Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stosik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stosik. Pokaż wszystkie posty

2011-07-15

Plany wakacyjne, czytelnicze tym razem


Kiedy rano trzymam w dłoniach pierwszą kawę, mam nawyk picia jej na stojąco. Wychodzę wtedy na taras i mam pięć minut dla siebie. Dla okolicy. Często jednak na taras nie dochodzę, bo po drodze zatrzymują mnie książki. Albo deszcz zasłaniający cały widok, tak jak dziś. Stanęłam więc przed biblioteczką i zaczęłam snuć plany czytelnicze wakacyjne, aż mnie szyja boleć zaczęła, bo półek kilka do przejrzenia było. I niemal zawsze w takich chwilach sobie myślę, że ja nigdy z tym wszystkim nie zdążę. Tyle mi umknie słów, tyle historii, wzruszeń i refleksji. Człowiek musiałby nie żyć, by móc tylko czytać, i myśleć o tym co przeczytał... Natrafiłam na "Blaszany bębenek" Guntera Grass'a, "Podróż w świat" Virginii Woolf (ja tego jeszcze nie przeczytałam?), "Sto lat samotności" Marqueza (odkładam od roku), "Castorp" Pawła Huelle, "Zwrotnik Raka" Henry Millera, "Zmowę mężczyzn" Iwaszkiewicza, "Symultantkę" Ingeborg Bachmann... i te trzy nowe książki, które dostałam od męża na rocznicę ślubu. Ach, na Marylin Monroe już się rzuciłam. Świetna pozycja obalająca mit głupiutkiej blondynki. Zawarte w niej są lęki, refleksje, myśli Marylin Monroe, o których świat dowiedział się dopiero niedawno. Na Korczaka i Chaplina też się cieszę. Tylko kiedy to wszystko czytać? 

Na szczęście Wydawnictwa nic nowego co by mnie zainteresowało nie proponują. Ufff, wręcz z ulgą odetchnęłam śledząc zapowiedzi. Jedynie Wydawnictwo Albatros wychodzi z ciekawą, kolejną propozycją Trumana Capote.  W zeszłym roku "Inne głosy, inne ściany", w tym roku "Harfa traw, Drzewo nocy i inne opowiadania" - Osierocony Collin Fenwick ląduje u swoich ciotek na amerykańskim przedmieściu. Dość powiedzieć, że obie stare panny są dość charakterystycznymi typami o drastycznie różnych osobowościach. Verena, businesswoman i przedsiębiorca w jednym, dzierży nieoficjalne stery władzy w miasteczku, gdzie jest właścicielką większości lokali usługowych. Apodyktyczna i skąpa, podporządkowała sobie całkowicie mieszkańców rodzinnego domu. Jej siostra Dolly, wrażliwa i delikatna dama, to chodzące usposobienie łagodności i posłuszeństwa. W wolnych chwilach zajmuje się rozprowadzaniem ziołowego lekarstwa na puchlinę wodną, które cieszy się sporym zainteresowaniem klientów. Do tej gromadki uroczych dziwaków należy jeszcze czarna służąca Katarzyna, która uparcie podaje się za Indiankę. Sielanka kończy się gdy Verena orientuje się, że na lekarstwie Dolly można by było nieźle zarobić. Jednak zawsze posłuszna siostra nagle się buntuje i nie chce zdradzić tajemnego składu medykamentu, ucieka z domu wraz z Collinem i Katarzyną. Zabierają pudło pełne prowiantu, parę dolców i osiedlają się w starym domku na drzewie - czytam na stronie Empiku (data premiery 29 lipiec).


Z kolei Wydawnictwo W.A.B. na swojej stronie proponuje w zapowiedziach książkę Noblisty J.M.G Le Clezio "Mondo i inne historie" - Czy można znów stać się dzieckiem? Odnaleźć w sobie dziecięce fantazje i dziecięcą wrażliwość? Le Clézio przekonuje, że tak. Bohaterami jego opowiadań są dzieci - biedne, nie zawsze rozumiane i kochane, ale zawsze oddające się marzeniom, cieszące się tajemniczym pięknem świata i wyobrażające sobie cuda. Udaje im się ze szczytu góry dotknąć nieba, zanurzyć w promieniach słońca, żeglować i dać się ponieść morskim falom. Mondo i inne historie to zbiór uwodzący poetyckim językiem, a także genialne studium dziecięcych charakterów. To książka o życiu w zachwycie oraz o tym, że marzyć trzeba, bo marzenia dają człowiekowi wolność i ogromną siłę, by jej bronić. Czytając ją, nie sposób nie wspomnieć dzieła innego wielkiego Francuza - Małego księcia (data premiery 3 sierpień).




A Wy? Wyśledziliście coś nowego warte polecenia? 
Może mi coś umknęło? 
Tak jak słońce dziś, które jutro podobno też ma czmychnąć tylko bokiem dnia.


2011-04-10

Strych, kurz i efektowne książkobranie


O takiej chwili często marzę. Między pajęczynami, kurzem, starością i tajemniczymi cieniami dać się opętać magii zapuszczonego stryszku. I trafiło się! Pewni sympatycznie państwo wyprowadzają się z domu, w którym mieszkali dwadzieścia dwa lata i słuchy mnie doszły, że wybiera się do nich antykwariusz, by odkupić dość pokaźne zbiory literatury. Postanowiłam więc go uprzedzić, odgarnąć z czoła pajęczynki, i podrobić między książkami, które były dosłownie wszędzie i zsypywały się na mnie z każdej strony. Oczy moje odtańczyły polkę podnieconą, i chłonęły pierwsze kilka minut obraz stryszku z marzeń. W jednej części było tak ciemno, że grzmotnęłam w filar, ale to wyszło mi tylko na dobre, bo w dalszej chwili potknęłam się o zbiór gazet ułożony tuż za nim... były to Przekroje z 1947r., 48, 49 itd., jakieś półtora metra radości. A potem było już wielkie przeglądanie, kręcenie główką raz w lewo, raz w prawo, kurz na dłoniach, pył we włosach, brud na policzku... i obraz mnie, ciągnącej wór na śmieci po schodach, wypełniony 58 zdobyczami. Tak się zastanawiam, jak wiele takich miejsc jest w starych domach, ile książek rozchodzi się za bezcen, ile zupełnie marnieje, ile razy trafi mi się jeszcze szczęście i znajdę się w takim miejscu jak dziś, uprzedzając antykwariusza i wygrzebując pokaźną serię Czytelnika z lat sześćdziesiątych. Mam słabość do tych małych książeczek i zasnę niepokojem otulona, czy aby wszystkie na pewno wygrzebałam :)


                            (dzisiejsze zdobycze to te dwa stosiki i jeden rządek, łącznie 58 książek)

2011-02-10

Miejsca zapomniane - antykwariaty


Nie mam na dziś planów. Nie śpieszę się, pierwszy raz od zamierzchłych czasów zostałam w godzinach dopołudniowych sama w domu, bo jestem uskmarkana po kolana. Szczerze mówiąc zgłupiałam całkiem kiedy zamknęły się drzwi za domownikami i nie wiedziałam, w którą stronę się udać. Podskoczyłam trzy razy, z wnętrza niczym czkawka wyskoczył mi uśmiech na usta... mogę swobodnie milczeć, mogę słuchać głośno swojej muzyki, mogę nie gotować, mogę położyć się na ziemi z książką, mogę czytać na głos wiersze Achmatowej, przeglądać zakupione książki, mogę chwilę nie myśleć, by potem zamknąć oczy i zobaczyć jak myśli me  przeskakują drewniane barierki i pędzą niczym stado dzikich koni, by pozostawić za sobą tylko obłok kurzu. Nie wychodzi mi ostatnio analizowanie własnych przemyśleń... więc stwierdziłam, że odpocznę dziś od nich. Niech biegną, niech się położą, może część z nich umrze we śnie. Najpiękniej tak się ich pozbyć.

Jak to zwykle zimą bywa, mam słabość do czekolady, poezji, antykwariatów i robienia sobie dobrze. Dobrze znaczy długodystansowo, spontanicznie i wzniośle... Teraz już wiem, że przetrwam do wiosny w nastroju całkiem znośnym, bo... Kupiłam sobie wczoraj śliwki w czekoladzie dla równowagi pomigdałowej słodkości w ustach i odwiedziłam pewien nowy antykwariat w mieście. Malutki, ciasny, pełen kurzu, ale z drabinką i książkami po sufit, i z bardzo sympatycznym, rozmawiającym chętnie o Bukowskim panem. Mamy w mieście tylko dwa antykwariaty, pan z tego drugiego jeszcze nigdy do mnie nie przemówił... ciekawi mnie, czy nie zna się na książkach, czy po prostu nie ma nic do powiedzenia? Nigdy jeszcze nie wstał zza starego biurka, zawsze coś notuje, może pisze książkę, albo rozwiązuje krzyżówki? Nie wiem, mimo wszystko cieszę się, że jest.
Wczoraj za to w końcu wdałam się w dyskusję w miejscu do tego stworzonym. Pan był zdziwiony, równie mocno jak ja, że od momentu otwarcia (czyli od listopada) jestem pierwszą kobietą, która podjęła z nim temat literatury. Wiedziałam kto to Brodski, Kundera, Jesienin, czy wspomniany wyżej Bukowski. Jego rozpierała radość, przyniosłam na ustach nadzieję. Ja się przeraziłam, w jakim mieście mieszkam? A ja chciałam kawiarenkę-literacką otwierać? Nie przeżyłabym ignorancji dla takiego miejsca... ludzie nie czytają! To przerażające! Przesympatyczny pan nie jest pewien jak długo da radę utrzymać to miejsce, miłości do słowa nie trzyma się w portfelu. Nawet za darmo okazuje się przyjąć nikt jej nie chce. Niewielu przychodzi, niewielu chce rozmawiać, niewielu docenia to co robią antykwariusze... w oczach wielu to dziwacy w przekrzywionych okularach i zakurzonych, starych swetrach. Tacy co to chcą na nas zarobić, wpisując ołówkiem pięć złotych na okładce  wydanej przez Wydawnictwo Iskry książce "Trzy siostry" Czechowa. Pięć złotych. Pięć złotych. Jedyne pięć złotych.
Tyle jest różnych akcji, tyle Fundacji, takie debilne projekty dostają dofinansowania z Unii... czemu jeszcze nigdzie nie trafiłam na hasło "Wspieramy Antykwariaty"? Ja wspieram. Moje dwa miejscowe przede wszystkim, te internetowe sporadycznie też. Dołączcie.

A oto moje zdobycze:

1) "Listy" - James Joyce (mam słabość do listów)
2) "Petersburg" - Jarosław Iwaszkiewicz (czytałam o tej książce tutaj http://legere-necesse-est.blogspot.com )
3) "W skali wyobraźni" -  Zbigniew Bieńkowski (książka o książkach, a takie uwielbiam)
4) "Literatura piękna a zdrowie psychiczne" - Wanda Krzemińska (bardzo ciekawa pozycja o książce w roli lekarstwa)
5) "Tańczący koliber" - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (tomik poezji Wydawnictwo Iskry)
6) "Mowa wiązana" - Czesław Miłosz (wiersze różnych poetów tłumaczone przez Cz.Miłosza)
7) "Hymn o perle" - Czesław Miłosz (tomik poezji Wydawnictwo Literackie)
8) "Opowiadania" - Tomasz Mann
9) "Wiersze wybrane" - Halina Poświatowska (tomik poezji Wydawnictwo Literackie)
10) "Wybór poezji" - Franciszek Halas
11) "Wybraniec" - Tomasz Mann
12) "Niecierpliwi" - Zofia Nałkowska
13) "Ptak nocy" - Susan Hill (powieść psychologiczna, taka jakie lubię)
14) "Literatura na świecie" - Nobel 1987 (czyli Josif Brodski)
15) "Czerwone i czarne" - Stendhal (dwa tomy)




1) "Trzy siostry" - Antoni Czechow (byłam na sztuce w Teatrze i chciałam wrócić do kilku rozmów)
2) "Edgar Allan Poe. Człowiek i twórca" - Alicia Misrahi (książka dodana do poezji)
3) "Poezje" - Edgar Allan Poe (podobno mieści się w rankingu 100 najlepszych poetów)
4) "Pięciu poetów" - Aleksander Błok, Anna Achmatowa, Borys Pasternak, Włodzimierz Majakowski, Sergiusz Jesienin (świetni poeci w jednej książce)
5) "Rzecz ludzka" - Mieczysław Jastrun (tomik poezji)
6) "Poezje wybrane" - Jarosław Iwaszkiewicz
7) "Romans prowincjonalny" - Kornel Filipowicz (mikro-powieść)


2010-12-28

Poświątecznie stosikowo

Wiedziałam co dla mnie będzie najlepsze... urlop na cały tydzień! Troszkę wymuszony, bo nie mamy z kim dzieci zostawić, ale za to jakże miły mej duszy. Ulga to niezmierna kiedy zamiast tkwić w zimnym kamerliku, pląsam w dresie po domu z "Damą Kameliową" Dumasa pod pachą, smażę naleśniki, turlam się ze skalniaka i przyglądam sarnom wlepiającym swe ślipia w moje raz za razem nogi uniesione wysoko ku górze. Na tarasie gapią się na mnie trzy lalki, jakby do sanatorium w góry przyjechały, w kolejności, Iga Papuga, Enna Kowalska i Martynka Holisz... Lola kazała mi zaadoptować trzy sieroty i nie opuszczać bidulek, więc od trzech dni jestem matką zastępczą trzech lalek. Ona ma pod opieką jeszcze sześć innych, ale te na śnieg wychodzić podobno nie muszą. Cwaniara, mnie przyszło ubierać na dwór piątkę dzieci. Na szczęście Charlie nie jest taki absorbujący, Aniołek docenił jego półroczną naukę i dostał pianino, co wiąże się już z zupełnym brakiem ciszy w domu, ale kiedy widzę te jego długie palce na klawiszach i kolejna kolęda odbija się od ścian, to jestem w stanie znieść wszystko i na zawsze, byle spełniał swe marzenia... Jak to jest, że w pewnym momencie nasze marzenia przestają być ważne? Że odpuszczamy, bo równie silną radość odczuwamy ze spełniania marzeń własnych dzieci. Całe życie uczę się być egoistką i jakoś mi to nie wychodzi, choć wiem, że jednego dnia zostanę z brakiem pomysłu na siebie. Zapatrzona we własne dzieci zgubię po drodze dwadzieścia lat i zacznę marudzić, że już jestem stara, samotna i do niczego się nie nadaję. Mam pewne plany, marzenia, ale ciągle puszczam kogoś lub coś przodem... ciągle dla kogoś, lub z jakiegoś powodu,  staję w cieniu peronu i patrzę jak pośpieszne pociągi zabierają tych co to przepchać do przodu się potrafią. Ja nie należę do tej grupy kobiet, które mają potrzebę wkomponowania się w tłum i jechania w tym samym kierunku, mnie wystarczy iść piechotą, wzdłuż torów, nawet dopuszczam wizję samotnego spaceru, ale muszę mieć cel. Czy zatem go nie mam, czy tylko obawiam się, że znowu będzie chybiony? 
Idę do wanny, posiedzę tam do Nowego Roku, może na coś wpadnę... 

 Tymczasem, nim oddam się rozwijającej moje myśli aromatycznej kąpieli prezentuję mój świąteczny stosik, w który wkład miały różne bliskie mi osoby (od dołu):
1) "Przelewickie opowieści" - Romana Kaszczyc
2) "Buddenbrookowie" - Tomasz Mann
3) "Spuścizna" - Isaac Bashevis Singer
4) "Rok potopu" - Margaret Atwood
5) "Portret Doriana Graya" - Oscar Wilde
6) "Dama Kameliowa" - Aleksander Dumas
7) "SOS" - Jerzy Surdykowski
8) "Hanemann" - Stefan Chwin (zakup własny)
9) "Za zakrętem" - Marika Krajniewska (zakup własny)
10) "The Waves" - Virginia Woolf (to pierwsza moja anglojęzyczna wersja książki Woolf; przyjechała do mnie prosto z Londynu i nie ukrywam, że to właśnie z niej w te Święta najbardziej się ucieszyłam)
11) "Grupa Bloomsbury. Brytyjska bohema kręgu Virginii Woolf "(zakup własny, przywieziony z wystawy w Krakowie i zapakowany pięknie pod choinkę... cudo, które dopełnia moją kolekcję książek o Woolf)

Dobranoc. Budzik do szuflady, miś pod poduchę, a nogi do wanny. Biorę trzy mandarynki, dodatkowy kaloryfer i Dumasa... swoją drogą zdarzyły się Wam jakieś wpadki w księgarni? Mój mąż poprosił  w Matrasie o "Damę Karmelową" i został wyśmiany. Powinien wiedzieć, czy pani powinna umieć się zachować? Potem się tak zakręcił w swych przekręceniach, iż wyszło z tego, że kupił "Dumę i uprzedzenie" :). Mnie się ta pani nie spodobała, przyfiluję ją sobie i zapytam następnym razem, czy wie co to na przykład użytkowanie wieczyste? Ale temat zachowań się w księgarni to osobny temat... może kiedyś znajdę na niego czas, jak i na wiele innych tematów. Prawda, że znajdę? :)


2010-08-11

Wakacyjny stosik

 

Marzą mi się trzy dni w hotelu z obsługą, która na udekorowanym kwiatami stoliczku przywoziłaby specjalnie dla mnie miniaturowe porcje przysmaków z całego świata i małe buteleczki wina zatopione w wiaderku z lodem. Wybrałabym trzy książki w powyższego stosika i czytała od rana do wieczora, przy uchylonym balkonie, na który od czasu do czasu wyszłabym zapalić mentolowego slima. Normalnie nie palę. Czasem podpalam, ostatnio zbyt często. Ale w hotelu papieros smakuje inaczej, bardziej luksusowo. Choć podobno luksusowe mogą być tylko cygara, na przykład ulubiona Maria Mancini, którą palił Hans Castorp. Odpoczęłabym, nawdychała się ciszy i słów, bo cierpię przez wakacje na ich niedobór... mam wrażenie jakby mi ktoś ujmował uroku, jestem może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca.
Tymczasem nic bardziej nie cieszy niż kolejny stosik... i myśl, że mam już wszystkie wydane do tej pory w Polsce książki Virginii Woolf i prawie wszystkie o Virginii Woolf :)
1) "Oryginał Laury" - Vladimir Nabokov
2) "Gra w klasy" - Julio Cortazar
3) "Blaszany bębenek" - Gunter Grass
4) "Śniadanie u Tiffany'ego" - Truman Capote
5) "Virginia Woolf i Vanessa Bell. Sekretny układ" - Jane Dunn
6) "Orlando" - Virginia Woolf
7) "Proces" - Franz Kafka
8) "Franz Kafka" - Klaus Wagenbach
9) "Matka" - Pearl S. Buck
10) "Chłopiec z latawcem" - Khaled Hosseini
11) "Żona Adama" - Monika Rakusa
12) "Lata" - Virginia Woolf
13) "Do latarni morskiej" - Virginia Woolf
14) "Dziecko Rosemary" - Ira Levin
oraz "Dzidzia" Sylwii Chutnik (prezent od Dosi poza stosikiem)

Wiem, pisałam już, że wygram z nałogiem. Przegrałam. Skusiły mnie wyprzedaże i dwie nowości. Kupiłam. Znowu jestem w tym samym miejscu i mam czterdzieści nieprzeczytanych książek na półce. I dobrze mi z tym :)
 
 

2010-07-27

Plaża, parmezan i Coco Dance

Ciężko mi wrócić do rzeczywistości. Część mnie została na włoskiej plaży, w wiklinowym koszu, z wiaderkiem spoczywającym u nóg na wypadek znalezienia niebywałych okazów muszli o poranku. Przed oczami mam napis na piasku, który już stał się tradycją i w ten oto sposób zawsze zaczyna się nasz album wakacyjny. Tradycją jest też karta pamięci pełna zdjęć, począwszy od uwiecznionego leżaka na plaży, skończywszy na nitce włoskiego makaronu. Sztuk sześćset tym razem. Dwieście wywołanych w albumie z motywem włoskiej uliczki na okładce, ku pokrzepieniu tęsknoty za czymś co nieuchronnie minęło, pozostawiając na ciele opaleniznę, a w duszy wspomnienia, które wirując wewnątrz niczym kolorowe serpentynki muszą utrzymać na ustach uśmiech, aż do przyszłego lata.
Skończyłam rozpakowywanie, pranie i wieszanie. Zawsze z tym zwlekam rzucając walizki w kąt i łudząc się, że tydzień później jeszcze wykopię między ręcznikami ziarenka piasku, rachunek z włoskiej księgarni, czy dodatkowy cukier dodawany do latte macchiatto. Namiastkę wakacji. Dopóki nie rozpakuję walizek mam uczucie ciągłej nieobecności.
We Włoszech pomału czuję się jak w domu. Spędziłam tam już szóste wakacje. Wiem ile kilometrów jestem w stanie przejść plażą; wiem, że większość latarni nie działa; wiem, że muszle są tylko do siódmej rano, bo potem zjeżdżają się traktory i oczyszczają brzegi z morskich skarbów, nie zawsze miłych dla oka.Wiem, że po ósmej to już w kolejce się stoi przy barze po caffe espresso, a wieczorami zapach pizzy wkręca się w przełyk i nie sposób mu się oprzeć. Wiem, też że z roku na rok jest we Włoszech coraz drożej i obawiam się, ile razy dane mi jeszcze będzie ten kraj odwiedzić. Wiem już też ile kosztują książki... „La signora Dalloway” Virginii Woolf z serii Classici Moderni jedyne osiem euro („Pani Dalloway”), a „La solitudine dei numeri primi” Paolo Giordano wydana w 2008r. już osiemnaście euro („Samotność liczb pierwszych”). Nowości prozatorskie z tego roku przekraczały nawet dwadzieścia euro, co dochodzi do stu złotych. Skończyłam zatem zakupy tylko na dwóch wyżej wymienionych pozycjach... jedna pojawiła się w mojej biblioteczce ze względów sentymentalnych jak wiadomo, druga ku wzniosłym zamiarom szlifowania języka. Paolo Giordano pisze zdecydowanie łatwiejszą prozę niż Woolf. Ale czyż włoskie zdanie La signora Dalloway disse che i fiori li avrebbe comperati lei („Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty”) nie brzmi zachęcająco?
Włoski znam na tyle, że potrafiłam zrobić podstawowe zakupy, przywitać się o poranku z właścicielami mijanych sklepików, zamówić kawę, dowiedzieć się jak dojechać do Lidla i powiedzieć, że nie znam włoskiego w ogóle, kiedy wypachniony Włoch proponował mi wspólny spacer. Dziękuję il signore. Wolę swój upatrzony na plaży koszyk wiklinowy. Czasem Włosi bywają zbyt otwarci, ma się wrażenie, że wskoczą człowiekowi do walizki, albo zamienią się w koralik i zawisną na szyi na pamiątkę. Szczególnie blondynkom nie jest łatwo, co zauważyłam nie tyle w stosunku do własnej osoby, co do Loli, mojej blondwłosej rusałki. Nawet Włoszki się za nią oglądały, a jedno starsze małżeństwo nie mogło wyjść z podziwu ku jej lokom i niebieskim oczom i zatamowali ruch u brzegu morza. Miałam zatem oczy naokoło głowy, a w pamięci małą Madeleine, angielską blond dziewczynkę zaginioną w Portugalii, o której słuch zaginął i małego chłopczyka, którego moje miasto pochowało w kwietniu, bo nikt się nie przyznał do jakiegokolwiek z nim pokrewieństwa... nawet nocami sprawdzałam kilka razy okno w pokoju parterowego domku i na całe szczęście u sufitu ktoś mądry zamontował wiatrak, a ktoś jeszcze mądrzejszy zamontował klimatyzację. W życiu nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć, a w takich kurortach wydarzyć się może wiele. Nigdy o tym nie zapominam i czasem ze zbytnim przewrażliwieniem przywoływałam dzieci z placu zabaw na kontrolę, bo choć ośrodek był zamknięty, kamerami nafaszerowany, to nigdy nie wiadomo gdzie licho śpi. Świat przestaje mi się podobać pod względem bezpieczeństwa.
Kiedy w lutym szukałam dla nas wakacji i wychodziłam z siebie, kiedy kolejna agencja odpowiadała mi, że nie ma już miejsc, pomyślałam sobie, że mnie nabierają. Jakaś Polka pisze łamanym włoskim,więc co się będą w dyskusję wdawać, lepiej powiedzieć, że nie ma miejsc. Jednak kiedy wyjeżdżaliśmy z Lignano, wspólnie z mężem stwierdziliśmy, że całkiem możliwe, że w styczniu takie miejsca są już zarezerwowane, bo sami mieliśmy ochotę już nie oddawać kluczy z domku Nibbio 2... małego parterowego bungalow, z ogródkiem, grillem i obrusem w oliwki, oraz zapasowym w kolorowe rybki. Ale nie to było meritum na którym opierała się nasza fascynacja tym miejscem. Sercem Centro Albatros byli Enjoyland, czyli tak zwani Animatorzy. To ta grupa młodych ludzi zawładnęła nie tylko uczuciami dzieci, ale także naszymi. Byliśmy dla nich pełni podziwu i wbrew pozorom nie z tak błahego powodu jakim by się mógł wydawać fakt, iż wyręczali nas z organizowania czasu dzieciom. Byliśmy pełni podziwu dla ich kreatywności, świeżości mimo zlanych potem koszulek, dla ich uśmiechów i tego „czegoś”, czego dotąd nie spotkaliśmy. Dzieci biegły do nich i wieszały im się na szyję (nie tylko nasze oczywiście) już o 9.30 podczas porannych zajęć na placu zabaw; rzucały wszystkim na basenie i stawały w kolejce, żeby przepłynąć pod nogami ulubionej pani; albo zagrać z nią w piłkę, a każdego wieczoru mimo zmęczenia po całym dniu atrakcji biegły na Baby Dance odtańczyć sześć kultowych piosenek z wszystkimi Animatorami, co było tak uroczym zjawiskiem, że zajmuje większą część naszych nagrań kamerą :). Poza tańcami trafiliśmy na pokaz dziecięcej grupy akrobatycznej, na przedstawienie „Alladyn” w wykonaniu Animatorów; na włoski wieczór zorganizowany w formie targowiska wokół bungalow, gdzie porozmawiać można było w producentem włoskiego wina i zakupić włoskie ręcznie robione cuda; był Baby Dance w basenie nocą co dla dzieci było nie lada atrakcją, a jeszcze większą był Coco Dance - Taniec kurczaków w wykonaniu dorosłych wczasowiczów podczas codziennego aerobiku w basenie. Czy grupa czterdziestu ludzi machających skrzydełkami , osuwających się ze śmiechu, nie jest warta zapamiętania? To były nasze najweselsze wakacje. Nawet Werona nie wyciągnęła nas poza Lignano Sabbiadoro, ze względu na uśmiechy dzieci.
Zatem pozostaliśmy całe dwa tygodnie na miejscu, wśród palm, czterdziestostopniowych upałów, czosnkowych bułeczek, parmezanu i olbrzymich pucharów lodowych posypanych kruszoną czekoladą, które nawet takiego smakosza jak ja przyprawiły o dezorientację, czy to przypadkiem nie dla zapaśnika sumo ze stolika obok. Jeden dzień spędziliśmy w Parku Rozrywki, gdzie foka pokazywała język, klaun pierdział wodą, a papugi jeździły na wrotkach. A jeden w Aquasplashu, gdzie prawie straciliśmy głosy piszcząc w czarnej niczym nora kreta rurze. Minutę później staliśmy ponownie w kolejce do zjazdu, bo taki był zamiar tego wyjazdu, że większość czasu poświęcamy dzieciom, sami doskonale się bawiąc. Czy odpoczęliśmy? Może nie w pełni tego słowa znaczeniu, ale tak po włosku, czyli z odrobiną szaleństwa, zasmakowaniem nocnego życia i popołudniowej sjesty. Tam ludzie żyją inaczej. W kapeluszach. I słońce jest inne. I dzień dłuższy. I uśmiech o poranku stoi pod drzwiami jak mleko w szklanej butelce. Tymczasem za oknem mam deszcz.
Co to za lato, kiedy chłód przepędza do domu?
p.s z racji czwartkowego Święta Czekolady zakupiłam sobie fondue do czekolady. teraz tylko potrzebne mi maliny, banan, winogrona. Może też być kiwi i brzoskwinia, a nawet małe mirabelki. Hmmmm, owoce zanurzane w gorącej czekoladzie. Od razu cieplej się robi, prawda?:)
Miłego popołudnia


2010-06-13

Stosikowo

Coraz bardziej upewniam się w fakcie, że z Wenus to ja na pewno nie pochodzę... mając odłożone dwieście złotych na weselną kreację, jednego dnia dopadła mnie słabość i taaaaddaaaaammmmm:)
    

"Wiersze z Cieniem" - Anna Janko ( wyczekiwany przeze mnie nowy tomik poezji)
"Pogłos" - Ewa Lipska ( równie wyczekiwany tomik poezji)
"Kasika Mowka" - Katarzyna T.Nowak ( nie czytałam jeszcze nic tej pisarki i jestem bardzo ciekawa tej książki)
"Przytulać kamienie" - Krystyna Januszewska ( książka wyszukana przypadkiem)
"Znak Wodny" - Josif Brodski ( o miłości Brodskiego do Wenecji)
"Łuk triumfalny" - Erich Maria Remarque ( polecona przez Przyjaciela)
"Opowieści o miłości i mroku" - Amos Oz ( lubię tego pisarza i myślałam już dawno o tej książce, a teraz Kasia.eira skutecznie mnie do niej przekonała)
"Samotność liczb pierwszych" - Paolo Giordano ( kupiłam, bo planuję na urlopie odszukać oryginalną wersję i przypomnieć sobie na podstawie tej książki język włoski)
"Włosy mamy" - Gro Dahle & Svein Nyhus ( na tej książce się zawiodłam, spodziewałam się czegoś obszerniejszego)
"Niebieska zasłona" - Virginia Woolf ( to jedyna książka dla dzieci, jaką napisała moja ukochana Virginia Woolf, po prostu musiałam ją mieć :)



2010-06-12

Holewiński, Murakami, Samozwaniec, Rakowicz, czyli nadrabianie na ekranie

   

Wraz z nadejściem upragnionego słońca w nasze życie wtargnęły też dodatkowe obowiązki, i tak na przykład kilka dni temu, zamiast odpoczywać po całym dniu, do dwudziestej malowaliśmy z Drugą Połową ponad dwadzieścia słupków ogrodzeniowych na kolor świeżo ściętej rzeżuchy. Nie powiem, było całkiem przyjemnie, bo ogrodzenie po pięciu latach cieszy, niczym pierwsze owoce na zasadzonym drzewie (notabene zbiegło się, owoce też są).
Przeczytałam ostatnio sporo ciekawych książek i o tyle, o ile mam siły nocą czytać, to niestety brak mi sił na pisanie, a w ciągu dnia rzadko mam czas i odpowiednie ku temu warunki by zatrzymywać słowa regularnie na papierze (często robię to byle gdzie, w notatnikach, na kartkach, po to aby potem złączyć zlepki myśli w tekst ku pamięci wiekopomnego lub mniej dzieła).
Żałuję. I cierpię z tego powodu, bo w głowie kłębią się myśli, refleksje, pojedyncze słowa, wybiórcze fragmenty i dopóki się ich nie pozbędę to brakuje miejsca na nowe. Dopóki nie napiszę choć kilku zdań o książce to mam dziwne uczucie, że po kolejnych dziesięciu o niej zapomnę, bo nie ukłoniłam się w podzięce. A są takie, o których zapomnieć nie chcę, choćby ze względu na sentyment do okoliczności ich pozyskania.
Te cztery książki czytane w maju dostałam w prezentach, w dodatku trafionych w moje gusta. Tak tak, to niesamowite, jak miło może być w świecie wirtualnym, jak zaskakująco mogą się układać znajomości, jak niepostrzeżenie przeradzać w przyjaźnie, szczere, ciepłe, żywiące się słowami lekko nakreślonymi na papeterii w krówki, bądź kwiaty magnolii, które w tradycyjnej kopercie, a nie po drutach pędzą do Londynu, Lublina, Piotrkowa Trybunalskiego czy Radomia.

Przedstawię książki w kolejności czytania. Najpierw z czystej ciekawości sięgnęłam po pisarza zupełnie mi wcześniej nieznanego, po Wacława Holewińskiego i jego książkę „Za późno na modlitwę”. W środku zastałam kartkę pocztową z Piotrkowa Trybunalskiego, która służyła mi za zakładkę i słowa Ewci To taki drobiazg dla Ciebie, zupełnie bez okazji. Ot tak po prostu z życzeniami miłego dnia. Z tyłu na okładce znalazłam zdjęcie sympatycznie wyglądającego pana po pięćdziesiątce i taki oto opis książki: To powieść wielowarstwowa, zawierająca diagnozę współczesnej rzeczywistości na wielu planach: psychologicznym, obyczajowym,społecznym i politycznym. Głównym bohaterem jest człowiek, który z perspektywy czasu i przestrzeni spogląda na swoje dawne miejsce w życiu demokratycznej opozycji w Polsce oraz na przełomie 1989 roku... . Początkowo bałam się, że mimo iż wątek polityczny został wymieniony na końcu, to jednak zdominuje on tę książkę ,a za polityką w beletrystyce nie przepadam. Jednak po dwóch pierwszych rozdziałach wiedziałam, że to będzie książka, którą szybko pochłonę. Już na wstępie spodobał mi się tok narracyjny autora, który każde dwa kolejne rozdziały zaczyna od tych samych słów, z tym że raz wychodzą one z ust kobiety, a raz mężczyzny... Historia ta wydawała mi się początkowo całkiem banalna. Siedemnastego listopada, w środę miałam dyżur w izbie przyjęć... Historia ta od samego początku nie miała dla mnie nic z banału. Ocknąłem się ze strasznym bólem głowy.
Ona, Anna Catherina, jest lekarką w paryskiej klinice specjalizującej się w operacjach neurochirurgicznych; ma na swoim życiowym koncie męża, córkę i sporo przelotnych miłostek, które nie pomogły jej odzyskać utraconego już dawno temu szczęścia. Jest samotna, zagubiona, często zimna i wulgarna. On, dla niej Kuba, dwukrotnie żonaty, ojciec dwójki dzieci, jest pisarzem sprzedającym z  większym powodzeniem swoje książki we Francji, niż w Polsce i człowiekiem szukającym czegoś, czego pewny jest, że znaleźć nie może. Pewnego dnia, tych dwoje się spotyka. Co z tego wyniknie? „Za późno na modlitwę” to bez wątpienia powieść o miłości i różnych jej odsłonach, zarówno o tej cierpliwie oczekującej jak i bezpardonowo szalonej; tej nastoletniej dla której ucieka się z domu, jak i tej dojrzałej, której pozwala się przykucnąć i odpocząć. Skojarzyła mi się z miłością Teresy i Tomasza z „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery, który autorowi nie jest obcy, bo jego powieść wsunął Annie Catherinie do kieszeni fartucha lekarskiego. Polecam, książka Wacława Holewińskiego to jedno z moich ciekawszych odkryć tego roku. Jedynym minusem jest fakt, że książka jest raczej trudno dostępna.

Autora drugiej książki nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Haruki Murakamiego można spotkać na półkach każdej księgarni i często też na liście bestsellerów. Nigdy wcześniej po niego nie sięgnęłam, bo spotkałam się z opinią, że to taki japoński Paolo Coelho, co do mnie nie przemawiało, bo Coelho może być tylko jeden, tak jak Woolf jest jedna. Jednak kiedy dostałam jego książkę od Dosi z zamieszczonym wpisem Tak, jak obiecałam, oto jedna z wielu powieści mojego ulubionego autora. Gdybyś się pokusiła o inne pozycje, nie trać jedynie czasu na „Przygodę z owcą"... i zaczęłam czytać, to przekonałam się po raz kolejny, jak różne są gusta czytelnicze. Nie wiem, być może fabuła przeważyła i będzie on dla mnie autorem tej jednej książki, a kolejne mnie znudzą, jednak na dzień dzisiejszy Murakami ma u mnie pięć z minusem, minus za te dość symplistyczne wstawki erotyczne, ale cóż, takie są w sumie prawa młodości i seksualnego wyzwolenia.
Akcja powieści "Norwegian Wood" rozgrywa się w Tokio w latach sześćdziesiątych, w czasach jazzu, wolnej miłości, i protestów na uczelniach. Poznajemy Toru Watanabe kiedy ma osiemnaście lat, mieszka w akademiku i spotyka się z Naoko, byłą miłością swojego przyjaciela Kizuki, który popełnił samobójstwo, co znacznie odbiło się na psychice Naoko. Po dwóch latach trafia ona do sanatorium koło Kioto, gdzie będzie przebywać do końca tej opowieści, co trochę zakrawa mi na „Czarodziejską górę”, w której zresztą Watanabe się namiętnie zaczytuje (być może to hołd złożony Mannowi, tak jak Holewiński zrobił to w stosunku do Kundery, dając głównej bohaterce jego książkę do kieszeni fartucha). Miejsce Naoko zastępuje poniekąd Midori, to z nią spędza on całe dnie,wspólnie spacerują, gotują, robią zakupy, jednak Naoko ciągle zajmuje ważne miejsce w jego sercu. Piszą do siebie listy i Toru odwiedza ją w sanatorium. Obie te kobiety mają na głównego bohatera wielki wpływ, stopniowo go kształtują, wymuszając na nim podejmowanie pewnych decyzji przyśpieszających kroki jakie stawia ku dorosłości.
Niewątpliwą zaletą tej książki jest spokój w jaki wprowadza ona czytelnika, z każdą stroną odsłaniając przed nim barwne, uwikłane w psychologiczne zawirowania postaci. Autor prostym i płynnym językiem, nieśpiesznie opowiada sentymentalną historię o sile przyjaźni, o poszukiwaniu miłości i swojego miejsca w życiu oraz o procesie dojrzewania, który niekoniecznie jest tylko swawolnym szaleństwem. Często dojrzewanie jest tym ostatnim etapem życiowym i Murakami nie przymyka oczu na problem samobójstw, które w Japonii stanowią poważny problem. Jednak mimo trudnej tematyki książkę tę czyta się lekko i przyjemnie, wierząc że taki los dany był jej bohaterom i nie czuje się uczucia przybicia i smutku po jej zakończeniu. Japończycy bardzo dobrze przyjęli tę powieść, traktując ją jak swego rodzaju manifest pokoleniowy (porównywany do „Buszujący w zbożu”), sprzedała się ona w samym kraju kwitnącej wiśni w ilości 3,5 miliona egzemplarzy i doczekała się już swojej ekranizacji, która w tym roku ma wejść na ekrany światowych kin. Obejrzę na pewno.

Trzecia książka to nieznane dotąd zapiski Magdaleny Samozwaniec odnalezione przypadkiem po kilkudziesięciu latach od jej śmierci. Książkę „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” dostałam od Kate i uśmiechnęłam się czytając jej dosadną, ale jakże piękną dedykację Symptomem śmierci naszych marzeń jest spokój. Życie staje się niedzielnym popołudniem, nie żąda od nas niczego szczególnego, a i my nie mamy ochoty wiele z siebie dawać ... obyś nigdy nie zaznała spokoju :). Kate jako moja stała czytelniczka wie, że jestem fanką wszelakich biografii, dzienników i wspomnień, a książka ta doskonale ten dział literatury prezentuje uzupełniając tekst historycznymi czarno-białymi fotografiami z prywatnego archiwum Kossaków. Bo jak by ktoś nie wiedział, Magdalena Samozwaniec to wnuczka Juliusza Kossaka, córka Wojciecha Kossaka, a siostra Jerzego Kossaka i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Zatem mamy w tej książce wspomnienia nie tylko samej Samozwaniec, ale i całego rodu Kossaków, co niezmiernie mnie ucieszyło.
Samozwaniec wspomina lata dzieciństwa, kiedy to jako czterolatka pisała po murze rodzinnej krakowskiej posesji, bo od najmłodszych lat pragnęła zostać sławną pisarką, a jej siostra już w wieku sześciu lat pisała pierwsze wcale niebanalne wiersze. Poznajemy młode Kossakówny, te zakochane, uparte, obdarzone talentem i podziwem dla ojca, który był wzorem człowieka pracowitego i ambitnego. Są małżeństwa, zdrady, rozwody, rozprawy o modzie, malarstwie, literaturze, miłości do Francji i marzeniach. I co najważniejsze, nie brakuje tej książce tak charakterystycznego poczucia humoru, którym Samozwaniec obdarza od zarania dziejów swoich czytelników (pamiętam do teraz jak czaiłam się w łazience 39m mieszkania mojej mamy z książką „Czy pani mieszka sama”, bo nie wiedziałam, czy to pozycja dla mnie. Zainteresowała mnie, bo była już wtedy, jakieś piętnaście lat temu nieźle poturbowana, więc stwierdziłam, że skoro tak wygląda to pewnie sporo koleżanek od mamy już ją pochłonęło i warta jest ukrywania się z nią w łazience, albo pod kołdrą :).
Polecam tę pozycję nie tylko miłośnikom Magdaleny Samozwaniec. Nie trzeba znać jej prozy, by przy tej książce miło spędzić czas. Zastanawia mnie ostatnie zdanie tej książki... Magdalena Samozwaniec pisze kiedyś napiszę książkę o szczęśliwej wyspie, gdzie pracują tylko mężczyźni, a kobiety zajmują się wyłącznie domem i wychowywaniem dzieci... Czy ktoś wie, czy pisarka spełniła swoje marzenie? Jaką jej książkę polecacie? Chętnie przeczytam.

Ostatnia sprezentowana mi ostatnio książka to „Druga szansa” Joanny Rakowicz, mojej blogowej koleżanki, która ukrywała się lata całe pod pseudonimem Klepsydra, a aktualnie pisze swój blog jako Cassiopea (tworząc ciąg dalszy swojej książki). Wierzyłam w nią, wiedziałam, że jej się uda przebić i znaleźć Wydawcę co zresztą sama odnotowała w dedykacji, pisząc Tej, która trzymała kciuki :). Blog Klepsydry zaczęłam czytać... hmmmm, nie pamiętam nawet kiedy, tak jak nie pamiętam od kiedy piję po pięć kaw dziennie, wiem, że to było niedługo po rozpoczęciu mojego blogowania, czyli będzie już ze dwa lata. Codziennie zasiadałam i czytałam posty wstecz, aż do momentu kiedy uzupełniłam moją wcześniejszą na nim nieobecność. Uzależniłam się od jej lekkiego pióra, nietuzinkowej wyobraźni i tekstów,które na dzień dobry wywoływały na mojej twarzy uśmiech. Nigdy się nie nudziłam, bo Klepsydra zawsze zaskakiwała historiami, potrafiła tak ułożyć sobie przypadkowo dzień, że przebijała samą Bridget Jones (notabene uwielbiam ten film i chyba pora sobie go przy kolejnym środowym prasowaniu odtworzyć). Tak wiem, krytyka pewnie zarzuci jej, że podrabia Grocholę, albo aspiruje do samej Helen Fielding, ale czy to źle, że oprócz prezentowania chorej, zagmatwanej Polski, której teraz w naszej literaturze pod dostatkiem, jest ktoś taki jak Joanna Rakowicz, której proza jest jak letni motyl, którego gonimy po łące, radośnie, w podskokach, aż nagle motyl się unosi, a my nie zauważamy metalowego ogrodzenia i mamy kratkę odbitą na twarzy? :). Lubię ją, bo pisze tak jak by problemów nie było, jak by każdy był przez nas samych niepotrzebnie wyeksponowany, jak by do każdego można było dojść inną drogą, tylko tego trzeba się nauczyć. Bo jej bohaterka nie marudzi (a jeśli się jej zdarzy to robi to bardzo uroczo), nie oskarża losu (bo po co się będzie rozmieniać na drobne), nie ma złych dni (one są, ale po co tracić czas na ich zauważanie), nawet boso do ślubu udaje się z uśmiechem, kiedy inna panienka wpadła by w atak niepohamowanej desperacji. Taką trzeba się urodzić... trzeba urodzić się Julią, żeby móc przypalać wodę i sprać ręcznikiem trenera pływackiego :)
p.s właśnie siedzę sobie na tarasie w wiklinowym fotelu, a nad głową latają mi rozbrykane nietoperze... Lola śpi zmęczona trzydniową gorączką, Charlie podekscytowany pierwszą lekcją fortepianu, Druga Połowa wynikiem 0:0... mam ochotę na gorącą czekoladę, ale chyba już za późno. Za trzy tygodnie o tej porze, będę już w drodze na włoską plażę. Trzeba talię odchudzić.
Dobranoc. Pchły na noc. Chusteczki pod poduchy.




2010-04-25

Stosikowo

     
Kiedy nadchodzi ten czas, że bosymi stopami mogę stąpać po deskach tarasowych, a nad głową wirują motyle, wszystko nagle nabiera jasności i lekkości. Nie muszę już zaciskać zmarzniętych dłoni na filiżance z gorącą kawą, bo wyręcza mnie słońce. Poddaję mu się. Zamykam oczy, wystawiam twarz ku promieniom i oddycham głęboko zapachem świeżo skoszonej trawy... wystarczy mi kilka minut, czas jaki potrzebuję na wypicie jednej filiżanki, czas na wyłączenie się chwilowe dla dobra całej rodziny. Tam, w rogu tarasu myślę o nowych książkach, o Marquezie, którego chciałam od dawna, co za tym idzie też o osobie, która mi go poleciła; o Woolf i jej zmaganiach z pierwszą powieścią; i o Annie Frank, trzynastoletniej żydowskiej dziewczynce ukrywającej się podczas drugiej wojny światowej w centrum Amsterdamu; i o brzmieniach nowej płyty Kaczmarek by Możdżer, która skrywa w sobie jedne z piękniejszych utworów skomponowanych przez Jana A.P Kaczmarka, a granych przez światowej sławy pianistę Leszka Możdżera. To niezwykle wzruszająca muzyka, o przejmująco czystym brzmieniu fortepianu, która z każdą wybitą na klawiszach nutą maluje w myślach obrazy jak za delikatnym pociągnięciem pędzla. Obrazy z filmu "Evening" - "Wieczór”, który oglądałam nie tak dawno skuszona przez blogową Indię-Małgosię, oraz z pięknego filmu „Finding Neverland” - słynnego „Marzyciela” z Johnny Deepem i Kate Winslet (za którego Jan A.P Kaczmarek dostał w 2005 r. Oskara).
Poza tymi kilkoma utworami, które znałam już z tych dwóch filmów, jest też mnóstwo równie pieknych skomponowanych dla „Lost Souls”, „Unfaithful”, „The Third Miracle”, „Hania”, czy „Hachico: The Dog's Story”. Te brzmienia zostają w pamięci, nie sposób wyłączyć odtwarzacza, mimo iż już jest środek nocy ...
Zatem prezentuję jeszcze obiecywany stosik:
"Sto lat samotności" - Gabriel Garcia Marquez (bo już od dawna planowałam zakupić)
"Opowiadania" - Gabriel Garcia Marquez (bo jakieś opowiadania chcę zabrać na wakacje i może to będą właśnie te)
"Podróż w świat" - Virginia Woolf (to najnowsza z wydanych książek Woolf, ale tak naprawdę najstarsza, napisana przez pisarkę jako jej pierwsza powieść i oczywiście zwieńczona depresją)
"Bóg rzeczy małych" - Arundhati Roy (bo koleżanka, która mi poleciła kiedyś Kunderę, poleciła mi też tę książkę. Na Kunderze się nie zawiodłam. Zobaczę jak będzie z Roy)
"Dziennik Anne Frank" - Anne Frank (bo dawno temu nie zdążyłam doczytać pożyczonej)
"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" - Mary Ann Shaffer i Annie Barrows (bo czytałam kilka pozytywnych recenzji)
"Dziś wolałabym siebie nie spotkać"- Herta Muller (bo czasem siebie też wolałabym nie spotkać i zaintrygował mnie ten tytuł)
I jeszcze zakupiłam dzieciom książeczkę "Charlie i Lola" Lauren Child, z wiadomych przyczyn oraz "Ja i moja siostra Klara" Dimiter Inkiow i Justyna Mahboob.

2010-02-09

Happy new day

Jeden niewielkich rozmiarów listonosz, dwa nerwowo otwierane zamki, trzy dość sporej objętości paczki, pusty portfel ... i wolne przedpołudnie. Nie jestem w stanie opisać swej radości, bo nie mam na to czasu. Idę się z każdą książką zapoznać i znaleźć dla niej miejsce.

  


 

Już dawno tak wartościowego stosika nie ustawiałam, zawiera pozycje na które miałam wielką ochotę już dawno temu, ale zawsze było w domu coś co zalegało i warte było przeczytania (nadal takie książki mam, ale uzależnienie silniejsze :). Jednak zbliża się Tłusty Czwartek i Walentynki i może jeszcze jakieś święto o którym nie wiem, więc postanowiłam sobie zrobić prezenty. I oto są:

1) "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcel Proust (tom 1-7, długo obserwowałam aukcje internetowe, żeby znaleźć cały komplet w dobrym stanie i w rozsądnej cenie. W końcu się udało.)
2) "Czarodziejska góra" Thomas Mann (zawsze bardzo chciałam mieć, opasłe 800 stron)
3) "Pani Bovary" Gustave Flaubert (wskazana przeze mnie na Walentynki od Drugiej Połowy)
4) "Biały kamień" Anna Bolecka ( zamówiłam po przeczytaniu wywiadu z autorką w "Hotelu Europa")
5) "I więcej nic nie pamiętam" Adina Blady-Szwajger (o lekarce, która przeżyła zagładę getta warszawskiego )
6) "Rzeczy pierwsze" Hubert Klimko-Dobrzaniecki (chyba jedyny nieprzemyślany zakup, ale może mnie urzeknie)
7) "Norwegian Wood" Haruki Murakami (prezent od Dosi na Walentynki - dziękuję :)
8) "Dostojewski - z umiarem i inne eseje" Thomas Mann (to akurat znalazłam w przecenach w naszej księgarni)
9) "O bibliotece" Umberto Eco (urocza mała książeczka na czas stania w korku)
10) "Cheri" Sidonie Gabrielle Colette (nowość wydana po raz pierwszy w Polsce po 90 latach od pierwszej francuskiej publikacji)
11) "Bunt ciała" Alice Miller (zakupiona wcześniej, o pisarzach - ofiarach złego traktowania w dzieciństwie Woolf, Proust, Kafka, Joyce, Dostojewski, Nietzsche, Czechow)
12) "Magia" Sandor Marai (ta też z wcześniejszej przesyłki)
13) "Przecudna" Grażyna Bełza (ta także, to druga książka mojej blogowej koleżanki GabiGabi)
14) "Rzeczywiste i nierzeczywiste staje się jednym ciałem. 111 wierszy" Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

A teraz już znikam. Chciałabym dziś mieć służbę, która by mi obiad ugotowała i dziećmi się zajęła i pozałatwiała co załatwić trzeba ... nie obraziłabym się jakby też na jutro została.

Wasza dziś niezwykle szczęśliwa
Virginia

2009-12-30

Już za jeden dzień, za chwil parę

Dom zasypia, ściany cichutko zamykają okiennice. Tylko światełka na choince małej i dużej potrafią trwać w bezsenności. I ja... Jeszcze tylko dwa, może trzy tygodnie. Potem wtulą się w kartonowe pudełka, a Anioł swoimi skrzydłami będzie starał się zatrzymać ulatniającą się magię.

Uśmiecham się przez zasłonę zmęczenia. Dłonie mi się postrzały. Dusza przestała milczeć. Dzieci rosną zbyt szybko.
Na oczy spłynęła mgiełka zamyślenia... Koniec Roku. 
I ostatni stosik.

   
     (to prezenty świąteczne... książki i dwie zakładki, od Avandare choinka, a od Wielkiego S. ta druga, przywieziona z Korei. Dziękuję wszystkim.)


I jeszcze jeden prezent... Avandare natchniony moimi słowami z wcześniejszego wpisu napisał wiersz. Miło mi, że rozsiewam ziarenka, z których wena wypuszcza swe diabelskie pnącza i łaskocze półkule mózgowe, które z butelek tworzą poezję.

Butelki

Schodzę po zakurzonych
kamiennych schodach
piasek zgrzyta pod czarnym obcasem
szata  szeleści cichutko
o niezgrabnie wycięty prostopadłościan
w powietrzu snuje się mrok
cisza wdychana oczami
podchodzę do ciepłej
ręcznie rzeźbionej szafki
z niej wystają szafirowe
pełne życia butelki
w każdej coś
radość
śmiech
tchnienie
ostatni czyjś oddech
zaraza
wino życia obdarte z etykiety

układanka z butelek!

i wszystkie moje!

Avandare

( wiersz pochodzi z bloga http://avandare.blog.onet.pl/ )


2009-11-17

30 książek na 30 urodziny!

To były najpiękniejsze urodziny i został mi po nich taki oto okazały stosik, który przebił wszystkie do tej pory się tworzące. Czas na ostatnie podsumowanie. Od dołu w stosiku udział wzięli:

1) "Dzieci Ireny Sendlerowej" - Anna Mieszkowska
2) "Posłaniec" - Markus Zusak
3) "Ada albo Żar" - Vladimir Nabokov
4) "Mistrz i Małgorzata" - Michaił Bułhakow
5) "Anna Karenina" - Lew Tołstoj
6) "Złoty notes" - Doris Lessing
7) "Madame" - Antoni Libera
8) "Lapidarium I-III" - Ryszard Kapuściński
9) "Lapidarium IV-VI" - Ryszard Kapuściński
10) "Podróże z Herodotem" - Ryszard Kapuściński
11) "Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego" - J.Mikołajewski
12) "Piaskowa góra" - Joanna Bator
13) "Opowiadania" - Antoni Czechow
14) "Diego i Frida" - J.M.G. Le Clezio
15) "Pamiętniki Jane Austen" - Syrie James
16) "Jak trwoga, to do bloga" - A. Poniedzielski i M. Umer
17) "Własny pokój. Trzy gwinee" - Virginia Woolf
18) "Lala" - Jacek Dehnel
19) "Lolita" - Vladimir Nabokov
20) "Mądre dzieci" - Angela Carter
21) "Matka Joanna od Aniołów" - Jarosław Iwaszkiewicz
22) "Flush" - Virginia Woolf
23) "Kto znajduje, źle szukał" - Aglaja Veteranyi
24) "Kobieta zaklęta w kamień" - Marta Fox
25) "Widoki z Londynu" - Virginia Woolf
26) "Fale" - Virginia Woolf
27) "Niczego nie żałuję. Życie Edith Piaf" - Crocq Philippe
28) "Listonosz" - Charles Bukowski
29) "Mój Michael" - Amos Oz
30) " Nie mów noc" - Amos Oz

Serię czterech książek Ryszarda Kapuścińskiego (poz.8-11), "Listonosza" Bukowskiego oraz "Kto znajduje źle szukał" Veteranyi zakupiłam sobie sama i tym oto sposobem dobrnęłam do mety z napisem "30 książek na 30 urodziny".
Pozostałe pozycje otrzymałam w prezentach z dedykacjami. Dziękuję !!!

Wasza na jakiś czas książkowo uzbrojona
Virginia

2009-10-16

3, 2, 1... start

W minioną sobotę rozpoczęłam intensywny bieg do mety, na której wystrzelą ostatniego października fajerwerki w trzydziestu kolorach, trzydziestu różnych motywach i w trzydzieści stron świata.
Była to impreza przedpremierowa z dwójką moich wieloletnich przyjaciół, którzy do owej mety już kilka dni temu dobiegli.
A zatem potrójna 30 - tka przy klubowej muzyce lat 90- tych !!!
Były torty, piękne kwiaty, prezenty, pozowanie do zdjęć, dedykacje, pląsy i popisy bioder żądnych całonocnego szaleństwa. Ale były też przypadkowe wejścia do męskiej toalety(za naszych czasów męska była w obecnej damskiej), zdziwienie, że woda spłukuje się w toalecie automatycznie, nim jeszcze "staruszkowie" zdążą rozpiąć spodnie, bądź podciągnąć kiecki... upadki z krzeseł, potknięcia, postrzały, nietolerancja alkoholu, zdarte pięty, nietrzymanie równowagi, nienawiść do zbyt wysokich dawno nie używanych obcasów i  postępująca skleroza .
Czyli wszystko to co na imprezie 30 latków być powinno...
Na szczęście wszyscy przeżyli, a lokal nadal stoi w tym samym miejscu.
Tylko podobno kartkę wywiesili na drzwiach „Instrukcja obsługi lokalu dla 30 latków do odbioru w szatni”.

Do domu dotarliśmy o 4.30, co odbiło się znacząco na moich kolanach i trzy dni nie byłam w stanie normalnie się poruszać. W dodatku czekała nas nie lada niespodzianka i gdy tylko weszliśmy do domu, to przed nami stanął Charlie we własnej osobie, ale z twarzą Majka Tajsona. Tuż za nim pojawiła się zaspana babcia z miną że też za mojej kadencji opieki nad wnukami Charlie musiał się tak urządzić. Lola smacznie chrapała. W całości.
Jeszcze nigdy Charlie nie spadł z łóżka. Jednak tej nocy zdarzył się wyjątek. I to wprost na pudło z zabawkami zakończone ostrymi kantami... wydawało się, że powieka tuż pod łukiem brwiowym będzie do szycia, jednak do rana ładnie się zasklepiło.
Ale ślad po maminej 30 - tce chyba zostanie na zawsze... jednak to go nie smuciło tak, jak fakt, że babci jest strasznie przykro.
Mój kochany Charlie. Aktualnie nosi przydomek „Modre oko”.

A oto pierwsze z prezentów. Wszystkie z dedykacjami na 30 – te urodziny. Powinnam teraz zaśpiewać "Cudownych Przyjaciół mam... nanana".
A zatem uwaga… śpiewam. Dziękuję.
Oprócz książek dostałam też 30 czekolad, na każdy miniony rok życia (proszę nie liczyć, bo już troszkę dni od soboty minęło, a u mnie taki łakomy stosik się nie uchowa długo :)

 

1) "Kobieta zaklęta w kamień" - Marta Fox
2) "Flush" - Virginia Woolf
3) "Niczego nie żałuję. Życie Edith Piaf" - Philippe Crocq , Jean Mareska
4) "Pamiętniki Jane Austen" - Syrie James
5) "Mądre dzieci" - Angela Carter
6) "Posłaniec" - Markus Zusak
7) "Dzieci Ireny Sendlerowej" - Anna Mieszkowska
8) "Diego i Frida" - J.M.G Le Clezio (książka wygrana tutaj http://www.salonkulturalny.pl/, ale również ze specjalną dedykacją na 30 -te urodziny od Pana Grzegorza Kozery i Salonu Kulturalnego... dziękuję)


2009-06-10

Z pokładu codzienności


  

Lola nie została przyjęta do żadnego z pięciu przedszkoli do jakich ją zgłosiłam.
A już takie miałam plany na wrzesień ...
Tymczasem jestem w kropce.
Wielkiej jak słoń.

Zaważyło osiem dni, bo jako dziecko urodzone 8 stycznia 2007, musiała przepuścić całe tłumy urodzone w 2006r, bo teraz ten rocznik szedł do przedszkola. A że tłumy były spore, to wykopały ją daleko w ciemny las, na listę rezerwową. Babcie zapracowane, prowadzące własne działalności. Żłobki przepełnione, po brzegi, okna i wszystkie kąty. Nianie kasują fortuny niczym "menedżerki do spraw rozwoju rodziny".

Wysyłam sygnał S.O.S.
Cały plan poległ na kolana.

p.s.
pytacie o moje zdrowie. Dziękuję Wam za pamięć i troskę.  Halluksy są do wycięcia... pan doktor czeka na moją decyzję  i trochę sobie poczeka, bo przede mną wakacje i dwoje dzieci żądne zabaw i organizacji czasu. Nie mogę dać się w gips wcisnąć. Kręgosłup do wycięcia, jeżeli chcę żeby mi nic nie drętwiało. A jeżeli nie chcę już nic wycinać to... 2-3 h dziennie ćwiczeń z rehabilitantem. Trzy razy w tygodniu basen, masaże i bio prądy... ja się pytam kiedy? Kiedy to mam zrobić? Tymczasem leki przeciwbólowe jak mnie gdzieś pstryknie i żyć trzeba dalej.
Temat ręki jest bardziej złożony, bo nikt nie wie skąd się drętwienia w niej biorą. A na samą myśl o tym, że mam wysłuchać kolejnej wersji o zespole guyona, boleriozie czy innych dolegliwościach, to ja już wolę nauczyć się być leworęczna :)


Ale leje. Z moich kwiatów na tarasie wiecznie wylewam wodę. Wiecznie je też przestawiam, bo wiatry bezczelnie, bez pytania podkradają te najpiękniejsze pączki, zanim one jeszcze zdążą zakwitnąć. Idealna pogoda na książkę... a te oto pozycje dostałam od "Bluszcza" z dedykacją i pozdrowieniami od redakcji. Miło. Dziękuję.

Chciałabym mieć drugie życie. Życie tylko do czytania.

Wasza kroplą deszczu ubarwiona