stewarta o poszanowanie małżeńskiej przysięgi. I każdy z nich walczy w szczytnym dla siebie celu, z potrzeby serca, nie bacząc na skutki jakie są nieuniknione przy tego typu działaniach. Zadowalając siebie, nie możemy bowiem zadowalać równocześnie innych.
Nie będę zdradzać dalszych szczegółów, bo film ten zaczyna istnieć przede wszystkim dopiero wraz z pierwszym dźwiękiem klawiszy fortepianu... sami posłuchajcie: The Sacrifice - Michael Nyman ( z filmu "Fortepian")

p.s wraz z jutrzejszym numerem Nesweeka można zakupić inny film tej pełnej wrażliwości reżyserki pt. „Portret damy” z Nicole Kidman w roli głównej. A „Jaśniejszą od gwiazd” już będę wypatrywać w kinie, bo Jane Campion tworzy filmy, których się nie zapomina.

A poza tym to ciągle pada i obawiam się, że jutro będę mieć wodę w przedpokoju... 

2010-03-02

Chwilami życie bywa znośne

 

Wczoraj wieczorem obejrzałam zapadający w pamięć dokument Katarzyny Kolendy-Zaleskiej o Wisławie Szymborskiej, poetce która kiedy na nią patrzę kojarzy mi się z delikatnością, lekkością i kruchością motyla. Motyla, który jest dla mnie symbolem czegoś bardzo radosnego, subtelnego i nieuchwytnego. Samo patrzenia na panią Wisławę sprawia mi ogromną radość, jej usta i oczy łączące się w jedność przy uśmiechu wywołują u mnie wzruszenie. Sposób w jaki wybucha niepohamowanym śmiechem, w jaki skrywa usta za pomarszczoną drobną dłonią, która przelała na papier niezliczone ilości słów, jest czymś niezwykle „szymborskim”, jakby lekko wstydliwym obnażeniem własnej nieposkromionej naturalnej radości przed okrutnością świata. Człowiek uśmiecha się razem z nią. Nie kontroluje uniesienia kącików ust, nagłego rozświetlenia spojrzenia, mimowolnego podniesienia podbródka... oddaje się magii jej dziecięcej wdzięczności zmieszanej z  pięknem spostrzeżeń doświadczonej, inteligentnej kobiety, która z wrażliwością spogląda na otaczający ją świat.
Film o tytule upamiętniającym słowa poetki, które wypowiada na samym końcu „Chwilami życie bywa znośne” powstawał dwa lata. Większość prawie dwugodzinnego dokumentu stanowią wspomnienia ze spacerów po Limericku (mieście, które zapoczątkowało karierę tak lubianych przez poetkę limeryków), Amsterdamie gdzie widzimy drobną postać  krążącą wokół niezliczonej liczby holenderskich rowerów, która zmniejsza się na oczach widza do wielkości oliwki i znika za rogiem jednej z kolorowych kamienic. Widzimy też Szymborską we Włoszech, na Sycylii, w Katanii u podnóża Etny, w Corleone, w Wenecji, w Bolonii na uniwersytecie, gdzie wita ją sam Umberto Eco. Wśród kwiatów, zabytków, w słońcu, w deszczu, z filiżanką czy papierosem, który nie odbiera jej uroku (mówi, że wszyscy wybitni twórcy palili, czy palą - nie sądzę, by takie dzieła jak Czarodziejska góra (przyp. Tomasza Manna) powstały bez papierosa - powiedziała).Wszędzie uśmiechniętą, chętną do zwiedzania, zapamiętywania szczegółów i upamiętniania obrazów z podróży takich jak choćby nazwy miast na metalowych tabliczkach, pod którymi poetka uwielbia się fotografować. Ma też zwyczaj kupowania pamiątek dla przyjaciół, więc towarzyszymy jej na zakupach, a także jesteśmy świadkami jej opowieści o kiczowatych bibelotach, jakie zwożą jej z całego świata znajomi, które zalegają w jej niewielkim, zaledwie 60m mieszkaniu. Obserwujemy też wielkie poszukiwania Nobla, który zaginął w jednej z 600 szuflad, zapełnionych pocztówkami, listami, nagrodami, wyróżnieniami i wycinkami z gazet, z których Szymborska robi przepiękne kolaże. Jeden z takich podarowała szczerze wzruszonemu Woody Allenowi, którego tak samo jak Vaclava Havla i Jane Goodall (sławną badaczkę małp) chciałaby osobiście poznać. Żadnej z tych trzech osobistości nie miała okazji na żywo spotkać, ale dotarła do nich Katarzyna Kolenda-Zaleska i każda z nich wypowiada się w tym filmie na temat twórczości poetki, co było widać sprawiło Szymborskiej niespodziankę i dało powód do zaiste szczerego wzruszenia. Sam Woody Allen mówi o niej: Szymborska ma wielki wkład w moje zadowolenie z życia, jej poezja jest dramatyczna, ironiczna i jednocześnie zabawna; jest dla mnie artystką głęboką, przenikliwą, ale pamiętającą o zabawianiu czytelnika.
Nie tylko z ust Woody Allena pada mnóstwo pełnych szacunku i docenienia słów dotyczących twórczości poetki, wypowiadają się również pisarze Umberto Eco i Jerzy Pilch, poeci Ewa Lipska i Bronisław Maj, wydawca Jerzy Illg (który stworzył równie piękny jak Kolenda-Zaleska portret Szymborskiej, z tym, że malowany słowami w swojej książce „Mój Znak”), a także piosenkarz Grzegorz Turnau, oraz inni, do nazwisk których pamięć mnie zawiodła. Mnóstwo szczegółów, często tych wesołych pada z ust sekretarza poetki Michała Rusinka, który ze swobodnym uśmiechem opowiada jak to musiał zakupić znajomym poetki ogrodową owieczkę naturalnych rozmiarów i co najważniejsze w tej opowieści, zawieźć zgodnie z zaleceniami Szymborskiej, bezszelestnie najlepiej na zgaszonym silniku pod górkę i wstawić niezauważalnie do ich ogrodu.
Mamy okazję zobaczyć też przechowywany nadal przez krakowskie siostry zakonne dziennik z lat 1936-37, kiedy Szymborska miała zaledwie trzynaście lat, co nie wadziło by odnotować proroczą opinię na temat tej nastoletniej wówczas dziewczynki: będzie sławną autorką w rodzaju Marka Twaina - odczytała jedna z sióstr zachowane notatki.
Razem z Szymborską kroczymy alejami wystaw malarskich, podziwiamy Jana Vermeera i jego ulubiony przez poetkę obraz „Mleczarka”… słuchamy ukochanej piosenkarki Elli Fitzgerald, obserwujemy także ciekawe wspomnienia o Noblu i tzw. tragedii sztokholmskiej (Illg wspomina, że Szymborska zawsze powtarzała: zawsze starałam się być osobą i nie zamierzam teraz zostać osobistością), oraz trudne rozmowy o jej młodzieńczych wierszach o Stalinie ( żałuję, że brakowało mi wiedzy i wyobraźni; i najgorsze, że to była moja dobra wola, nie robiłam tego dla pieniędzy, dla kariery … no trudno, trudno,tak wtedy myślałam - wspomina zamyślona), a także jedyne niezbyt wylewne fragmenty o miłości do Kornela Filipowicza, z którym poetka była związana luźnym związkiem przez dwadzieścia lat i któremu była skłonna oddać swojego Nobla ( jeżeli ja słyszę z ust Szymborskiej, że to Filipowicz powinien Nobla dostać to ja tu widzę szaleństwo śmiertelnie zakochanej kobiety, a nie obiektywizm literacki - komentuje z uśmiechem pisarz Jerzy Pilch).
Z filmu jasno wynika, że Szymborska nie lubi kiedy się jej szpera w życiorysie, rzadko udziela wywiadów, unika spotkań autorskich, a złoty medal Nobla , znaleziony wreszcie przez Michała Rusinka na końcu filmu, każe włożyć do szuflady, gdzieś tam między Borzęcinem, a Krynicą Górską. Jak wspomniała bodajże Ewa Lipska, jest w niej naturalna potrzeba dystansu do świata, do ludzi, patrzy na nas, na gatunek ludzki, przez pryzmat własnych myśli i próbuje wybić nas z pychy. Zupełnie niepotrzebny był jej ten Nobel, który tylko przysporzył jej kłopotów, dał powody do stresu, bo ani o nim nie marzyła, ani jej to nie było potrzebne, ale zniosła to z godnością. Bo wszyscy doskonale wiemy, że nawet jeżeli Szymborska Nobla by nie miała, to i tak byłaby tą ukochaną poetką wielu ludzi na świecie (w filmie wspomniano, że w metro w USA wyryte są na ścianach jej wiersze), bo jak powiedział Umberto Eco Szymborska w prosty i nieskomplikowany sposób pisze o rzeczach najważniejszych, a to w zupełności wystarcza by bezgranicznie się w niej zakochać.

"Przykład"

Wichura
zdarła nocą wszystkie liście z drzewa
oprócz listka jednego
pozostawionego,
żeby się kiwał solo na gołej gałęzi.

Na tym przykładzie
Przemoc demonstruje,
że owszem -
pożartować sobie czasem lubi.

(wiersz pochodzi z tomiku "Tutaj")

2009-10-08

Dzieci Ireny Sendlerowej

Dzień za dniem ucieka. Ale to nic nowego...
Przemijalność podana na śniadanie, na tacy ozdobionej klepsydrami będącymi w ciągłym ruchu. Rutyna przysmażona na obiad, skwiercząca pod ciężarem kotletów schabowych. Wrażenie zmarnowanego dnia na kolację.
Tyle się w ciągu dnia dzieje... posiłki, szkoła, zabawa, wspólne czytanie, budowanie wież z klocków, dentysta, ważne telefony, e-maile, obowiązki zawodowe, domowe, fryzjer, wiersz Na straganie wykuty na pamięć, zakupy, kilka stron Remigiusza Grzeli "Bagaże Franza K.", do poduszki nadal "Lolita"(w drodze są kolejne audiobooki "Anna Karenina", "Doktor Faustus", "Duma i uprzedzenie" i "Świat według Garpa")... a ja wieczorami mam wrażenie, że mogłam jeszcze wyprać, wyprasować, kurze zetrzeć, oglądnąć zaległe filmy, zrobić porządek - tu i ówdzie (czyt. wszędzie), odwiedzić przyjaciółkę, mamę, babcię, siostrę, panią w księgarni... nie no, powtarzam się, ale dzień jest stanowczo za krótki.
Dziś na przykład zmarnowałam godzinę u dentysty, który to potraktował mnie jak profesjonalna myjnia samochodowa (z pełnym szacunkiem dla pana doktora, którego uwielbiam, jeśli istnieje coś takiego jak uwielbienie wobec dentysty). Od pewnego czasu robi mi remanent uzębienia i jestem bardzo zadowolona, ale tej dzisiejszej "ulewy" się nie spodziewałam. Miałam robioną tzw. licówkę, i nagle poczułam, że nie potrafię rozchylić zlepionych rzęs, a wzdłuż biustu cieknie wodospad. Ale efekt bosssski. Zęba oczywiście. Bo rozmazany tusz i mokra bluzka przyciągnęła cztery pary zdziwionych oczu sióstr zakonnych, kiedy to wpadłam do kina po bilet na film "Dzieci Ireny Sendlerowej". Utykając do tego wszystkiego, bo chciałam sobie nowe butki rozciągnąć, ale się bestie nie poddały...

Znając moje umiłowanie do filmów, na których frekwencja nie przekracza zazwyczaj poniżej, lub lekko powyżej dziesiątki, nie mogłam sobie odmówić historii o Irenie Sendlerowej. Dziś zainteresowanych sztuk było dwanaście, w tym cztery wspomniane wcześniej zakonnice. Ostatni raz, tak wypełnione po brzegi źrenice zakonnic emocjami, widziałam na karuzeli w parku miniatur. Ani tu, ani tu, nic nie jadły i chwała im za to.

Scenariusz filmu "Dzieci Ireny Sendlerowej" oparty jest na książce Anny Mieszkowskiej "Matka dzieci Holocaustu" (którą notabene zamówiłam sobie na prezent urodzinowy i już nie mogę się na nią doczekać). To historia młodej Polki Ireny Sendlerowej (ur. 15 luty1910r.), która podczas II wojny światowej, wraz z grupą współpracowników zainicjowała szeroko zakrojoną akcję ratowania żydowskich dzieci z getta warszawskiego. Jako pracownica socjalna (Rada Pomocy Żydom "Żegota" mianowała ją szefową oddziału dziecięcego w 1942 r.) posiadała przepustkę do getta, miejsca, z którego jedyna droga prowadziła do wagonów pociągów kierowanych do obozów zagłady. Każdego dnia ryzykowała własnym życiem, przemycając w walizkach, kufrach i samochodach, smutne, zaniedbane i skazane na śmierć dzieci. Ale ratowała nie tylko sieroty, ale także te dzieci, które posiadały tulące je do snu matki. To była dla nich jedyna szansa. Rozdzielenie z rodzicami było wybawieniem. Bolesnym, ale koniecznym.
Noworodkom, żeby nie płakały, podawała środki nasenne. Starsze dzieci przewoziła socjalnym samochodem, bądź przebierała w ukryciu za „polskie dzieci” i unikając wzroku gestapo przechodziła przez Sąd, który stał na linii tajnych podziemnych przejść i był jedną z nielicznych dróg ucieczki z getta. Po drodze uczyła ich nowych imion, nazwisk, miejsc pochodzenia i modlitw chrześcijańskich …robiła wszystko co w jej mocy, żeby dać im jak największą szansę przeżycia, docelowo umieszczając je w domach dziecka, polskich rodzinach i przytułkach prowadzonych przez zakonnice. Dane każdego uratowanego dziecka, oraz miejsca do którego trafiło, zapisywała na bibułce i umieszczała w szczelnie zamkniętym słoiku pod jabłonią. Sama została w 1943 r. zatrzymana przez gestapo,torturowana i skazana na śmierć. Tuż przed samą egzekucją została ocalona przez „Żegotę”.

Film doprowadził mnie do łez, ale czuję niedosyt. Zbyt skąpy jest w nim psychologiczny portret samej Ireny Sendlerowej i mam nadzieję, że książka mi to wynagrodzi. Bo mimo , iż Pani Irena nie lubiła kiedy określano ją mianem „bohaterki”, to dla mnie i tak nią jest. Na zawsze.
Uratowała około 2 500 dzieci… to o połowę więcej niż Schindler. Czemu zatem Schindlera znają wszyscy, a nazwisko Sendler wielu z nas nic nie mówiło do czasu plakatów reklamowych przed kinem? Skąd w trzydziestoletniej kobiecie taka siła? Taka miłość? Taka niewiarygodna wola walki z Hitlerem?

Irena Sendler zmarła 12 maja 2008 roku w wieku 98 lat.

 

2009-06-04

Wizerunek Polski nagrodzony "Nike"

Doszłam do wniosku, że albo jestem taką delikatną panienką, albo coś tu nie halo z wielką promocją "Wojny polsko-ruskiej" Doroty Masłowskiej. Nie potrafię zrozumieć fenomenu akceptacji i promowania brutalności w czasach, kiedy wystarczająco sporo jest jej wokół nas i wręcz walczyć z nią Polska powinna, a nie ją promować i laurami obdarowywać.

Już sam wizerunek Borysa Szyca na plakacie działa na mnie odpychająco. Łysa pała, zafarbowane brwi, oczy usypane z działki amfetaminy, a w nich odbicie zabawy w seks z byle kim, byle gdzie i byle jak. Reszta plakatu też mnie nie zachwyca, tym bardziej, że plagiatem się okazał. A feee, nieładnie... Myślałam, że tylko niektóre zespoły się w coś takiego jak kopiowanie bawią, a tu okazuje się, że reżyser o takim nazwisku jak Żuławski, imieniu Xawery, też nie ma własnych pomysłów na promocję swojego dzieła.

Plakat plakatem, ale żeby książek nie czytać? I to nie byle jakich książek... chodzi o książkę na podstawie której własny film się kręci. To już jakiś absurd. Nie rozumiem, jak reżyser może stworzyć film odzwierciedlający książkę, przez którą sam nie był w stanie przebrnąć? Notabene główny bohater, czyli Szyc, też się poddał i gra "na sucho".
I tym oto sposobem, moim skromnym zdaniem nic im z tego nie wyszło. Jedynie jakaś niskobudżetowa produkcja, w której słowo kurwa brzmi jak "dzień dobry". Wszyscy się leją po pyskach, krew sika, kobiety wyglądają jak wycieraczki, które szacunek dla siebie wyssały z ostatnią kroplą mleka matki dawno temu i już nie znają jego smaku.
Oto proszę państwa przed Wami zekranizowana wizytówka Polski nagrodzona prestiżową nagrodą Nike, za najlepszą książkę roku 2006.

I w związku z tym do kina nie idę.
Zwiastun mi wystarczył , żeby się przekonać o tym, że zarówno Szyc, jak i bełkocząca coś pod nosem Masłowska tak strasznie mnie drażnią, że wolę kupić dzieciom mandarynki.
Przez książkę też nie jestem w stanie przebrnąć, choć próbowałam, a to dlatego, że zbuntowałam się na dobre, jak "takie coś" Nike dostało. I nie zwracam się tu epitetami "takie coś" w stosunku do Masłowskiej (każdy ma prawo pisać o czym chce, w jakim stanie chce, i kiedy chce) ale do książki, którą znawcy literatury uznali, za dzieło warte postawienia na tej samej półce co dzieła Szymborskiej, Miłosza, Myśliwskiego, Hartwig czy Tokarczuk... wstyd. To gwałt na języku polskim.
Nie wiem, może moja wrażliwość źle została oszlifowana i nie znam się na dziełach, które powinny mnie ruszyć. "Wojna polsko ruska " mnie nie rusza. Nie rzuca mnie na kolana. Ona mnie odrzuca.
Zabija we mnie to co piękne każdym splunięciem Szyca i każdym wulgaryzmem jakie aktorzy cedzą przez usta jakby im wstyd było, że tam grają, albo jakby nie zdążyli się ról douczyć.
Dla mnie kicz. Przez wielkie K. I głębokie dno.

Chyba musiałabym się naćpać tym białym proszkiem, żeby dostrzec coś pięknego w obrazie stworzonych przez Masłowską i Żuławskiego... może wtedy w otoczeniu brutalności i typowo polskiego "kurwa" człowiek czuje się jak na łące wśród maków, chabrów i stokrotek. A każde "kurwa" brzmi jak "alleluja" ...




2009-02-01

Katyń

Wszystko co miałam w głowie, co przekazać chciałam klawiaturze... poległo.
Tak jak polegli polscy oficerowie.
Oglądnęłam "Katyń" Andrzeja Wajdy i nic już dziś nie napiszę...

Muszę się położyć i zasnąć, bo boli mnie tył głowy.

2008-11-21

"33 sceny z życia"

Wczoraj wybrałam się na "33 sceny z życia".
Poszłam na seans o 21.45, było osiem osób i nikt nawet nie szeptał. Wszyscy połykaliśmy zakupione wcześniej nachosy, żeby nie przedziurawić wiszącego w powietrzu skupienia.
... a wisiało całe dziewięćdziesiąt minut...

O 23.30 na czarnym ekranie pojawiły się napisy... przez kolejne pięć minut zupełnie obcy ludzie siedzieli wbici w fotele i nie wiedzieli czy już mogą wstać.
A może zasnęli?
Nie wiem...nie ważne.
Wcześniej przyjaciółka napisała mi błagam, idź na inny film, połowa moich znajomych wyszła po dwudziestu minutach.

A ja poszłam. I nie wyszłam.

Czy mi się podobało? Do teraz nie wiem, trawię jeszcze emocje i nie sposób określić tego filmu, czy się podobał, czy nie. Raczej czy zostanie w pamięci, czy nie.. u mnie zostanie.
Małgorzata Szumowska w sposób niezwykle bezwstydny przedstawiła obraz niezgody ze śmiercią najbliższych. W sposób zupełnie inny od ogólnie przyjętych zachowań.
Nie ma praktycznie wcale łez, nie ma rozczulających refleksji, nie ma powrotu do wspomnień. Jest teraźniejszość, rozdzierający ból, dramatyczny bunt podsycany ostrymi słowami na przemian z ironicznym żartem.
To mi przeszkadzało... wewnątrz mnie łzy zderzały się ze sporadycznym uśmiechem i ani to ani to nie wyszło ze mnie na zewnątrz. Do tego te kilkuminutowe przerwy z pustym czarnym ekranem i przejmująco głośną muzyką, jakbym wpadała do głębokiej studni...
I sytuacja na cmentarzu... ksiądz skręca z trumną w złą stronę, potem zamiast przed nią idzie za nią, samochód jedzie tyłem, a siostry rozmawiają o tik takach...
Nie oceniam jednak zachowania Julii, każdy ma prawo w inny sposób przeżywać stratę trzech najbliższych osób... matkę i ojca pokonała śmierć, a jej małżeństwo umarło przez obustronne zaniedbanie.
Nikt nie przyjąłby tego normalnie.
Jakkolwiek znaczy NORMALNIE...

To jeden z moich ulubionych, polskich filmów.

2008-11-19

"Wicker Park" kontra "Once"

 

Siedząc rano przy filiżance gorącej caffe latte natknęłam się na you tubie na zapowiedź filmu "Once", który momentalnie skojarzył się mi z moim ukochanym "Apartamentem"... motyw przewodni to dążenie do tej jedynej wielkiej miłości, połączenie się dwóch właściwych połówek.

Ale może zacznę od tego, który już widziałam.

"Apartament" to jeden z tych filmów, których obrazy noszę w pamięci w nienaruszonym stanie.
Wystarczy, że usłyszę pierwszą nutę utworu "The Scientist" grupy Coldplay i jestem automatycznie teleportowana na lotnisko, w ramiona Josha Hartnetta, którego głębokie spojrzenie przenika mnie całą, dosłownie całą i jeszcze trochę. Czuję jak obejmuje mnie skrzydłami swojej wielkiej zdeterminowanej miłości, jak otula mnie namiętnością i wiarą w to, że można odnaleźć utracone uczucie jeśli tylko się tego pragnie.

Film rozpoczyna się od pierwszych minut. Nie ma w nim nic z typowego dla filmów o miłości ubarwiania w sielankę. Bo mimo, iż motywem przewodnim jest owa miłość, to jednak walka o nią sprawia, że film staje się fragmentarycznie thillerem z odłamem melodramatu w tle.
Tylko samo zakończenie jest typowym dla filmów romantycznych wyciskaczem łez. Ja przyznaję się, że wycisnęłam ich całe wiadro.

Główny bohater Matthew, młody bankier, ma niebawem ożenić się z siostrą swojego szefa. Jednak firmowa kolacja w restauracji krzyżuje mu plany, a właściwie jego narzeczonej, która nieświadomie pokochała człowieka, którego serce stanęło dwa lata wcześniej.
Podczas trwania kolacji Matthew przypadkowo zauważa twarz kobiety, która do złudzenia przypomina Lisę, jego utraconą wielką miłość i wspomnienia wracają z siłą, która odrzuca aktualnie trwającą rzeczywistość.
Od tego momentu Matthew widzi tylko ją. A my widzimy w jego oczach ciągły ból i niepojętość dlaczego ukochana zostawiła go bez słów wyjaśnienia? Razem z nim zadajemy sobie pytanie co zrobił źle, w czym zawinił, czy do tego rozstania musiało nieuchronnie dojść?
Dlaczego akurat teraz... kiedy po dwóch latach powrócił do Chicago pewien, że wspomnienia zatarł już upływ czasu, Lisa pojawia się tak niespodziewanie?
Dlaczego wywołuje w nim taką obsesyjną potrzebę wyjaśnienia kulis swojego odejścia?
Dlaczego tak mocno nadal ją kocha, skoro ona zraniła?
Czy tak właśnie objawia się przeznaczenie? Pojawia się w momencie swojej ostatniej szansy i albo zostanie wyłapane z tłumu, albo przejdzie niezauważone...
Matheew na szczęście dostrzega swoją karmę ...
Od momentu zobaczenia Lisy w restauracji nie jest w stanie normalnie żyć, popada w obsesję na jej punkcie. Robi wszystko, żeby nie utracić jej ponownie, żeby w końcu ich serca zaczęły oddychać miłością sprzed dwóch lat.
Szuka, błądzi, walczy o uczucie z determinacją godną podziwu, a siły dodaje mu wiara w to, że miłość z dnia na dzień nie wygasa.
Nie odchodzi bez przyczyny.

Czy mu się uda?... zobaczcie sami, powiem tylko, że niełatwo jest dogonić miłość.
Jednak złapana w porę oddaje jednym spojrzeniem fakt, iż była warta stąpania na krawędzi intrygi i godna walki jaką stoczyła z ludzką zawiścią.

Życzę miłego oglądania, najlepiej minimum dwukrotnego, bo reżyser nie szczędził pozornie nieskładnie pokazywanych scenek, które jednak mimo pokomplikowania dają chronologicznie zwartą całość.
A wracając do widzianej rano zapowiedzi... czy "Once" zajmie miejsce na podium razem z "Apartamentem"... widział ktoś?
Muzyka sprawia, że mam ochotę biec do wypożyczalni...
I coś czuję, że pobiegnę.