Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzienniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzienniki. Pokaż wszystkie posty

2014-04-23

"Książka to ściana. Chowam się za nią by nikt mnie nie widział i żebym ja także nikogo nie widziała." - Susan Sontag




"Powiedziałeś, że literaturze zawdzięczamy wszystko, czym jesteśmy i czym byliśmy. Jeśli znikną książki, zniknie historia, znikną ludzie. W pełni się z Tobą zgadzam. Książki to nie tylko prosta suma naszych marzeń, nasza pamięć. Dają nam także możliwość wykraczania poza samych siebie. Niektórzy ludzie uznają czytanie wyłącznie za rodzaj ucieczki - ucieczki z prawdziwego świata codzienności do domeny wyobraźni, uniwersum książek. Książki są czymś znacznie więcej. To sposób na osiągnięcie człowieczeństwa." - Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem, "Myśl to forma odczuwania".

"Książka to ściana. Chowam się za nią by nikt mnie nie widział i żebym ja także nikogo nie widziała." - Dziennik, tom 1. 1947-1963, maj 1961.

"Kilka lat temu zdałam sobie sprawę, że od czytania źle się czuję i jestem jak alkoholik, który po każdym ciągu ma kaca. Po godzinie czy dwóch spędzonych na buszowaniu w księgarni czułam się otępiała, niespokojna, przygnębiona. Nie wiedziałam jednak, dlaczego tak się dzieje. I nie mogłam się powstrzymywać od ciągłego sięgania po książki." - Dziennik, tom 1, wpis niedatowany.

"Miłość do książek. Moja biblioteczka to archiwum pragnień." - Dziennik, tom 2. 1964-1980, kwiecień 1980.

2013-01-25

dzień z Virginią Woolf (3)



wtorek, 2 stycznia 1923
(...) nigdy nie udawaj, że rzeczy, których nie posiadasz, nie są warte posiadania; to chyba dobra rada. A potem mówiłam sobie dalej, że trzeba lubić rzeczy takie, jakimi są; czy raczej pozbawiać je wpływu na własne życie osobiste.


piątek, 7 sierpnia 1931
(...) O Boże, bije we mnie silna jak konopie sznury i uparta jak korzeń wrzosu fontanna wściekłej indywidualności.

dzień z Virginią Woolf (2)


Virginia Woolf, 1923r., zdj. Ottoline Morrell



Piątek, 25 stycznia 1918 
Moje urodziny. L. wsunął mi dziś w rękę prześliczny nożyk z kościaną rączką. Nelly wydziergała parę czerwonych skarpetek zapinanych przy kostce - idealnie odpowiadających mojemu porannemu samopoczuciu. Przyjechała Barbara: razem rozsypałyśmy cztery strony, a L. wydrukował cztery kolejne u drukarza - w sumie niezła dniówka.



2012-11-26

"Pamiętnik i inne pisma z getta" Janusz Korczak


Wracając do tematu mojego zapominania o niektórych przeczytanych książkach, czasami trafiają się takie, o których zapomnieć nie chcę. Robię więc wszystko by tego zapomnienia nie doświadczyć. Ono najzwyczajniej złości kiedy otwiera się książkę, i gdyby nie ślady ołówka nie byłoby się pewnym przeczytania.

Z Pamiętnikiem z getta i z samym Januszem Korczakiem tak właśnie jest. Pragnę mieć w pamięci jak najdłużej i wracać do jego, i bliskich mu ludzi, życia. Przy okazji wzruszającego Pamiętnika polecam też jedną z lepszych moim zdaniem biografii - "Korczak. Próba biografii" Joanny Orczak-Ronikier.

Poniższy tekst napisałam do 44. numeru Kwartalnika "sZAFa" ( i dla własnej pamięci też ).







 "Bo mówić i rozmawiać to nie to samo” 

Zostawcie mnie dzieciom. - Nie jestem socjologiem. Spartaczę, skompromituję i próbę, i siebie. (…) Miasto wyrzuca mi dzieci, jak muszelki, a ja nic - tylko dobry jestem dla nich. I powtarzam sobie ponownie - Zostawcie mnie dzieciom. Zostawcie mnie dzieciom. A ja nic - tylko dobry jestem dla nich.  

Słowa te towarzyszą mi przez resztę kart „Pamiętnika” Janusza Korczaka pisanego w getcie przez ostatnie trzy miesiące nim nastąpiła tragiczna wywózka do Treblinki. Traktuję je jako najwyższy wyraz uznania ważności dzieci w jego życiu. Te trzy proste słowa zostawcie mnie dzieciom, zawierają w sobie ogrom miłości, szacunku i oddania, tak potężny jak żadne inne. Nie wyobrażał sobie by mógł robić cokolwiek innego w życiu, niż być dla nich i trwać przy nich, jako lekarz, pedagog, pisarz i równy im człowiek. Przytulać, nauczać, podawać w środku nocy syrop na kaszel, ale też karcić, wymagać i przygotowywać na trudną rzeczywistość dnia następnego. Miał olbrzymią, dręczącą go świadomość fizycznej i psychicznej degradacji dzieci w getcie, z którą walczył całe życie. Momentami, bardzo depresyjny, szorstki i trudny dla innych, otwarcie nie zgadzał się z bólem i niedolą niesprawiedliwie dając temu wyraz innym, równie zagubionym. Całą tę gamę emocji, uginającą się pod wpływem czasu wiarę, nasilające się osłabienie fizyczne i psychiczne, da się dramatycznie odczuć dogłębnie analizując jego dzieła, listy i „Pamiętnik z getta”. Ale na co dzień, przekraczając próg sypialni chłopców, bądź dziewcząt wcześnie rano, zagłuszał w sobie to co nieuniknione, odkładał na bok niepewność i strach. Wierzył w każde dziecko z osobna. Ufał im tak mocno, jak one jemu. Dziecko jest jutrem – powiadał. Czerpał z ich codzienności i spontanicznych, niezmąconych dramatyzmem uśmiechów siłę. Dzieci były dla niego myślą przewodnią, co przekładało się na ciągłe ich chronienie. Przed samotnością, przed lękiem i wstydem, których sam w dzieciństwie doświadczył. Jako syn obłąkanego dręczył się całe życie myślami o konsekwencjach bolesnego dzieciństwa i braku prawdziwego, szczerego porozumienia między rodzicami a dzieckiem, więc miał wewnętrzną potrzebę walczenia z tym od najmłodszych lat, co robił zresztą doskonale. I cóż z tego? Ciągnąć można jego słuszne wątpliwości. Cóż, kiedy jego obawy, że poświęca życie dla sprawy, która zostanie przegrana, spełniły się. Ważność jego intencji została w sposób okrutny zgładzona i nie był w stanie się temu sprzeciwić. W tej ostatniej chwili mógł tylko chwycić dzieci za ręce, jak zwykł to robić na co dzień.

Janusz Korczak, a właściwie Henryk Goldszmit, dla wielu został bohaterem tej jednej, ostatniej pomnikowej sceny. Tak niewiele, ogólnikowo się o nim mówi. Nawet teraz, kiedy trwa Rok Korczaka. Ta cisza aż boli. Dlatego pękłam z radości, kiedy tankując kilka dni temu samochód zobaczyłam dziewczynę w rdzawych, upiętych niezgrabnie włosach, zaczytaną na bocznym krawężniku stacji w „Pamiętniku z getta”. Czułam, że dla niej, jak i dla mnie, to wybitne dzieło literackie. Bezsprzecznie. Na jego kartkach Janusz Korczak przedstawia siebie nie tylko jako człowieka znajdującego się w dramatycznej sytuacji, ale przede wszystkim jako wszechstronnego literata. To utwór bardzo hybrydyczny, wielogatunkowy, uciekający zarówno w eseistykę, we wspomnienia jak również ocierający się o poezję: Życie moje było trudne, ale ciekawe. O takie właśnie prosiłem Boga (…) Splunąć i odejść. Ważę tę myśl od dawna. - Więcej – pętla – ołów u nóg. Nie sposób ogarnąć go jednym czytaniem. Ale nie o to w tym chodzi, by ogarnąć, bo tego przecież się nie da. Sam Korczak analizując w „Pamiętniku” swoje życie, od dzieciństwa po rzeczywistość, będące dla niego jakże cennym źródłem inspiracji pedagogicznych i literackich, nie był w stanie uniknąć fragmentaryczności i pozostawił go w wielu miejscach dziełem otwartym. Dopowiedzeń doszukałam się na fotografiach w przepięknie wydanym albumie „Fotobiografia. Janusz Korczak” autorstwa Macieja Sadowskiego. Tam wszystkie twarze dzieci z Krochmalnej tworzą kolejne historie, których się nie zapomina. A Korczak nosił w sobie te historie przez całe życie. Każdą z osobna. Jakże więc trudny musiał to być wyczyn, jak spore obciążenie psychiczne, by zdjąć choć odrobinę lęku z każdej tej malutkiej twarzy. Począwszy od dzieci z warszawskiego szpitala dziecięcego im. Bersonów i Baumanów, poprzez wychowanków kolonijnych, wychowanków Domu Sierot, aż po wypełnione przytułki dla dzieci ukraińskich pod Kijowem, gdzie jako lekarz przebywał cztery lata w czasie I wojny światowej. W międzyczasie, pełen pasji i samozaparcia, rozwijał w sobie talent pisarski. Od zawsze czuł się pisarzem.

Korczak zaczął pisać stosunkowo szybko, uprzedzając ten stan furią czytania w wieku lat piętnastu - "Świat znikł sprzed oczu, tylko książka istniała... Mówiłem z ludźmi wiele. Rozmawiałem tylko sam ze sobą. Bo mówić i rozmawiać to nie to samo”. Mając siedemnaście lat zaczął pisać powieść „Samobójstwo”, której chyba nigdy nie dokończył. Cztery lata później zadebiutował cyklem artykułów „Dzieci i wychowanie” w tygodniku „Wędrowiec”, rok później ukazała się jego pierwsza powieść „Dzieci ulicy”, a przez kolejne czterdzieści lat wydano jeszcze około piętnastu pozycji Janusza Korczaka. Potrzeba pisania zdominowała jego życie. Oprócz pracy nad tekstami literackimi, poświęcał też wiele czasu na obsesyjne wręcz dokumentowanie szczegółów z życia swoich wychowanków. Co sobotę odbywało się ważenie i mierzenie dzieci, co skrupulatnie notował tworząc poniekąd dzienniki z życia dzieci, poszerzane o notatki z rozmów z nimi, a także notatki z samego ich obserwowania podczas rozmowy, kłótni czy zabawy z innymi dziećmi. Do tego dochodziły listy do przyjaciół i różnych instytucji, artykuły do gazet, do „Małego Przeglądu” jako dodatku do pisma dla spolonizowanych Żydów - „Nasz Przegląd”, do „Tygodnika Domu Sierot” (niestety żaden nie ocalał), a także notatki do wykładów, odczytów i słuchowisk radiowych. Jak można wywnioskować choćby z niektórych fragmentów „Pamiętnika” pisanie nie przychodziło mu wcale łatwo, mimo iż zajmowało sporą część jego życia. Trud przysparzało szczególnie to późniejsze pisanie, włącznie z końcowym „Pamiętnikiem”, w którym dokuczało mu ogromne zmęczenie, problemy zdrowotne i natrętne bywanie pióra na ukończeniu, czyli notoryczny brak atramentu. Dopisywał wtedy kłębiące się w głowie myśli ołówkiem, czasem późną nocą, czasem bardzo wczesnym rankiem, nim cały ul się zbudził, natchnienie temperując czterema szklankami kawy z fusów lub pięcioma kieliszkami spirytusu pół na pół z gorącą wodą. Samotność wówczas tak nie bolała i łatwiej przychodziło oszukiwanie samego siebie. 


Tydzień przerwy w pisaniu, które wydaje się niepotrzebne zupełnie. - Doznawałem tego podczas pisania „Jak Kochać dziecko” - Bywało, że piszę na postojach, na łące, pod sosną, na pieńku. Wszystko ważne i jeśli nie zapiszę, zapomnę. Niepowetowana strata dla ludzkości. - Bywało, że przerwa miesięczna: po co się wygłupiać?


W „Pamiętniku z getta” wielokrotnie da się odczuć ogromne zwątpienie. Czy droga, którą wybrał jest dobrą drogą? Po co pisać? Jak rozumieć to wszystko wokół? Jak żyć? Wiele pytań pozostawało w jego głowie bez odpowiedzi, wieloma się biczował, dotykając otwarcie problematyki, której nie był w stanie sprostać ani Korczak, ani nikt inny. Problematyki moralnych skutków zagłady. Jako lekarz i człowiek niezwykle wrażliwy, miał świadomość ogromnych zniszczeń wnętrza człowieka, i wszechobecnego bólu, który wynikał z degradacji jego psychiki i moralności. Długiej i niezwykle gwałtownej. Przenikliwej i dogłębnie raniącej. Z tym nigdy nie mógł się pogodzić. Od tych myśli zdaje się cierpiał najbardziej, co odnotowywał w „Pamiętniku” słowami:


Sponiewierana wiara, rodzina, macierzyństwo. Handel wszystkimi dobrami duchowymi. Giełda, gdzie notowano, ile waży sumienie. - Kurs zmienny – jak dziś cebula i życie. Dzieci żyją w ciągłej niepewności, w strachu. „Żyd ciebie weźmie”. „Oddam cię dziadowi”. - „Wezmą w worek”. Sieroctwo. Starość. - Jej poniżenie i uwiąd moralny.

Dzieci snują się. Tylko naskórek normalny. A pod nim czai się zmęczenie, zniechęcenie, gniew, bunt, nieufność, żal, tęsknota. Bolesna powaga ich pamiętników. Odpowiadając na ich zwierzenia, dzielę się z nimi jak równy z równym. - Wspólne nasze przeżycia – ich i moje. Moje może bardziej wodniste, rozwodnione, poza tym to samo.

Dom Sierot jest teraz Domem Starców.

Po wojnie długo nie będą mogli ludzie patrzeć sobie w oczy – żeby nie wyczytać pytania: jak to się stało, że żyjesz, że przetrwałeś? Co robiłeś? 


Kilka miesięcy po tych słowach już go nie było. Przetrwał wojnę, nie poddał się jej upokorzeniom, ale jej nie przeżył. Jak wielu innych wychowawców, kierowników, członków personelu pozostałych internatów, domów opiekuńczych i szpitali, o których teraz już wcale się nie mówi. Jak na przykład wspomniane przez Marka Edelmana w książce „I była miłość w getcie” młoda Hendusia Himelfarb i Roza Ejchner, jedyne wychowawczynie z sanatorium imienia Medema w Miedzeszynie, które nie upuściły sto pięćdziesięcioro swoich wychowanków.
Janusz Korczak, w głównej mierze, ze względu na swój literacki dorobek uchronił się od zapomnienia, ale choćby Stefania Wilczyńska, będąca mu prawą ręką, pełniąca kierownictwo i zapewniająca matczyne ciepło wychowankom Domu Sierot, również uczestnicząca z dziećmi w drodze na Umschlagplatz, już zdecydowanie rzadziej jest wspominana (jeśli w ogóle). Joanna Olczak-Ronikier w swojej książce „Korczak. Próba biografii” wymienia też innych ważnych zapomnianych: „dyrektor internatu dla chłopców przy ulicy Mylnej 18, Aron Koniński i jego żona, którzy razem z dziećmi pojechali do Treblinki. Nieznana z imienia pani Broniatowska, kierowniczka internatu Centosu dla dziewcząt przy Śliskiej 28. Pan Szternfeld, kierownik internatu dla chłopców przy Twardej 7.” Aż w końcu warto wymienić z imion same dzieci: Ireczka, Genka, Musiek, Esterka, Adzio, Julek, Felunia, Mendelek, Rita, Aronek... to zaledwie garstka. Za rękę z przyjacielem, do komory gazowej, nieświadomi, jedynie w strach odziani, jak w przejmująco prawdziwej książce Antona Fortesa ilustrowanej przez Joannę Concejo.

Na koniec pozostaje powtórzyć za Januszem Korczakiem słowa modlitwy zapisane ostatniego dnia w „Pamiętniku”, dzień przed wyprowadzeniem na Umschlagplatz, 4 sierpnia 1942: Ojcze nasz, który jesteś w niebiesiech... Modlitwę tę wyrzeźbiły głód i niedola. Chleba naszego. Chleba. 

2012-01-25

130. rocznica urodzin Virginii Woolf




Nadal, niezmiennie od kilku lat, poszerzam swoją wiedzę o twórczości i życiu Virginii Woolf. Dziś, przeglądając jej Dzienniki, zauważyłam jak wiele mi umknęło, i dopiero po tych wszystkich przeczytanych książkach (jej autorstwa, i o niej) Dzienniki będą odpowiednią lekturą. Dla mnie ponowną podróżą, bogatszą o wychwycenie nawet pojedynczych słów, których mi brakuje, by upiąć końce kilku niejasnych nadal kwestii. Virginia Woolf miała tak bogate, pełne zawiłych psychologicznych perturbacji życie, że nie sposób w kilku zdaniach jej przedstawić. Dla jednych pozostanie obłąkaną, ponurą, niepewną siebie i świata wycofaną kobietą; dla innych jej posępny wizerunek uchwycony na fotografiach, czy pojedyncze zdania umieszczone na okładkach książek, nie będą wcale podstawą ku jej krytycznej ocenie. Virginię Woolf trzeba poznać dogłębnie od pierwszych lat życia, zajrzeć do ciemnych pokoi jej wiktoriańskiego domu z dzieciństwa, zrozumieć, zaakceptować, docenić siłę jaką musiała posiadać, by przejść przez cztery trudne dla niej śmierci w stosunkowo krótkich odstępach czasu i mimo załamań podnieść się i zostać jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej XX wieku (matka Julia zmarła w 1895 roku, przyrodnia siostra Stella - 1897, ojciec  Leslie - 1904, brat Thoby - 1906).
Dla mnie Virginia Woolf jest kobietą niezwykle intrygującą, inteligentną, sumienną i wbrew opiniom silną. Skutecznie dążyła swą pracowitością do wydań kolejnych książek, a jednocześnie robiła to z charakterystyczną sobie intensywnością przeżywania i umiejętnością zauważania tego, co większości ludziom z codzienności się wymyka i nie ma znaczącego przekładu na odczuwanie życia. Potrafiła godzinami spacerować w samotności, przez Londyn, pośród wzgórz South Downs, i zachwycać się smakami, zapachami, życiem. Wydaje się, że nigdzie się nie śpieszyła, że garb przeżyć jaki przez całe życie musiała dźwigać, skutecznie ją spowalniał. Jedynie pisanie płynęło wartkim nurtem, od pewnego momentu czas odliczała od zaczęcia, do skończenia kolejnej książki... między pisaniem podróżowała, pielęgnowała przyjaźnie, pisała mnóstwo listów, czasem piekła chleb, sprzątała by uspokoić zasupłane myśli, a wieczorami namiętnie oddawała się lekturze. Cenię sobie w równym stopniu zarówno jej powieści, jak i dzieła krytyczno-literackie, eseje i listy. To wielkie bogactwo, że z tak różnych stron można ją poznawać. Patrząc na fakt, iż nie miała żadnego wykształcenia, całe życie liczyła na palcach i zmagała się ze stanami depresyjnymi, zasługuje na pamięć i ciągłe jej odkrywanie. Wielka moja radość, że jeszcze sporo odkryć przede mną.
Dziś, w dniu w którym obchodziłaby 130 urodziny, spędzę wieczór przy ponownej lekturze Dzienników, i popatrzę w duże, trwające w skupieniu oczy, które obserwować mogę na jej pięknym portrecie w sypialni (dzięki mężowi, który chyba już zaakceptował Virginię w moim życiu :)

Happy birthday Dear V.!

25 stycznia 1915

Moje urodziny - niech no wyliczę wszystko, co dziś dostałam. L. przysiągł, że nic mi nie ofiaruje, a ja, jako dobra żona, uwierzyłam mu bez zastrzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu (zatopiliśmy niemiecki okręt wojenny), i prostokątna paczkę owiniętą w szary papier, w której znajdował się "Opat" - śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek - który jednakże nie dorównał przyjemnościom popołudnia. Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo, i zafundowano mi najpierw kinematograf, a następnie podwieczorek w herbaciarni u Buszarda. Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień - ładny, mroźny, wszystko świeże i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa (...)


25 stycznia 1918

Moje urodziny. L. wsunął mi dziś w rękę prześliczny nożyk z kościaną rączką. Nelly wydziergała parę czerwonych skarpetek zapinanych przy kostce - idealnie odpowiadających mojemu porannemu samopoczuciu. Przyjechała Barbara; razem rozsypałyśmy cztery strony, a L. wydrukował cztery kolejne u drukarza - w sumie niezła dniówka. W tym tempie będziemy gotowi z opowiadaniem Katherine  w cztery tygodnie.

26 stycznia 1920

Dzień po moich urodzinach; mam już zatem trzydzieści osiem lat. Cóż, nie ulega wątpliwości, że jestem teraz dużo szczęśliwsza, niż kiedy miałam lat dwadzieścia osiem; i szczęśliwsza dzisiaj niż wczoraj, jako że dziś po południu wpadłam na pomysł nowej formy dla nowej powieści. Przypuśćmy, że jedna rzecz powinna wynikać z drugiej - a równocześnie zachować formę i tempo i zawierać wszystko, wszystko? Wyobrażam sobie bowiem, że tym razem podejście będzie kompletnie inne: żadnych rusztowań, nawet cegły właściwie niewidoczne, wszystko zmierzchające, tylko serce, emocja, humor, wszystko to jasne, jak płomień we mgle. Temat jest na razie zagadką. Tak czy inaczej, jest oczywiste, że droga prowadzi jakoś w tym kierunku; będę się jeszcze potykać i eksperymentować, ale dzisiejsze popołudnie przyniosło promień światła.
Wczoraj - w swoje urodziny, gdy na dodatek dzień był jasny i czysty, a na drzewach błyskały raz po raz zielone i żółte refleksy - wybrałam się do South Kensington posłuchać Mozarta i Beethovena.


25 stycznia 1921

No więc odczekałam dwadzieścia pięć dni z rozpoczęciem nowego roku; a ten dwudziesty piąty dzień nie jest, niestety, dniem moich dwudziestych piątych, ale trzydziestych dziewiątych urodzin; wypiłam herbatę i obliczyłam koszty wydania Czechowa; a teraz L. zgina kartki swojej książki, a Ralph już poszedł. W pracy nad "Jakubem" mam kryzys: chcę skończyć całość w dwadzieścia tysięcy słów, napisanych bez przerw, w stanie rozgorączkowania. I muszę się zebrać w sobie, żeby tego dokonać. Lytton zapytał mnie, czy może mi zadedykować "Wiktorię", co jest dla mnie bardzo miłe, a z próżności zastrzegłam sobie, żeby dał pełne imię i nazwisko.

26 stycznia 1930

Mam czterdzieści osiem lat. Byliśmy w Rodmell - kolejny mokry, wietrzny dzień. Ale w moje urodziny poszliśmy na spacer między wzgórza - jak między złożone szare ptasie skrzydła; zobaczyliśmy lisa, bardzo długiego, z wyciągniętą kitą, potem drugiego, który szczekał, bo słońce mocno przygrzewało; lekko przeskoczył przez ogrodzenie i zniknął w janowcach - to bardzo rzadki widok. Ile jest lisów w Anglii?
Zapomniałam napisać, że kiedy robiliśmy nasze półroczne rachunki, okazało się, że zarobiłam w zeszłym roku około trzech tysięcy dwudziestu funtów - a więc tyle, ile wynosi pensja urzędnika państwowego. Jaka to niespodzianka dla mnie, która przez tyle lat zadowalałam się dwustoma funtami.


26 stycznia 1941

Bitwa z depresją, dziś rozgromioną (mam nadzieję) dzięki porządkom w kuchni; i jak myślę, dzięki dwudniowemu bodaj wyłomowi w "Pointz Hall", na pisanie pamiętników. Nie dam się, przysięgam, wciągnąć w koryto tej rozpaczy. Samotność jest ogromna. Życie w Rodmell to kompletna pustynia. Dom jest wilgotny. Zabałaganiony. Ale nie ma alternatywy. Mnie potrzeba dawnego zrywu. "Twoje prawdziwe życie, tak jak i moje, jest wśród idei", powiedział mi kiedyś Desmond. Ale trzeba pamiętać, że idei nie da się zatankować. Zaczynam nie lubić introspekcji. Wybieramy się na dwa dni do Cambridge. Wojna chwilowo się uspokoiła. Sześć nocy bez nalotów. Garvin twierdzi jednak ( w "Observerze"), że największe starcia mają dopiero nastąpić - powiedzmy za trzy tygodnie -  więc wszyscy mężczyźni, kobiety, psy, koty, a nawet chrząszcze, muszą zewrzeć szeregi, wzmocnić wiarę i tak dalej. Tak, myślałam o tym, żyjemy bez przyszłości. To właśnie jest takie dziwne, z nosami przyklejonymi do zamkniętych drzwi.


28 marca tego roku, Virginia odebrała sobie życie wchodząc do rzeki Ouse z kieszeniami wypełnionymi kamieniami, niedaleko jej domu w Rodmell. Miała 59 lat. Zostawiła dwa listy pożegnalne, jeden dla ukochanej siostry Vanessy, a drugi dla męża Leonarda, z którym w związku małżeńskim wiodła szczęśliwe życie.

2010-10-06

Różne epoki, różne wcielenia, ta sama osoba


środa, 5 październik1927r.
„Piszę w atmosferze brudu i prowizoryczności wobec zbliżającej się wyprowadzki. Pinker śpi smacznie w jednym z foteli; Leonard, przy małym stoliku do gry, pod jarzącą się lampą, podpisuje czeki. Palenisko pokrywa popiół, bo ogień płonął przez cały dzień. Na rusztach leżą koperty. Piszę piórem cienkim i chybotliwym; a wieczór z zachodem słońca jest, powiedziałabym, wyrazisty i przyjemny. Gdyby pióro mi na to pozwalało, zrobiłabym sobie teraz plan pracy, skoro skończyłam artykuł dla „Tribune” i znów jestem wolna. I jak zwykle pojawiają mi się w głowie te same podniecające pomysły: biografia rozpoczynająca się w 1550 roku i trwająca do dzisiaj, pod tytułem Orlando; Vita; tyle że ze zmianą z jednej płci na drugą. Myślę, że w ramach przyjemności pozwolę sobie na tygodniowy odskok w tę stronę”

                         "Chwile Wolności. Dziennik 1915-1941" Virginia Woolf

... 5 października 1927 roku, dokładnie 83 lata temu, zaczęła powstawać książka „Orlando”, a ostatnią w niej kropkę Virginia postawiła swym chybotliwym piórem rok później...

wtorek, 18 grudnia 1928 roku pisze:
„Właśnie był L.,żeby się naradzić na temat trzeciego wydania Orlanda. Zostało już zamówione; sprzedaliśmy ponad sześć tysięcy egzemplarzy i zainteresowanie jest nadal żywe. Pokój w każdym razie mam zapewniony. Po raz pierwszy, odkąd wyszłam za mąż – 1912-1928 – czyli od szesnastu lat, mogłam wydawać pieniądze (...) kupiłam sobie stalową broszkę za piętnaście szylingów. Wydałam trzy funty na naszyjnik z macicy perłowej – chyba od dwudziestu lat nie kupowałam żadnej biżuterii!”
Sześć tysięcy egzemplarzy... niewiele, patrząc, że obecnie książki sprzedają się w milionach egzemplarzy... i tylko broszka za to, i naszyjnik, jednak najważniejsza była dla Woolf w tym momencie ta swoboda wydawania pieniędzy, bez skrupułów czy niepokoju, i wiara we "własny pokój", który dawał możliwości dalszego zarobku.
Dziś, po tylu latach, Orlando nadal zachwyca, zapewne nie wszystkich, jak to z Woolf bywa, ale coś w tej historii musi być urzekającego, skoro jako jedyna spośród wielu powieści Woolf, została zekranizowana... ale najpierw sięgam po książkę: „Co może łączyć szesnastoletniego chłopca, ulubieńca królowej Elżbiety, oraz trzydziestosześcioletnią pisarkę tworzącą w drugiej dekadzie stulecia? Młody mężczyzna i dojrzała kobieta, Orlando i Orlanda, choć żyją w różnych epokach i różnych wcieleniach, są jedną i tą samą osobą”.

Sięgam i znikam. Galaretki pod poduchy, a papierki pod łóżko. Dobranoc.




2009-03-23

Wygrałam walkę o Sylvię!

"Czasami śnię o drzewie,
to drzewo to moje życie,
jedna gałąź to mężczyzna, którego poślubię,
liście to nasze dzieci.
Kolejna to moja przyszłość pisarska,
a każdy liść to wiersz.
Następna... to błyskotliwa kariera naukowa.

Kiedy próbuję wybrać... liście żółkną i odlatują,
aż całe drzewo zostanie ogołocone".

                                                               Sylvia Plath

Na "Dzienniki" Sylvii Plath polowałam od dawna. Przegrzebałam księgarnie w obrębie trzydziestu kilometrów, w google znalazłam wszystkie te internetowe i wszędzie napis "pozycja niedostępna, brak w magazynach, informacja o wznowieniu druku niedostępna"... i w końcu trafiłam na allegro... i wiecie co? Buty sobie miałam kupić, a właśnie wylicytowałam zaciekle "Dzienniki" za .... matulukochana 99,50zł plus koszty przesyłki czyli 111zł. 
Mam kolejną książkę, ale nie mam butów, i kremu na dzień i jakiś pięćdziesięciu potrzebnych do życia czekolad... a ten co to sprzedał pomyśli sobie co za wariatka kupiła książkę wycenioną w księgarni na około 49zł za 111zł 
No to ja. Blogowa Virginia.
Ale pocieszam się, że nie jestem sama, bo jeszcze trzech wariatów ze mną walczyło na złotówki .... kto da więcej i w ostatniej sekundzie wygrałam złotówką :)

No to teraz mogę już spokojnie iść spać.
Dobranoc

Wasza pchła na noc
Virginia

2009-01-07

Koniec "Dzienników"

L. pracuje przy rododendronach...

To ostatnie zdanie "Chwil wolności", dzienników Virginii Woolf jakie kąpały się ze mną praktycznie co wieczór od sierpnia. Delektowałam się nimi jak smakiem żółtego sera, który uwielbiam.
Każda strona smakowała inaczej, w zależności od grubości nawarstwiania się zróżnicowanych stanów Virginii, które z radością niewiele wspólnego miały.
Ale o samej Virginii rozpisywać się tu nie będę... może kiedyś.
Te siedemset stron to wspomnienia bardzo osobiste przepełnione refleksją nad własną twórczością, skrapiane pojawiającymi się problemami zdrowotnymi i atakami głębokiej jak studnia depresji. To obszerna relacja ze spotkań z przyjaciółmi, z ciągłych przeprowadzek, problemów ze służbą, z wydawnictwem, a w końcówce także z wojny...
Jednak Dziennik ten pozostawił we mnie pewien niedosyt. Poczułam, że to nie wszystko co chciałabym o tej pisarce wiedzieć i że to nie wszystko co Virginia miała do powiedzenia.
Narodziła się we mnie żądza zdobycia oryginału, czyli pięciu tomów w skład których wchodzi łącznie dwa tysiące stron rękopisu. Tylko jak dostać się do Londynu i jak zdobyć tłumacza, który mi za symboliczny grosz i ewentualne racje żywieniowe przetłumaczy te dwa tysiące stronic? Bo na wydanie polskie w całości chyba nie mam co liczyć, biografie są mało poczytne w naszym polskim kraju.
Basiu... czy możesz porzucić na kilka lat swoje skrypty akwariowe i troszkę mi potłumaczyć? :)

Wrrr... nie lubię jak muszę się rozstać z czymś, co sprawiało mi radość...
I taka zmartwiona ostatnią kartką zeszłam na dół w nastroju nieprzychylnym otoczeniu, targając wielkie tomisko Dziennika ze sobą do kuchni.
Po drodze warknęłam na psa...
Zaparzyłam jeżynową herbatę...
Zajrzałam do lodówki. Ciasteczka świąteczne nadal błagają o dojedzenie.
Warknęłam na męża...
Usiadłam na nowej-mojej wiklinie... Wstałam...
Wzięłam jabłko. I znowu usiadłam i znowu wstałam i... normalnie miejsca sobie nie mogłam znaleźć.
I co gorsza ciągle miałam ochotę powarczeć.

Przyciskając "Dziennik" do kilku warstw mojego wierzchniego okrycia pancernego stanowiącego ochronę przed zimnem, znowu tymi samymi schodami, którymi chwilę temu zeszłam, wyszłam na górę z misją znalezienia Biografii Virginii, jaką napisał jej siostrzeniec Quentin Bell, a którą czytałam kilka lat temu.
W "Dziennikach..." nie zamieszczono bowiem listu pożegnalnego jaki Virginia zostawiła na kominku dla męża Leonarda, tego feralnego dnia, w piątek 28 marca 1941 r.. Miała 59 lat.
Chciałam go jeszcze raz przeczytać. I znalazłam.

Najdroższy
Jestem pewna, że znowu popadam w obłęd. Uważam, że nie możemy przechodzić przez kolejny taki straszny okres. A tym razem nie wyzdrowieję. Zaczynam słyszeć głosy i nie mogę się skupić. Więc robię to co wydaje się najlepsze. Dałeś mi największe szczęście, jakie jest możliwe. Byłeś pod każdym względem wszystkim, czym można być. Nie myślę,żeby dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych, dopóki nie nadeszła ta straszna choroba. Nie mogę dłużej walczyć. Wiem, że niszczę Twoje życie, że beze mnie mógłbyś pracować. I będziesz, wiem. Widzisz, nawet nie umiem tego napisać jak trzeba. Nie mogę czytać. Chcę powiedzieć, że całe szczęście swego życia zawdzięczam Tobie. Byłeś wobec mnie nieskończenie cierpliwy i niewiarygodnie dobry. Chcę to powiedzieć - wszyscy to wiedzą. Gdyby ktokolwiek mógł mnie uratować, byłbyś to Ty. Wszystko mnie opuściło poza pewnością o Twojej dobroci. Nie mogę już dłużej niszczyć Ci życia.
Nie myślę, że dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych niż byliśmy my."
                                                                                              V.

List położyła tuż obok listu do ukochanej siostry Vanessy, z którą łączyła ją silna więź.
Około 11.30 zabrała laskę i wyszła z domu. Przeszła przez podmokłe łąki i dotarła nad rzekę Ouse.
Niewykluczone, że słyszała głosy ptaków śpiewających po grecku, które ją dręczyły.
Pozostawiła laskę na brzegu i włożyła duży kamień w kieszeń palta.
Chwilę później rzuciła się w nurt rzeki.

Jej ciało znaleziono dopiero trzy tygodnie później.

"Chwile wolności" to zdecydowanie pozycja klasyfikująca się na podium czytanych przeze mnie książek w 2008r.
Na pierwszym "Dziewczyna z zapałkami" Anny Janko, na drugim "Dzienniki", a na trzecim "Senność" Kuczoka oraz cała reszta... Och, gdybym mogła tylko czytać i czytać...