Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

2014-04-23

"Książka to ściana. Chowam się za nią by nikt mnie nie widział i żebym ja także nikogo nie widziała." - Susan Sontag




"Powiedziałeś, że literaturze zawdzięczamy wszystko, czym jesteśmy i czym byliśmy. Jeśli znikną książki, zniknie historia, znikną ludzie. W pełni się z Tobą zgadzam. Książki to nie tylko prosta suma naszych marzeń, nasza pamięć. Dają nam także możliwość wykraczania poza samych siebie. Niektórzy ludzie uznają czytanie wyłącznie za rodzaj ucieczki - ucieczki z prawdziwego świata codzienności do domeny wyobraźni, uniwersum książek. Książki są czymś znacznie więcej. To sposób na osiągnięcie człowieczeństwa." - Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem, "Myśl to forma odczuwania".

"Książka to ściana. Chowam się za nią by nikt mnie nie widział i żebym ja także nikogo nie widziała." - Dziennik, tom 1. 1947-1963, maj 1961.

"Kilka lat temu zdałam sobie sprawę, że od czytania źle się czuję i jestem jak alkoholik, który po każdym ciągu ma kaca. Po godzinie czy dwóch spędzonych na buszowaniu w księgarni czułam się otępiała, niespokojna, przygnębiona. Nie wiedziałam jednak, dlaczego tak się dzieje. I nie mogłam się powstrzymywać od ciągłego sięgania po książki." - Dziennik, tom 1, wpis niedatowany.

"Miłość do książek. Moja biblioteczka to archiwum pragnień." - Dziennik, tom 2. 1964-1980, kwiecień 1980.

2012-09-27

"Garnitur na każdą okazję" czyli Sylvia Plath o marzeniach


Sylvia Plath popełniła samobójstwo w wieku trzydziestu lat. Nawiązując do poprzedniego posta, być może, cześć rodziców przekreśli jej twórczość dla dzieci na dźwięk samego nazwiska. Co mogła chcieć przekazać dzieciom przyszła samobójczyni, od szkolnych lat zmagająca się z depresją, a właściwie żyjąca z fatum we krwi, bo zarówno babka, matka, jak i siostra, zmagały się z chorobami? Zapewne nic szczególnie ważnego. Jakże mylne. Ale to nie moment na głębsze analizy biografii tej słynnej poetki. Stało się tak, a nie inaczej, rankiem 11 lutego 1963 Sylvia podała dzieciom chleb i dwa kubki mleka, szczelnie zamknęła pokój w londyńskim mieszkaniu i odkręciła w kuchni gaz. Dzieci przeżyły, niestety - wówczas roczny - syn w późniejszych latach nie dał rady uwolnić się od stanów depresyjnych. Był biologiem, specjalizował się w badaniu ryb. Powiesił się w swoim domu na Alasce czterdzieści sześć lat po tym, jak życie odebrała sobie jego matka. 

Sylvia Plath zapisała się w kanonie literatury głośną powieścią autobiograficzną "Szklany klosz", pięcioma tomikami poetyckimi, a także obszernymi zbiorami listów i Dzienników. Większość jej twórczości, włącznie z czterema książkami dla dzieci, została wydana już po jej śmierci. W Polsce dotąd była nieznana jako autorka historii dla najmłodszych. Dziś poznajemy tę jej odsłonę dzięki Wydawnictwu Dwie Siostry, i ich wspaniałej serii "Serio", w której planowane jest wydawanie unikalnych dzieł pióra najwybitniejszych twórców światowej literatury, w dużej, bogato ilustrowanej formie, wyróżniającej się na tle innych książek dla dzieci. Nie tylko dla dzieci, przyznam szczerze, bo zarówno "Garnitur na każdą okazję" Sylvii Plath, jak i "Wrony i wąż" Aldousa Huxley'a podczytywałam ukradkiem nim jeszcze je dzieciom podarowałam. Być może znalazłaby się w tym gronie też "Niebieska zasłona" Virginii Woolf, jednak książka ta została już wydana przez Wydawnictwo Znak, więc mało prawdopodobne by trafiła do "Serio".



Tytułowy garnitur na każdą okazję to marzenie małego Maxa Nixa. Siedmioletni chłopczyk mieszka z Mamą i Tatą Nixami oraz szóstką braci w małym miasteczku położonym na zboczu góry. Każdy mijany przez chłopca mieszkaniec miasta nosi jakiś jednolity strój, niektórzy posiadają eleganckie garnitury, inni stroje robocze, jeszcze inni kombinezony. Niepokoi go ta różnorodność, ta potrzeba ciągłej zmiany ubioru w zależności od wykonywanych czynności. Dlatego też pragnie bardziej niż czegokolwiek na świecie własnego garnituru, takiego szytego na miarę, przydatnego cały boży rok. Pewnego dnia, kiedy Mama Nix upiekła placuszki morelowe do drzwi zapukał listonosz i dostarczył niezaadresowaną do konkretnej osoby z rodziny Nixów przesyłkę. Po rozpakowaniu brązowego papieru oczom wszystkich ukazał się wełniany, włochaty, nowiuteńki, musztardowożółty garnitur, z wielkimi mosiężnymi guzikami. Max milczał, był najmłodszym, a że wychowano go w dobrym domu, wiedział, że pierwszeństwo w przymiarce mają Tata Nix i bracia. Czy zdoła cierpliwie wyczekać swojej przymiarki? Czy w ogóle będzie brany pod uwagę? Czy spełni się jego marzenie?

Sylvia Plath napisała piękną przypowieść o sile marzeń, o cierpliwości w dążeniu do ich spełniania. Czytając tę książkę dziecko uczy się tej cierpliwości razem z małym Maxem, bo musi razem z nim doczekać momentu, kiedy marzenie ma szanse stać się rzeczywistością. Do samego końca nie ma pewności, ale dopinguje, wierzy i zaciska kciuki. Cała historia ma pewien swój rytm, melodyczną powtarzalność, co sprawia, że dziecko (przynajmniej tak zareagowała moja córka) kończy zdania i uprzedza do pewnego momentu kolejną stronę, z wielką satysfakcją, że potrafi przewidzieć co się wydarzy. Że jego wiara ma moc, jest wynagradzana i krok po kroku zbliża się do marzenia razem z bohaterem. To też książka o tym, jak bardzo dzieci (ludzie) różnią się od siebie, jak odmienne może być rodzeństwo i postrzegany przez nich świat. A także o tym, jak pełni jesteśmy wątpliwości i obaw co powiedzą inni, jak nas widzą i odbierają. Ciągła niepewność i strach przed byciem sobą blokuje drogę do szczęścia. Zachowanie Maxa przekonuje, że nawet te małe, nietypowe marzenia warto spełniać, bo satysfakcja jaką po spełnieniu osiągamy sprawia, że nic co wydawało się problemem nie ma już znaczenia.

Książkę zilustrowała Agnieszka Skopińska. Oczami dziecka, pędzlem trzymanym w jego rękach, przedstawiła rodzinę Nixów z perspektywy życia jakie toczy się wokół nich. Mamy tu grube warstwy farby, momentami nieregularne mazy, kreślenie ołówkiem i psa czy kota wymykającego się kolorem poza linie. Ta forma ilustrowania, niezwykle bliska dziecku, sprawia, że jest ono jeszcze bliżej marzeń o których mowa w tekście. 



Tytuł oryginału: The It-Doesn't-Matter-Suit
Tytuł: Garnitur na każdą okazję
Autor: Sylvia Plath
Ilustracje: Agnieszka Skopińska
Tłumaczenie: Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo: Dwie Siostry, Warszawa 2012



2012-09-22

jak już czytać dzieciom to co czytać


Często jako rodzice wybieramy swoim dzieciom książki bardzo pospolite, poprawne i wydaje nam się właściwe. Pytanie tylko czy to co nam takie się wydaje bywa właściwe dla naszych dzieci? W jaki sposób to zweryfikować i nie poddać się obawom, że życiowe znaczy gorsze i nieodpowiednie. Skąd w nas przekonanie, że wyrazistymi postaciami, prostym przekazem i wynikającymi z tekstu ilustracjami spełniamy dzieci indywidualne potrzeby? Dlaczego nie dopuszczamy do głębszego sięgnięcia w wyobraźnię, do zastanawiania się skąd na ilustracji pies, skoro mowa o kocie. Dlaczego omijamy obrazy czarno-białe, brudną kolorystykę, trudne tematy, chorobę, śmierć, wojnę, problemy dorastania czy na przykład historię miasta Torunia. Tutaj nawiązuję do cudownej książki o Toruniu - "Cztery strony czasu" - którą napisała i zilustrowała Iwona Chmielewska, ale polskie Wydawnictwa ją odrzuciły, bo to nieopłacalne, a kiedy nieopłacalne to i nic nie warte. W Korei za to cieszy się ona dużym zainteresowaniem, mimo iż nie musiałaby wcale. Tak samo ma się zapewne podejście do książki "Królestwo dziewczynki", tej samej autorki, o jakże ważnej i pięknej przemianie dziewczynki w kobietę, temacie już zupełnie tabu, bo w jakim miejscu w polskiej księgarni należałoby położyć książkę ilustrowaną o menstruacji (więcej o tej pozycji można przeczytać na blogu Poza rozkładem ). W Korei nie mają z tym problemu. 
Takich naznaczonych książek nie pozwalamy dzieciom brać do rąk. Są zbyt wymagające i peszące. Nie dzieci, które do tematów nieznanych podchodzą w sposób naturalny, a zazwyczaj rodziców. Takie pozycje zmuszają nas do rozmów i być może  powrotów do tych rozmów, bo taka książka w domu na półce grozi tym, że dziecko poprosi o jej czytanie kilka razy. Choć niekoniecznie, czasem coś co w głowie dorosłego ciąży jak kamień uczepiony szyi, dla dzieci trwa tu i teraz, po czym znika wyparte przez inne ważne sprawy.
Widziałam jak na Targach Książki w Katowicach niektóre mamy czuły się niewygodnie w sytuacji, kiedy ich dzieci chwytały do rąk książki o wojnie ( serię Wydawnictwa Literatura - "Czy wojna jest dla dziewczyn" Pawła Beręsewicza, "Asiunia" Joanny Papuzińskiej czy "Bezsenność Jutki" Doroty Combrzyńskiej-Nogali). Momentalnie wzrok tych kobiet próbował wyłapać szybko coś na podmiankę, "ooo, patrz jaki słodki misiu, jaki uroczy króliczek, jaka rumiana dziewczynka z owocami w koszyczku". I dziecko chwytało do rąk podsuniętą przez mamę kolorową książeczkę, taką którą bez wysiłku, bez potrzeby rozmawiania o niej, przeczyta się na dobranoc i odbębni akcję "czytaj dziecku codziennie - 20 minut dziennie". Kto w ogóle wymyślił, że książki czyta się tylko na dobranoc? Wiadome jest, że wówczas czytamy coś naprawdę lekkiego, przyjemnego i odprężającego. Jednak w ciągu dnia czytajmy dzieciom te książki, którym okazują faktyczne zainteresowanie, same od siebie, nawet jeśli to jest temat dla nas wymagający większego zaangażowania i odpowiedzi na trudne pytania.
Najlepiej by było, gdyby dziecko poza księgarnią, w której rodzice mają często wyżej wspomniane blokady zakupowe, mogło samo z półki brać książkę odpowiednią dla swojego nastroju, swoich potrzeb i zainteresowań. To jednak niemożliwe patrząc na ceny książek, by zwyczajny człowiek mógł od urodzenia dziecku uzupełniać biblioteczkę o różne nowości wydawnicze i książki na różne tematy. Nie robimy tego, bo wydaje nam się, że dziecko z książek wyrośnie tak samo szybko jak z ubrań. Poniekąd to prawda, ale ja zauważam, że moje dzieci częściej wracają do tych samych książek, niż robię to ja. Nie przeszkadza im, że czytamy coś drugi, bądź trzeci raz. Nie ma też znaczenia wiek. Dwunastolatek słucha książek sześciolatki, i na odwrót, sześciolatka prosi by brat czytał swoje książki na głos. Wszystko zależy od dnia, pory i nastroju. 
Pisząc to, nie mam na celu namawiania na siłę do książek trudnych, to indywidualna sprawa każdego z rodziców czy odważy się przeczytać dziecku na przykład unikatowy, przejmujący "Dym" Antona Fortesa, z ilustracjami jednej z moich ulubionych ilustratorek - Joanny Concejo. Jednak pamiętajmy, że dziecko też jest indywidualnością, być może ma inne od nas zapotrzebowanie na literaturę, być może ciekawi go inny świat, który my z obawy przed trudnością tematu przed nim ukrywamy. A za kilka lat wszystko spadnie na niego jak grom z jasnego nieba. Zupełnie bez przygotowania, za co będziemy mieli być może do siebie żal, że nie czytaliśmy, nie rozmawialiśmy, nie uświadamialiśmy. 

Do końca życia będę wdzięczna za to, że mam chęci, czas i potrzebę by czytać dzieciom. I że one chcą mnie słuchać. To dla mnie naprawdę wielkie szczęście. 

A jutro napiszę o dzisiejszym naszym wspólnym czytaniu:


2011-05-16

"Everyman" Philip Roth


Twórczości Philipa Rotha do tej pory nie znałam, ale moje myśli krążyły wokół tego prozaika amerykańskiego od czasu, kiedy na zeszłorocznych Targach Książki w Krakowie zakupiłam jego książkę pt. „Duch wychodzi”. Bezmyślnie zupełnie, nie analizując wcześniej jego twórczości. Chciałam po prostu natychmiast mieć Philipa Rotha na półce, tego samego, który zdaniem wielu krytyków jest pretendentem do Literackiej Nagrody Nobla. Jak się jednak okazało, zakupiłam pechowo dziewiątą część (według autora już ostatnią) z cyklu o Nathanie Zuckermanie. Postanowiłam więc trzymać się chronologii i przeczytać osiem pierwszych czyli: „Cień pisarza”, „Zuckerman wyzwolony”, „Lekcja anatomii”, „Praska orgia”, „Przeciwżycie”, „Amerykańska sielanka” ( w 1997r. za tę właśnie powieść otrzymał Nagrodę Pulitzera), „Wyszłam za komunistę” i „Ludzka skaza”, a „Duch wychodzi” musi przeczekać na swoją kolej. Czy się doczeka? Myślę, że tak i to jeszcze w tym roku, bo po przeczytaniu „Everymana”, kolejnej odrębnej książki tego autora, jestem mu już zupełnie oddana. Philip Roth pisze tak sugestywnie, że dosłownie zostaje w pamięci odgłos ziemi padającej na wieko trumny.

Everyman” to krótka powieść nawiązująca tytułem do słynnego amerykańskiego moralitetu z piętnastego wieku, której legendarny bohater wyrusza na spotkanie ze śmiercią i zdaje sprawozdanie z życia. Bohatera Rotha, człowieka bez imienia, poznajemy już w zasadzie jako nieboszczyka, dołączając do rodziny skupionej nad jego grobem. Z boku przyglądają się pochówkowi jego dwaj niewzruszeni okolicznościami synowie z pierwszego, dosyć burzliwego małżeństwa, a także córka z drugiego małżeństwa wraz z matką, prywatna pielęgniarka, brat Howard z żoną i kilku emerytów, przyjaciół z ostatnich lat życia bohatera. Od samego początku więc zna się zakończenie... bo czyż tak właśnie w życiu nie jest? Świadomość śmierci odsuwamy na dalszy plan, ale jej ruch jest nieuchronny. Powolny bądź zaskakujący, ale bez możliwości naszego wobec niej uniku. Jesteśmy bez szans, nasza rola w życiu polega na tym, by być na nią przygotowanym. Co jest przecież niemożliwe, bo analizowanie życia pod kątek naszej śmiertelności wpędziło by nas jedynie wcześniej do grobu.
Everyman” Rotha umiera mając siedemdziesiąt jeden lat. Przez jego życie na ziemi prowadzi nas Narrator, jakby odpowiednik Boga, który na okoliczność przyjęcia go w bramy niebieskie wystawia mu krótką notkę biograficzną. Wspomnienie jakich miliony, i tu najbardziej doskwierał mi fakt, że bohater nie ma imienia. Życie nakłada się na życie, kości na kości, mogiły cmentarne zlewają w jedno rozległe wspomnienie o ludzkiej egzystencji. Zmierzamy wszyscy w tym samym kierunku i nasze przeżywanie życia może jedynie wpłynąć na samopoczucie w wieku, kiedy przychodzi moment podsumowań (…) Mamy tylko ciało, które rodzi się i umiera na wzór innych ciał, które żyły i poumierały przed nami (…).
Everyman Rotha był grafikiem reklamowym w nowojorskiej agencji, przeszedł przez trzy rozwody, dziesięć operacji, prowadził bujne życie erotyczne, po drodze porzucił gdzieś ambicje artystyczne, kilka razy zbłądził, jako ojciec i człowiek. Sam nie ma o sobie dobrego zdania (…) wyrodny ojciec, zawistny brat, niewierny mąż, nieudany syn (...) ciągle schorowany, bojaźliwy, odkładający samotność i śmierć na później, ale świadomie z żalem stwierdzający: Mój Boże – pomyślał sobie – co ze mnie zostało? Czy gdyby przeżył życie inaczej, byłby z niego bardziej zadowolony i analiza końcowa byłaby mniej brutalna? To wątpliwe. Nie da się żyć idealnie, a śmierć ma to do siebie, że zbliżając się rozbudza wszystko to co negatywne, choćby to były pojedyncze incydenty. Zawsze będzie się nam wydawało, że uczyniliśmy zbyt mało, by odejść bez lęku i z godnością. Walka trwa do ostatnich chwil, nawet jeśli wydaje się z pozoru, że jesteśmy już gotowi. Taka nasza ludzka skaza, jesteśmy, by nagle móc bez znaczenia dla świata zniknąć.


(…) Bo najsilniejszym niepokojem życia jest śmierć. Bo śmierć jest taka niesprawiedliwa. Bo kiedy człowiek zasmakował życia, śmierć wydaje się czymś nienaturalnym (…)



Tytuł: Everyman
Tytuł oryginału: Everyman
Autor: Philip Roth
Przełożyła: Jolanta Kozak
Ilość stron: 166
Wydawnictwo: Czytelnik, Warszawa 2008



Trzynaście lat temu, mój kolega zdał maturę, dostał się na wymarzone studia i wraz z przyjaciółmi zorganizował wyprawę na rowerach świętującą oba te wydarzenia. Zjeżdżając z Kubalonki zderzył się czołowo z samochodem i zginął na miejscu. To była moja pierwsza, radosna, dziecięca miłość, w pierwszych klasach podstawówki. Trzymaliśmy się za ręce pod szkolną ławką, śledziliśmy się nawzajem na szarych szkolnych korytarzach. Śpiewaliśmy wspólnie na szkolnej akademii piosenkę o gumie balonowej Donald, on z kołnierzykiem wyjętym poza brązowy sweterek, ja w plisowanej granatowej spódniczce i z długim warkoczem, za który ciągnął mnie często jego o głowę mniejszy kolega. Potem nasze drogi się rozeszły, ale zawsze kiedy mijaliśmy się na ulicy, to z sentymentem w oczach. To jedyny zmarły, który mi się śni. Czasem nawet raz w miesiącu. Kilka dni temu odwiedziłam go na cmentarzu. I wspominałam piosenkę „z Donaldem w kieszeni” i mimo iż wiem, że to wszystko nieuchronne, to godzić się z tym nie potrafię. Po tylu latach na jego pomnik spadły moje łzy.


2011-04-21

"Bojowa pieśń tygrysicy" - Amy Chua


Niepewnie podjęłam się przeczytania tej książki, bo znany mi jest pobieżnie model wychowywania dzieci w chińskiej rodzinie, a nie jestem tego typu metodom przyjazna. Jednak sama autorka, Amy Chua, zachęca na okładce dość skutecznie i postanowiłam spróbować ją zrozumieć. Amy Chua pisze o swojej książce tak: Jest to opowieść o matce, dwóch córkach i psach. A także o Mozarcie i Mendelssohnie, fortepianie i skrzypcach oraz tym, jak znaleźliśmy się w Carnegie Hall. To miała być historia o tym, że chińscy rodzice umieją lepiej wychowywać dzieci niż rodzice zachodni. Ale skończyło się na opowieści o gorzkim zderzeniu kultur, ulotnym posmaku zwycięstwa i trzynastolatce, która zapędziła mnie w kozi róg
.
Rzecz dzieje się w Stanach Zjednoczonych, w latach 1996-2009,  w domu chińsko-amerykańskim, gdzie matka jest Chinką, ojciec Żydem, a ich dwie córki dosyć egzotyczną mieszanką, mianowicie chińsko-żydowskimi Amerykankami. Ojciec, co dla naszego modelu wychowawczego dziwne, prawie w ogóle się nie liczy, i to matka podejmuje wszystkie decyzje związane z wychowywaniem córek. On tylko czasem próbuje okiełznać jej chiński temperament, przygasić zadymiające dom ambicje i uciec przed tą ciężkością powietrza, które opanowało ich dom. To w nim, w atmosferze zakazów, krzyków i codziennego rygoru, wychowywane są dwie siostry, Sophia i jej o trzy lata młodsza siostra Louisa, zwana Lulu. Ta pierwsza od trzeciego roku życia gra na fortepianie, a jej młodsza siostra na fortepianie i skrzypcach. Obie nigdy nie mogły bawić się i nocować u koleżanek, ani zapraszać ich do siebie; grać w szkolnych przedstawieniach; oglądać telewizji; przynosić ocen gorszych niż szóstki i co za tym idzie nie być najlepszymi uczennicami w klasie. Amy nie chce wpuścić do domu zachodnich manier, nie chce niewychowanych córek, nie chce grubych córek, nie chce córek bez pasji i osiągnięć. Czego chcą jej córki, czego chcą inne chińskie dzieci, nikogo nie interesuje, a już najmniej ich rodziców. Według Amy - Matki Tygrysicy -  chińskie metody wychowawcze osiągają lepsze efekty niż zachodnie i dzięki przykładaniu wagi do siły, a nie słabości, można stworzyć ideał człowieka inteligentnego, spełnionego i publicznie szanowanego. Nie na własne podobieństwo, lecz jeszcze lepszego. Amy Chua wychowywana była w ten sam sposób, stąd tak charakterystyczna dla Chin ciągłość pokoleniowa, jednak tą książką udowadnia, że jest znacznie słabsza od typowych chińskich matek. Uległa, poddała się, młodsza córka wytrąciła ją z drogi, którą dla niej i dla siebie zaplanowała. Czy to wina jej słabości, czy faktu iż jednak dziewczynki mają w sobie mieszankę genów? Nie sposób przechytrzyć geny, nawet Matce Tygrysicy?  Ambitnej, silnej , bezwzględnej... Zastanowiło mnie czemu Amy Chua nazywa siebie Matką Tygrysicą i napisała tę książkę skoro się jej nie udało? Co ma na celu pokazywanie własnej porażki? Wytykanie modelom zachodnim, że wychowują buntowników, mazgajów, darmozjadów, kiedy jej chiński model wychowawczy nie przyniósł pożądanych efektów i jedna z córek w końcu wytknęła jej jak bardzo nienawidzi matki, skrzypiec i swojej chińskiej rodziny. Jako matka, nie byłabym z siebie dumna.

Spodziewałam się czegoś lepszego. Brakowało mi w tej książce faktów z normalnego chińskiego pożycia rodzinnego oraz wizerunku ojca w rodzinie. Wszystko skupia się na muzyce, ćwiczeniach, koncertach, nauczycielach muzyki, i za mało Amy w Amy. Miałam wrażenie, że odhaczam razem z nią punkty życiowe, które spisała dla niej chińska tradycja i tak naprawdę ich dom jest taki sam jak miliony innych. Niczym się nie wyróżnia. Nie zachwyciła mnie, nie polubiłam jej, męczyła mnie nie tyle krytyką zachodnich przyzwyczajeń (tu kilkakrotnie nawet przyznałam jej rację) ile swoją osobowością... ciągle spięta, nerwowa, wymagająca, ze sztucznym uśmiechem na ustach. Jedynie wątek o psach i jej siostrze pokazał ją z innej strony, ale odniosłam wrażenie, że dla własnej rodziny, córek i męża jest zupełnie zimną, bezwzględną kobietą, która czerpie siłę z uprzykrzania życia innym. Zresztą sama o sobie pisze tak: Prawda jest taka, że czerpanie radości z życia to nie moja specjalność. Uważam to za jedną z moich pięt achillesowych. Czasem myślę tylko o tym, co jeszcze muszę zrobić i komu nawrzucać (...)

Zapamiętam tę książkę, mimo iż jest przeciętna i napisana na wzór kilku punktów, które nieudolnie zostały rozwinięte. Za mało Amy, Sophii, za mało Jeda, za mało przyziemnych codziennych  chińskich chwil wartych opisania; muzyka zdominowała coś co mogło być naprawdę ciekawe. Poza tym nie polubiłam Amy jako matki, stoimy w różnych rzędach, naprzeciw siebie, a między nami stoi wielki chiński mur. Chyba nie jestem w stanie jej zrozumieć. Współczuję jej córkom... Same szóstki, nauka gry na instrumencie bez przerwy, w zdrowiu i w chorobie, w domu i na wakacjach też, po kilka godzin dziennie, brak kolacji za karę, wyzywanie, minimalizm dobroci... Przesada, żeby nie nazwać tego psychicznym znęcaniem się. Do tego brak czasu na przyjaźnie, ciągłe ograniczenia, brak przyzwolenia na własne zdanie, życie w ciągłym cieniu, bez dostępu do słońca, czyli matczynej miłości. Smutne to, a mam wrażenie, że Amy Chua jest z siebie dumna. Trudno mi to wszystko pojąć, bo ta książka jest tylko kroplą w morzu prawdy o Amy i psychologicznych motywach traktowania w ten a nie inny sposób chińskich dzieci, ale wbrew sugestiom krytyki nie mam poczucia, że jako matka zachodnia, jestem gorsza od chińskiej matki. Wręcz przeciwnie.

Tytuł: Bojowa pieśń tygrysicy
Tytuł oryginału: Battle Hymn of The Tiger Mother
Autor: Amy Chua

Przełożyła: Magdalena Moltzan- Małkowska
Rok wydania: 2011

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 280 
Okoliczności zdobycia: zakup własny