2008-06-27

Wspomnienia nadal mnie unoszą

To były niezapomniane dwa dni.
Pełne wrażeń, tempa, emocji, zapomnienia, przemyśleń, rozmów, śmiechu, płaczu, przyjaźni...

Nawigacja się sprawdziła. Przed planowanym czasem byłam pod Centrum Zdrowia Matki Polki. Ogrom szpitala mnie przeraził. Rozpoczęłam poszukiwania Basi i Jasia. Trwało to wieczność, kilka wejść, kilkadziesiąt oddziałów, wszędzie kobiety z brzuszkami i dzieci.
W końcu trafiłam na dobry korytarz, gdzie czekała już Basia. Drobna blondynka, zmęczona przeżyciami ostatnich dwóch tygodni. Łzy same napływały, ale cofnęłam je zanim weszłyśmy do Jasia. Miał imieniny.
Chciałam wnieść radość, a nie smutek.
Dałam mu prezent, żeby nie widział mojego współczucia, jakie otuliło mnie w momencie, kiedy go zobaczyłam.
Śliczny dziewięcioletni chłopiec podpięty do różnych rurek.
Diagnoza - Ostre zakażenie trzustki.
Nikt nie wie skąd. Nikt nie umie powiedzieć jak będzie dalej.
Nikt nie wie co Basia przeżywała.
Mogę się tylko domyślać.
Trzymaj się dzielnie kochana. Będzie wszystko dobrze.
Jasiu ma w sobie tyle siły co Ty i pokona chorobę.

Z żalem w sercu ruszyłam na spotkanie do Księgarni.
Nie potrafiłam się początkowo uśmiechać. Nie było tam ani Basi, ani co jest dla mnie niezrozumiałe, samej pisarki, spod skrzydeł której wypłynęłyśmy.
Organizator zawiódł. Widoczny brak profesjonalizmu, szacunku w stosunku do Moniki Sawickiej, która na miejscu honorowym powinna otaczać nas swoimi skrzydłami.
Gdyby nie Ona, nie byłoby Nas !!! Ktoś o tym najwyraźniej zapomniał.
Nie wiem też zupełnie po co wysyłałam zdjęcie, skoro nigdzie go nie widziałam, po co pisałam notkę o sobie, skoro nigdzie nikt jej nie przeczytał, po co obiecywano świeczki i nastrój, skoro nikt o niego nie zadbał?
No cóż, widocznie był jakiś powód.

Jedynie ludzie stworzyli nastrój. Sześć wspaniałych debiutantek, zupełnie różnych, ale przesympatycznych. Każda z nas w ciągu dwóch godzin musiała odpowiedzieć na kilka pytań od prowadzącej i od publiczności. Było dużo śmiechu, ciekawych przemyśleń, uniesień, zawstydzeń, miłych reakcji, wpisów do książek, wymiany kontaktów...
Cieszę się, że mam za sobą nowe doświadczenie. Zupełnie nowe.
Głośno przez mikrofon wyrażałam swoje zdanie na różne tematy związane z literacką pasją, z moim życiem, z marzeniami, obawami, radościami.
Sprzedawałam swoje poglądy na życie w zamian za oklaski.
Miło było patrzeć na te oczy, które w skupieniu słuchały.
Czułam się dobrze w tym co mówiłam, czułam się dobrze w swojej prawdzie, czułam jak w mej pamięci ryją się wspomnienia.
Będą tam długo.
Byłyby dłużej gdyby obok mnie siedziały Monika i Basia.
Brakowało mi ich bardzo.
Mam pewien niedosyt. Emocjonalny.
Nie mam bowiem z kim omówić tego co tam się wydarzyło.

Za to omówiłyśmy z Moniką wiele innych tematów, do trzeciej nad ranem, pod namiotem zrobionym z kołdry, z winem, zakąską, śmiechem do łez...
Jest cudowną kobietą, Przyjaciółką, Aniołem moim.
Moje zdjęcie wisi u niej na lodówce. Jej zdjęcie na mojej.
Jesteśmy tak samo zwariowane, choć Ona twierdzi, że ja bardziej.
Ale to był jej pomysł, żeby nastawić kukułkę na szóstą rano. O mało nie spadłam z łóżka...
O ósmej byłyśmy już w centrum Fitnessu, nie byle jakim, takim, co to nie dziwota, że chce się tam chodzić o ósmej rano. Szczególnie wariatki po trzech godzinach snu dobrze się tam prezentują :)
O dziesiątej byłyśmy w kinie na "Seks w wielkim mieście". Kto myśli, że to zwykła komedia, zdziwi się. Pomiędzy wybuchami głośnego rechotu były nam potrzebne chusteczki. Film porusza kilka ważnych w życiu tematów, skłania do refleksji, troszkę zbyt szczerze jak na komedię przedstawia samo życie.
Ale takie właśnie jest życie. Nieprzewidywalne, jak tym filmie. Polecam.

Potem była jeszcze Manufaktura (największe centrum handlowe w Europie z fontannami, plażą z boiskiem do siatkówki, palmami), lody, wielka zakorkowana Łódź w południe, ostatnie rozmowy, czas pożegnania i powrót... długie trzysta kilometrów pięknych wspomnień.

Dziękuję Ci kochana, już tęsknię, nadal trenuję sztukę teleportacji,
żeby schronić się już nie tylko pod Twoimi skrzydłami, ale i pod Twoim namiotem :)
(p.s. następnym razem wytniemy sobie okienka wentylacyjne, żeby nie trzeba było nabierać powietrza w usta :)
Dziękuję za wszystko. Szczególnie za Ciebie.

Rozanielona, zatopiona we wspomnieniach
Virginia

2008-06-23

Jadę do Łodzi

Usiadłam, ale tylko na chwilkę... przy filiżance wieczornej jeżynowej herbaty.
I tak mam wrażenie, że zegar krzywo na mnie zerka z kuchennej ściany.
Doskonale wie, że w głowie kolejka rzeczy do zrobienia.
Czasu coraz mniej.
Już za 6 dni wesele brata mojego męża, więc jako żona świadka mam na głowie jego karteczkę ze sprawami do załatwienia.
Za 12 dni wyjazd na urlop, więc jako mózg rodziny, mam karteczki wszystkich przed oczami. Są zapisane drobnym maczkiem.
Tyle się dzieje i będzie działo. Chciałabym już siedzieć w samochodzie i  kierować się w stronę włoskiej plaży....

Ostatnie dni było wyjątkowo zabiegane.  Co gorsze, podejrzewam, że następne nie będą nic spokojniejsze. Charlie kończył zerówkę, więc ze łzami w oczach opuszczał ukochane przedszkole. Ja, pani dyrektor i inne mamy robiły za zawodowe płaczki. Nie szło się powstrzymać, kiedy dzieci ze smutkiem recytowały swoje ostatnie przedszkolne wierszyki.
Żal. Strach przed nowym życiem. Tęsknota za wspomnieniami.
Widać to było w ich siedmioletnich oczach.
A serca rodziców nadmuchane jak balony unosiły się w obłokach emocji.
Z oczu wszystkim płynęły łzy dumy.
I łzy niedowierzania, że to już koniec ich błogiego, czystego dzieciństwa.

Wesele już w tą sobotę. Pierwsze wspólne wyjście Dwóch Połówek po roku. Babcia się lituje nad nami i przejmuje czuwanie nad domem, dziećmi i psami.
Anioły kochane, zlitujcie się nad nią i przyfruńcie jej z pomocą.

Wczoraj właśnie biegaliśmy za ostatnim dodatkami do strojów weselnych, prezentów i przy okazji już wakacyjne zakupy, typu zapas pieluch, mleka, słoiczków, słodyczy, lekarstw i milionów gadżetów potrzebnych do spokojnego pobytu za granicą.
I tak jeszcze nie wszystko zakupione.
Jeszcze trochę i przyczepę campingową będzie trzeba załatwić.
Już mam wizje czterech upchanych śledzi w naszym samochodzie :)

Teraz opuszczam Was kochane/ni na kilka dni.
Mogłabym pożegnanie urządzić jutro, ale po moich ostatnich awariach z wiecznie zawieszającym się laptopem, wiecznie znikającym zasięgiem internetowym, wolę przekazać Wam to dziś, bo nie wiem co przyniesie jutrzejszy dzień. Na pewno pakowanie i towarzyszące temu emocje.
Zostałam zaproszona do Łodzi na spotkanie debiutantów Moniki Sawickiej, do księgarni "Mała Litera". Mają być świece, grono gości, czytelników, ludzi z ulicy.
Będziemy czytać swoje fragmenty tekstów, opowiadać o sobie, odpowiadać na pytania czytelników.
Mam motyle w brzuchu, jak o tym myślę. Bardzo się cieszę, to dla mnie wielkie wyróżnienie i kolejny krok co przodu ze skrzydłami na plecach.
Mam nadzieję, że i ty razem je udźwignę... gorzej jak zapomnę jak się nazywam :)

Nie mogę się już doczekać na ten wieczór, na spotkanie z Moniką, u której będę nocować i z Basią, którą planuję odwiedzić w szpitalu, gdzie leży od dwóch tygodni razem ze swoim poważnie chorym synem. Smutne. Miałyśmy wspólnie iść na to spotkanie. Planowałyśmy go niecały miesiąc temu. Jak się ubierzemy, jak spędzimy ten wieczór...
Los po raz kolejny ją zaskoczył. Muszę ją odwiedzić. Przytulić.
Podejrzewam jak jej ciężko.
Cóż więcej mogę dla niej zrobić, jak tylko pokazać, że myślami codziennie jestem z nimi i dać jej zastrzyk wiary w lepsze jutro, bo przecież Anioły czuwają i jestem pewna, że z dnia na dzień będzie lepiej.

Tak więc tydzień przede mną pełny emocji.
Jak tylko wrócę z Łodzi to między przygotowaniami do wakacji, weselem, a odgruzowywaniem domu na pewno zdradzę Wam kulisy mojej ekstremalnej trzystukilometrowej wyprawy w nieznane.

Zatem, ahoj duszyczki, wyruszam we wtorek.
Trzymajcie proszę kciuki za moje motyle i moją nawigację, żeby nie zabłądziła :) Na osobistą orientację w terenie, nie mam co liczyć.
Bynajmniej nie w centrum Łodzi.
Buziaki

Otulona pozytywnymi emocjami
Wasza Virginia
 
 

2008-06-17

Wiatr podaje mi pod nos talerz całej okolicy

Lola śpi.
Nastał właśnie ten moment mojego dnia, kiedy mam przed oczami obraz narastających domowych obowiązków i nie wiem, w którą stronę się udać.
Wybrałam taras. Jest w koalicji z moją potrzebą napisania kilku słów.
Wzywał mnie od rana, pukając za pomocą delikatnego wiatru w okno tarasowych drzwi.
Poddałam się jego namowom. Często ulegam pokusom, które dają radość mojej duszy.
Na dworze chłodno, mimo słońca przedzierającego się przez las obłoków. Okrywam się moim ulubionym bordowym kocem i przerzucam pod nogami kilka kabli łączących mnie ze światem.
Kolorowy wiatraczek w donicy pełnej czerwonych kwiatów tańczy w rytm wystukiwany przez wiatr.
Płatki przekwitłych herbacianych róż wirują w powietrzu.
Wróble urządziły sobie pojedynek o samicę. Przelatują z drzewa na drzewo, trzepocąc energicznie małymi skrzydełkami.
Nie zwracają na mnie nigdy uwagi.
Wtopiłam się w ich życie. Codziennie boję się o ich los. Masywny sokół krążący nad ich codziennością spłyca ich zakochanie. Muszą być czujne w każdej minucie, nie mogą zapomnieć o swym przeznaczeniu.
Wieje, jak to zwykle bywa w środku kilkuhektarowego pola.
Wiatr podaje mi pod nos talerz całej okolicy.
Oczy same się zamykają.
Słyszę szum, jakby morze w oddali mnie zapraszało. Ale to tylko trawa za płotem, wysoka na prawie dwa metry. Ugina się pod ciężarem swej wysokości, po czym dumna podnosi się gdy wiatr postanawia zawrócić. Brakuje mi tylko zapachu morskiej soli.
Mogłabym tak spędzać godziny wyobrażając sobie plażę.

Robię łyk zimnej już kawy.
Przypominam sobie ostatnie miło spędzone dni.
Przyjaźń czyni cuda. Zaskakuje. Zatraca moje myśli.
Tak dawno nie widziałam się z Przyjaciółką, że jak wpadłyśmy sobie w czwartek w ramiona, to słowa zasypały nas jak kolorowe piłeczki moje dzieci w figlo parku. Miałyśmy sobie tyle do przekazania, opowiedzenia, że nie zwracałyśmy uwagi na czas, dzwoniące telefony i nawet na to co zamawiamy.
Ja, zagorzała fanka włoskiej krainy, zamówiłam sobie carpaccio, po czym doznałam szoku, kiedy na moim talerzu pojawiły się płaty surowego mięsa na zielonej sałacie!!!
Zjadałam. Nie myślałam o tym, gadałam i gadałam, na przemian z Przyjaciółką.
Przez dwa następne dni moje kubełki smakowe były mocno uszkodzone.

Przedwczoraj za to zostało mi to wynagrodzone.
Przyjaciele wiedzą co kocham, co sprawi, że się uśmiecham, co uwolni mnie od smaku carpaccio :)
Dostałam 40 czekolad!!! Dokładnie 41 !!!
Tak po prostu, bez okazji.
Jako dodatek do odwiedzin.
Niesamowite.
I jak tu nie być uzależnionym?
I jak tu nie kochać Przyjaciół?

Dziękuję, raz jeszcze.
 
 

2008-06-06

"Śpieszmy się kochać ludzi"

Wczoraj nie miałam nastroju pisać. Zbyt wiele myśli naraz kłębiło się w mojej głowie, odbijały się jedna od drugiej. Łzy przypływały i odpływały, niczym wzburzone morze. Słono się zrobiło, słońce nagle zgasło.
Odeszła młoda kobieta. Bardzo młoda. Za młoda.
Niby zupełnie mi obca, ale jakże bliska. Bo matka.
Tak jak tysiące innych matek, wpatrzona była w swoje maleństwo, serce już trzymała na dłoni, skrzydła dumnie rozkładała. Gotowa była całą swoją duszą (ciałem niestety nie) do przekazania cudu jaką jest miłość macierzyńska.
Los jednak pokrzyżował jej plany. Bóg nie pozwolił nawet dotknąć, przytulić, poczuć zapachu dziecka. Zabrał ją do siebie. Nagle. Bez pytania.
Tyle wiary, tyle starań, tyle uśmiechu i silnej woli. I porażka.
Strata ogromna.
Od półtorej roku, odkąd urodziła się moja córeczka spoglądam na życie zupełnie inaczej. Przeżyliśmy chwile ciężkie.
Płacz. Bezradność. Ból oczekiwania. Modlitwa.
Moje życie się zatrzymało. Nic nie miało znaczenia. Zupełnie nic.
Walczyłam o swoje serce, żeby się nie rozpadło. Dotykałam łez, czy nadal są mokre, bo wydawało mi się, że to wręcz niemożliwe, że ciągle płyną. Walczyłam z myślami, które przez lekarzy były przygotowane na najgorsze. Strach mnie paraliżował.
Byłam zmęczona, jakby odurzona narkotykami, słaba, ale do końca pełna wiary. Nie wyobrażałam sobie przegranej.
Cud się wydarzył. Córeczka opuściła szpital zupełnie zdrowa.
Do tej pory kilka sytuacji jest dla mnie niewyjaśnionych, błąd w wynikach,
niedopatrzenie lekarzy, zła diagnoza....bądź One... Anioły.
Wierzę, że istnieją. Czasami jedynie nie zdążą na czas.

Od tego przeżycia noszę w sercu potrzebę dziękowania za cud, za zdrowie, za miłość. Przestałam pędzić przez życie, zaczęłam cieszyć się każdym dniem spędzonym z rodziną, bo przecież to ona jest podstawą naszego szczęścia.
Ona daje siłę, uśmiech, niezapomniane chwile.
Ludzie zapominają o najbliższych, zabiegani, zapatrzeni w pieniądz, w karierę, nie mają czasu porozmawiać, przytulić, dostrzec wartości, które są naprawdę z życiu ważne. Wisi w powietrzu jakieś ogólne zapomnienie o miłości, zniechęcenie, brak zwykłych, miłych gestów w stosunku do drugiego człowieka.
Czy to tak wiele?
Czemu dopiero w obliczu choroby, tragedii, dostrzegamy to jak wiele życia gdzieś nam umknęło zupełnie bez wartości, jak mało razy mówiliśmy kocham, jak mało razy się uśmiechaliśmy, przytulaliśmy, jak niewiele czasu poświęciliśmy na dbanie o zdrowie?
Kiedyś może być za późno.
Życie jest nieobliczalne.
Nie przedłużymy go.
Nie zatrzymamy jeśli zechce nas zaskoczyć.

Więc doceniajmy to co mamy, póki życie daje nam taką szansę.
Bo nie każdy ją ma.


2008-06-03

Z pokładu codzienności

Szczerze mówiąc, nie wiem jakim cudem jeszcze dziś siedzę i nawet próbuję coś napisać.
Jeszcze tylko muzyka mnie utrzymuje na krześle. Nie odpowiadam za styl. Wybaczcie.
To moje uzbierane wyrzuty sumienia coś skrobią. Wykopany ostatnio głęboki dołek, był na tyle bezczelny, że Was zaniedbał. A nie lubię zaniedbywać moich blogowych dobrych duszyczek.
Na szczęście się już zakopuje. Ufff.

Dzisiejszy dzień spędziłam w ruchu wyjątkowo intensywnym.
Dzień przy Loli nie należy nigdy do leżakowania, ale dziś mała dała wycisk. Od rana "mami opi, mami opi, mami opi...". Wzięłam na ręce, jej wścibskie łapeczki chciały wszystko dotykać, co kończy się zazwyczaj zrzuceniem.
Na podłodze to wszystko ją denerwowało, worki w szufladzie, więc trzeba było wysypać na dom. Garnki w półce, więc trzeba było wynieść na schody. Karma od psa, więc trzeba było zjeść.
Potem miałam kilka telefonów, więc wisiała u mojej nogawki.
Potem ja musiałam wykonać kilka telefonów, więc czekałam na  jedyną dziesięciominutową bajkę jaką usiedzi w miejscu.
Udało się. Zmieściłam się w czasie. Zamknięta w toalecie. Tylko tam mam pewność, że mi nie zacznie krzyczeć do telefonu, kiedy wykonuję ważny telefon i wypadałoby, żeby mnie ktoś po drugiej stronie słyszał.

Zmęczona porankiem wypuściłam ząbkującego stworka mojego na ogród. Opanowała już do perfekcji poruszanie się po skalniaku.
Siad na dupce i zjazd w różowej spódniczce. Nawet cioci w sobotę to tak doskonale nie wychodziło. Ta zjechała dwa schodki na raz, zamieniając białe spodnie w kawałek siwej szmaty.
Potem minuta w piaseczku i... ucieczka. Znowu zjazd na pupce, bieg na huśtawkę. Trzydzieści sekund w piachu. Ja w tym czasie ekspres po herbatkę. Czekam kiedy ja zjazd zaliczę. Przybiegam z powrotem, a tam co... gówienko. Więc do domu z małą na rękach, bo już wyczuła co się kroi. Drugie śniadanko i zjazd znowu na pupce. Spódnica do prania o dziesiątej rano. Do wieczora jeszcze z cztery.

Myślę sobie, spocznę na dziesięć minut i zadzwonię do Przyjaciółki. Obiecałam. Lola widząc telefonik rzuca się w moją stronę. Nie lubi kiedy to jemu poświęcam czas. Zazdrosna bardzo. Próbuję zrobić babki z piachu, dla zmyłki. Z czoła mi kapie, upał niemiłosierny. Mrówki po nogach chodzą. Fotel zajęty przez gwiazdeczkę moją zupełnie zniesmaczoną zabawą w nudnym piasku. Ucieczka lepsza. Mama sobie pogoni chociaż. Więc pogoniłam. Przyjaciółka wyrozumiała, słysząc moje sapanie, po jakimiś czasie wyłączyła się. Kochanie kiedyś Ci się zrewanżuję  dłuższą rozmową. Obiecuję.

Po południu z kolei małżonek przytargał samochodem traktor, cztery pary rolek, łyżwy, rower górski. Początkowo myślałam, że może to jakiś nowy pomysł jego, ale okazało się, że to prezent dla nas. Żeby zapełnić wysprzątany ledwo garaż (sprzęt po dzieciach jego brata).
Charlie ucieszył się bardzo w marzeniach widząc już mamę, która z uśmiechem jedzie za nim, a nie biegnie z językiem po łydki.
A że mama nauczyła, to teraz mamie wyjazdy rowerowe przypadły.
Więc było wielki mycie, pompowanie, obniżanie siodełka. I... no właśnie i wstyd. Zapomniałam jak się na rowerze jeździ!!!!
Matyldo, ale koślawa byłam, śmiech mnie wytrącał z równowagi. Dziesięć lat na rowerze nie siedziałam i czułam się jak na szczudłach. Jak dinozaur na szpilkach.
W końcu się udało, przerzutki przerzuciłam i przed siebie ruszyliśmy. Slalomem początkowo.
Nie muszę chyba pisać, jak mój tyłeczek się prezentuje na wieczór?
Dawno nie siedziałam na czymś tak niewygodnym. Ale było super. Powiew wiatru, Charlie u boku, uśmiechnięty i dumny z mamy, że nauczyła się tak szybko na dwóch kółkach jeździć :)
Przed dwudziestą powrót. Kolacje. Kąpiele.
Jakby mi mało jeszcze było, za okna postanowiłam się jeszcze zabrać, bo wyjątkowo już mnie denerwował brud na nich. I tak do dwudziestej pierwszej trzydzieści śmigłam jeszcze sześć okienek na dole. Jestem z siebie dumna. Forma mi wróciła. Nadal się uśmiecham, mimo męczącego dnia.
I nawet spanie gdzieś odeszło. Obeszło mnie dyskretnie.
Wtulona w mój ulubiony bordowy kocyk, mogłabym dalej pisać.
Ale pora zniknąć.
Niedługo kolejny dzień.

Dobranoc Kochane duszyczki moje.


2008-05-31

Wróciłam

Wróciłam. Żyję.
Trochę poturbowana przez myśli, ale świadoma kolejnego dnia.
Z uśmiechem czekającym w kolejce na występ.
Już jutro kotara się rozsunie. Uśmiech powróci. Ćma odleci.
Bałam się, że skończy się na tym, że pozostanę w tej bylejakości, ale wiecie co... dzięki Wam się nie da. Dziękuję za dobre słowa te na blogu i te w mailach.
Niesamowici ludzie mnie otaczają.
Bezinteresownie dla mnie dobrzy.
Jak w bajce.
Dziękuję.


Czasem, jako rasowy Skorpion, mam takie momenty, że ukrywane emocje duszone wewnątrz, przenikające mnie od stóp do czubka głowy, powalają nagle jak strzał z bliska w tył głowy.
Ale zauważyłam, że takie chwile są mi potrzebne.
Taki upadek i zmartwychwstanie w obliczu codzienności.

Samotność jest moim zwierzchnikiem. O tym się przekonałam już jakiś czas temu. Kilka godzin ciszy, odpoczynku, natłoku myśli, pomaga mi zrozumieć swoje potrzeby ( moja wanna to mistrzyni wsłuchiwania się we mnie).
Pomaga mi docenić to co mam, co osiągnęłam.
Daje nową dawkę nadziei na to, co planuję dalej robić.
Uzupełnia poziom endorfin i podkleja skrzydła.

Niekoniecznie skrzydła te unoszą mnie teraz nad tą samą drogą.
Zmieniłam troszkę swój kierunek. Każdy upadek uczy czegoś nowego.
Najważniejsze dla mnie jest to, że mam dla kogo się podnieść.
Mam wspaniałą rodzinę, Przyjaciół, przychylne mojemu sercu dusze i marzenia.
To one nie pozwalają mi długo leżeć między fotelem, a starym butem.
Czekają w kolejce do spełnienia i nie mogę ich marnować.
Nie chcę ich marnować.
Są wypełnieniem mojej duszy.


Słodkich snów. 


2008-05-29

Złudny był ten blask

Nadszedł kryzys. Mam tylko nadzieję, że to nie taki związany z wiekiem, ani też jakiś długoterminowy.
To kryzys dnia codziennego.

Choć czuję się inaczej niż zwykle.
Dziwnie. Jak ćma.
Taka, która z nadzieją mknęła w stronę światła, z radością trzepała skrzydełka, taka która liczyła na zimną żarówkę.
Złudny był ten blask.
Spaliła skrzydełka.
I leży teraz, gdzieś tam na tarasie, między fotelem, a starymi butami i nie wie, czy starczy jej sił by się podnieść i spróbować wysokiego lotu jeszcze raz.
Nie ma z kim lecieć.
Samemu ciężko.
Poza tym nie do końca jest pewna, czy chce jeszcze gdzieś lecieć.
Nie w takim towarzystwie.
Zmęczyły ją te ciągłe wpadki i upadki.

Jeszcze kilka dni pozwólcie jej poleżeć.
W samotności.
Między butem, a fotelem.
Ona tak bardzo to lubi.


2008-05-24

Alfabet

Dziś czas na pewne podsumowania.
Zostałam zaproszona do zabawy blogowej przez Kasię (mamę Oliwki i Roksanki). Chętnie skorzystałam. Starałam się być oszczędna w słowach, ale nie do końca mi to wyszło :) Oczywiście to nie wszystkie skojarzenia z poszczególnymi literami, chętnie bym ciągle dopisywała, ale na tym zakończę.


                                A
jak A... moja praca
jak Anioły... uwielbiam być pod ich skrzydłami
jak Auto... w nim odpoczywam
jak Album zdjęć... kocham wspomnienia
jak Arbuz... nie lubię za pestki
jak Ania Dąbrowska... na deszczowe wieczory
jak Akrofobia... lęk wysokości, wrodzony
jak Aparycja... nawet znośna
jak Agulka i Arturos... przyjaciele


                                B
jak Babcia... jeden z Aniołów będących na ziemi
jak Blog... poznaję dzięki niemu wspaniałych ludzi
jak Bajm... gdy słucham cofam się wspomnieniami dwanaście lat
jak Brud... pedantką nie jestem, ale prawie
jak Brzoskwinie... z szampanem
jak Bibelot... potrzebny na chandrę
jak Bibliofil... od zawsze
jak Brokuły... z sosem beszamelowym z sera cambozola
jak Blue... piosenka dziesiąta "Breathe easy"
jak Basia... bliska mi duszyczka
jak Basinio i Sebinio... przyjaciele


                                C
jak Czekolada... dobra na wszystko
jak Czytać... zawsze i wszędzie
jak Ciąża... dwukrotna
jak Czosnek... gdzie tylko się da tam dodaję
jak Ciepła bagietka... kocham od dziecka
jak Czerwony... lubię dodatki w tym kolorze



                                 D
jak Dom... niebo na ziemi
jak Dawid... mój synuś, pseudonim Charlie
jak Demi Sec... książka, w której debiutowałam
jak Droga... należy szukać odpowiedniej, aż do skutku
jak Doba... stanowczo za krótka
jak Dres... niesamowicie wygodny


                                  E
jak Egocentryk... nie lubię takowych
jak Emancypantka... jestem za
jak Egipt... chciałabym zobaczyć, ale boję się latać
jak Eros Ramazotii... lubię, za język w jakim śpiewa
jak Ewelina i Roman... przyjaciele



                                  F
jak Fotografika... moja pasja
jak Fortepian... chciałabym umieć grać
jak Frytki... zazwyczaj zimne i przesolone w McDonaldzie



                                  G
jak Gosiaczek... przyjaciółka, mój pamiętnik na dwóch nogach
jak Góry... niekoniecznie, wolę morze
jak Gg... tanie rozmowy
jak Garfield... przekochany kociak
jak Gitara... kiedyś grałam, teraz gra mąż
jak Grecja... chętnie, ale ten sam problem co z Egiptem
jak Gaduły... mężczyźni mojego życia



                                  H
jak Hipochondryk... mój mąż, a ja zmierzam ku niemu
jak Hipokryci... jest ich jak grzybów po deszczu, nie trawię
jak Hiszpania... bardzo chętnie, autem kiedyś dojadę
jak Harakiri... pewnie kiedyś popełnię
jak Huśtawka... uwielbiam z niej obserwować niebo
jak Haftować... kiedyś jako dziewczynka haftowałam serwetki
jak Haribo... czasem zamiast czekolady, bo mniej kaloryczne



                                  I
jak Internet... kontakt ze światem z bujanego fotela
jak Intelekt... doceniam
jak Irena... moja mama
jak Igła... nie lubię cerować
jak Impulsywność... zdarza mi się
jak InterCity... może zrobią do Egiptu :)



                                  J
jak Julia... moja córcia (pseudonim Lola)
jak Jutro... nigdy nie wiadomo co przyniesie
jak Jak... nie wiem już co



                                  K
jak Kochać... całym sercem
jak Kruchość Porcelany... od tego wszystko się zaczęło, mój amulet
jak Kawa... najlepsza latte
jak Kobieta... zmienną jest
jak Księżyc... nocą
jak Książki... leżą wszędzie
jak Karaoke... zawsze dobra zabawa
jak Kino... opuszczam ostatnio
jak K Maro... działa na mnie jak proca, wyrzuca mnie z fotela i tańczę
jak Krystian... mój mąż
jak Kurtuazja... jedna z jego dobrych cech



                                   L
jak Laptop... przyjaciel
jak Lustro... na całą ścianę w mojej łazience, niekoniecznie dobry pomysł
jak Listy... uwielbiam pisać i dostawać
jak Las... za kilka lat urośnie w moim ogrodzie z dwóch tysięcy mini choinek
jak Latać... mam fobię
jak Laura Pausini... na romantyczne wieczory



                                     Ł
jak Łzy... są potrzebne
jak Łódź... ciągnie mnie tam z wiadomych mi powodów




                                     M
jak Mariola... moje imię
jak Marta... moja babcia
jak Mama... kolejny z Aniołów stąpających po ziemi
jak Monika Sawicka... przyjaciółka, pisarka, Anioł mój
jak Mąż... kochany i kochający, wytrzymał ze mną już dwanaście lat
jak Mars... stamtąd pochodzi
jak Małżeństwo... nawet nam wychodzi odwieczna sztuka kompromisu
jak Marzenia...  od zawsze i na zawsze
jak Morze... marzę by nad nim mieszkać
jak Mróz... nie toleruję
jak Martini... z truskawkami i papają
jak Mleko... kupujemy litrami, tańsza by chyba wyszła krowa
jak Meksyk... marzenie pod kątem fotografii
jak Malkontentka... bardzo sporadycznie
jak Melomanka... nagminnie
jak Magda i Marcin... przyjaciele



                                     N
jak NFZ... przemilczę
jak Nepotyzm... przemilczę
jak Narcyz... czasem widuję go w łazience
jak Nerki... moje z kamieniami
jak Niezapominajki... jakoś ich coraz mniej widuję
jak Nurkowanie... podziwiam tych odważnych



                                     O
jak Olka... moja siostra, niedługo osiemnastka, niewiarygodne
jak Okulary... żadne mi nie pasują
jak Ognisko... wyparte przez grille, szkoda
jak Owoce... puszkowe w syropach
jak Otello... mój mąż przed każdym moim wyjściem
jak Ola i Sławcio... przyjaciele



                                     P
jak Przyjaźń... bezcenna
jak Plaża... uwielbiam czuć ciepły piasek pod stopami
jak Pisać... uzależniam się
jak Parasol... nigdy nie noszę
jak Pies... sztuk dwie, niewychowane
jak Ptaki... śpiewają pięknie, gdy piję kawę na tarasie
jak Prostownica... potrzebna na fale



                                     R
jak Rysunki... mojego syna, mam ich pełne pudełko
jak Rower... nie mogę się przekonać
jak Rolki... planuję zakup
jak Raporty... klucz do mojej pracy
jak Rabarbar... wspomnienie z dzieciństwa
jak Rybki... wszystkie mi zdychają



                                      S
jak Słońce... potrzebne mi jak tlen
jak Sen... nie poświęcam mu zbyt wiele czasu
jak Snowboard... moje zimowe szaleństwo
jak Sawicka... Monika oczywiście, tak ciepło pod jej skrzydłami
jak Sms... ulubiona funkcja telefonu
jak Szarlotka... na gorąco z gałką lodów
jak Sernik... najlepszy mojej mamy
jak Słoneczniki... zawsze uśmiechnięte
jak Szkoła... powrót od września, pierwsza klasa Charliego



                                      T
jak Tulipany... moje ulubione
jak Taniec... jak słyszę muzykę nie usiedzę na miejscu
jak Toskania... bajeczna
jak Tata... niby blisko, a tak daleko
jak Tomek... brat, podobnie
jak Telefon... niezastąpiony w domu i biznesie, śpi ze mną
jak Teleportacja... trenuję nocami
jak Trole... odwiedzają mnie co miesiąc całymi rodzinami
jak Tuńczyk... w różnych postaciach



                                     U
jak Uśmiech... potrzebny jak słońce
jak Utopista... czasem się w niego przeradzam



                                     W
jak Wojna... często mi się śni
jak Winda... dziękuję, pójdę schodami
jak Włochy... najczęstsze miejsce naszego urlopu
jak Waga... wredna waga, dodaje pięć kilo
jak Wenus...  stamtąd pochodzę
jak Weredyk... zdarza mi się
jak Wakacje... niedługo
jak Whisky... pasja męża, wystarczy, że stoi na barku
jak Wacuś... przyjaciel rodziny, całej bez wyjątków



                                      V
jak Virginia... pseudonim, spodobał mi się po przeczytaniu biografii Virginii Woolf, choć nie zamierzam popłynąć z nurtem rzeki jak ona



                                      Z
jak Zegar... bezwzględny
jak Zdrowie... bezcenne
jak Zawiść... wszechobecna
jak Zlot Czarownic... pewnie kiedyś polecę (prawdopodobnie pojadę)
jak Zima... bez śniegu nielubiana

p.s teraz, kiedy czytam ten alfabet po dwóch latach, przenosząc blog na inny portal, stwierdzam, że sporo bym w nim zmieniła... ale historii się nie zmienia, za to widzę jak człowiek się zmienia.

2008-05-20

Trole, skrzaty i piszka Pandory

Jestem kobietą. Tylko kobietą.
Najzwyczajniejszą na świecie kobietą, którą nawiedzają "te" dni,
w których pod swoimi drzwiami znajduję walizkę wypełnioną trolami nerwusami, skrzatami marudami i krasnalami leniuchami.
Notorycznie od nastu już lat, o poranku krokiem posuwistym poruszam się po panelach, krokiem niekontrolowanym schodzę po schodach i wciągam walizę z miną skazańca.
Czarna waliza się otwiera i niczym puszka Pandory wypuszcza te pompatyczne stwory, a wchłania w siebie miły dzień.
Nienawidzę tego, nie cierpię poruszać się z kąta w kąt, wśród tych bezczelnych, rozbestwionych do granic przyzwoitości ludzkiej skrzatów, które rozsiadają się wszędzie na kilka dni i urządzają sobie imprezę żonglując moimi emocjami.

Do wstrzykujących mi ból w brzuch troli, dołączyły dziś moje dzieci.
Sztuk dwie.
Mam jednak wrażenie, że przynajmniej cztery.
Charlie się pochorował, a Lola wyjątkowo chce mu siedzieć na głowie.
Charlie chce spać, Lola nie ma takiej ochoty.
Charlie chce sikać, a ona napić się Cifu w łazience, bądź umyć ząbki szczotką do toalety.
Charlie chce koc, ona też.
Lola ma koc, Charlie ryczy, że to jego koc.
Charlie chce pić, a ona akurat też z jego kubka.
A trole siedzą na brzegu kanapy i obserwują moją reakcję wymieniając się zakładami. Wścieknie się już, czy jeszcze nie?
Huśtają nogami i strzelają miny typu "nie wytrzymasz, nie wytrzymasz...".

Zamykam oczy, wychodzę. Nie chcę krzyczeć.
Muszę zbierać siły na co najmniej jeszcze jutrzejszy dzień.
W kuchni wojna pośniadaniowa. Krasnale zamiast sprzątać rzucają resztkami po ziemi. Pies też ich nie znosi. Nawet się nie rusza, po skórki od szynki. Albo wyczuwa, że może dostać naganę, za zjedzenie owych skórek.
Wszystko dziś możliwe.

Spór o koc rozstrzygnięty. Charlie chwilowo przykryty, kaszle jak opętany.
To było pewne, długi weekend za pasem. Muszę go nasmarować. Maść w kartonie na szafie. Wysokiej szafie. Co za idiotka wsadziła lekarstwa tak wysoko? Są tak odległe, mam wrażenie, że na dachu.
Lola po raz setny chyba wdrapuję się na schody. Nie mam sił już jej znosić. Poza tym muszę zdjąć maść. Jestem jedna, sama.
Bolą mnie ręce, dłonie, nogi, stopy, brzuch, plecy, głowa, oczy....

Nie wytrzymuję.
Łamię zasadę diety z ostatniego tygodnia. Ruszam po czekoladę.
Ukrytą głęboko. Zjadam trzy rzędy.
Trol po prawej sarkastycznie się uśmiecha. Wygrał zakład z krasnalem z kuchni. Zaciera ręce. Za miesiąc przyjeżdża z rodziną.
Trudno, potrzebowałam kilku kalorii.
Rodziną owego trola będę martwić się za miesiąc.

Staram się posprzątać po śniadaniu. Za chwilę obiad trzeba gotować.
Pójdę na łatwiznę, ziemniaki, mięso, sos. Zupa jest od wczoraj.
Sprzątam skórki z ziemi. Z kubła już się wysypuje. Nawet na jedną skórkę miejsca nie ma. 
Produkcja śmieci w naszym domu zaczyna mnie przerażać.
Właśnie kilka dni temu kilkutonowy kontener zabrał efekt sprzątania garażu i poddasza. Nie wiem jeszcze ile ton. Wiem natomiast, że zapłacimy dwie stówy za tonę. Aż się boję.
Worki cementu z 2004, połamane krzesła z huraganu w 2005, rolety z tego samego żywiołu zebrane kilkanaście metrów za domem, miliony donic plastikowych również połamanych, wata do ocieplania domu, stare ciuchy ogrodowe chomikowane przez męża, trzy kartony moich gazet z 2001, 2002 itd., suszarka na pranie bezużyteczna od lat, stary połamany namiot, worek basenów do dmuchania z dziurami, kilka taczek cegieł, kamieni, zapraw, śmieci remontowych....

Lola chce wafla. Nie. Paluszka. Nie. Biszkopta. Nie. Pić. Nie. Chyba w końcu spać. Ulga. Godzina spokoju.
Charlie ciągle kaszle, marudzi, że się zaraz udusi, że już nie wytrzyma, że nie chce być chory, że obiecuje nosić papucie, tylko niech już ta choroba sobie pójdzie.
Przytulam go. Lepiej mi. Jemu chyba też. Odpoczywamy w ciszy na kilka minut.

 - Mamuś kocham Cię... chcę już mieć siły skakać.
 - Ja Ciebie też kochanie, zdrzemnij się, to Ci pomoże.

A trole siedzą i zawijają nerwy w sreberka. Jeszcze się dzień nie skończył.


2008-05-12

Męska donkiszoteria

Jestem żoną faceta, który zna się na wszystkim ( a przynajmniej tak mu się wydaje).
Wydawałoby się cecha godna pozazdroszczenia, bo która z nas nie chciałaby mieć w domu omnibusa myśliciela z umiejętnościami kucharza, hydraulika, ogrodnika, stolarza, kafelkarza i innych jakże potrzebnych mężczyzn w naszym codziennym życiu.
Mam więc w domu ideał.
Czy się podzielę? Raczej nie. Oszczędzę Wam.
Często występują  bowiem u niego objawy efemerycznego zafascynowania zawodem w danej chwili potrzebnym, co często może zagrażać innym. Entuzjazm też bywa nad wyraz krótkotrwały. Zazwyczaj jest jednodniowy. Taka donkiszoteria z jego strony, pielęgnowana  z roku na rok, ku mojemu ogólnemu zdziwieniu coraz intensywniej.

Ja nauczyłam się z tym żyć, wiem już, że słowa "kochanie, ja to zrobię" kończą się zazwyczaj fachowcem, albo tym, że odpadnie kafelka ze ściany prysznicowej. Ale pozwalam mu spróbować, bo co by to ze mnie była za żona, gdybym nie wierzyła w męża?
Są jednak miejsca, które staram się, żeby omijał z daleka. Na przykład kuchnia. Od żołądka do serca... to nie u nas. Szkoda. Kilka razy robił romantyczną kolację, ale mięso na sosie musztardowym w końcu mój żołądek przestał trawić. Tak jakoś spodobało mu się takie menu, więc kilka razy zjadłam z uśmiechem, ale potem zasugerowałam delikatnie, że może by tak dość tej musztardy. Zrozumiał. Sam też jej miał dość. Uśmialiśmy się nie raz z tych jego kulinarnych zdolności. Jajecznica się przypala, grysik też, naleśniki też. Ziemniaki umie solić od miesiąca. Mięsa nie klepie, bo po co. Kolejność panierowania mylił przez lata. Bez mizerii też zje, to zbyt skomplikowane.
Ale w piątki udaje im się w trójkę przeżyć. I nawet coś zjedzą.
Tak mi się przynajmniej wydaje, chyba że dla zmyłki naczynia brudzą.

Wierzy natomiast w swoje umiejętności zrobienia balustrady balkonowej (choć buda dla psa nadal nie zbita) wykafelkowania tarasu, ba... nawet schody chciał robić, ale ufff przekonałam go, że chyba lepszy stolarz. Z tą balustradą też go przekonam. Boję się, że wypadnie w balkonu w euforii radości, że pierwsza belka się trzyma.

Co do ogrodnictwa... no cóż. Właśnie przerabiam ten etap. Nie chodzi tu o zwykłe koszenie, w tym jest rewelacyjny, z puszką piwa każdy facet radośnie wykosi ogród. Ale chodzi o coś więcej.
Miał wizję dorobienia się fortuny na choinkach.
Nie protestowałam.
Przytaszczył z przyjacielem kiedyś pięć tysięcy malutkich, żeby nie powiedzieć prawie niewidzialnych choineczek. Przy piwie posadzili trzy tysiące. Resztę jeszcze tego samego dnia pojechali sprzedać, wykończeni machaniem łopatą.
Dwa dni później kumpel wyjechał. A choinki niedługo zarosły mleczami, ostami i tym podobnymi chwastami. I zarastają nadal, choć dzisiaj po prawie trzech latach urosły... wyżej niż stokrotki, ale nie na tyle, żeby przerosnąć mlecze.
Dziś właśnie chciałam im pomóc zaczerpnąć troszkę słońca i wzięłam się za plewienie (ręce mam jak po spotkaniu ze stadem dzikich kotów).
Ku mojemu zdziwieniu połowa z nich jeszcze żyje, ale druga połowa wyglądem przypomina miniaturowe kaktusy. Suche wyrzuciłam już rok temu.

Naprawdę nie wiem, czy coś z nich będzie, choć mąż ma nową odmładzającą choinki wizję. Chce przesadzić tysiąc pięćset do doniczek !!! Matyldo !!! Wycofałam się jak rak, nie chcę brać w tym przedsięwzięciu udziału. Więcej wyda na donice i ziemię, niż to jest warte. Aha, i jeszcze wpadł na pomysł, żebym to ja przystroiła je na święta i sprzedawała może jeszcze na targu?
Mur beton ludzie się na karłowate choinki rzucą.

Liczę na to, że do jutra zapomni. Ma o czym myśleć. Zrodził się bowiem ostatnio nowy pomysł na biznes, tym razem z innym przyjacielem, jak na razie bardzo chętnym, ale chyba nie do końca znającym historię choinek. Szklarnie i pomidory!!! Super, pomyślałam !!! Tego jeszcze nie było. Były choinki, była też już wielka magiczna kula, która miałaby turystów staczać po naszym dość długim polu w ramach atrakcji regionu, ale szklarni na polu jeszcze nie było w planach. Hit sezonu.
Teraz się jeszcze zastanawia, czy pomidory czy może pieczarki? Ciężki orzech. Faktycznie. Spać chyba nie może. Na jednym i na drugim zna się tyle co na choinkach. Życzę mu wszystkiego dobrego.
Czas pokaże, póki nie zobaczę tira pędzącego po autostradzie z naszym nazwiskiem i logo Pomodoro Company, to nie uwierzę. On pewnie sam siebie widzi już na opakowaniu ketchupu.

Ale cóż mam mu powiedzieć, jak zagląda na mojego bloga i widzi motto "Idź za marzeniem...". Muszę go wspierać w spełnianiu jego marzeń, nawet jeżeli mają to być pomidory. Może akurat, odnajdzie siebie wśród szklarni.
Przynajmniej wspólnie będziemy spędzać czas w ogrodzie, ja z laptopem na szyi, a on ze swoimi pomodoro :)

Powiedzcie mi... Czy Wasi faceci też mają takie zwariowane pomysły?
Czy może tylko mój ma w głowie taki własny enigmatyczny świat pomysłowego Dobromira?
Czasem jestem przerażona (no choćby z tą kulą wypełnioną ludźmi), ale domowego pomidora może nawet ze smakiem bym zjadła.
Byle były większe od czereśni.

Cierpliwości poproszę.
Dużą dawkę.
Potrzebna mi będzie.
Może nawet od dziś.


2008-05-09

Moje szczęście na wsi

Za oknem wiatr, wszędzie fruwają płatki kwiatów z owocowych drzew rosnących w sadzie obok. Unosi się też biały puch przekwitłych mleczy, które jak co roku atakują okoliczne pola.
W karmniku siedzą dwa wróble i skulone przed powiewem wiatru dziobią ziarenka, które im dosypuję codziennie....
Uwielbiam ten widok, mogłabym patrzeć przez okno godzinami. Ktoś inny powie, kobito cóż ty tam widzisz, same zaorane pola, nic ciekawego, czym ty się zachwycasz?
Kiedyś też odbierałam miejsce, w którym mieszkam jako zwykłą wieś, nawet momentami nie przepadałam za powrotem do domu.
Dziś cenię to miejsce jako niezwykły kawałek nieba na ziemi.
I nie przeszkadza mi brak widoku na ulicę, brak kontaktu z miastem, brak ludzi, brak sklepu w okolicy kilometra.
Wczoraj pisałam o samotności, dziś chyba pomyślicie , że dziwaczeję na dobre :)
No cóż może dziwaczeję, ale dobrze mi z tym.
Kocham tę, jak się to mówi, dziurę zabitą dechami.
Mimo iż, lubię swoją pracę w terenie, lubię kontakt z ludźmi, to jednak do tej dziury najbardziej mnie ciągnie.
Nie wiem, może to taki etap w życiu?
A może tak już zostanie i na starość jako wariatka, z czekoladą uwieszoną na szyi i laptopem w rękach, będę biegać po ogrodzie, obserwowana przez zszokowanych moich dziwactwem sąsiadów? Istnieje też możliwość, że dziwactwo się wyprostuje, w co jednak wątpię. Chyba puściło korzonki.

Jestem jaka jestem...a jestem szczęśliwa, czasem aż mam wyrzuty sumienia w związku z tym moim szczęściem. Ostatnio wyjątkowo gwiazdy są mi przychylne i pomagają mi spełniać kłębiące się od lat w mojej głowie marzenia.
Ale czy tak będzie zawsze?
Tego nie wiem.
Być może kiedyś mój los znudzi się ciągłych szczęściem ostatnich lat.
Ale póki co, nie zaprzątam sobie tym głowy.
Bo maile, które do mnie docierają i Wasze komentarze na blogu, uświadamiają mi, że są jeszcze na tym pełnym zawiści świecie ludzie, którzy dodają mi skrzydeł okazując swoją sympatię i ciesząc się razem ze mną ze spełnianych marzeń.
Dziękuję Wam z całego serca.

                                            ***
"Uwielbiam czytać Twojego bloga i zawsze robię to wieczorkiem jak przyjadę z zajęć. Stało się to moim nowym dobrym nawykiem, żeby nie powiedzieć rytuałem. I wiesz co cieszę się bardzo, że miałam szczęście Cię poznać. Tak się cieszę, że na świecie są jeszcze takie osoby jak Ty.Bo jak się szmat czasu przebywa wśród wiecznie niezadowolonych osób (swoją drogą niezadowolonych z siebie i ze swojego życia do których nie dociera, że tylko oni mają moc aby to życie zmienić) to taki pozytywny ładunek w postaci Twojej osoby jest bardzo miłą odskocznią" M.
                                            ***
"Virginio...
co ma zrobić "pisząca" jeśli brakuje jej słów...
Teraz się poryczałam... ze szczęścia.
Niech przeklinają internet, że uzależnia itp.
Ja dzięki temu ustrojstwu poznałam Virginię... i zawsze będę za to dziękować.
Ty też jesteś Aniołem :) " B.

2008-05-07

Lubię czasem być sama

Przepraszam za przerwę.
Jest uzasadniona :)

O dwóch dni mam naruszoną organizację życia w domu. Wiercenie, stukanie, piłowanie, przycinanie, przybijanie itp.
Lola znosi to nad wyraz dzielnie, choć ucieczka na zakurzone folie i szmaty to dla niej przemiła odskocznia od zwykłych klocków. Ale przetrwamy i już jutro będziemy wolni od wszechobecnego kurzu. W końcu w naszym domu, po trzech latach mieszkania pojawiły się piękne drewniane schody i można było zerwać starą wykładzinę.
Można też na nowo uzupełniać konto, bo drewno wpiło kasę jak gąbka wodę.
Ale radość przeogromna, tego nam bardzo brakowało. Amatorska balustrada wykonania mojego męża, była bardzo niebezpieczna, żeby nie powiedzieć zabójcza. Sam zabraniał nam jej dotykać, trzeba było chodzić przyklejonym do ściany, co na dłuższą metę weszło nam w nawyk i teraz pewnie będzie ciężko się od niej odkleić.

Spędzając tak dwa dni z panem stolarzem (bardzo miłym nawiasem mówiąc) zauważyłam, że bardzo mało się odzywam.
Aż mi wstyd , że taka nietowarzyska jestem. Jakby mi mowę odjęło.
Mój mąż jak wraca z pracy to zadaje mu więcej pytań w ciągu minuty, niż ja przez całe osiem godzin. Większość nie dotyczy nawet schodów, ale ważne, że nadrabia moje całodniowe milczenie.
Te dwa dni po raz kolejny mi pokazały jak bardzo cenię sobie samotność, co, biorąc pod uwagę moją przeszłość imprezowo-dyskotekową jest wręcz dziwne.
Mało tego, przeraża mnie!!!
To chyba sygnał , że się starzeję w tempie nieodwracalnym!!!
Lubię ciszę, choć przy dzieciach jest ona rzadkością, więc może właśnie dlatego tak bardzo ją sobie cenię. Po całym dniu lubię samotne wieczory w wannie, lubię sama siedzieć do nocy, lubię słyszeć swoje myśli...lubię być sama ze sobą.
Nawet jeżeli to tylko kilka minut dziennie.
Zbawiennych minut.
Potrzebuję tego, tak samo mocno, jak czekolady.


2008-04-28

Step by step

Wczoraj o mały włos nie spłonęłam w łazience. 
Róg ręcznika złapał się od świeczek, które sobie ułożyłam na wannie.Nie po to oczywiście, żeby zrobić sobie romantyczną samotną kąpiel, ale dlatego, że Lola jeszcze nie spała i  nie mogłam zapalać  światła, bo zaraz by chciała do mamusi.
A, że było mi piekielnie zimno to nie było mowy o przedłużeniu oczekiwania na wrzątek i skorzystałam (czasem wypada je użyć) z łazienkowych ikeowskich świeczek. Było bardzo przyjemnie (mimo iż wyjątkowo bez książki), bo miałam o czym myśleć, a i bez myślenia lubię się wygrzać, jak kocur na słonku. Przyjemnie było, owszem, do momentu jak wyszłam z wanny i poczułam smród. Przeraziłam się, że zafundowałam sobie  przypalanie włosków na nogach. Ciekawa jestem kto by mi drugą do uzyskania symetrii przypalił? Ku mojej wielkiej radości okazało się jednak, że to tylko kremowy ręcznik zrobił się czarny na jednym z końców. Ale grozą powiało :) oj powiało.

O czym myślałam? A o wszystkim. O tym skąd się wzięły krosty Charliemu na plecach i rękach skoro ospę już przechodził, o tym co zrobię na obiad kolejnego dnia, o tym że chomikowi muszę wody nalać, że kwiatki też jej potrzebują, że przydałyby się sandały dzieciom, bo do dwudziestu stopni już dochodzi, że muszę ciemne rzeczy wyprać, o wakacjach, które już za dwa miesiące, o mleczach w ogrodzie, które zachwaściły działkę sąsiadom...

Ale najdłużej zatrzymałam się na myśli, że w przyszłym roku będę obchodzić trzydzieste urodziny. Matulu kochana...jakby nie było prawie połowa życia za mną. Jako rasowa hipochondryczka mogę twierdzić nawet , że ponad połowa. Jestem przerażona. Czas się dla mnie zatrzymał, ale tylko w myślach, jak zerknę do lustra to zaczynam dostrzegać, to czego myślałam, że nigdy nie zobaczę.
Kręgosłup mi wysiada, kamienie tkwią na nerkach, zatoki wariują, migrena odwiedza, zmarszczki wychodzą, ciało jakieś takie zbyt kobiece się zrobiło.
Ale jeśli się za to odpowiednio zabiorę, może coś jeszcze uda mi się odkręcić.
Postanowiłam więc sobie, że w tym przełomowym 2009 roku będę skupiała się przede wszystkim na rzeczach, które lubię, na rzeczach ważnych i mniej ważnych, ale takich, które dają mi uśmiech...i to już od stycznia, mimo iż  skorpionicą jestem. Chcę ten rok spędzić jako kochająca mamuśka i żonka, a nie chroniczna malkontentka :)

A co lubię? Hmmm, ciężko tak wymienić wszystko co się lubi. A jednak spróbuję....

Lubię marzyć... Kochać... Być kochaną... Książki... Kakao... Tańczyć... Ser camembert... Robić zdjęcia... Martini... Laurę Pausini... Włoską plażę... W ogóle wszystko co włoskie... Kuchnię też... Kąpiele we wrzątku... Prawdziwą przyjaźń... Swój dres... Czosnek... Bajm...Kwitnące magnolie... Komedie... Przytulać dzieci... Słońce... Herbaty Lipton... Snowboard... Białą rzodkiew... Czytać... Pisać... Ciepłą bagietkę... Kolor czerwony... Odkurzać... Spacer po plaży... Czekoladę... Tulipany... Szczerość... Jazdę samochodem... Błyszczyki... Brzoskwinie...Spać w skarpetkach i szlafroku... Piwo... Spacery z dziećmi... Punktualność... Bibeloty... Cranberries... Brokuły...Lato...Smsy... Uśmiech córki... Rysunki syna...Lody czekoladowe... Bransoletki... Anne Geddes... Szampana...Karaoke...Żelki Haribo... Klawiaturę...Naleśniki z owocami...Swój kalendarz...Krem do rąk... Dramaty... Michałki... Czereśnie...
i tak do rana mogłabym wymieniać i wymieniać.

Nie lubię natomiast... Hipokrytów... Megalomanów... Nowych telefonów... Prasowania... Przemarzniętych nóg...Malwersacji... Samolotów...Sera Rokpol... Marudzenia... Kurzu... Chamstwa...Czapek... Głębokiej wody...Kawy bez mleka... Deszczu... Kłamstwa...Horrorów... Soku pomidorowego... Pierdzących psów... Porannego wstawania...Swoich łydek...Whisky...Męża w błękicie...Brudnego samochodu... Cyrku... Śmierci... Arbuza za pestki... Prania ręcznego...Polityki... Flaków... Układów... Wytrawnego wina...Rajstop...Windy...Szatkować kapustę... Zawiści... Swojej klaustrofobii... Nepotyzmu... Wódki...Zimnej wody...Zakupów z dziećmi... Tracić czasu na sen...

To by było na tyle, ale jeszcze do tego powrócę. Lista coś czuję jest niekończącym się potokiem słów. Czasem dobrze jest zrobić sobie taki rachuneczek własnych lubi, nie lubi i niekoniecznie tylko na okrągłe rocznice, poznać bliżej siebie...stworzyć taką dłuuuuższą ofertę matrymonialną. Moja jest troszkę chaotyczna, ale ...jestem jaka jestem i nie chcę się zmieniać (no może kilka punktów bym usunęła :)
Dobrej nocki kochane moje blogerki.


2008-04-24

"Matka Polka"

"Matkę Polkę" umieściłam na blogu za zgodą Wydawnictwa "Magia Słów", które to z racji swojej bezinteresownej miłości do debiutantów, wypuściło drukiem poniższy tekst w książce pisarki Moniki Sawickiej (właścicielki owego Wydawnictwa) pt."Demi Sec" 19.10.2007r.
Zainteresowanych informuję, że nie jest on tekstem autobiograficznym, choć sytuacje tu opisane nie są mi zupełnie obce... zresztą, chyba każda Matka, bez względu na to czy Polka, czy nie, znajdzie tu odrobinę siebie :)


                                                  Matka Polka


Kiedy rodziłam nasze pierwsze dziecko, a było to ponad sześć lat temu,myślałam głównie o tym, żeby nikogo nie zawieść i spisać się jak przystoi na idealną Matkę Polkę, czyli:
- nie krzyczeć, bo nie wypada;
- nie zadawać zbędnych pytań, bo też nie wypada;
- nie panikować, bo przecież nie ma ku temu powodu;
- nie zużywać za dużo ligniny, bo jest mało;
- nie wychodzić poza obręb dwa na dwa, bo nikt nie będzie za mną ze szmatą gonić;
- nie mówić że boli, bo i tak wszyscy wiedzą;
- nie marudzić, bo nie jestem żadną gwiazdą;
- nie czekać na żadne racje żywnościowe ani wodę, bo po co się zawieść;
- nie wspominać o obiecanym i zapłaconym pokoju do porodu rodzinnego, bo i tak powiedzą, że tam są takie same warunki;
  - nie prosić raz o paracetamol, tylko minimum pięć, bo zwykle za piątym razem przynoszą
   - i co najważniejsze, nie doprowadzić do tego, żeby mąż zobaczył więcej niż powinien, bo teściowa mówiła, że jest słaby psychicznie i nie wybaczyłaby mi, gdyby to właśnie on doznał szoku poporodowego

  Krótko mówiąc nikogo nie obarczać swoim stanem psychiczno-fizycznymi z uśmiechem na ustach urodzić na zawołanie, najlepiej w przerwie między dopołudniową, a popołudniową kawą pielęgniarek, no ewentualnie mogę też po kolacji, ale nie w nocy, bo wtedy wolą się zdrzemnąć.
  I nie świadoma swoich praw, tak też zrobiłam.
 Dostosowałam się do wszystkich wytycznych, jakie otrzymałam. Większość z nich była głupia i nieprzemyślana, ale pod wpływem hormonów nie protestowałam. Siostry zachowywały się jak zaprogramowane roboty wydające komendy. Siadaj, kładź się, spaceruj, nie pchaj, pchaj.Bez uśmiechu na twarzy, bez słów podtrzymujących na duchu,zupełnie bez emocji. Wtedy myślałam, że tak po prostu musi być.
  Byłam więc bardzo dzielna, grzecznie za wszystko podziękowałam, ucałowałam męża na dobranoc, zadzwoniłam mu po taksówkę, bo z wrażenia zapomniał numeru, a kiedy już znalazłam się na swoim łóżku wybuchnęłam płaczem. I tak, płacząc w poduszkę spędziłam najgorsze trzy noce w swoim życiu,ale oczywiście nikomu o tym nie mówiłam. Bo przecież nie wypadało. A poza tym roboty już się mną nie interesowały.
  Dusiłam to wszystko w sobie bardzo długo. Kiedy wyszłam z córcią ze szpitala,moja złość przerzuciła się, z przyczyn według mnie zupełnie jasnych, z personelu medycznego na mężczyzn.
  Miałam ochotę każdego napotkanego faceta wcisnąć w białą koszulę nocną,ulokować w epicentrum Oddziału Porodowego i kazać mu wypchać na świat przez otwór wielkości dziurki od klucza trzykilogramowe niemowlę,a potem jeszcze spędzić przymusowo trzy dni szpitalnego holokaustu.Spać na łóżku dla koszykarzy,na którego wchodzenie i z którego zeskakiwanie wiąże się z ogromnym bólem, karmić dzidziusia na żądanie z popękanych sutków pod czujnym okiem szpitalnych maniaczek naturalnego karmienia i toczyć wojny z siostrami o każdą tabletkę paracetamolu.Wiedziałam, że oni nie zawinili, ale przecież kogoś ludzkiego musiałam chociaż w podświadomości ukarać, skoro na roboty nie miałam wpływu.
  Te drastyczne wizje rodzących mężczyzn miałam kilka dni i na szczęście mi przeszło, bo w ich wydaniu to było gorsze niż najstraszniejszy horror.
 Trzy lata później sytuacja się powtórzyła i jechałam tą samą windą, z tym samym bladozielonym facetem, czyli moim mężem,który litościwym głosikiem wypowiadał potok zdrobniałych słówek, które rzekomo miały mi pomóc a naprawdę doprowadzały mnie do szału. Wtedy, właśnie w tej windzie, czując na prawej łopatce rękę męża, która miała masować mi kość ogonową, ale najwyraźniej się zagubiła w przypływie emocji,przypomniałam sobie co mnie czeka, i postanowiłam zrobić wszystko dla własnego dobrego samopoczucia.
  Punkt pierwszy:pozbyć się męża dla jego własnego dobra
  Punkt drugi: wygrać walkę z robotami
 Jak tylko winda się zatrzymała, powiedziałam mężowi, że to jeszcze potrwa iże zapomniałam koszulę nocną na zmianę i aż nie wraca bez tej odpinanej na biuście. Byłam o niebo spokojniejsza, jak przestał mi panikować do ucha i przejęty swoją rolą zniknął na dwie godziny, szukając czegoś,czego nie mógł znaleźć, bota koszula leżała na dnie mojej szpitalnej torby.
 Z robotami też poradziłam sobie bez trudu. Okazało się, że wystarczyło tylko odpowiednio zaraz na wstępie je zaprogramować.Tak bardzo żałowałam, że przy pierwszym porodzie poddałam się bez walki. Tym razem pytałam o wszystko, co chciałam i co miałam prawo wiedzieć, krótko mówiąc gadałam non stop.Kazałam dać głośniej radio, uchylić okno,odsłonić rolety i obniżyć łóżko. Nie dałam się dotknąć nikomu oprócz mojego lekarza, a jak tylko miałam ochotę to wrzeszczałam ile sił w gardle i spacerowałam po całej porodówce. Na koniec poprosiłam o kolację, mimo że dochodziła północ, i nie opuściłam porodówki bez zapasu trzech tabletek paracetamolu.
  Niesamowite,ale mój stan psychiczny był znacznie lepszy niż po pierwszym porodzie i co najważniejsze, miałam siły, żeby z uśmiechem na twarzy przytulać całą noc swojego malutkiego synka. A że roboty się do mnie nie odzywały, to mi nawet tym razem było zupełnie na rękę.
 Po powrocie do domu przez pierwszy miesiąc próbowaliśmy przekonać trzyletnią wówczas córcię, że braciszek nie jest lalką i nie wolno dłubać mu w oczkach ani podawać mu ziarenek surowego ryżu.
 Staraliśmy się ustalić jakiś harmonogram dnia; kto, gdzie, kiedy, o której godzinie. Niestety na próżno, bo bardzo szybko stał się on nieczytelny i tym samym bezużyteczny. Poszliśmy więc na całość.A dokładnie to ja poszłam, bo mój mąż to poszedł, owszem,ale do pracy.
  Wiedziałam,że nie będzie łatwo, że dwójka małych dzieci nie raz wyssie mój organizm z całej energii, a trzeźwość umysłu dwadzieścia cztery na dobę przez sześć lat zrobi z mojego mózgu kogel-mogel,ale mimo wszystko byłam gotowa przez to przebrnąć.

 Zostając po raz drugi matką, automatycznie podpisałam drugą umowę na czas nieokreślony, z całodobowym systemem pracy, bez możliwości wcześniejszego wypowiedzenia i bez chętnych na zmiany.
Mój zakres obowiązków z wielkości kopca kreta urósł do rozmiarów piramid egipskich. Znowu powróciły nieprzespane noce, nieustanny bałagan i ogólnie panujący chaos. Cierpiałam na notoryczny brak czasu, mój portfel świecił pustkami, a zjadana na stres biała czekolada odkładała się w obrzydliwe fałdki na biodrach.
A najgorsza dla mnie była świadomość tego, że nie mogę się poddać.
  Nie mogłam obudzić się rano po nieprzespanej nocy i powiedzieć: Nie daję sobie rady, rezygnuję, poszukam czegoś innego, łatwiejszego, lepiej płatnego.Musiałam tylko, tak jak każda inna matka, wpaść w swój rytm i znaleźć na to wszystko jakiś rozsądny sposób. Nauczyć się żyć w niepewności co przyniesie kolejny dzień. Zrozumiałam, że jeśli mam być idealną matką dwójki dzieci i równocześnie idealną żoną,natychmiast potrzebuję pomocy Anioła Cierpliwości. I chyba znalazłam takiego, tak mi się przynajmniej wydaje. Bo w chwilach kryzysu, kiedy przez dom przechodził tajfun,obiad płonął na piecu albo już świtało, a ja jeszcze nie zdążyłam zasnąć, On wkraczał, posyłając do mnie dzieci, które na swój sposób okazywały mi miłość.
 Jednym słowem, jednym gestem, czasem tylko jednym spojrzeniem sprawiały, że podnosiłam się jak roślinka, którą podlano po tygodniu suszy. Wtedy zrozumiałam, że czas tak szybko ucieka, że w ciągu dnia nie zawsze wystarcza go na miłość. Jeśli moje dzieci budziły się w nocy, to znaczyło, że jej potrzebują i nie miały ochoty czekać do rana.
I tak mijały dzień za dniem, noc za nocą.

                                                         ** *

  W końcu nadszedł ten dzień. Dzień, w którym odprowadziłam trzyletniego synka do przedszkola. Wracając do domu, zaczęłam płakać,choć nie było ku temu konkretnego powodu, bo on nie uronił ani jednej łezki. A ja szłam i wyłam jakby mi synka na siłę przywiązali do kaloryfera. Czułam się strasznie dziwnie, nie wiedziałam nawet, w którą stronę iść. Tego dnia pierwszy raz od sześciu lat poczułam się samotna. Wróciłam do pustego domu i uświadomiłam sobie, że zamknęłam pewien rozdział w swoim życiu do którego już nigdy nie wrócę.
  Tak jak sugerują mądrzy psychologowie spędziłam pierwsze trzy lata życia moich dzieci z nimi i . . .
  No właśnie. ... I co dalej?
  Mam trzydzieści lat i nie wiem, co dalej.
  Mam dzieci i męża, którzy mnie kochają ale nie wiem, jak bez nich spędzić kolejny dzień?
  Chyba gdzieś popełniłam błąd przez te sześć lat?
  Chyba o czymś zapomniałam?
  A może o kimś?
  ...Może o sobie?

(tekst jest mojego autorstwa, kopiowanie bez mojej zgody, jak również zgody Wydawnictwa "Magia Słów" zabronione)

2008-04-23

Na kolana

Mój syn pod wpływem oglądanej ostatnio często bajki zarządził zmianę imion w naszej rodzinie. Córcia od dziś to Lola, on sam to Charlie, a my jesteśmy parents Sorenson. Bajka nie jest ani brutalna, ani wulgarna, więc mogę zaakceptować tę nagłą zmianę. Pewnie jest chwilowa, jak wszystko u siedmiolatków.

Tak więc zostałam rano sam na sam z Lolą, która wspinanie się na mnie wyćwiczyła już do perfekcji; z żołądkiem jak zgnita śliwka węgierka (bo nadal nic nie wiadomo... mam wrażenie, że mnie testują) i z kością ogonową rwącą jak ząb skazany na czyszczenie kanałowe. Pół dnia spędziłam w pozycji ryczącej klaczy, bo stanie na nogach jest zbyt bolesne. Rwie wszędzie, w biodrach, w udach, w łydkach i pod łopatkami. Powód... podniesienie jedenastokilowej Loli bez zginania kolan... głupota boli. I to bardzo.

Przyjaciółka moja kochana poradziła mi porządne namaszczenie BenGayem i wygrzanie się w łóżeczku. Namaścić przez cały dzień nie miał mnie kto, a gdybym chciała zrobić to sama, to musiałabym najpierw odciąć sobie rękę i uczepić ją na długim kiju. Leżeć próbowałam, owszem, ale kiedy pojawiły się na mnie wszystkie maskotki, a zaraz za nimi chętna do skakania mi po brzuchu Lola, to niczym rasowa cwałująca klacz uciekłam z placu zabaw.

Do teraz ból nie przeszedł. Zgięta w pół wiszę z nosem na klawiaturze. To najwygodniejsza pozycja, stać się nie da, bo za bardzo obciążam nogi i się uginają, a gdy leżę to mi drętwieją.
Nawet jeśli ktokolwiek z firmy raczy mnie dziś (w końcu) poinformować, że zrobiłam krok do przodu, to i tak radość będzie ograniczona do śmiania się w podłogę.
Jednak wracam do pozycji na kolana. 
 
 

2008-04-21

Kolorowe landryneczki

Nadal jestem zawieszona w niepewności, czy udało mi się wejść na kolejny szczebelek drabinki zwanej karierą zawodową. Czekałam cały weekend i nadal czekam z głośnymi okrzykami zadowolenia, które kłębią się w moim gardle, bo nie mam pewności, czy aby wszystko mam zapięte na ostatni guzik.
Mój żołądek z nerwów zamienił się w suszoną śliwkę węgierkę.
I nie dlatego, że pragnę nie wiadomo jak właśnie teraz awansować (wychodzę z założenia, że nie można się poddawać, tylko w razie niepowodzeń walczyć dalej) ale dlatego, że mój mąż we mnie tak bezgranicznie wierzy, że zamówił drewniane schody do domu, które mają nam montować za dwa tygodnie i bez mojej premii rozwojowej może być ciężko.

No więc znowu moje plany uzupełnienia szafy prysnęły jak bańka mydlana, mimo iż wiosna się zrobiła i wypadałoby do garderoby wpuścić troszkę zapachu nowości. Zamiast modnej tego sezonu sukienki w kolorze słońca w pierwszej kolejności wykładam na schody. Ale sama jestem sobie winna. Wprowadziłaś kobito męża w tajniki swoich wypłat, premii, bonusów, terminów przelewów, dałaś upoważnienie do konta bankowego to teraz nie marudź, że zamiast nowych ciuszków, będziesz mieć schody w domu. A jak Ci kobito zrobią schody, to zarabiaj dalej na ogrodzenie, wyrównanie terenu na działce, na taras, balkon, drzwi garażowe, bruk, skalniaki... matulu kochana przecież ja sobie tej kiecki nawet do 2020 nie kupię...
Cieszę się strasznie, że udaje nam się nasz dom doprowadzać do coraz piękniejszego wyglądu, ale brakuje mi czasem takich wypadów na sklepy sprzed stanu posiadania dzieci sztuk dwie i domu.

Z dnia na dzień życie jest droższe i nic tu nie pomoże rwanie sobie włosów z głowy. Tego jestem świadoma. Kosztowniejsze jest pożywienie, utrzymanie domu, dzieci... dobrze, że męża utrzymywać nie muszę :) On na szczęście też pracuje i pilnuje rachunków za dom, spraw dotyczących samochodu, przedszkola, karmy dla psów (śmieszne, ale nasz berneńczyk zjada niezłą kasę miesięcznie, a w zamian panicznie boi się wiatru i nie pilnuje domu kiedy wieje). Ja z kolei pilnuję opłat za firmę, robię zakupy spożywcze, drogeryjne i dziecięce. I tak pieniądze się kurczą jak ssane landrynki, aż w końcu znikają i zaczyna się nowy miesiąc.

Jedyny plus tego całego pieniężnego zamętu, to fakt, że w ogóle są i że każdego pierwszego dnia miesiąca mogę otworzyć nowe opakowanie landrynek. I tak sobie ssać i ssać smakowicie, niekoniecznie w nowej sukience, ale za to na nowych schodach.
Więc jak tylko mój żołądek dziś ze śliwki wróci do stanu poprzedniego to ruszam z nową siłą do pracy, bo pieniądze szczęścia nie dają, ale dają wiele chwil radości.
I tego nie da się ukryć. 


2008-04-18

Luksus w Lexusie

Od jutra będę żyła w luksusie jakiego do tej pory nie miałam. Będę wozić swój zgrabny tyłeczek wypasionym Lexusem RX 350, zaciągać się cienkim Davidoffem i zasłaniać twarz wielkimi okularami przeciwsłonecznymi.
Na lunch udam się do najdroższej restauracji w centrum mojej ogromnej metropolii. Zamówię opiekaną cukinię zalaną sosem beszamelowym z nitkami polędwicy "ala szpaner" i krabami "ala cwania", do tego deser...zapiekaną w sosie pistacjowo orzechowym gruszkę z wiśnią nasączoną likierem na czubku i butelkę Chateau Petrus, najdroższego wina na świecie.
Z nogą założoną na nogę będę się delektować smakiem i kokietować rzęsami jak płetwy wieloryba potykających się wiecznie kelnerów.
Potem udam się na zakupy, Laurent, Vuitton, Karan, Ferre, sukienki, szpilki, bielizna i perfumy w których urządzę sobie wieczorną kąpiel z dodatkiem zielonego Johny Walkera przez słomkę.
W drodze powrotnej wstąpię zrobić się na mulatkę, taką wypasioną na trzydzieści minut, przykleję tipsy, wstrzyknę dawkę botoxu ,wycieniuję włosy i poddam się odsysaniu tłuszczyku z lewego bioderka. Zamówię na lipiec rejs statkiem po Morzu Śródziemnym od Wenecji po Stambuł, na sierpień Malediwy, a na Sylwestra Aspen.
I tak minie mi dzień w pracy.....

Zadzwonił budzik, a ja spadłam z łóżka w panice szukając swoich kart kredytowych....życie to nie sen....na szczęście !!!!

Bo nie cierpię krabów, ostatnio też zakupów, mam chorobę morską i panicznie boję się latać :)

Miłego dnia moje kochane  blogerki (i blogerzy). Zmykam w objęcia Morfeusza, bo czeka mnie dziesięć godzin pracy.


2008-04-17

Jak bańka na choince

Nienawidzę wisieć w niepewności. Niestety od rana sobie w niej wiszę.Tak naprawdę to wiszę już od poniedziałku. I czekam i czekam, liczę i liczę, przeglądam te wszystkie papierzyska firmowe i ciekawość mnie zżera czego też się doczekam. Albo będzie w końcu ten awans, albo znowu jak długa rozłożę się centymetr przed metą. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną i dlatego żeby nie zgrzytać zębami objadam się rodzynkami (zapas czekolady się zakończył). Co gorsza rodzynki też się już kończą.
List polecony oczywiście nie dotarł na czas, jakby mogło być inaczej.Pani na Poczcie wysyczała w okienko, że list polecony to nie przesyłka gwarantowana tylko planowana. Chyba jak mi pewna znajoma poradziła, zainwestuję w gołębie pocztowe. Może nie są tańsze, ale na pewno sympatyczniejsze.
Mimo tego jestem dobrej myśli, może warszawiacy wykażą się większym zrozumieniem, choć z tą moją firmą to bywa czasem tak jak z Pocztą Polską. Czasu nie przyśpieszę, muszę grzecznie, z pełną buzią rodzynek czekać.

Moja mała złośnica śpi. Mam chwilkę oddechu. Mogę zrobić sobie kawę i wypić ją z nadzieją, że nikt mi jej nie wyleje na kremowy dywan. Mogę w końcu też zajść do ubikacji i nikt nie będzie mi się na kolana drapał.
Moja córcia ma bowiem etap wiszenia na mnie jak bańka na choince. Nie mogę kroku zrobić bez niej, jak nie wisi na rękach, to wisi na nogawce. Jak się schylę do kredensu po garnek, to wisi małpiatka na plecach, jak siądę do komputera to ciągnie mnie za bluzkę i próbuje ukraść myszkę. A jak gdzieś się z nią wybiorę w teren, to jakby mi ją kropelką do klatki piersiowej przylepili. Taka z niej mała kangurzyca. Mam wrażenie, że ma na czole napisane "zawsze i wszędzie z mamą".
Męczące to strasznie, bo nawet przez telefon mi nie da porozmawiać, ale pewnie minie niebawem stan wiszenia na mnie (głęboko w to wierzę :) i moje dziecko będzie  bardziej samodzielne.
Na razie będę jej Mamą Kangurzycą.

2008-04-11

Jestem jak gąbka... dla Madlen jak Anioł

Jestem jak gąbka. Mała, ale wydajna. Chłonę wszystko od rana do wieczora. Przede wszystkim emocje. Ostatnio wiele się u mnie dzieje i czuję czasem jak się przelewa...radość oczywiście.

Córuś skończyła piętnaście miesięcy. Jest kochaną diablicą. Od samego rana, z tym swoim zawadiackim uśmiechem na małych usteczkach sieje zamęt.
Jest na etapie zauroczenia światem zaokiennym. Od rana chodzi w czapkach, kurtkach, chustach na szyi, generalnie to nie interesuje jej co ma na sobie, ważne, żeby na cebulkę. I od rana chce patrzeć przez okno, kuchenne na przekór, gdzie trzeba ją podnosić. Jakby nie mogła patrzeć na taras i dać odpocząć moim nadwyrężonym bicepsom.
Po śniadaniu mamy więc musowe wyjście do ogródka, gdzie od momentu zetknięcia butów z ziemią zaczyna się bieg na oślep, byle najdalej od mamy. Na bezpiecznej odległości zaczyna się kosztowanie trawy, gleby, kamieni, a potem znowu ucieczka, z fikołkami po drodze i czapką na bakier. Jest jak komandos, żadna nierówność nie jest jest straszna.
Powrót do domu to wysiłek rzędu noszenia dwóch wiader węgla do piwnicy za jednym razem. I dla mnie i dla niej. Mocujemy się niczym zapaśnicy sumo.
Wiem, że jestem wtedy mamą potworem. Widzę to w jej oczkach zapłakanych i wypełnionych żalem. Ale nie mogę spędzać dwunastu godzin dziennie na dworze. Chyba, że pomyślę nad kuchnią polową?

Synuś skończył siedem lat, jak już pisałam ostatnio. Jest na etapie znudzenia wszystkim co go otacza. Tylko kartki, nożyce i klej dają mu radość. I bałagan jaki po tym zostawia. Pozostałe zabawki odkurzam notorycznie z kurzu co sobotę. Taki z niego mały nudziarz :) Ale rozpływam się przy jego codziennym mamuś, kocham Cię i zapominam o syfie na ziemi.

Mężuś nadal biega. Nadal też ma dietę. Waga nadal stoi w miejscu.
Zaczyna się kryzys, ale nie poddaje się. Dzielny z niego chłopczyk. Nadal trzymam za niego kciuki.
Czekoladę jem w ukryciu (to dla tych co im przeszkadzało). Krzaki przejrzałam, kochanki brak (to dla tych podejrzliwych :)

A ja, mama strusiowa, chłonę to wszystko i jestem szczęśliwa. Od dwóch dni nawet bardzo. Jestem jak balon pełen spełnionych marzeń. Unoszę się i dryfuję w swojej czasoprzestrzeni.
A współwinna tym uniesieniom (oprócz szanownej Statuetki) jest pewna niesamowita duszyczka, która wpisem na swoim blogu wirtualnie dodała mi skrzydeł. Pierwszy raz ktoś w ten sposób się o mnie napisał...

Kochana Madlen, to piękne co napisałaś, dziękuję Ci za te słowa.
Zaskoczyłaś mnie tym postem i łzy wzruszenia zakotwiczyły w moich oczach na kilka dobrych minut. Aniołem raczej nie jestem, ale cieszę się, że dałam Ci natchnienie i otworzyłam bramę do świata magii słów pisanych i czytanych.
Poniżej wklejam fragment bloga www.madlen08.blog.onet.pl

Każdy ma swojego Anioła. Tylko musi go odnaleźć. Ja już odnalazłam...

Tego posta chciałam zadedykować właśnie mojemu Aniołowi.
To właśnie dzięki tej Osóbce powstał ten blog, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna.
Gdyby nie Ona, nie pomyślałabym nigdy, że pisanie i czytanie może być tak przyjemne i nigdy nie pomyślałabym, że właśnie ja nadaje się do takich rzeczy.
Mój Aniołek pokazał mi, i wprowadził mnie w cudowny świat zapomnienia, do którego uciekam się zawsze kiedy dopada mnie rutyna codzienności.
Lecz oprócz tego, że jestem jej wdzięczna za pokazanie nowego świata, jestem pełna podziwu dla niej jako dla matki, żony i kobiety.
Cóż będę więcej pisać...
Ona znalazła już swojego Anioła, a teraz, być może nieświadomie, staje się Aniołem dla innych.
Więc powiem krótko, ale za to szczerze i prosto z serca- Dziękuje Virginio.

2008-04-09

Statuetka

Wczoraj to cudo trafiło do moich rąk. Oczywiście tradycyjnie się poryczałam, jakby mogło być inaczej :)

Po pierwsze dlatego, że mój nad wyraz inteligentny listonosz, mimo, iż byłam w domu wcisnął na siłę to cudeńko to skrzynki pocztowej na głównej drodze. I nie pomyślał, że jak wkłada to od góry skrzynki to ma tam więcej miejsca, ale ja za chiny ludowe przez normalny otwór nie mogłam tej przesyłki wytargać, zaklinowała się. Mocowałam się ze łzami w oczach, że coś uszkodzę. Przeklinałam na pół okolicy. Miałam ochotę lecieć po siekierę, a zaraz z nią na skrzynkę, a  potem na listonosza. Tępota ludzka nie zna granic. Na szczęście po kilku długich dla mnie minutach udało się. Ale dyplom wygląda nieciekawie.

Po drugie dlatego, że się wzruszyłam jak ją zobaczyłam. Tak zwyczajnie, niezwyczajnie. Była cała, nie uszkodzona, nawet nie zadrapana. Kochana dzielna figurka. I wtedy tak mnie jakoś naszło, żeby ją wycałować na powitanie. Te skrzydła skojarzyły mi się z Moniką Sawicką, a ją to już dawno wycałować chciałam, ale jakoś teleportacja ostatnio zawiodła.
Więc szłam w podskokach w stronę domu, całując figurkę co jakiś czas i szczerząc się do niej od ucha do ucha. Dobrze, że to nie autostrada, tylko zwykła miedza :) i sąsiedzi mam nadzieję mnie nie obserwowali. Bo raczej normalnie nie wyglądałam.

Ta Statuetka to nagroda za zajęcie 3 miejsca w Konkursie Literackim Fundacji "Vade-mecum" im. Sandry Brędowskiej na opowiadanie o tematyce "Moje jedyne marzenie". Pisałam go w styczniu przez niecałe dwa tygodnie. Potem po wysłaniu czterech kopii, przez cały okres oczekiwań na wyniki, gdzieś tam głęboko w sercu marzyłam o zajęciu miejscu na podium (bo tylko takie zostaną opublikowane), ale jakoś wyjątkowo w siebie tym razem nie wierzyłam, bo wydawało mi się, że zbyt mało czasu temu poświęciłam.
Ściskałam jednak mocno w dłoniach własne kciuki, aż do ogłoszenia wyników 14 lutego. No i udało się.
Był wrzask, pisk, łzy, radość przeogromna...kolejne spełnione marzenie. Ta Statuetka i cały ten konkurs dały mi siłę, motywację i wiarę w to, że nawet te marzenia, które wydają się bardzo odległe też mogą się spełniać.
Dlatego będę marzyć dalej, i dalej, i tak zawsze, aż do końca.

Moje konkursowe opowiadanie pt. "Noc Aniołów" ukaże się drukiem we wrześniu 2008r. w piątej książce pisarki Moniki Sawickiej pt. "7 kolorów tęczy".