2011-05-31
2011-05-27
Karuzela
Karuzela
Przykryta dachem w swoim cieniu krąży
przez małą chwilę gromada radosna
rumaków kolorowych, wszystkich z kraju,
co długo zwleka, nim upadku dozna.
Inne do wozów zaprzężone są,
lecz wszystkie dość wesołe mają miny,
zły lew czerwony kroczy razem z nimi,
a zaraz potem stąpa biały słoń.
Jest nawet jeleń, zupełnie jak w lesie,
tyle że dźwiga siodło, a na górze
niebieskie dziewczę przytroczone jedzie.
Na lwie zaś biały chłopiec mocno ściska
w szalonym pędzie rozpaloną dłoń,
lew pokazuje język i zębiska.
A zaraz potem stąpa biały słoń.
Na szybkich koniach mkną jedna za drugą
dziewczyny jasne, tym końskim wyskokom
poddane całkiem; gdy już są wysoko,
patrzą gdzieś w górę przez chwilę niedługą –
A zaraz potem stąpa biały słoń.
Tak to się toczy i kręci uparcie,
biegnie i spieszy bez żadnego celu.
Czerwień i zieleń, i szarość w tym biegu,
i mały profil ginie, nim się zacznie. –
Radosny śmiech rozlega się niekiedy,
rozbłyska nagle i od razu gaśnie
w nieustającej tej gonitwie ślepej…
Pierwodruk: „Poezje nowe. Życie Maryi”, Rainer Maria Rilke. Przeł. Andrzej Lam. Warszawa 2010
Wiersz pochodzi ze strony http://rilke.pl/
2011-05-24
Apokalipsa
"Koniec świata zaczyna się nie od wybuchu wulkanów, tylko od pomieszania języków.
Jak ja zacznę mówić do ciebie: to nie jest twoja noga, tylko moja noga, albo: to nie jest kawa, tylko papieros - to to jest nienazywanie, niedawanie rzeczom słowa. W tej chwili w środowiskach intelektualnych, nie wszystkich oczywiście, panuje wdzięczny bełkot. Im głupiej, tym mądrzej; im zawilej, tym wytworniej.
Prowadzi to do absolutnego końca świata"
Zbigniew Herbert
Zbigniew Herbert
"Lapidarium mistrzów", Biblioteka Gazety Wyborczej, str.45
2011-05-20
X Ogólnopolski Tydzień Czytania Dzieciom - 1 czerwca uroczysta inauguracja w Cieszynie
"W dniach 29 maja - 5 czerwca 2011 r. z przyjemnością zapraszamy wszystkich entuzjastów książki i czytania do udziału w Jubileuszowym X Ogólnopolskim Tygodniu Czytania Dzieciom (X OTCD).
Tegoroczna Centralna Inauguracja Tygodnia Czytania - po raz pierwszy międzynarodowa - odbędzie się 1 czerwca w Cieszynie (woj. śląskie). X OTCD rozpocznie obchody Jubileuszu 10-lecia kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”, w którą zaangażowanych jest już blisko 6400 Koordynatorów i Liderów oraz 2600 miejscowości w całym kraju.
Tegoroczna Centralna Inauguracja Tygodnia Czytania - po raz pierwszy międzynarodowa - odbędzie się 1 czerwca w Cieszynie (woj. śląskie). X OTCD rozpocznie obchody Jubileuszu 10-lecia kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”, w którą zaangażowanych jest już blisko 6400 Koordynatorów i Liderów oraz 2600 miejscowości w całym kraju.
Centralna Inauguracja X OTCD odbędzie się 1 czerwca w Cieszynie. Będzie to zarazem Inauguracja I Międzynarodowego Tygodnia Czytania Dzieciom, organizowanego wspólnie z siostrzaną czeską Fundacją "Celé Česko čte dětem”. W dniu Inauguracji na moście granicznym łączącym Polskę i Czechy zostanie uroczyście odczytana „Lokomotywa” J. Tuwima a następnie Jaromir Nohavica zaintonuje czeską piosenkę „Kozel”. Na tarasie Czytelni i Kawiarni Literackiej NOIVA w Czeskim Cieszynie Goście Specjalni z Polski, Czech i innych krajów oraz delegacje dzieci podpiszą proklamację programu „Cała Europa czyta dzieciom” - „All of Europe Reads to Kids”, którego celem jest propagowanie głośnego czytania dzieciom w krajach europejskich. Następnie dzieci polskie i czeskie przejdą w bajkowych korowodach na rynki swych miast. Na Rynku Głównym Cieszyna odbędzie się impreza edukacyjna „Cała Polska czyta dzieciom i bawi się bezpiecznie”, organizowana we współpracy z lokalnymi Służbami Mundurowymi. Poprowadzą ją dziennikarka radiowej Trójki Katarzyna Stoparczyk i Maciej Gąsiorek, aktor Teatru Rampa, znany dzieciom jako krasnoludek Piksel. Na uczestników imprezy czeka mnóstwo atrakcji, m.in. występy teatralne, liczne gry i zabawy, miasteczko ruchu drogowego oraz oczywiście – głośne czytanie. Na zakończenie wystąpi zespół „Fasolki” z Ciotką Klotką i Panem Tik -Takiem.
Inauguracji towarzyszyć będzie debata nt. perspektyw kultury, edukacji i czytelnictwa pt. „Jaka kultura?” z udziałem młodzieży gimnazjalnej i licealnej oraz polityków, dziennikarzy, przedstawicieli świata kultury, m.in. Edyty Jungowskiej, jurorki konkursu „Jaka kultura?”. Goście z zagranicy spotkają się w tym czasie przy Okrągłym Stole, aby omówić strategię wprowadzenia w życie programu „Cała Europa czyta dzieciom”. Następnie Edyta Jungowska oraz Maciej Orłoś odwiedzą Zakład Karny w Cieszynie, gdzie odbędzie się spotkanie z dziećmi więźniów. Zaproszeni goście i wolontariusze rozpoczną tam program czytania i zainaugurują powstanie kącika czytelniczego dla dzieci w sali widzeń. Całość zakończy wieczorny koncert galowy Roberta Janowskiego i lokalnych artystów w Teatrze Cieszyńskim.
Także w Teatrze Cieszyńskim, w dniu 31 maja, o g. 19.00, będzie można wysłuchać scenicznej wersji książki Mariusza Szczygła pt. „Gottland“ w wykonaniu znanego czeskiego zespołu LISTOVANI.
W czwartek, 2 czerwca, zapraszamy na konferencję edukacyjną „Mądre wychowanie”, podczas której wykłady wygłoszą: Dorota Zawadzka, psycholog i telewizyjna Superniania, Irena Koźmińska, Prezes Fundacji ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom, Elżbieta Olszewska, Dyrektor Programowy Fundacji oraz Bogdan Kocurek, Dyrektor Książnicy Beskidzkiej.
Organizatorami Centralnej Inauguracji X Ogólnopolskiego Tygodnia Czytania Dzieciom oraz I Międzynarodowego Tygodnia Czytania Dzieciom w Cieszynie są: Fundacja „ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom”, Fundacja „Celé Česko čte dětem", Miasto Cieszyn, Biblioteka Miejska w Cieszynie. Partnerem Debaty jest Biblioteka Śląska. Imprezę plenerową „Cała Polska czyta dzieciom i bawi się bezpiecznie” współorganizują cieszyńskie Służby Mundurowe.
Współorganizatorem Jubileuszowego X Ogólnopolskiego Tygodnia Czytania Dzieciom jest Narodowe Centrum Kultury.
Patronat nad Jubileuszem 10-lecia kampanii czytania objęli: Anna Komorowska, Pierwsza Dama, Katarzyna Hall, Minister Edukacji Narodowej, Radosław Sikorski, Minister Spraw Zagranicznych, Bogdan Zdrojewski, Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka. W skład Komitetu Honorowego Jubileuszu wchodzą m.in. prof. Jerzy Buzek, Przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Wanda Chotomska, poetka, Bohdan Butenko, ilustrator i autor, dr Juliusz Braun, Prezes Zarządu Telewizji Polskiej S.A., Jerzy Baczyński, Redaktor Naczelny Polityki i inne osobistości"
Współorganizatorem Jubileuszowego X Ogólnopolskiego Tygodnia Czytania Dzieciom jest Narodowe Centrum Kultury.
Patronat nad Jubileuszem 10-lecia kampanii czytania objęli: Anna Komorowska, Pierwsza Dama, Katarzyna Hall, Minister Edukacji Narodowej, Radosław Sikorski, Minister Spraw Zagranicznych, Bogdan Zdrojewski, Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Marek Michalak, Rzecznik Praw Dziecka. W skład Komitetu Honorowego Jubileuszu wchodzą m.in. prof. Jerzy Buzek, Przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Wanda Chotomska, poetka, Bohdan Butenko, ilustrator i autor, dr Juliusz Braun, Prezes Zarządu Telewizji Polskiej S.A., Jerzy Baczyński, Redaktor Naczelny Polityki i inne osobistości"
( powyższy tekst pochodzi ze strony Cała Polska czyta dzieciom )
Tutaj plan obchodów całego jubileuszu 10 -lecia kampanii "Cała Polska czyta dzieciom"
Ja i moje dzieci mamy w tym roku szczęście... :)
Philip Roth nagrodzony
Jestem właśnie na etapie fascynacji tym pisarzem i odebrałam dziś przesyłkę z czterema pierwszymi częściami historii o Nathanie Zuckermanie. Jakże więc przyjemnie było przeczytać tutaj Salon Kulturalny, że mój wybór jest właściwy (choć rzadko się sugeruję nagrodami). Man International Booker Prize to prestiżowa nagroda przyznawana co dwa lata żyjącemu pisarzowi tworzącemu po angielsku. Nagroda honoruje całościowy wkład autora w literaturę piękną. Po dwóch przeczytanych książkach Philipa Rotha zgadzam się z tym wyróżnieniem, choć nie wszyscy zapewne są równie zgodni, również ci z kręgu ważnych ludzi świata literackiego. Nawet na samym festiwalu pisarzy w Sydney, gdzie fakt o zwycięstwie został ogłoszony, nie obyło się bez skandalu. Jedna z kobiet wchodzących w składu jury ( Carmen Callil - krytyczka i wydawca) w ramach sprzeciwu przeciw wyborowi Philipa Rotha zrezygnowała z dalszego zasiadania w jury. Kulisy pewnie pozostaną nieznane, co i tak nie ma żadnego znaczenia. Mną Roth zupełnie zawładnął i pociąga mnie ta jego szczerość i sugestywność.
2011-05-19
Skalniak w polu, czyli taniec z kopaczką trwa
Już chyba trzeci tydzień staram się w wolnych chwilach ogarnąć ogród. Wszystko niby nabiera odpowiednich kształtów i efektu zadbania... ale pracy nadal sporo i szczerze mówiąc nie widać końca. Koszę, grabię, sadzę, kopię, przesadzam, przekopuję, przenoszę, podlewam, przycinam... Mam wiecznie trawę na twarzy, ziemię w butach i jasność słońca przed oczami nawet kiedy zasypiam. Tak, jestem zmęczona! Nie będę ukrywać, że jestem cholernie zmęczona i cierpi mój kręgosłup, ale kiedy rano, przed wyjazdem do pracy wychodzę na taras z kubkiem kawy, i tylko zapach kwiatów i ptasi śpiew mnie otacza, to mam znowu siły na cały kolejny dzień :)
( tak wyglądał skalniak przed oskalpowaniem :)
( a tak wygląda z lotu ptaka teraz :)
( jeszcze wymaga dopieszczenia, jak wszystko w moim życiu...)
( na koniec moje ulubione majowe kwiaty... dom pachnie cudnie)
2011-05-16
"Everyman" Philip Roth
Twórczości Philipa Rotha do tej pory nie znałam, ale moje myśli krążyły wokół tego prozaika amerykańskiego od czasu, kiedy na zeszłorocznych Targach Książki w Krakowie zakupiłam jego książkę pt. „Duch wychodzi”. Bezmyślnie zupełnie, nie analizując wcześniej jego twórczości. Chciałam po prostu natychmiast mieć Philipa Rotha na półce, tego samego, który zdaniem wielu krytyków jest pretendentem do Literackiej Nagrody Nobla. Jak się jednak okazało, zakupiłam pechowo dziewiątą część (według autora już ostatnią) z cyklu o Nathanie Zuckermanie. Postanowiłam więc trzymać się chronologii i przeczytać osiem pierwszych czyli: „Cień pisarza”, „Zuckerman wyzwolony”, „Lekcja anatomii”, „Praska orgia”, „Przeciwżycie”, „Amerykańska sielanka” ( w 1997r. za tę właśnie powieść otrzymał Nagrodę Pulitzera), „Wyszłam za komunistę” i „Ludzka skaza”, a „Duch wychodzi” musi przeczekać na swoją kolej. Czy się doczeka? Myślę, że tak i to jeszcze w tym roku, bo po przeczytaniu „Everymana”, kolejnej odrębnej książki tego autora, jestem mu już zupełnie oddana. Philip Roth pisze tak sugestywnie, że dosłownie zostaje w pamięci odgłos ziemi padającej na wieko trumny.„Everyman” to krótka powieść nawiązująca tytułem do słynnego amerykańskiego moralitetu z piętnastego wieku, której legendarny bohater wyrusza na spotkanie ze śmiercią i zdaje sprawozdanie z życia. Bohatera Rotha, człowieka bez imienia, poznajemy już w zasadzie jako nieboszczyka, dołączając do rodziny skupionej nad jego grobem. Z boku przyglądają się pochówkowi jego dwaj niewzruszeni okolicznościami synowie z pierwszego, dosyć burzliwego małżeństwa, a także córka z drugiego małżeństwa wraz z matką, prywatna pielęgniarka, brat Howard z żoną i kilku emerytów, przyjaciół z ostatnich lat życia bohatera. Od samego początku więc zna się zakończenie... bo czyż tak właśnie w życiu nie jest? Świadomość śmierci odsuwamy na dalszy plan, ale jej ruch jest nieuchronny. Powolny bądź zaskakujący, ale bez możliwości naszego wobec niej uniku. Jesteśmy bez szans, nasza rola w życiu polega na tym, by być na nią przygotowanym. Co jest przecież niemożliwe, bo analizowanie życia pod kątek naszej śmiertelności wpędziło by nas jedynie wcześniej do grobu.
„Everyman” Rotha umiera mając siedemdziesiąt jeden lat. Przez jego życie na ziemi prowadzi nas Narrator, jakby odpowiednik Boga, który na okoliczność przyjęcia go w bramy niebieskie wystawia mu krótką notkę biograficzną. Wspomnienie jakich miliony, i tu najbardziej doskwierał mi fakt, że bohater nie ma imienia. Życie nakłada się na życie, kości na kości, mogiły cmentarne zlewają w jedno rozległe wspomnienie o ludzkiej egzystencji. Zmierzamy wszyscy w tym samym kierunku i nasze przeżywanie życia może jedynie wpłynąć na samopoczucie w wieku, kiedy przychodzi moment podsumowań (…) Mamy tylko ciało, które rodzi się i umiera na wzór innych ciał, które żyły i poumierały przed nami (…).
Everyman Rotha był grafikiem reklamowym w nowojorskiej agencji, przeszedł przez trzy rozwody, dziesięć operacji, prowadził bujne życie erotyczne, po drodze porzucił gdzieś ambicje artystyczne, kilka razy zbłądził, jako ojciec i człowiek. Sam nie ma o sobie dobrego zdania (…) wyrodny ojciec, zawistny brat, niewierny mąż, nieudany syn (...) ciągle schorowany, bojaźliwy, odkładający samotność i śmierć na później, ale świadomie z żalem stwierdzający: Mój Boże – pomyślał sobie – co ze mnie zostało? Czy gdyby przeżył życie inaczej, byłby z niego bardziej zadowolony i analiza końcowa byłaby mniej brutalna? To wątpliwe. Nie da się żyć idealnie, a śmierć ma to do siebie, że zbliżając się rozbudza wszystko to co negatywne, choćby to były pojedyncze incydenty. Zawsze będzie się nam wydawało, że uczyniliśmy zbyt mało, by odejść bez lęku i z godnością. Walka trwa do ostatnich chwil, nawet jeśli wydaje się z pozoru, że jesteśmy już gotowi. Taka nasza ludzka skaza, jesteśmy, by nagle móc bez znaczenia dla świata zniknąć.
(…) Bo najsilniejszym niepokojem życia jest śmierć. Bo śmierć jest taka niesprawiedliwa. Bo kiedy człowiek zasmakował życia, śmierć wydaje się czymś nienaturalnym (…)
Tytuł: Everyman
Tytuł oryginału: Everyman
Autor: Philip Roth
Przełożyła: Jolanta Kozak
Ilość stron: 166
Wydawnictwo: Czytelnik, Warszawa 2008
Trzynaście lat temu, mój kolega zdał maturę, dostał się na wymarzone studia i wraz z przyjaciółmi zorganizował wyprawę na rowerach świętującą oba te wydarzenia. Zjeżdżając z Kubalonki zderzył się czołowo z samochodem i zginął na miejscu. To była moja pierwsza, radosna, dziecięca miłość, w pierwszych klasach podstawówki. Trzymaliśmy się za ręce pod szkolną ławką, śledziliśmy się nawzajem na szarych szkolnych korytarzach. Śpiewaliśmy wspólnie na szkolnej akademii piosenkę o gumie balonowej Donald, on z kołnierzykiem wyjętym poza brązowy sweterek, ja w plisowanej granatowej spódniczce i z długim warkoczem, za który ciągnął mnie często jego o głowę mniejszy kolega. Potem nasze drogi się rozeszły, ale zawsze kiedy mijaliśmy się na ulicy, to z sentymentem w oczach. To jedyny zmarły, który mi się śni. Czasem nawet raz w miesiącu. Kilka dni temu odwiedziłam go na cmentarzu. I wspominałam piosenkę „z Donaldem w kieszeni” i mimo iż wiem, że to wszystko nieuchronne, to godzić się z tym nie potrafię. Po tylu latach na jego pomnik spadły moje łzy.
2011-05-09
Zakopałam się...
Świerki srebrzyste, pomidorki, papryka, sałatka, pietruszka, rzodkiewka, kukurydza, poziomki... pelargonie, bez, caragana pendula, kwiatki, kwiatuszki, trawki, skalniaki. Do kawy "Zapachy miast" Dawida Rosenbauma, soczysta zieleń wokół, drobne przyjemności dnia słonecznego... skóra chłonie promienie, włosy trawę świeżo skoszoną, bose stopy drewno tarasowe.
Nie wiem kiedy tu wrócę...
Nóg, rąk i kręgosłupa nie czuję, ale powstrzymać się nie mogę. Przepadłam w ramionach wiosny :)
2011-05-03
"Pozwalają ci nawet sądzić, że już bliski jesteś mądrości, chociaż ty się tylko oddaliłeś od swojego prostego spokoju (...)"
"Niektórzy mówią o książkach jako o zaczarowanym świecie, o tym, ile zawdzięczają książkom w swoim życiu, wspominają, jak to je czytali po kryjomu nieraz, nie przy świetle, lecz przy księżycu, nie przy stole, lecz gdzieś na drzewie w listowiu, ale ja tam mozoliłem się nad nimi dzień w dzień, świątek, piątek, i niczego dobrego nie zaznałem prócz zwątpień. A przecież długo im ufałem, dopóki jeszcze żywiłem nadzieję, że kiedyś dam radę tej wielkiej bibliotece. Nie przejmowałem się, że drwi ze mnie, pewna swojej niedostępności, dufna, że pognębi każdego, kto się tylko z nią zmierzy, a już mnie na pewno, ale wierzyłem, że przyjdzie kiedyś taki dzień, gdy wezmę do ręki ostatnią książkę i poczuję wielką ulgę, o której marzyłem, nie mściwość zaspokojoną, lecz właśnie ulgę. Skąd mogłem wiedzieć, że książki nie są martwe, lecz jak stworzenia przewrotne, podstępne, nieżyczliwe, bo gdy nie mogą strachem zmóc, wtedy cię kuszą, obiecują więcej, niż mogą, niby otuchy ci dodają, a zwodzą, wciągają cię w tę swoją mądrość niby jasną, przestronną jak pańskie pokoje, lecz kiedy się dobrze rozejrzysz, widzisz, żeś w zwątpienia spętany. Pozwalają ci nawet sądzić, że już bliski jesteś mądrości, chociaż ty się tylko oddaliłeś od swojego prostego spokoju. Szukasz jasności, a tymczasem mądrość ma wiele twarzy. (...)"
Wiesław Myśliwski "Nagi sad", Wydawnictwo Znak, Kraków 2011, str.173
Oddaliłam się od swojego prostego spokoju, i próbuję tę książkę mądrością ująć, ale zbyt mnie onieśmiela mistrzostwo Wiesława Myśliwskiego, bym mogła cokolwiek w tej chwili napisać.
2011-04-28
Kręci się karuzela
Usiadłam wczoraj z Lolą w parku, na głowę padał nam deszcz płatków magnolii, słońce przyjemnie pieściło niejedną wysuniętą z butów stopę. Dwie dziewczyny siedziały chłopakom na kolanach, w krótkich szortach, z głośnymi bransoletkami na rękach, których dzwonienie odbijało się od poszczególnych ławek porywając ze sobą kolejne dźwięki, składające się na to wiosenne popołudnie. Pachniało zauroczeniem. Słodką miłością. Samotnie siedząca staruszka spoglądała na młodych, i drżały jej kąciki ust... Wcześniej spotkałam się z szefową, na spokojnie, dawno tak otwarcie nie rozmawiałyśmy, chyba nigdy, przez siedem lat współpracy. I siedząc tak na tej ławce, kiedy Lola wyławiała patykiem płatki magnolii z fontanny, pomyślałam o tym, że nie lubię siebie sprzed lat. Po trzydziestce stałam się bardziej płynna, nie jestem już rwącym nurtem emocji, które mnie wyprzedzały i nim zdążyłam je pojąć, taranowały wszystko na co po drodze natrafiły. Teraz mam w sobie spokój, jak widać z wiekiem nie tylko zmarszczki się nabywa. Mówi się, że człowieka nie można zmienić, a ja widzę, jak przeżycia zmieniają ludzi wokół. Mnie samą też.
Bywam tutaj rzadziej, bo dzień mnie oszukuje, miał przecież być dłuższy. Perfidny drań. Dwie firmy na pokładzie rodziny, dwoje dzieci, trzy psy, dwadzieścia pięć zeschniętych choinek, około pięćset czekających na przesadzenie, wieczorne turnieje w badmingtona, rower, hulajnoga, test trzecioklasisty, ślub przyjaciółki, nowe projekty męża (każdego dnia inne), do tego dochodzą moje, plany realne i marzenia... kręci się karuzela, coraz wyżej, dodaję jej atrakcji, jakby sama w sobie mało miała uroku. Czasem jednak zamykam oczy na kilka minut, daję się unieść ponad rzeczywistość, rozluźniam mięśnie, odganiam napięcie, frunę lekko pomiędzy bielą kwitnących wokół drzew owocowych. Kontrola nad wszystkim jest niezdrowa, z czasem zaczyna nawet boleć. Dlatego usiadłam na huśtawce ogrodowej i patrzę w dal, pod las, przemykając wzrokiem po żółtym dywanie mleczy. Pachnie świeżo skoszoną trawą. Cisza. Cisza. Cisza.
2011-04-26
Maszyna losująca wyłowiła...
Kochani, dziękuję Wam za wszystkie świąteczne życzenia i z wielką przyjemnością, odrobinę przygaszoną żalem, że tylko cztery sztuki książek miałam, ogłaszam wyłonionych drogą mieszania Loliną rączką w wiosennym pudełku. Podzieliłam Was na kolory i tym oto sposobem "Paryż nigdy nie ma końca" trafia do Montgomerry; "Bartleby i spółka" do Go i Rado; "Rozbitek@brzeg.pl" do Hordubal, a "Rodzina White'ów" do Asi - Mamy Nadii. Gratuluję!!! :)
Proszę o dane do przesyłki na e-maila - virginia79@poczta.onet.pl
2011-04-23
Międzynarodowy Dzień Książki c.d
Z okazji Dnia Książki mam dla Was niespodziankę i cztery książki do wyboru., do których dołączę czekoladowe zajączki. Nie mam w tej chwili czasu na przybliżenie ich treści, więc przytoczę tylko zapowiedzi z okładek. Dwie z nich, autorstwa Enrique Vila-Matas mam w swojej biblioteczce i polecam szczególnie miłośnikom literatury, zarówno tej już napisanej, jak i mającej powstać. Enrique Vila-Matas to jeden z najoryginalniejszych i najbardziej cenionych pisarzy hiszpańskich, erudyta piszący w sposób niezwykle wciągający.
1) "Paryż nigdy nie ma końca" Enrique Vila-Matas - Autor powraca pamięcią do Paryża lat siedemdziesiątych XX wieku, gdzie pisze swoją pierwszą powieść. Tam obraca się wśród artystycznej bohemy, korzystając z dyskretnej opieki Marguerite Duras, i zachłystuje się wolnością nieznaną w prowincjonalnej i konserwatywnej Hiszpanii końca dyktatury Franco. To zręczne, pełne ironicznego dystansu wobec samego siebie i okraszone dziesiątkami zabawnych anegdot połączenie fikcji literackiej, eseju i wątków autobiograficznych. Vila-Matas, nawiązując do "Ruchomego święta" Ernesta Hemingwaya, kpi z czytelnika, zwodzi i uwodzi erudycją i elokwencją. Po gombrowiczowsku wyśmiewa zadęcie, patos i patriotyczny rytuał emigracyjny, śmieje się z samego siebie i zadaje pytanie o rolę literatury.
2) "Bartleby i Spółka" Enrique Vila-Matas - Autor jest niewątpliwym mistrzem erudycyjnego kolażu literackich odwołań i asocjacji, jego proza zaskakuje bogactwem szczegółów i inteligencją konceptu. Tym razem za punkt wyjścia posłużył mu Melville'owski pan Bartleby, który na każdą prośbę, żeby coś zrobił albo opowiedział, wzbraniał się zawsze tymi samymi słowami: "Wolałbym nie". Bartleby i spółka opowiada właśnie o Niemożności i Nieistnieniu jako znamiennych syndromach współczesnej twórczości: niedoszły prozaik, garbaty kopista, po dwudziestu latach zupełnego milczenia zaczyna pisać pamiętnik, podążając tropem literatury, która nie powstała. Bartleby i Spółka to antyksiążka nieodzowna w bagażu podręcznym każdego miłośnika literatury i erudyty, rzecz, do której wciąż się wraca - na wyrywki, ze smakiem, z dumą wtajemniczonego wspólnika...
3) "Rodzina White'ów" Maggie Gee - Alfred White, dozorca w jednym z londyńskich parków, jest zaprzysięgłym rasistą i despotą. Z powodu wylewu trafia do szpitala. Podczas wymuszonych chorobą spotkań rodziny przy jego łóżku wychodzą na jaw skrzętnie skrywane urazy i wzajemna nienawiść. Dzieci w chorych relacjach z ojcem upatrują źródeł swoich życiowych niepowodzeń. Starszy syn jest nieszczęśliwym pracoholikiem, córka na złość ojcu wiąże się z czarnoskórym mężczyzną, a najmłodszy Dirk to prymitywny i zakompleksiony skinhead. Losy członków tej rodziny splatają się wyłącznie w sposób przypadkowy i dramatyczny. Powieść, wstrząsająca historia White'ów, jest również wiernym obrazem brytyjskiego społeczeństwa i ważnym głosem w dyskusji na temat rasizmu.
4) "Rozbitek@brzeg.pl" Krystyna Januszewska - Autorka w poprzednich książkach pokazała, że warto ją czytać. Tym razem opowiada historię człowieka od A do Zet. Opowiada ją w pierwszej męskiej osobie, chodzi bowiem o malarza, który dokonuje rachunku sumienia, a może porachunków z własnym życiem. Kobieca wrażliwość Januszewskiej, miękkość obrazu świata zderza się z męskim charakterem bohatera obracającego się w kobiecym świecie , doświadczającego babskich klimatów. Postaci kobiet świetnie piórem Krystyna Januszewskiej namalowane tworzą świat według malarza. Wątki splatają się ciekawie, pojawia się dawno nie widziana córka dość przypadkowej żony, wielbicielka Renoira, nawiązuje się bliski kontakt dający radość, ale też i między wierszami smutek straconego podzieleniem się czasu. Bez dydaktyki pojawia się refleksja, co warto, a czego nie warto.
Kto ma ochotę na którąś z w/w książek, proszę o komentarz z zaznaczeniem, która książka wzbudziła jego zainteresowanie, do poniedziałku do godz. 24.00. Wśród chętnych z przyjemnością rozlosuję książkowe prezenty :)
Niech nadchodzące Święta przyniosą Wam radość i wewnętrzny spokój,
pozwolą na chwile wypoczynku i refleksji, na które brakuje nam czasu;
niech promienie słoneczne wypełnią Wasze dusze wiosennym blaskiem,
który sprawi, że wiara, nadzieja i miłość,
narodzą się ponownie w Waszych sercach,
po zimowym stanie spoczynku.
Wesołego Alleluja!!! :)
pozwolą na chwile wypoczynku i refleksji, na które brakuje nam czasu;
niech promienie słoneczne wypełnią Wasze dusze wiosennym blaskiem,
który sprawi, że wiara, nadzieja i miłość,
narodzą się ponownie w Waszych sercach,
po zimowym stanie spoczynku.
Wesołego Alleluja!!! :)
Międzynarodowy Dzień Książki
Odłóżmy na chwilkę jajka, mazurki, szmatki i ostatnie przedświąteczne zakupy, bo dziś Międzynarodowy Dzień Książki, o którym mam wrażenie tego roku zapomniano, i ze względu na Wielkanoc potraktowano u nas po macoszemu. Z wielką nadzieją wkroczyłam kilka dni temu do Empiku, liczyłam bowiem na promocję, która obowiązywała w zeszłym roku ( 3 książki w cenie 2), jednak na otarcie łez dostałam jedynie niewielkiej objętości książkę Moniki Szwai "Nie dla mięczaków". Przyznać za to muszę, że na wysokości zadania stanął w tym roku Matras, ze swoją kwietniową promocją - 25% na większą część książek, a niektóre nawet można zakupić w cenie - 70%, 80% (już jest przebrane, to fakt, ale początkiem kwietnia można było się nieźle obłowić).
Czy obowiązują w jakiś innych księgarniach atrakcyjne promocje? Macie jakieś donosy o różach dodawanych do zakupionej książki, jak to bywa w Hiszpanii? A może wybiera się ktoś do Buenos Aires w najbliższych czasie? To argentyńskie miasto właśnie dziś rozpoczyna całoroczne świętowanie, bo zgodnie z decyzją UNESCO i trzech pozostałych organizacji związanych ze światowym rynkiem książki (IPA - Międzynarodowe Stowarzyszenie Wydawców; IBF - Międzynarodowa Federacja Sprzedawców Książek; i IFLA - Międzynarodowa Federacja Bibliotek) Buenos Aires na rok 2011 przemieniło się w Światową Stolicę Książki. Popatrzcie sami na jedną z najpiękniejszych świątyń książki na świecie, biblioteka i księgarnia w miejscu dawnego Teatru. Oto El Ateneo Grand Splendid.
Nic innego mi nie pozostaje, jak udać się do mojej miejskiej księgarni, która nie równa się tej powyżej, ale mam do niej wielki sentyment, bo stoi w tym samym miejscu od lat i pracują w niej bardzo miłe panie. Jest piętrowa, ale tylko na parterze mieszkają książki, na balkonie zaś można podziwiać malarstwo, w przewadze nasze regionalne. Nigdy nie przechodzę koło niej obojętnie, nawet jeśli nie mam w planach zakupów. Sięgając przypadkowo po jakiś tytuł, często wynajdę książkę, do której bym nigdy nie dotarła drogą internetową. Dlatego rzadko kupuję książki przez internet, ja muszę zobaczyć, dotknąć, przewertować, sprawia mi to przyjemność i stanowi nałóg. Papier, zapach farby drukarskiej, forma wydania i ogólna estetyka książki mnie podnieca, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi. Lubię nowe książki, lubię obcować z ludźmi, którzy są tam z tego samego powodu co ja, i którzy przyciskają do piersi wyłowioną z regałów perełkę. Nigdy nie biorę koszyka, przytulam ją od razu do siebie, a kiedy biorę więcej układam w stosik pod pachą. Są moje, zżywam się z nimi od pierwszej chwili, w koszyku leżałyby samotne, jakby niepewnie tam wrzucone, bez uczucia, jak ziemniaki na obiad. Dlatego uśmiecham się często w stronę książki, która znalazła się dłoniach nowego właściciela, będzie jej tam dobrze. Te z koszyka są często prezentami, które dołączą do kolejnych sierot na półkę książek zapomnianych, niepotrzebnych i niechcianych.
Oprócz książek pachnących nowością mam też słabość do tych archiwalnych wydań, książek na których wznowienia czeka się latami, albo które są słabo dostępne, dlatego częściej bywam w antykwariatach niż księgarniach, a kiedy trafia mi się taki stryszek jak niedawno, to od czubka głowy po końcówkę małego palca tkwię w jakiejś tajemniczej, jedwabistej powłoce uniesienia i nie sposób z tego raju sprowadzić mnie na ziemię.
A Wy, częściej bywacie w księgarniach, czy antykwariatach?
Zapraszam wieczorem, będę mieć dla Was drobne książkowe upominki z okazji Dnia Książki i dodam z przyjemnością do nich czekoladowe zajączki :)
2011-04-21
Artykuł o blogach
Jakiś czas temu Dea podjęła temat pisania blogów i zaprosiła do dyskusji na ten temat. Po co piszecie, dla kogo, co Wam to daje? - pytała, i z uzyskanych odpowiedzi napisała artykuł, który znalazł się na portalu dziennikarskim http://www.portalwww.eu/pl/ pod wymownym tytułem Blogiem w książkę.
Przyznam szczerze, że nie czytałam wcześniej artykułów tam zamieszczanych, ale kilka mnie dziś wciągnęło i będę tam wracać ( Opłatek w Brzezince, Historia cenzury dziennika Anne Frank, I chodź na Prag'ie).
Zachęcam do lektury przy kawie, bądź wieczornym kakao, jak kto woli.
Dziękuję Deo za Twój artykuł i wskazanie ciekawego miejsca w sieci :)
Dziękuję Deo za Twój artykuł i wskazanie ciekawego miejsca w sieci :)
"Bojowa pieśń tygrysicy" - Amy Chua
Niepewnie podjęłam się przeczytania tej książki, bo znany mi jest pobieżnie model wychowywania dzieci w chińskiej rodzinie, a nie jestem tego typu metodom przyjazna. Jednak sama autorka, Amy Chua, zachęca na okładce dość skutecznie i postanowiłam spróbować ją zrozumieć. Amy Chua pisze o swojej książce tak: Jest to opowieść o matce, dwóch córkach i psach. A także o Mozarcie i Mendelssohnie, fortepianie i skrzypcach oraz tym, jak znaleźliśmy się w Carnegie Hall. To miała być historia o tym, że chińscy rodzice umieją lepiej wychowywać dzieci niż rodzice zachodni. Ale skończyło się na opowieści o gorzkim zderzeniu kultur, ulotnym posmaku zwycięstwa i trzynastolatce, która zapędziła mnie w kozi róg
.
Rzecz dzieje się w Stanach Zjednoczonych, w latach 1996-2009, w domu chińsko-amerykańskim, gdzie matka jest Chinką, ojciec Żydem, a ich dwie córki dosyć egzotyczną mieszanką, mianowicie chińsko-żydowskimi Amerykankami. Ojciec, co dla naszego modelu wychowawczego dziwne, prawie w ogóle się nie liczy, i to matka podejmuje wszystkie decyzje związane z wychowywaniem córek. On tylko czasem próbuje okiełznać jej chiński temperament, przygasić zadymiające dom ambicje i uciec przed tą ciężkością powietrza, które opanowało ich dom. To w nim, w atmosferze zakazów, krzyków i codziennego rygoru, wychowywane są dwie siostry, Sophia i jej o trzy lata młodsza siostra Louisa, zwana Lulu. Ta pierwsza od trzeciego roku życia gra na fortepianie, a jej młodsza siostra na fortepianie i skrzypcach. Obie nigdy nie mogły bawić się i nocować u koleżanek, ani zapraszać ich do siebie; grać w szkolnych przedstawieniach; oglądać telewizji; przynosić ocen gorszych niż szóstki i co za tym idzie nie być najlepszymi uczennicami w klasie. Amy nie chce wpuścić do domu zachodnich manier, nie chce niewychowanych córek, nie chce grubych córek, nie chce córek bez pasji i osiągnięć. Czego chcą jej córki, czego chcą inne chińskie dzieci, nikogo nie interesuje, a już najmniej ich rodziców. Według Amy - Matki Tygrysicy - chińskie metody wychowawcze osiągają lepsze efekty niż zachodnie i dzięki przykładaniu wagi do siły, a nie słabości, można stworzyć ideał człowieka inteligentnego, spełnionego i publicznie szanowanego. Nie na własne podobieństwo, lecz jeszcze lepszego. Amy Chua wychowywana była w ten sam sposób, stąd tak charakterystyczna dla Chin ciągłość pokoleniowa, jednak tą książką udowadnia, że jest znacznie słabsza od typowych chińskich matek. Uległa, poddała się, młodsza córka wytrąciła ją z drogi, którą dla niej i dla siebie zaplanowała. Czy to wina jej słabości, czy faktu iż jednak dziewczynki mają w sobie mieszankę genów? Nie sposób przechytrzyć geny, nawet Matce Tygrysicy? Ambitnej, silnej , bezwzględnej... Zastanowiło mnie czemu Amy Chua nazywa siebie Matką Tygrysicą i napisała tę książkę skoro się jej nie udało? Co ma na celu pokazywanie własnej porażki? Wytykanie modelom zachodnim, że wychowują buntowników, mazgajów, darmozjadów, kiedy jej chiński model wychowawczy nie przyniósł pożądanych efektów i jedna z córek w końcu wytknęła jej jak bardzo nienawidzi matki, skrzypiec i swojej chińskiej rodziny. Jako matka, nie byłabym z siebie dumna.
Spodziewałam się czegoś lepszego. Brakowało mi w tej książce faktów z normalnego chińskiego pożycia rodzinnego oraz wizerunku ojca w rodzinie. Wszystko skupia się na muzyce, ćwiczeniach, koncertach, nauczycielach muzyki, i za mało Amy w Amy. Miałam wrażenie, że odhaczam razem z nią punkty życiowe, które spisała dla niej chińska tradycja i tak naprawdę ich dom jest taki sam jak miliony innych. Niczym się nie wyróżnia. Nie zachwyciła mnie, nie polubiłam jej, męczyła mnie nie tyle krytyką zachodnich przyzwyczajeń (tu kilkakrotnie nawet przyznałam jej rację) ile swoją osobowością... ciągle spięta, nerwowa, wymagająca, ze sztucznym uśmiechem na ustach. Jedynie wątek o psach i jej siostrze pokazał ją z innej strony, ale odniosłam wrażenie, że dla własnej rodziny, córek i męża jest zupełnie zimną, bezwzględną kobietą, która czerpie siłę z uprzykrzania życia innym. Zresztą sama o sobie pisze tak: Prawda jest taka, że czerpanie radości z życia to nie moja specjalność. Uważam to za jedną z moich pięt achillesowych. Czasem myślę tylko o tym, co jeszcze muszę zrobić i komu nawrzucać (...)
Zapamiętam tę książkę, mimo iż jest przeciętna i napisana na wzór kilku punktów, które nieudolnie zostały rozwinięte. Za mało Amy, Sophii, za mało Jeda, za mało przyziemnych codziennych chińskich chwil wartych opisania; muzyka zdominowała coś co mogło być naprawdę ciekawe. Poza tym nie polubiłam Amy jako matki, stoimy w różnych rzędach, naprzeciw siebie, a między nami stoi wielki chiński mur. Chyba nie jestem w stanie jej zrozumieć. Współczuję jej córkom... Same szóstki, nauka gry na instrumencie bez przerwy, w zdrowiu i w chorobie, w domu i na wakacjach też, po kilka godzin dziennie, brak kolacji za karę, wyzywanie, minimalizm dobroci... Przesada, żeby nie nazwać tego psychicznym znęcaniem się. Do tego brak czasu na przyjaźnie, ciągłe ograniczenia, brak przyzwolenia na własne zdanie, życie w ciągłym cieniu, bez dostępu do słońca, czyli matczynej miłości. Smutne to, a mam wrażenie, że Amy Chua jest z siebie dumna. Trudno mi to wszystko pojąć, bo ta książka jest tylko kroplą w morzu prawdy o Amy i psychologicznych motywach traktowania w ten a nie inny sposób chińskich dzieci, ale wbrew sugestiom krytyki nie mam poczucia, że jako matka zachodnia, jestem gorsza od chińskiej matki. Wręcz przeciwnie.
Tytuł: Bojowa pieśń tygrysicy
Tytuł oryginału: Battle Hymn of The Tiger MotherAutor: Amy Chua
Przełożyła: Magdalena Moltzan- Małkowska
Rok wydania: 2011
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 280
Okoliczności zdobycia: zakup własny
2011-04-18
Virginia Woolf w scrapie
Miało już nie być scrapowo na tym blogu, ale zrobię wyjątek dla Virginii Woolf... szkoda, że nie mogę zapakować jej tego scrapa i przesłać pocztą, gdzie w zacisznym kąciku swojego ogródka otworzyłaby paczkę z Polski i zobaczyła jak wiele dla mnie znaczy jako pisarka, i nie tylko. Inspiruje mnie do różnych poczynań, nie tylko słownych, ale też papierowych...
2011-04-16
Z dialogów rodzinnych odc. 18 - rozmowy (nie) kontrolowane
Kilka ostatnich sobót nakryło się masą obowiązków związanych z przyjęciem gości. Nie było więc czasu na poranne czytanie, pocieranie stópek pod kołdrą i szlafrokowe lenistwo. Dziś zapach kakao unosił się znacznie dłużej niż w tygodniu i mieliśmy czas by spojrzeć sobie w oczy. Tak głęboko, swobodnie, pomiędzy kosmykami luźno spuszczonych włosów. Zwykle takie zatrzymanie wzroku na drugiej osobie wywołuje panikę, mamy ochotę wskoczyć pod kamień, albo pożegnać się jeszcze przed powitaniem. Unikanie wzroku to reakcja na skrępowanie, całkiem naturalna, i sama też często błądziłam wzrokiem nim dzieci nauczyły mnie pielęgnować pojedyncze spojrzenia. Z oczu wiele można wyczytać. Dzieci są doskonałym materiałem badawczym, ich nie peszą dłuższe spojrzenia, same też chętnie patrzą prosto w oczy i z ogromną pewnością własnych racji przekazują cieniutkimi liniami, od tęczówki do tęczówki, swoje myśli, racje i wątpliwości. Lola często mnie hipnotyzuje, na dłuższą chwilę uczepia się moich oczu, by napoić się ich siłą. Kiedy spuszczam wzrok, ona traci odwagę, kiedy utrzymuję jej spojrzenie, i dodatkowo ubarwiam uśmiechem, czuje że może mówić cokolwiek na co ma ochotę...
- Mamoooo, a czy ty masz jakiegoś innego chłopaka? - zapytała dziś niespodziewanie, ale pewnym głosem, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Nie mam - odpowiedziałam szybko, bez roztrząsania tematu chłopak-mąż-znajomy-przyjaciel, bo uznałam, że poczekam na jej kolejny krok nim niepotrzebnie skomplikuję dziecięcy tok rozumowania.
- A nie mogłabyś sobie znaleźć chłopaka, żeby ci smutno nie było... bo wiesz, ja chcę się z tatą ożenić.
Supły, supełki, czyli sztuka bycia cierpliwym
Nie poznaję sama siebie. Kupiłam maszynę do szycia! Niewielką, polską, zdawało mi się nieskomplikowaną, na której i tak znam się tyle, co na wędce i nie pomogła nawet instrukcja w języku polskim. Operacja nawleczenia nitki we wszystkie prawidłowe dziurki oraz wywabienie nitki z bębenka zajęła mi trzy godziny :) Krawcową nie zostanę, to więcej niż pewne, ale uparłam się by wykorzystywać obszycia dekoracyjne w scrapbookingu i do jasnej cholery nie poddam się. Jutro się obudzę i złym snem okażą się ściegi krzywe, poszarpane, nierówne, i z potrójną nitką. Nie lubię kiedy mi coś nie wychodzi, ale uśmiecham się pod nosem z własnej nieporadności. Człowiek całe życie się uczy, doświadcza różnych sytuacji, walczy ze słabościami i jeśli mądry, to wyciąga wnioski na przyszłość. W takich chwilach jak dziś doceniam swoją upartość, choć na co dzień mnie uwiera jak za ciasny pantofelek. Kończę na tym blogu o scrapbookingu prawić. Jeśli kogoś interesują moje dalsze monotematyczne perypetie twórcze to zapraszam tutaj:
http://www.virginia-scrap.blogspot.com/ - po prawej na górze znajduje się odnośnik bezpośrednio z tego bloga na Virginia Scrapuje
Maszyna odpoczywa, a ja wracam do lektury. Wciągnęła mnie "Bojowa pieść tygrysicy Amy Chua, choć wzbudza we mnie złość i niechęć do chińskich matek. Życie w chińskiej rodzinie kojarzy mi się z obozem pracy, gdzie panuje dyscyplina żołnierska i wije się wszędzie, niczym trujący bluszcz, przerost ambicji nad rozsądkiem. Wrócę tutaj do tej książki jak tylko skończę ją czytać.
Tymczasem miłego weekendu :)
2011-04-10
Strych, kurz i efektowne książkobranie
O takiej chwili często marzę. Między pajęczynami, kurzem, starością i tajemniczymi cieniami dać się opętać magii zapuszczonego stryszku. I trafiło się! Pewni sympatycznie państwo wyprowadzają się z domu, w którym mieszkali dwadzieścia dwa lata i słuchy mnie doszły, że wybiera się do nich antykwariusz, by odkupić dość pokaźne zbiory literatury. Postanowiłam więc go uprzedzić, odgarnąć z czoła pajęczynki, i podrobić między książkami, które były dosłownie wszędzie i zsypywały się na mnie z każdej strony. Oczy moje odtańczyły polkę podnieconą, i chłonęły pierwsze kilka minut obraz stryszku z marzeń. W jednej części było tak ciemno, że grzmotnęłam w filar, ale to wyszło mi tylko na dobre, bo w dalszej chwili potknęłam się o zbiór gazet ułożony tuż za nim... były to Przekroje z 1947r., 48, 49 itd., jakieś półtora metra radości. A potem było już wielkie przeglądanie, kręcenie główką raz w lewo, raz w prawo, kurz na dłoniach, pył we włosach, brud na policzku... i obraz mnie, ciągnącej wór na śmieci po schodach, wypełniony 58 zdobyczami. Tak się zastanawiam, jak wiele takich miejsc jest w starych domach, ile książek rozchodzi się za bezcen, ile zupełnie marnieje, ile razy trafi mi się jeszcze szczęście i znajdę się w takim miejscu jak dziś, uprzedzając antykwariusza i wygrzebując pokaźną serię Czytelnika z lat sześćdziesiątych. Mam słabość do tych małych książeczek i zasnę niepokojem otulona, czy aby wszystkie na pewno wygrzebałam :)
(dzisiejsze zdobycze to te dwa stosiki i jeden rządek, łącznie 58 książek)
Subskrybuj:
Posty (Atom)















