Wracając do tematu mojego zapominania o niektórych przeczytanych książkach, czasami trafiają się takie, o których zapomnieć nie chcę. Robię więc wszystko by tego zapomnienia nie doświadczyć. Ono najzwyczajniej złości kiedy otwiera się książkę, i gdyby nie ślady ołówka nie byłoby się pewnym przeczytania.
Z Pamiętnikiem z getta i z samym Januszem Korczakiem tak właśnie jest. Pragnę mieć w pamięci jak najdłużej i wracać do jego, i bliskich mu ludzi, życia. Przy okazji wzruszającego Pamiętnika polecam też jedną z lepszych moim zdaniem biografii - "Korczak. Próba biografii" Joanny Orczak-Ronikier.
Poniższy tekst napisałam do 44. numeru Kwartalnika
"sZAFa" ( i dla własnej pamięci też ).
"Bo
mówić i rozmawiać to nie to samo”
|
Zostawcie mnie dzieciom. - Nie
jestem socjologiem. Spartaczę, skompromituję i próbę, i siebie.
(…) Miasto wyrzuca mi dzieci, jak muszelki, a ja nic - tylko
dobry jestem dla nich. I powtarzam sobie ponownie -
Zostawcie mnie dzieciom. Zostawcie mnie dzieciom. A ja nic -
tylko dobry jestem dla nich.
|
|
Słowa te towarzyszą mi przez resztę
kart „Pamiętnika” Janusza Korczaka pisanego w getcie przez ostatnie
trzy miesiące nim nastąpiła tragiczna wywózka do Treblinki. Traktuję
je jako najwyższy wyraz uznania ważności dzieci w jego życiu. Te
trzy proste słowa zostawcie mnie dzieciom, zawierają w sobie
ogrom miłości, szacunku i oddania, tak potężny jak żadne inne. Nie
wyobrażał sobie by mógł robić cokolwiek innego w życiu, niż być dla
nich i trwać przy nich, jako lekarz, pedagog, pisarz i równy im
człowiek. Przytulać, nauczać, podawać w środku nocy syrop na kaszel,
ale też karcić, wymagać i przygotowywać na trudną rzeczywistość dnia
następnego. Miał olbrzymią, dręczącą go świadomość fizycznej i
psychicznej degradacji dzieci w getcie, z którą walczył całe życie.
Momentami, bardzo depresyjny, szorstki i trudny dla innych, otwarcie
nie zgadzał się z bólem i niedolą niesprawiedliwie dając temu wyraz
innym, równie zagubionym. Całą tę gamę emocji, uginającą się pod
wpływem czasu wiarę, nasilające się osłabienie fizyczne i
psychiczne, da się dramatycznie odczuć dogłębnie analizując jego
dzieła, listy i „Pamiętnik z getta”. Ale na co dzień, przekraczając
próg sypialni chłopców, bądź dziewcząt wcześnie rano, zagłuszał w
sobie to co nieuniknione, odkładał na bok niepewność i strach.
Wierzył w każde dziecko z osobna. Ufał im tak mocno, jak one jemu.
Dziecko jest jutrem – powiadał. Czerpał z ich codzienności i
spontanicznych, niezmąconych dramatyzmem uśmiechów siłę. Dzieci były
dla niego myślą przewodnią, co przekładało się na ciągłe ich
chronienie. Przed samotnością, przed lękiem i wstydem, których sam w
dzieciństwie doświadczył. Jako syn obłąkanego dręczył się całe życie
myślami o konsekwencjach bolesnego dzieciństwa i braku prawdziwego,
szczerego porozumienia między rodzicami a dzieckiem, więc miał
wewnętrzną potrzebę walczenia z tym od najmłodszych lat, co robił
zresztą doskonale. I cóż z tego? Ciągnąć można jego słuszne
wątpliwości. Cóż, kiedy jego obawy, że poświęca życie dla sprawy,
która zostanie przegrana, spełniły się. Ważność jego intencji
została w sposób okrutny zgładzona i nie był w stanie się temu
sprzeciwić. W tej ostatniej chwili mógł tylko chwycić dzieci za
ręce, jak zwykł to robić na co dzień.
Janusz Korczak, a właściwie Henryk Goldszmit, dla wielu został
bohaterem tej jednej, ostatniej pomnikowej sceny. Tak niewiele,
ogólnikowo się o nim mówi. Nawet teraz, kiedy trwa Rok Korczaka. Ta
cisza aż boli. Dlatego pękłam z radości, kiedy tankując kilka dni
temu samochód zobaczyłam dziewczynę w rdzawych, upiętych niezgrabnie
włosach, zaczytaną na bocznym krawężniku stacji w „Pamiętniku z
getta”. Czułam, że dla niej, jak i dla mnie, to wybitne dzieło
literackie. Bezsprzecznie. Na jego kartkach Janusz Korczak
przedstawia siebie nie tylko jako człowieka znajdującego się w
dramatycznej sytuacji, ale przede wszystkim jako wszechstronnego
literata. To utwór bardzo hybrydyczny, wielogatunkowy, uciekający
zarówno w eseistykę, we wspomnienia jak również ocierający się o
poezję: Życie moje było trudne, ale ciekawe. O takie właśnie
prosiłem Boga (…) Splunąć i odejść. Ważę tę myśl od dawna. - Więcej
– pętla – ołów u nóg. Nie sposób ogarnąć go jednym czytaniem.
Ale nie o to w tym chodzi, by ogarnąć, bo tego przecież się nie da.
Sam Korczak analizując w „Pamiętniku” swoje życie, od dzieciństwa po
rzeczywistość, będące dla niego jakże cennym źródłem inspiracji
pedagogicznych i literackich, nie był w stanie uniknąć
fragmentaryczności i pozostawił go w wielu miejscach dziełem
otwartym. Dopowiedzeń doszukałam się na fotografiach w przepięknie
wydanym albumie „Fotobiografia. Janusz Korczak” autorstwa Macieja
Sadowskiego. Tam wszystkie twarze dzieci z Krochmalnej tworzą
kolejne historie, których się nie zapomina. A Korczak nosił w sobie
te historie przez całe życie. Każdą z osobna. Jakże więc trudny
musiał to być wyczyn, jak spore obciążenie psychiczne, by zdjąć choć
odrobinę lęku z każdej tej malutkiej twarzy. Począwszy od dzieci z
warszawskiego szpitala dziecięcego im. Bersonów i Baumanów, poprzez
wychowanków kolonijnych, wychowanków Domu Sierot, aż po wypełnione
przytułki dla dzieci ukraińskich pod Kijowem, gdzie jako lekarz
przebywał cztery lata w czasie I wojny światowej. W międzyczasie,
pełen pasji i samozaparcia, rozwijał w sobie talent pisarski. Od
zawsze czuł się pisarzem.
Korczak zaczął pisać stosunkowo szybko, uprzedzając ten stan furią
czytania w wieku lat piętnastu - "Świat znikł sprzed oczu, tylko
książka istniała... Mówiłem z ludźmi wiele. Rozmawiałem tylko sam ze
sobą. Bo mówić i rozmawiać to nie to samo”. Mając siedemnaście
lat zaczął pisać powieść „Samobójstwo”, której chyba nigdy nie
dokończył. Cztery lata później zadebiutował cyklem artykułów „Dzieci
i wychowanie” w tygodniku „Wędrowiec”, rok później ukazała się jego
pierwsza powieść „Dzieci ulicy”, a przez kolejne czterdzieści lat
wydano jeszcze około piętnastu pozycji Janusza Korczaka. Potrzeba
pisania zdominowała jego życie. Oprócz pracy nad tekstami
literackimi, poświęcał też wiele czasu na obsesyjne wręcz
dokumentowanie szczegółów z życia swoich wychowanków. Co sobotę
odbywało się ważenie i mierzenie dzieci, co skrupulatnie notował
tworząc poniekąd dzienniki z życia dzieci, poszerzane o notatki z
rozmów z nimi, a także notatki z samego ich obserwowania podczas
rozmowy, kłótni czy zabawy z innymi dziećmi. Do tego dochodziły
listy do przyjaciół i różnych instytucji, artykuły do gazet, do
„Małego Przeglądu” jako dodatku do pisma dla spolonizowanych Żydów -
„Nasz Przegląd”, do „Tygodnika Domu Sierot” (niestety żaden nie
ocalał), a także notatki do wykładów, odczytów i słuchowisk
radiowych. Jak można wywnioskować choćby z niektórych fragmentów
„Pamiętnika” pisanie nie przychodziło mu wcale łatwo, mimo iż
zajmowało sporą część jego życia. Trud przysparzało szczególnie to
późniejsze pisanie, włącznie z końcowym „Pamiętnikiem”, w którym
dokuczało mu ogromne zmęczenie, problemy zdrowotne i natrętne
bywanie pióra na ukończeniu, czyli notoryczny brak atramentu.
Dopisywał wtedy kłębiące się w głowie myśli ołówkiem, czasem późną
nocą, czasem bardzo wczesnym rankiem, nim cały ul się zbudził,
natchnienie temperując czterema szklankami kawy z fusów lub pięcioma
kieliszkami spirytusu pół na pół z gorącą wodą. Samotność wówczas
tak nie bolała i łatwiej przychodziło oszukiwanie samego siebie.
|
Tydzień przerwy w pisaniu,
które wydaje się niepotrzebne zupełnie. - Doznawałem tego
podczas pisania „Jak Kochać dziecko” - Bywało, że piszę na
postojach, na łące, pod sosną, na pieńku. Wszystko ważne i jeśli
nie zapiszę, zapomnę. Niepowetowana strata dla ludzkości. -
Bywało, że przerwa miesięczna: po co się wygłupiać?
|
|
W „Pamiętniku z getta” wielokrotnie
da się odczuć ogromne zwątpienie. Czy droga, którą wybrał jest dobrą
drogą? Po co pisać? Jak rozumieć to wszystko wokół? Jak żyć? Wiele
pytań pozostawało w jego głowie bez odpowiedzi, wieloma się
biczował, dotykając otwarcie problematyki, której nie był w stanie
sprostać ani Korczak, ani nikt inny. Problematyki moralnych skutków
zagłady. Jako lekarz i człowiek niezwykle wrażliwy, miał świadomość
ogromnych zniszczeń wnętrza człowieka, i wszechobecnego bólu, który
wynikał z degradacji jego psychiki i moralności. Długiej i niezwykle
gwałtownej. Przenikliwej i dogłębnie raniącej. Z tym nigdy nie mógł
się pogodzić. Od tych myśli zdaje się cierpiał najbardziej, co
odnotowywał w „Pamiętniku” słowami:
|
Sponiewierana wiara, rodzina, macierzyństwo. Handel wszystkimi
dobrami duchowymi. Giełda, gdzie notowano, ile waży sumienie. -
Kurs zmienny – jak dziś cebula i życie. Dzieci żyją w ciągłej
niepewności, w strachu. „Żyd ciebie weźmie”. „Oddam cię
dziadowi”. - „Wezmą w worek”. Sieroctwo. Starość. - Jej
poniżenie i uwiąd moralny.
Dzieci snują się. Tylko naskórek normalny. A pod nim czai się
zmęczenie, zniechęcenie, gniew, bunt, nieufność, żal, tęsknota.
Bolesna powaga ich pamiętników. Odpowiadając na ich zwierzenia,
dzielę się z nimi jak równy z równym. - Wspólne nasze przeżycia
– ich i moje. Moje może bardziej wodniste, rozwodnione, poza tym
to samo.
Dom Sierot jest teraz Domem Starców.
Po wojnie długo nie będą mogli ludzie patrzeć sobie w oczy –
żeby nie wyczytać pytania: jak to się stało, że żyjesz, że
przetrwałeś? Co robiłeś?
|
|
Kilka miesięcy po tych słowach już go
nie było. Przetrwał wojnę, nie poddał się jej upokorzeniom, ale jej
nie przeżył. Jak wielu innych wychowawców, kierowników, członków
personelu pozostałych internatów, domów opiekuńczych i szpitali, o
których teraz już wcale się nie mówi. Jak na przykład wspomniane
przez Marka Edelmana w książce „I była miłość w getcie” młoda
Hendusia Himelfarb i Roza Ejchner, jedyne wychowawczynie z
sanatorium imienia Medema w Miedzeszynie, które nie upuściły sto
pięćdziesięcioro swoich wychowanków.
Janusz Korczak, w głównej mierze, ze względu na swój literacki
dorobek uchronił się od zapomnienia, ale choćby Stefania Wilczyńska,
będąca mu prawą ręką, pełniąca kierownictwo i zapewniająca matczyne
ciepło wychowankom Domu Sierot, również uczestnicząca z dziećmi w
drodze na Umschlagplatz, już zdecydowanie rzadziej jest wspominana
(jeśli w ogóle). Joanna Olczak-Ronikier w swojej książce „Korczak.
Próba biografii” wymienia też innych ważnych zapomnianych: „dyrektor
internatu dla chłopców przy ulicy Mylnej 18, Aron Koniński i jego
żona, którzy razem z dziećmi pojechali do Treblinki. Nieznana z
imienia pani Broniatowska, kierowniczka internatu Centosu dla
dziewcząt przy Śliskiej 28. Pan Szternfeld, kierownik internatu dla
chłopców przy Twardej 7.” Aż w końcu warto wymienić z imion same
dzieci: Ireczka, Genka, Musiek, Esterka, Adzio, Julek, Felunia,
Mendelek, Rita, Aronek... to zaledwie garstka. Za rękę z
przyjacielem, do komory gazowej, nieświadomi, jedynie w strach
odziani, jak w przejmująco prawdziwej książce Antona Fortesa
ilustrowanej przez Joannę Concejo.
Na koniec pozostaje powtórzyć za Januszem Korczakiem słowa modlitwy
zapisane ostatniego dnia w „Pamiętniku”, dzień przed wyprowadzeniem
na Umschlagplatz, 4 sierpnia 1942: Ojcze nasz, który jesteś w
niebiesiech... Modlitwę tę wyrzeźbiły głód i niedola. Chleba
naszego. Chleba.