2009-10-21

"Kobieta zaklęta w kamień" Marta Fox

W otchłani internetowych adresów blogowych, znalazłam jakiś czas temu blog Remigiusza Grzeli i do dziś dnia odkrywam karty jego zapisków sprzed roku, dwóch, a nawet trzech. Wypatrzyłam u niego wiele pięknych romansów z literaturą, która i mnie zauroczyła, co mnie niezmiernie ucieszyło, ale wśród tych miłostek, są i takie, których wcześniej nie dane mi było doświadczyć. Jedną z nich jest właśnie Marta Fox i jej całkiem spory dorobek prozatorski.
Jak to możliwe, że wcześniej na ową Martę Fox nie wpadłam? Jak się okazało, całkiem to możliwe i wręcz naturalne, gdyż prawie cały jej obecny dorobek literacki (ponad dwadzieścia książek) to proza młodzieżowa, a ja już niestety przerosłam moją mamę lat temu kilkanaście. Mam za sobą wszelakie zawirowania związane z dojrzewaniem, które Marta Fox odważnie porusza w swoich książkach, i po prostu minęłyśmy się tak bezszelestnie, że znikoma była moja wiedza na temat tej pisarki.
Kobieta zaklęta w kamień” to kolejna (wcześniej "Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza", "Coraz mniej milczenia, o dramatach dzieciństwa bez tabu", czy "Święta Rito od Rzeczy Niemożliwych") książka Marty Fox skierowana jak sama mówi do kobiet dojrzałych, przez co rozumie trzydziestolatki, czterdziestolatki i kolejne pokolenia kobiet. To książka już nie o trudnych tematach okresu dorastania, ale o konsekwencjach pewnych decyzji podejmowanych być może właśnie w tym momencie naszego życia, kiedy jeszcze nie w pełni mamy wykreowane własne „ja”.
Emilia, tytułowa kobieta zaklęta w kamień, pisze książki i prowadzi blogowe zapiski o kobietach mądrych i szalonych, świętych i samotnych, kochających i wściekłych, cierpiących i upokorzonych. Takich jak choćby Frida Kahlo, Oriana Fallaci, Sydonia von Borck,Emily Dickinson, Anne Sexton, Marilyn Monroe, czy Maria Skłodowska Curie. Każda z tych kobiet jest dla Emilii ważna i dzięki tym fascynacjom poznajemy bliżej samą Emilię… Myślę o Annie Sexton w różnych chwilach. Dopadają mnie słowa jej wierszy, z listów pisanych do przyjaciół i zamieniają się w skrzeczenie mojej codzienności. Utożsamiam się z jej problemami, z życiem, które wrzeszczało w jej głowie, jak zresztą wrzeszczy w głowie każdego wrażliwego człowieka.
Na co dzień Emilia jest bardzo podobna do swych bohaterek, jednego dnia szczerze kochana i kochająca, drugiego czuje się odrzucona i samotna. Do tego cierpi na nieuleczalną sclerodermię, chorobę skóry, w wyniku której jej ciało stopniowo kamienieje.
Kiedy więc dowiaduje się o chorobie postanawia przeanalizować swoje życie. Podświadomie czuje, że ową chorobę mogła sprowadzić na swoje ciało samoistnie, bo znane są fakty (doskonale przedstawione przez Alice Miller w książce „Bunt ciała”) iż konsekwencje zapierania się przed autentycznymi, targającymi naszą duszą emocjami, mają niewymierne skutki nie tylko dla psychiki, ale również dla ciała. Czas goi rany, ale pozostawia blizny. Blizny, które osłabiają ciało i umysł, i są doskonałą bazą do tworzenia się coraz to bardziej enigmatycznych narośli, które potrafią w szybkim tempie rozrastać się, owijać trującym bluszczem i ponownie tworzyć rany, które znów zamienią się w blizny. Błędne koło bólu i wewnętrznego poczucia samotności. Nawet wówczas, kiedy tak jak u boku Emilii, jest ktoś kto kocha i nowych ran nie zadaje.
Emilia jest zatem tylko z pozoru szczęśliwa z obecnym partnerem, sześćdziesięcioletnim Tomaszem. W jej głowie ciągle tkwi nieudane małżeństwo z pierwszym mężem Romanem, z którym ma dwie dorosłe już córki, Dorotę zajętą wychowywaniem syna i Małgosię pochłoniętą przez aktorstwo, które dla Emilii mają niewiele czasu. A syn Alan, spłodzony z krótkotrwałego związku z kolejnym partnerem Emilii - Filipem, postanawia dorosłe studenckie życie spędzić z ojcem w Paryżu, z człowiekiem którego nigdy przy nim nie było. Wszystko to się na siebie nakłada, jak warstwy pleśni na zapomniane na oknie w kuchni ciasto, i zaczyna śmierdzieć Emilii tak bardzo, że chce za wszelką cenę odbudować relacje z najbliższymi, właśnie teraz, kiedy dowiaduje się o śmiertelnej chorobie.
Bo kto by chciał zostać zamieniony w kamień z grymasem bólu i niespełnienia na twarzy? Znacznie przyjemniej patrzy się na uśmiechnięty posąg, który obrazuje człowieka szczęśliwego, a śmierć wówczas staje się tylko kolejnym etapem naszego życia. Nie jest koniecznością. Nie jest ucieczką. Jest życiem po życiu.
Takie spokojne życie po życiu, chciała zapewnić sobie Emilia. Czy się jej to udało… o tym przekonajcie się już sami.
Ja tylko na koniec chciałam dodać, że „Kobieta zaklęta w kamień” wbrew pozorom nie jest książką zapędzającą nas w głęboki dół pełen smutku, choroby i czarnych refleksji o przemijaniu. Historia Emili uświadamia nam, jak ważne jest to, żeby żyć w komitywie z własnymi emocjami. Nie bać się mówić o tym co rani, czy kiedyś raniło, bo im prędzej opatrzymy się czystym szczęściem, tym mniejsze istnieje prawdopodobieństwo powstania blizn. Kobieta zaklęta w kamień emanuje siłą jakiej wydawałoby się człowiek chory nie jest w stanie mieć, a jednak … udowadnia, że kiedy wyrzucimy z siebie emocje, które tworzą zadry wewnątrz nas, które z dnia na dzień przysłaniają blask codziennych przyjemności, to nawet droga ku schyłkowi okaże się bardziej przystępna, a samo odejście łatwiejsze i zwieńczone uśmiechem na twarzy, nawet jeżeli miałaby ona być skamieniała.
Bo jak napisała Marta Fox na okładce książki swojego szczęścia warto szukać zawsze i mimo wszystko. Ja bym dodała jeszcze, że wszędzie.


Kobieta zaklęta w kamień”
Wydawnictwo Literackie
Ilość stron: 304
Okoliczności zdobycia: 30 – te urodziny
Miejsce na półce: literatura współczesna polska niebanalna

2009-10-18

Ludzie listy piszą

Dostałam już kilka miłych, ciepłych i nietuzinkowych listów w formie zapomniano-tradycyjno-papierowej i postanowiłam zrobić dla nich specjalny listownik techniką decoupage ... wieczorem zasiądę do odpisywania, a tymczasem szykuję się na wyjście na kameralny koncert Martyny Jakubowicz w ramach "4 Festiwalu Sztuki Bezdomnej"... mam nadzieję, że nie przyniosę Pani Martynie pecha i pojawi się znacznie więcej niż osiem do trzynastu osób (w tym cztery zakonnice, portier, szatniarz, monter dźwięku i pani sprzątaczka :).
Dom Narodowy nie odbiera telefonu.
Organizator nie odbiera.
Do Pani Martyny telefonu nie mam... nie mam też biletu i pewności czy koncert się odbędzie.
W najgorszym razie mam Passion Raspberry Tea i "Tatarak" na wieczór.
I zaległe prasowanie, które wypełza z misek i podkłada mi nogi.
Miłej soboty kochani

Wasza otulona kocem z wizerunkiem Yody z Gwiezdnych Wojen :)
Virginia

2009-10-16

3, 2, 1... start

W minioną sobotę rozpoczęłam intensywny bieg do mety, na której wystrzelą ostatniego października fajerwerki w trzydziestu kolorach, trzydziestu różnych motywach i w trzydzieści stron świata.
Była to impreza przedpremierowa z dwójką moich wieloletnich przyjaciół, którzy do owej mety już kilka dni temu dobiegli.
A zatem potrójna 30 - tka przy klubowej muzyce lat 90- tych !!!
Były torty, piękne kwiaty, prezenty, pozowanie do zdjęć, dedykacje, pląsy i popisy bioder żądnych całonocnego szaleństwa. Ale były też przypadkowe wejścia do męskiej toalety(za naszych czasów męska była w obecnej damskiej), zdziwienie, że woda spłukuje się w toalecie automatycznie, nim jeszcze "staruszkowie" zdążą rozpiąć spodnie, bądź podciągnąć kiecki... upadki z krzeseł, potknięcia, postrzały, nietolerancja alkoholu, zdarte pięty, nietrzymanie równowagi, nienawiść do zbyt wysokich dawno nie używanych obcasów i  postępująca skleroza .
Czyli wszystko to co na imprezie 30 latków być powinno...
Na szczęście wszyscy przeżyli, a lokal nadal stoi w tym samym miejscu.
Tylko podobno kartkę wywiesili na drzwiach „Instrukcja obsługi lokalu dla 30 latków do odbioru w szatni”.

Do domu dotarliśmy o 4.30, co odbiło się znacząco na moich kolanach i trzy dni nie byłam w stanie normalnie się poruszać. W dodatku czekała nas nie lada niespodzianka i gdy tylko weszliśmy do domu, to przed nami stanął Charlie we własnej osobie, ale z twarzą Majka Tajsona. Tuż za nim pojawiła się zaspana babcia z miną że też za mojej kadencji opieki nad wnukami Charlie musiał się tak urządzić. Lola smacznie chrapała. W całości.
Jeszcze nigdy Charlie nie spadł z łóżka. Jednak tej nocy zdarzył się wyjątek. I to wprost na pudło z zabawkami zakończone ostrymi kantami... wydawało się, że powieka tuż pod łukiem brwiowym będzie do szycia, jednak do rana ładnie się zasklepiło.
Ale ślad po maminej 30 - tce chyba zostanie na zawsze... jednak to go nie smuciło tak, jak fakt, że babci jest strasznie przykro.
Mój kochany Charlie. Aktualnie nosi przydomek „Modre oko”.

A oto pierwsze z prezentów. Wszystkie z dedykacjami na 30 – te urodziny. Powinnam teraz zaśpiewać "Cudownych Przyjaciół mam... nanana".
A zatem uwaga… śpiewam. Dziękuję.
Oprócz książek dostałam też 30 czekolad, na każdy miniony rok życia (proszę nie liczyć, bo już troszkę dni od soboty minęło, a u mnie taki łakomy stosik się nie uchowa długo :)

 

1) "Kobieta zaklęta w kamień" - Marta Fox
2) "Flush" - Virginia Woolf
3) "Niczego nie żałuję. Życie Edith Piaf" - Philippe Crocq , Jean Mareska
4) "Pamiętniki Jane Austen" - Syrie James
5) "Mądre dzieci" - Angela Carter
6) "Posłaniec" - Markus Zusak
7) "Dzieci Ireny Sendlerowej" - Anna Mieszkowska
8) "Diego i Frida" - J.M.G Le Clezio (książka wygrana tutaj http://www.salonkulturalny.pl/, ale również ze specjalną dedykacją na 30 -te urodziny od Pana Grzegorza Kozery i Salonu Kulturalnego... dziękuję)


2009-10-15

The longing

Czuję jak rozpadł się mój skrawek nadziei,
jak pusta jestem w środku, jak pusto jest obok,
nie ma nic co może mnie dziś wypełnić...
słyszę tylko echo szyderczej bezsilności.

Wiem, że jutro będzie lepiej, ale dziś jest właśnie tak... nijak.

Wszystkiego najlepszego Drogi T.

2009-10-08

Dzieci Ireny Sendlerowej

Dzień za dniem ucieka. Ale to nic nowego...
Przemijalność podana na śniadanie, na tacy ozdobionej klepsydrami będącymi w ciągłym ruchu. Rutyna przysmażona na obiad, skwiercząca pod ciężarem kotletów schabowych. Wrażenie zmarnowanego dnia na kolację.
Tyle się w ciągu dnia dzieje... posiłki, szkoła, zabawa, wspólne czytanie, budowanie wież z klocków, dentysta, ważne telefony, e-maile, obowiązki zawodowe, domowe, fryzjer, wiersz Na straganie wykuty na pamięć, zakupy, kilka stron Remigiusza Grzeli "Bagaże Franza K.", do poduszki nadal "Lolita"(w drodze są kolejne audiobooki "Anna Karenina", "Doktor Faustus", "Duma i uprzedzenie" i "Świat według Garpa")... a ja wieczorami mam wrażenie, że mogłam jeszcze wyprać, wyprasować, kurze zetrzeć, oglądnąć zaległe filmy, zrobić porządek - tu i ówdzie (czyt. wszędzie), odwiedzić przyjaciółkę, mamę, babcię, siostrę, panią w księgarni... nie no, powtarzam się, ale dzień jest stanowczo za krótki.
Dziś na przykład zmarnowałam godzinę u dentysty, który to potraktował mnie jak profesjonalna myjnia samochodowa (z pełnym szacunkiem dla pana doktora, którego uwielbiam, jeśli istnieje coś takiego jak uwielbienie wobec dentysty). Od pewnego czasu robi mi remanent uzębienia i jestem bardzo zadowolona, ale tej dzisiejszej "ulewy" się nie spodziewałam. Miałam robioną tzw. licówkę, i nagle poczułam, że nie potrafię rozchylić zlepionych rzęs, a wzdłuż biustu cieknie wodospad. Ale efekt bosssski. Zęba oczywiście. Bo rozmazany tusz i mokra bluzka przyciągnęła cztery pary zdziwionych oczu sióstr zakonnych, kiedy to wpadłam do kina po bilet na film "Dzieci Ireny Sendlerowej". Utykając do tego wszystkiego, bo chciałam sobie nowe butki rozciągnąć, ale się bestie nie poddały...

Znając moje umiłowanie do filmów, na których frekwencja nie przekracza zazwyczaj poniżej, lub lekko powyżej dziesiątki, nie mogłam sobie odmówić historii o Irenie Sendlerowej. Dziś zainteresowanych sztuk było dwanaście, w tym cztery wspomniane wcześniej zakonnice. Ostatni raz, tak wypełnione po brzegi źrenice zakonnic emocjami, widziałam na karuzeli w parku miniatur. Ani tu, ani tu, nic nie jadły i chwała im za to.

Scenariusz filmu "Dzieci Ireny Sendlerowej" oparty jest na książce Anny Mieszkowskiej "Matka dzieci Holocaustu" (którą notabene zamówiłam sobie na prezent urodzinowy i już nie mogę się na nią doczekać). To historia młodej Polki Ireny Sendlerowej (ur. 15 luty1910r.), która podczas II wojny światowej, wraz z grupą współpracowników zainicjowała szeroko zakrojoną akcję ratowania żydowskich dzieci z getta warszawskiego. Jako pracownica socjalna (Rada Pomocy Żydom "Żegota" mianowała ją szefową oddziału dziecięcego w 1942 r.) posiadała przepustkę do getta, miejsca, z którego jedyna droga prowadziła do wagonów pociągów kierowanych do obozów zagłady. Każdego dnia ryzykowała własnym życiem, przemycając w walizkach, kufrach i samochodach, smutne, zaniedbane i skazane na śmierć dzieci. Ale ratowała nie tylko sieroty, ale także te dzieci, które posiadały tulące je do snu matki. To była dla nich jedyna szansa. Rozdzielenie z rodzicami było wybawieniem. Bolesnym, ale koniecznym.
Noworodkom, żeby nie płakały, podawała środki nasenne. Starsze dzieci przewoziła socjalnym samochodem, bądź przebierała w ukryciu za „polskie dzieci” i unikając wzroku gestapo przechodziła przez Sąd, który stał na linii tajnych podziemnych przejść i był jedną z nielicznych dróg ucieczki z getta. Po drodze uczyła ich nowych imion, nazwisk, miejsc pochodzenia i modlitw chrześcijańskich …robiła wszystko co w jej mocy, żeby dać im jak największą szansę przeżycia, docelowo umieszczając je w domach dziecka, polskich rodzinach i przytułkach prowadzonych przez zakonnice. Dane każdego uratowanego dziecka, oraz miejsca do którego trafiło, zapisywała na bibułce i umieszczała w szczelnie zamkniętym słoiku pod jabłonią. Sama została w 1943 r. zatrzymana przez gestapo,torturowana i skazana na śmierć. Tuż przed samą egzekucją została ocalona przez „Żegotę”.

Film doprowadził mnie do łez, ale czuję niedosyt. Zbyt skąpy jest w nim psychologiczny portret samej Ireny Sendlerowej i mam nadzieję, że książka mi to wynagrodzi. Bo mimo , iż Pani Irena nie lubiła kiedy określano ją mianem „bohaterki”, to dla mnie i tak nią jest. Na zawsze.
Uratowała około 2 500 dzieci… to o połowę więcej niż Schindler. Czemu zatem Schindlera znają wszyscy, a nazwisko Sendler wielu z nas nic nie mówiło do czasu plakatów reklamowych przed kinem? Skąd w trzydziestoletniej kobiecie taka siła? Taka miłość? Taka niewiarygodna wola walki z Hitlerem?

Irena Sendler zmarła 12 maja 2008 roku w wieku 98 lat.

 

2009-10-02

Z dialogów rodzinnych odc.5 - rozmowy (nie) kontrolowane

-Przepadam za Tobą ... - usłyszałam niespodziewanie przygotowując dzieciom kąpiel.
Rumieniec rozkoszy wskoczył radośnie na mój policzek i zastygłam w bezruchu dzierżąc w dłoniach dziecięcą piżamkę w żółte króliczki.
- Tylko mi się tu nie całujcie - przerwał tą chwilę Charlie, coraz bardziej świadomy procesu miłości praktycznej.
Cisza. Przepadam za Tobą odbiło się od ścian mojego serca nim jeszcze na dobre zdążyło się rozgościć. A już chciałam zamknąć oczy i poczuć jak słowa te muskają mnie delikatnie niczym ptasie piórko po twarzy.
- Muszę iść do pana fryzury, bo mi tu jakieś kłaki sterczą - dodała niespełna trzyletnia Lola uprawiająca właśnie rytuał wieczornego przeglądania się w lustrze.

Przepadam za nimi...
Wszystkimi.

2009-10-01

Podsumowanie

Dziś kończy się projekt Kolorowe Czytanie zorganizowany przez Padmę i chciałam złożyć oficjalne podziękowania za propagowanie czytelnictwa w sposób, który mi osobiście przypadł bardzo do gustu i jestem pewna, że na jakiś z kolejnych projektów ponownie się skuszę. Taka akcja znacznie poszerza horyzonty ulepione z pozycji książkowych tych „top 10” i sięga się głębiej w literaturę niekoniecznie łatwą do zdobycia.
Bo jakie miałam przygody z „Morświnem w różowym oknie” to już pisałam … :)
A zatem pokuszę się na krótkie podsumowanie i postaram się zamieścić też wg zasad coś na blogu kolorowego czytania, aczkolwiek nie ukrywam, że hasło się rozpłynęło w labiryncie myśli moich i jestem bezradna wobec pogłębiającej się sklerozy.
Przeczytałam planowane:
  1. Białe noce” - Fiodor Dostojewski (recenzja jest zamieszczona z datą 28 lipiec)
  2. Czerwona sofa” - Michele Lesbre (recenzja dzisiaj)
  3. Morświn w różowym oknie” - jeszcze się delektuję, co robię umyślnie, bo Woolf na nocnej szafce być musi i basta. A że nie mam nic nowego na podmianę, to czytam na zakończenie po jednym liście na dobranoc (recenzja powstanie niebawem)

Dodatkowo udało mi się jeszcze przeczytać bardzo dobry „Sen zielonych powiek” Edyty Szałek i „Czerwony rower” Antoniny Kozłowskiej.
Jeszcze raz bardzo wszystkim dziękuję za udział w projekcie i wszystkie zamieszczone na blogach książkowych recenzje, które znacznie powiększyły listę pozycji do przeczytania.
Jestem zmuszona żyć wiecznie…
Tymczasem udam się ułożyć ciężką głowę na zajętą pewnie już przez yorkisia poduszkę. Miałam ciężki dzień. Emocjonalnie wykańczający. W pewnej sferze moich życiowych działań się wypaliłam i nawet jeśli część mnie chciałaby jeszcze wzniecić ogień, to ta druga połowa momentalnie zdmuchuje płomień. Nie wiem sama czy zmienić palenisko, czy wysuszyć zapałki ...
Idę oddać się lekturze... Wojciech Żołądkowicz poczyta mi do snu "Lolitę" Vladimira Nabokova. To pierwszy z moich audiobooków. Z przyzwyczajenia biorę ze sobą ołówek ...

Wasza coraz bardziej nocami leniwa 

2009-09-30

"Czerwona sofa" Michele Lesbre

 

Czerwona sofa” francuskiej pisarki Michele Lesbre, to kolejna z pozycji wyselekcjonowanych przeze mnie do projektu Kolorowe Czytanie. Co prawda od momentu jej zakończenia do teraz, przeczytałam już dziesięć innych książek, to jednak jest w niej coś takiego co nie pozwala mi o niej zapomnieć.
Ale zacznę od początku. Co mnie do sięgnięcia po nią skłoniło? A  więc była to okładka... rzadko mi się to zdarza, tym bardziej jeżeli zupełnie nie mam pojęcia kim jest jej autor, a nie ukrywam, że owej francuski wcześniej nie znałam. I tym oto sposobem, wkomponowana w tło białej ściany antyczna sofa w kolorze czerwonego wina, z grubymi welurowymi poduchami, zainteresowała mnie na tyle, że pani Lesbre znalazła się na moim magicznym biurku. Bo owa sofa to dla mnie symbol wspomnień, przyjemności i nastrojowości. Pamiętnik bez słów, ale z duszą. Czyli to co Virginia lubi najbardziej w przerwach między psychologicznymi labiryntami dusz niepokornych.
Ta niewielka objętościowo książka należy do gatunku tych, które kojarzą mi się z samotnym spacerem po plaży, w trakcie którego, z kroku na krok, staję się częścią przestrzeni jaka mnie otacza i jestem w stanie podążać tylko przed siebie z lekko przymkniętymi oczami. Otulać się mową mew, delikatnością morskich fal i początkiem dnia, który wraz z długością spaceru rozgrzewa mnie coraz intensywniej. Już od pierwszych zdań takich książek (bardzo podobnie się czułam czytając „Niech wieje dobry wiatr" Lindy Olsson) wiem, że nie wyskoczy mi z morza krokodyl, ani też żaden przelatujący ptak za przeproszeniem nie zapaskudzi mi rozanielonych, z leksza niesfornych blond włosów.

Anna, redaktorka jednego z francuskich pism, pasjonująca się w historiach kobiet takich jak Marion du Faouet, Olimpia de Gouges, czy Milena Jesenska, decyduje się nagle wyjechać z Francji do Rosji i odnaleźć po dwudziestu latach swoją dawną miłość – Gyla. Wsiada do pociągu i koleją transsyberyjską rusza w drogę, która staje się jednocześnie podróżą w przeszłość , jak i przyszłość. Z okien pociągu widzimy krajobrazy, budynki dworcowe, defilujące brzozy, enigmatyczne mokradła, aż nagle wyłania się nam obraz starszej kobiety, Clemence Barrot, za którą Anna bardzo tęskni i zaczyna wspominać chwile spędzone z sąsiadką mieszkającą piętro niżej. Nagle wiatr z uchylonego w przedziale pociągu okna przestaje wiać nam w oczy, odstawiamy na później ludzi poznanych przez Annę w trakcie podróży i zasiadamy na tytułowej czerwonej sofie, tuż obok Clemence, która w skupieniu i ze słodką euforią na twarzy słucha opowieści Anny o kobietach, które ją fascynują. Wspólnie też kobiety wychodzą do kawiarni, na spacery i wracają do wspomnień Clemence sprzed kilkunastu lat, kiedy to ginie jej ukochany Paul, którego zdjęcie nadal trzyma za oparciem sofy.
Już na samym początku obrałam sobie główną bohaterkę. Nie została nią Anna. Stała się nią Clemence. Historia tej staruszki bardziej mnie zafascynowała niż mężczyzna Anny znikający bez śladu , układający sobie życie w Irkucku, z dala od dawnej miłości. Nie wiem, może takie było zamierzenie pisarki, a może to ja mam słabość do starszych kobiet, świeżo zaparzonej herbaty, czarno białych zdjęć z 1943 roku i wspomnień o rzeczywistych postaciach takich jak choćby wspomniana już Milena Jesenska, której Franz Kafka oddał sporą część swojej duszy, a ich listy stały się jednymi z najbardziej namiętnych korespondencji listowych w świecie literatury.

Oczywiście pisarka nie zapomina o Gylu i Annie, tak jak ja to zrobiłam. Doprowadza ich historię do finału, ale cały czas, stojąc w tym pociągu obok Anny, bądź dreptając za nią po Irkucku, czekałam kiedy już nadejdzie ten moment na odpoczynek u boku Clemence na tytułowej, czerwonej sofie. Mężczyzna w obliczu kobiety u kresu życia stał się dla mnie postacią mało interesującą, ale czułam taką samą potrzebę jak Clemence… potrzebę towarzyszenia Annie w podróży życia w jaką się wybrała, nawet jeżeli ta podróż i dla niej w pewnym momencie straciła sens jaki jej wcześniej przypisała.

Polecam tę książkę na jeden z nadchodzących jesiennych wieczorów. A sama już z niecierpliwością czekam na kolejne polskie wydanie prozy Michele Lesbre, której „Czerwona sofa” została laureatką dziesiątej edycji nagrody Lista Goncourtów: polski wybór 2007, więc zapewne kolejne tytuły na naszych półkach znów się pojawią.

Czerwona sofa” - Wydawnictwo Sonia Draga – 142 strony.
Dedykowana "Pauli" i „Małemu panu ze stacji Gambetta”.
Słowo wstępne:
"Życie mknie, to podróż;
A ponad miasteczkami i zagubionymi wioskami,
chociaż konwoje czasu nadal za nimi pędzą,
nad opustoszałymi miastami i milczącą wsią
pozostaje najcudowniejsza, ta jakże droga i wierna utopia".

    / Anna Maria Ortese - październik 1991r./

2009-09-28

Kosmici

Nastąpiła chwilowa przerwa w nadawaniu z Virginiowego Zakątka z przyczyn ode mnie niezależnych.
Zaskwierczało, zamigotało, zgasło i już nie odpaliło.
Diagnoza: awaria systemu napadniętego przez wirus WIEŚ2012KONTRAOBCY.
Uspokajam zatem wszystkich zaskoczonych, stęsknionych i oczekujących, że niebawem powrócę ... jak tylko znajdę czas w godzinach rozsądniejszych niż obecna, bo teraz to oprócz Kit-Kata przepychającego się z Kinder-Bueno nic już nie widzę, a objadanie się o tej porze jest niewskazane.

p.s dziękuję za troskę i obawy złożone w księdze skarg i zażaleń e-mailowych oraz w poradni terapeutycznej "Załoga gg", czy aby mnie coś nie pożarło, nie wpędziło w depresję, nie zatrzymało w drodze, nie położyło do łóżka, bądź nie przykuło łańcuchem do dziekanatu :)
Jesteście niesamowite...

Wasza od jutra znów Wasza

2009-09-20

Zonk

W naszej kochanej Polsce, dostać się na studia, a studiować to dwie różne sprawy. Być może jutro, po dwóch dniach łaciny, historii, poetyki, gramatyki opisowej, filozofii, kultury języka; będę musiała pożegnać się z murami uczelni.
Mam wrażenie, że ktoś spuścił moje marzenia w toalecie.
Pytanie tylko kto? Ale dojdę do tego...

Wczoraj było nas sześć.
Dziś od 8.45 do 20.30 siedem.
Być może jutro będzie osiem...

A musi być piętnaście, żeby został otwarty kierunek.

Na pierwszym wykładzie w piątek, nagle w dłoniach prowadzącej pojawiła się książka Virginii Woolf "Własny pokój" ... wręcz nieprawdopodobne, że spośród tylu książek, akurat fragmenty jej książki czytano pierwszego dnia. Mojej ukochanej, zwariowanej Woolf :)
Może to jakiś znak ... Virginia Woolf nie miała żadnego wykształcenia, oprócz wiedzy, którą przekazali jej rodzice, a jednak została jedną z czołowych postaci literatury modernistycznej  XX wieku :)

Ta porażka nie zabije mojej pasji, będę pisać, czytać i studiować literaturę według własnego planu, z lepszym lub gorszym skutkiem, ale jak tak pomyślę, to co to za kraj, że człowiek płacąc nie ma szans na wybrany, stopniowo wymierający kierunek?

p.s Charlie przed snem powiedział mi "mamusiu, jesteś taka piękna, kochana i seksowna, tylko nie jedź już jutro do tej szkoły, bo tęsknimy wszyscy. Tata też."
Shit. Nie ułatwiają mi sprawy.

Idę spać, bo wstaję o 6 i pędzę na być może pierwsze i ostatnie wykłady z Literatury Staropolskiej.
Nie mam sił więcej tego co się wydarzyło komentować.

Wasza studentka/była studentka/wielka niewiadoma
Virginia

2009-09-17

Losowanie

 

Zgodnie z obietnicą, wśród osób, które zamieściły swoje komentarze pod poprzednim postem rozlosowałam książkę "7 kolorów tęczy" Moniki Sawickiej, w której znajduje się moje opowiadanie "Noc Aniołów".
Bardzo wszystkim dziękuję za komentarze i cieszę się, że tak dużo osób, które wcześniej tylko czytały, wzięły udział w bardzo sympatycznej, wspomnieniowej dyskusji.

A oto przygotowanie maszyny losującej do losowania:

 ( karteczki z nicami zostały przez Lolę wrzucone do maszyny)

 
(maszyna losująca ruszyła ... )

 
(po chwili nieskorumpowane dłonie Loli wyjęły jedną karteczkę)

 
(The Winner is Araya !!!)

Gratuluję!!! Gratuluje też Lola, która po wyciągnięciu pierwszej karteczki, nie była nadal pewna o co w tym wszystkim chodzi i kazała mi odwinąć i przeczytać wszystkie inne karteczki, a było ich 19.
Teraz wszystkie rozprzestrzeniłyście się mi po domu  :)

p.s Araya, odezwij się na e-maila i podaj proszę dane do wysyłki.
p.s powyższy konkurs był organizowany na blogu www.virginia79.blog.onet.pl i to tam pozostały wszystkie komentarze (niestety przenieść się ich nie da).

2009-09-15

Sezon na misia rozpoczęty

Zaczęło się wczoraj od bólu głowy... myślałam sobie, nie panikuj, to niemożliwe, żeby trzeba było tak szybko ładować się do jaskini, przecież jeszcze trwa kalendarzowe lato. Nie zgadzam się. Nie chcę...
Ale dziś już zalała mnie fala gorąca, zimna i drgawek, gardło pęcznieje niczym nawadniana fasola, a głowa wybucha fajerwerkami jakby nowy rok świętowała. Nadszedł czas połamania z poplątaniem i potykam się o własne nogi. Sezon na misia rozpoczęty. Niedługo zapadnę w stan zimowej hibernacji.

Za oknem widzę tylko niebo. Biała zasłona mgły przykryła mój świat. Zaparzam herbatę, za herbatą, Loli pozwoliłam na tv szał, a sama wyleguję się póki mogę pod kocami i przeglądam strony o Literaturze Staropolskiej... tak, tak, to już nadszedł ten czas... w piątek mam pierwsze zajęcia na uczelni i cieszę się, co nie znaczy, że nie jestem przerażona. Jestem. Co prawda tylko odrobinę, ale jestem, bo od dwunastu lat, nie uczyłam się niczego na pamięć i nie spędziłam całego weekendu poza domem. I chyba bardziej męczą mnie wyrzuty sumienia związane z tym, kto zrobi niedzielny rosół, kto zgodnie z obowiązującymi zasadami opanieruje kotleta i skoczy po gruszki na kompot, niż strach przed nauką. No cóż, wygląda na to, że nie tylko ja się będę uczyć. Egzaminy przed całą rodziną...
Zawsze na pierwszym miejscu były dzieci. W naszym domu nie było nigdy niań, nie było babć, sąsiadek, ani innych Mary Poppins. Cierpię na syndrom zosi-samosi, Matki Polki i kokoszki w jednym, ale tak samo jak bezsenność, wcale mi to nie przeszkadza. Może to kuriozalne w dzisiejszych czasach, kiedy to kariera stanowi priorytet, a dzieci są dodatkiem na deser i jestem anachroniczna, ale taka już jestem. Lubię prowadzić życie za rękę. Nie chcę, żeby ktoś mnie przez to życie prowadził, a tym bardziej moje dzieci... i skoro do tej pory dawałam sobie radę, to mam nadzieję, że i tym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem. Tym bardziej, że Druga Połowa wspiera, rozumie i pomaga.
I nie żebym tu jakieś fanfaronady odstawiała, ale cholerna szczęściara ze mnie... zaczynam studia na wymarzonym kierunku, a moje jedyne zmartwienie dnia dzisiejszego, to myśl, czy w domu okażę się niezastąpiona :)

Nie wiem, być może zmartwień mi przybędzie, kiedy dostanę do rąk plan zajęć, kiedy zobaczę ile czeka mnie egzaminów, kiedy pierwszy obleję, kiedy zobaczę na głowie pierwsze siwe włoski i poczuję wrzody na żołądku wyhodowane ze wzmożonej intensywności stresu. I w końcu, kiedy jako rodowity dinozaur nie odnajdę się na uczelni pełnej młodych, prężnych, obdarzonych talentem do łaciny i semantyki studentów...
Czeka mnie... zupełnie nie wiem co mnie czeka.
Jakie to dziwne uczucie...

W związku z tym wielkim dla mnie wydarzeniem ogłaszam Konkurs :) Każdy kto pod tym wpisem wróci wspomnieniami do swoich studiów, bądź do swoich marzeń o studiach, weźmie udział w losowaniu książki "7 kolorów tęczy" Moniki Sawickiej, w której znajduje się moje konkursowe opowiadanie "Noc Aniołów".
Zdradzę, że oprócz mojej dedykacji znajdzie się w niej też dedykacja i autograf Moniki Sawickiej :)
Pula nicków wyląduje w magicznej kryształowej kuli, a niczego nieświadoma Lola wyciągnie jeden z nich.
Czekam na Wasze anegdoty i studenckie wspominki :)

p.s strasznie mi smutno z powodu śmierci Patricka Swayze. Wychowałam się na Dirty Dancing ...

Wasza przystrojona dziś w cebulkę, otulona "She's like the wind" 


2009-09-10

(...)

"Człowiek, napotkawszy przeszkodę, której nie może zniszczyć – zaczyna niszczyć sam siebie ... "

Ryszard Kapuściński

2009-09-08

Żeby wygrać, trzeba grać

Ostatnią noc spędziłam samotnie. Niby z dziećmi, psami, ale bez Drugiej Połowy i nawet po trzynastu wspólnie spędzonych latach, w takich momentach tęsknię, owijam się jego kołdrą, wpycham pod głowę jego jasiek, pod powiekami skrywam jego twarz. Zastanawiam się skąd w nas ta siła, skąd we krwi ciągłe kryształki miłości, a na dłoniach potrzeba dotyku? Skąd, kiedy wokół wszystko się rozwala, rozwody, separacje, trzaskanie drzwiami. Albo cisza, tak głęboka, że małżeństwa w niej zakopywane są żywcem.

Zostawiam zapalone światło. Czytam "Bambino" prawie do drugiej. W przerwach przykrywam dzieciaki, popijam wodę, znowu czytam. Każdy szmer mnie przeraża, bo mimo rolet antywłamaniowych nie czuję się bezpiecznie w środku pola, na końcu świata, otulona czarną od nocy peleryną. Straszy mnie lodówka, chrapanie berneńskiego, woda w rurach. Czekam kiedy wystraszę się samej siebie...
Zasypiam w końcu z yorkiem wtulonym w brzuch.

O trzeciej pobudka. Kolejny Sms - zaczynają się schodzić kochanie. Koczowanie od 22.00 pod Urzędem Pracy się opłaciło i o 8.00 rano Druga Połowa dzielnie wywalczyła czwarte miejsce na liście. Bo tak to u nas w Polsce bywa, że żeby wygrać, trzeba grać. Czasem głupka.
Wyobraźcie sobie, że zwyczajny Kowalski, składający wniosek na dofinansowanie nowej działalności, z szanownej unii europejskiej, wstał sobie, zrobił jajeczko, wykrochmalił koszulę i o 7.00 stanął pod Urzędem Pracy. Przecież są trzy dni, powinni rozpatrzyć mój wniosek, starałem się, mam szansę, biznes plan perfectum. A no w błędzie panie Kowalski pan jest, bo nawet jakby pan toaletę publiczną chciał postawić,to by panu dali kasę i owszem, ale pan by musiał być w pierwszej czterdziestce. A rano panie Kowalski to już pozamiatane. Jest pan 243. A tylko dla 40 firm kasa jest. Wiem, wiem, obiecali panu, ale w Polsce panie Kowalski dużo obiecują. Następnym razem, za pół roku, jak już panie Kowalski kasa z szybkościówek się skończy, niech pan jeszcze raz spróbuje stanąć do kolejki. Może wtedy się uda. Ale to już niech pan wie, że dzień wcześniej trzeba z namiotem przyjechać, bo inaczej panie Kowalski to pan nigdy tej dotacji nie zobaczy. Proszę pamiętać, że "żeby wygrać, trzeba grać" ... czasem głupka. Bo to głupota jest, żeby trzeba było stać całą niedzielną noc pod drzwiami UP i pilnować, czy ktoś przypadkiem Kowalskiego z listy nie zmizikuje.

p.s tekst ten powstał ku przestrodze tych, którzy sobie myślą, że w Polsce łatwo jest... amen.
Dziś w Jysku widziałam namioty czteroosobowe w przecenie z 245zł na 75zł. Może warto się złożyć. Razem zawsze raźniej pod takim miejskim Urzędem Pracy.

O 7 rano wdepnęłam na schodach w kupkę mojego kulturalnego pieska kanapowego, rzekomo wychowanego i idealnego dla dzieci. Yorki górą. Ale gdyby nie od nie zasnęłabym, więc gówienko wybaczam. Poza tym uśmiechnęłam się ... przecież to nic innego nie może wywróżyć jak to, że dotację Druga Połowa otrzyma :)
 
p.s dopisek po czasie. Mąż dotacji nie uzyskał. Chrzanić tę Polskę.

2009-09-06

Z dialogów rodzinnych odc.4 - rozmowy (nie) kontrolowane

- Mamuś, ja cem luzowe ufolinki? - poinformowała mnie Lola na środku ulicy.
- Co chcesz? - zapytałam grzecznie, a przez sito mózgowe oprócz książki do religii, wędliny na weekend, trzydziestu kopert do wysłania, kupienia bloczku faktur i innych spraw przeleciały też "luzowe ufolinki".
- No luzowe ufolinki, tam były, w sklepie - wskazuje Lola małym paluszkiem na sklep, od którego oddaliłyśmy się już na tyle daleko, że wracać mi nie było na rękę.
- Mamusia nie wie co to luzowe ufolinki, może kupimy coś innego? - próbuję znanej dobrze matkom metody szantażu.
- Nie, ja cem luzowe ufolinki... takie malutkie one były - postanawia przejść do szczegółów Lola. Teraz cem, tam cem, pose - ciągnie mnie w przeciwnym kierunku do planowanego przeze mnie.
Postanawiam więc wejść do pierwszego spożywczego i proszę zasmuconą Lolę o znalezienie luzowych ufolinek... nie ma. Wychodzimy. Dalej też nie ma. Zaczyna się szloch, który z czasem przerodzi się w gniew związany z niezrozumieniem jej słów.
- Ja cem luzowe ufolinki, cem, cem, pose - powtarza namiętnie, po czym jej małe usta zmieniają się w rulonik rozczulający.

Całe dalsze zakupy szlag trafił. Poczta ze szlochem. Papierniczy z chlipaniem Księgarnia w biegu slalomem między regałami. Wózkiem strącony Kołakowski. Przeprosiłam ładnie i wyszłam. Kołakowskiego oczywiście.

Za rogiem księgarni minęłam pierwszy stragan. Drugi stragan. Lola ciągle chlipała i nic nie było w stanie poprawić jej humoru. Aż nagle:

- Mamuś, tam, patrz... luzowe ufolinki - wskazała z uśmiechem na stragan wypełniony warzywami i owocami.
Wyskoczyła z wózka i pobiegła.
- Mam, w końcu mam luzowe ufolinki - głośno poinformowała wszystkich stojących w kolejce, po czym sięgnęła po pudełko z malinami.

p.s wczoraj wieczorem zaczęłam czytać Wyborczą i trafiłam na pierwsze zdanie jednego z artykułu "dziś premiera "Enena", no i w kilka minut zrobiłam rezerwację i ruszyłam do Kinoplexu.
Do teraz mam w głowie tytułowego Non notus, czyli Pawła Płockiego, pacjenta ze szpitala psychiatrycznego... polecam, mimo iż w kinie znowu było 7 osób, prawie tyle co na "33 sceny z życia". Takie kino trzeba lubić. Ja lubię. I nie tylko dlatego, że mogę rozwalić się na trzech fotelach.
A w sali obok pełno. Puszczali "Miłość na wybiegu"... patrząc na tłumy, bez oglądania stwierdzam, że produkcja udana. Zarobi na siebie. Ale pozostanie po niej tylko popcorn rozsypany po salach kinowych.

Wasza znająca już "luzowe ufolinki" :)
Virginia




2009-09-03

Sianokosy

 


 

Usiadłam właśnie na kilka minut na kawę i maliny zalane symbolicznie czekoladą. Na stole przede mną kwitną ostatnie pączki cytrynowej chryzantemy, zza której widzę czubek głowy Loli tworzącej kolejne z licznych już dzieł techniką im więcej farby na pędzlu, tym lepiej. Czubek nosa ma pomalowany na niebiesko i wygląda jak myszka mickey opętana wizją artystyczną.
Za oknem wiatr goni wiatr. Kot kota. Myszołów wróbla. W sadzie obok jabłoń od ciężaru owoców uklękła przed gruszą, która ma chyba jakąś wadę genetyczną, bo jej owoce nigdy nie kończą sezonu w wiklinowym koszyku. Zamarzają nim dojrzeją. Tak co roku od kilkunastu lat.
Lubię obserwować zmiany pór roku. Tyle się dzieje... wszystko się zamyka w sobie, drzewo od drzewa zaczyna się oddzielać powoli tracąc liście. Już nie zachodzi jedno na drugie jak latem. Rozbiera się z liści, tworząc na ziemi łagodne, początkowo lekko żółte dywany.

Pole wokół przeorane, a ja zamykam oczy i włączam slajdy sprzed tygodnia:

  



 


Wasza lekko stęskniona za wakacjami
Virginia

2009-09-02

Wrześniowo

Wczoraj Charlie dumnie i z radością powrócił do szkoły. Odpowiednio wybielony, wyprasowany i wyprostowany, wkroczył w szkolne mury z czapką policyjną na głowie i perfekcyjnie odegrał jednozdaniową rolę policjanta witającego pierwszoklasistów. Jakże był z siebie dumny, że ma tak ważną rolę. Ja też byłam dumna. Był najprzystojniejszym recytującym rolę policjantem jakiego w życiu dane mi było spotkać...

Dziś nasze życie przechodzi metamorfozę i ponownie przemienia się z seraficzno-ogrodowego w pragmatyczno-terenowy. Znowu trzeba pokochać wskazówki zegara i kartki kalendarza, który wakacje spędzał w samotności, zapomniany w otchłani torebkowej dżungli. Spraw ważnych było tyle, że bez czosnku na szyi byłam w stanie je zapamiętać. Obecnie spraw ważnych wrześniowych jest tyle, że brakuje mi już miejsca na notatki.

Podobno podstawa to się dobrze zaplanować.
Potem wystarczy już tylko strzec kalendarza przed nieodpowiednimi zdarzeniami losowymi.


2009-08-31

Dzień Bloga

Dziś- 31 sierpnia - obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Bloga. Dla większości ludzi jest to dzień jak co dzień; dla miłośników wynajdywania okazji do świętowania jest to kolejne z tych szalonych świąt typu Dzień Pluszowych Misi, Dzień Śliwki, Musztardy czy Naleśnika, ale dla wielu prowadzących blogi jest to okazja do zastanowienia się nad sensem pisania dziennika, w kartki którego zaglądnąć może każdy, nawet ten nieproszony gość. Przed ekranem komputera może zasiąść nasza była miłość, pani z polskiego, sąsiadka zza firanki po drugiej stronie ulicy, czy zboczeniec szukający ofiary, ale ... może też zasiąść ktoś kto w niewiarygodny sposób jest podobny do nas samych pod kątem zainteresowań, miłości do sera, czekolady, Woody Allena, czy suszonych kwiatów, a kogo w świecie realnych nie mieliśmy okazji spotkać. Bo czasem wstyd nam na przykład, że płaczemy przy zachodzie słońca; że czytając uczymy się na pamięć wybranych fragmentów, czy śpimy z głową w nogach sami nie wiedząc czemu. Jest nam dobrze w świecie realnym, ale brakuje czasem kogoś z kim możemy porozmawiać o tym zapamiętanym fragmencie z książki, naszej wrażliwości, nadpobudliwości, depresji, marzeniach czy problemie karmienia piersią... (można by wymieniać i wymieniać, ile blogów, tyle różnych tematów do rozmów)
Taką historię poczęcia ma chyba większość blogów. Szukamy ujścia dla myśli, które nie znalazły zrozumienia. Dzielimy się codziennością, radością, smutkiem i poglądami na ważne i mniej ważne sprawy. I cieszy fakt, kiedy okazuje się, że nasz sposób na życie, czy pewne dziwactwa dotychczas niezrozumiałe, okazują się być zupełnie normalne i gdzieś tam, na końcu świata jest ktoś kto też śpi z głową w nogach i kocha na przykład Virginię Woolf :)

Dzień Bloga obchodzę już po raz drugi. Tym razem zostałam wytypowana przez Szanowną Redakcję Onetu (niezmiernie mi miło i dziękuję ) do piątki blogów mających zaszczyt przeciąć wstęgę tegorocznej gali Dzień Bloga i tym samym rozpocząć coroczną zabawę. Jako, że zostałam nominowana, sama też będę nominować, więc drżyjcie Ci, którzy nie lubicie łańcuszków :)
Wcześniej odpowiem jednak na kilka pytań, które są częścią tej zabawy, a mianowicie:

Dlaczego piszę bloga?
Piszę dlatego, że kocham pisać (tak samo jak czytać). To podstawa. Te czarne literki to meritum mojego codziennego życia, mają moc dalekowschodnich ziół uspokajających i jogi w jednym. Ale nie wszystko co napiszę znajduje się na blogu. Strzegę swojej prywatności i mam pewną granicę, której nie przekraczam. "Trole blogowe" zapytają teraz "czemu zatem nie piszę tylko do szuflady tak jak kiedyś"? ... a no temu, że (wracając do wstępu tego postu), też dysponuję całą gamą dziwactw, chociażby takowym, iż spadłam gdzieś między Wenus, a Marsem i gdyby nie ten blog, żyłabym w nieświadomości, iż takich jednostek jest znacznie więcej :)

Co daje mi blog?
Przez te 1,5 roku dał mi naprawdę wiele. Poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi. Wszyscy oni byli ze mną podczas Konkursu na Blog Roku i jestem im niezmiernie wdzięczna, bo nie spodziewałam siętego, że aż tak dużo głosów zostanie na mnie oddanych. Dziękowałam już nie raz, ale dziękować nie grzech, więc robię to ponownie. :)
Poza tym Blog ten został wyróżniony wśród tysięcy innych i jego fragmenty opublikowano w piśmie "Bluszcz" (jednym z moich ulubionych, które zaprenumerowałam jak tylko wyszedł pierwszy numer) i można by zatem rzec z lekkością , iż pomógł mi spełnić marzenie o publikacji w prasie, i to nie byle jakiej. Dziękuję osobie, która mnie wyszperała i poleciła :)
Z bardziej przyziemnych dobrodziejstw, daje mi radość z pisania i czytania. Jest miejscem startowym, z którego wyruszam w podróż po linkach i odwiedzam różne dusze ludzkie. Dusze, które stały się częścią mnie i tego internetowego pokoju, bez których poranna kawa, czy wieczorne kakao nie smakowałyby tak dobrze.

Czy blog zmienił moje życie?
Nie wywrócił go do góry nogami, ani też nim nie zawładnął na tyle, żebym miała się czego obawiać. Dzięki niemu nie stałam się nieśmiertelna, ani też nie zapadłam jeszcze na żadną chorobę. Nie jestem od niego uzależniona, ani też on ode mnie.
Zatem stwierdzam, iż nie zmienił mojego życia na tyle, żeby było o czym w tym punkcie pisać.

p.s powyższy tekst pochodzi z czasów, kiedy prowadziłam blog na portalu Onet www.virginia79.blog.onet.pl


2009-08-28

Moje artystki

Ja to jednak szczęściara jestem, bo otaczam się ludźmi, którzy lubią mi sprawiać radość i piszą listy, kartki (np. z bajecznej Genewy, z nad Bałtyku, z dalekiego Maroka :), kupują książki, robią specjalnie dla mnie decoupage, czy scrapują... brakuje mi słów uznania dla moich przyjaciółek, które wzruszają mnie nie tyle swoim talentem, co umiejętnością perfekcyjnego prześwietlenia mojej duszy.

 

(notes wykonany techniką scrapbooking od Asi)


 

(butelka wykonana techniką decoupage przez Olę)

Dziękuję dziewczyny !!!

p.s. w domu szpital, Charlie obolały po rwaniu zęba; Lola napadnięta nie wiadomo gdzie przez wirus skrajnie ją wykończający ... ja myślami na studiach, w pracy, w centrum ogniska domowego, w przeczytanych ostatnio książkach i  oglądniętych filmach ("Slumdog", "Lektor", "Dedykacja", "Mała Moskwa") ... chciałabym kilka słów skrobnąć, wyczyścić nośnik myśli moich, ale coś się zacięło.
Ktoś mi życie przewija do przodu. Za szybko.
 
 

2009-08-25

Tarzan

Obudziłam się rano z uśmiechem na ustach i stwierdziłam, że chyba jednak powinnam chodzić wcześniej spać. Śniło mi się, że idę ulicami Paryża, z aparatem zawieszonych na szyi i nowoczesnym sprzętem do palenia kawy. Uderzałam ciągle aparatem o szklany młyneczek, a przez pręgowaną rurkę zaciągałam się waniliowym smakiem francuskiej kawy.
Nagle usłyszałam za sobą sygnał radiowozu policyjnego. Zatrzymali się tuż za mną i pół miasta zwróciło się w moją stronę. Czułam się jak dealer kawowy, któremu udowodniono uzależnienie. Efekt ... aresztowana.
W samochodzie jednak dowiedziałam się, że zostałam zgarnięta przez policję za posiadanie ręcznika z wizerunkiem nagiego Tarzana. Zakupiłam go na jakimś bazarze i miałam przerzucony przez plecy.
A tak nie wolno paradować ulicami miasta. Efekt... zamknięta na miesiąc.
W żadnym senniku nie znalazłam nic o nagim Tarzanie.
Ale przypomniało mi się, że oglądając Sopot Festival padło głośno słowo "Tarzan". Jeden z członków szwedzkiego zespołu E.M.D.. niejaki Danny, skojarzył mi się z Tarzanem i może to on był na tym ręczniku, a nie Tarzan? Sama nie wiem. Wracając jednak do sopockiej imprezy, mam wrażenie, że z roku na rok jest coraz gorzej w muzyce i większą furorę robiła Doda z Nergalem pokazywana po każdej wykonanej piosence, niż sami wykonawcy. Mieliśmy okazję widzieć Dodę mlaskającą, Dodę zezującą, Dodę wciskającą się w ramiona nowej miłości, Dodę wkładającą palec w usta w odruchu wymiotnym... Dodę. Dodę. Dodę. A w przerwach między Dodą nogi wokalistek, bądź głowy ludzi z pierwszych dwudziestu rzędów, na których muzyka nie robiła żadnego wrażenia i siedzieli niczym wypchane kukły. Brawa dla panów montażystów. Brawa dla Feela i Oceany, którzy wybudzili kukły z letargu sopockiego.
Czemu Polacy nie potrafią się bawić? Czemu w Sopocie panuje senna atmosfera od lat i tylko ostatnie rzędy, które pewnie mają dostęp do alkoholu potrafią w perukach na głowie pokręcić tyłkami? A co z publicznością pod sceną? Nawet nie chcę myśleć, jak czuła się taka czeska Verona, która występowała jako pierwsza w finale i czas trwania jej piosenki nie był w stanie zmotywować sennej publiczności nawet za bardzo do braw... oj Sopot, Sopot. Nieładnie tak. Tylko Tarzan mi w snach po Was pozostał i ewentualnie ta młoda latorośl kopiująca Amy Winehouse.
Miłego dnia kochani

Wasza już w skarpetach na stopach :)
Virginia

Bezsenność

Chciałam jeszcze coś napisać, ale się skupić nie mogę.
Cztery muchy chodzą mi po monitorze laptopa.
Jedna próbuje usiąść na mojej twarzy.
Dwie kopulują na klawiaturze ...
Że też w jednym domu tyle istot na bezsenność musi cierpieć?

Idę się położyć, co nie oznacza spać ... na górze czekają komary.

Dobranoc.

2009-08-24

Nominacje do Nike 2009

Nagroda literacka Nike to prestiżowe wyróżnienie dla najlepszej polskiej książki roku. Patrząc wstecz ...
- 1997r. - "Widnokrąg" Wiesław Myśliwski
- 1998r. - "Piesek przydrożny" Czesław Miłosz
- 1999r. - "Chirurgiczna precyzja" Stanisław Barańczak
- 2000r. - "Matka odchodzi" Tadeusz Różewicz
- 2001r. - "Pod mocnym aniołem" Jerzy Pilch
- 2002r. - "W ogrodzie pamięci" Joanna Olczak - Ronikier
- 2003r. - "Zachód słońca w Milanówku" Jarosław Marek Rymkiewicz
- 2004r. - "Gnój" Wojciech Kuczok
- 2005r. - "Jadąc do Babadag" Andrzej Stasiuk
- 2006r. - "Paw królowej" Dorota Masłowska
- 2007r. - "Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesław Myśliwski
- 2008r. - "Bieguni" Olga Tokarczuk

Jeszcze nigdy wybór nie padł na mojego faworyta. Jednak nie poddaję się i próbuję dalej smakować polskich pisarzy, bo ostatnio jakoś wyjątkowo sezon na polską prozę u mnie panuje i nie ma to nic wspólnego z sezonem ogórkowym, aczkolwiek kto wie, może odrobinę.

W tym roku nominowani są:

"Antypody" - Sławomir Elsner (poezja)
"Balzakiana" - Jacek Dehnel (proza)
"Bambino" - Inga Iwasiów (proza)
"Baw się" - Roman Honet (poezja)
"Capcarap" - Artur Daniel Liskowacki (opowiadanie)
"Czarna matka" - Wojciech Stamm (proza)
"Fabryka muchomałpek" - Andrzej Bart (proza)
"Gesty" - Ignacy Karpowicz (proza)
"Gulasz z turula" - Krzysztof Varga (esej)
"Inne tempo" - Jacek Gutorow (poezja)
"Kieszonkowy atlas kobiet" - Sylwia Chutnik (proza)
"Król festynów" - Paweł Konjo Konnak (poezja)
"Królowa tiramisu" - Bohdan Sławiński (proza)
"Księga ocalonych snów" - Krystyna Sakowicz (esej)
"Marsz Polonia" - Jerzy Pilch (proza)
"Między nami dobrze jest" - Dorota Masłowska (dramat)
"Pałac Ostrogskich" - Tomasz Piątek (proza)
"Piosenka o zależnościach i uzależnieniach" - Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki (poezja)
"Podwójny krajobraz" - Irit Amiel (opowiadanie)
"Utwór o matce i ojczyźnie" - Bożena Keff (poezja)

W nominacjach brakuje mi książki "Senność" Kuczoka i "Dziewczyny z zapałkami" Janko.
Z powyższych czytałam tylko "Kieszonkowy atlas kobiet" i nie powiem, słowa Chutnik we mnie zostały.
Teraz wzięłam pod lupę "Bambino" Ingi Iwasiów i zamierzam jeszcze zdążyć z "Fabryką muchomałpek" Barta i "Księgą ocalonych snów" Sakowicz... przez resztę chyba nie przebrnę, bo czeka na mnie milion lepszych pozycji.
Ale galę będę oglądać, bo ciekawa jestem finału "The Winner is ... ".

Czytał ktoś coś z powyższej listy?
Jakieś typy?


2009-08-20

List

Wręcz wydaje się nieprawdopodobne, że wczoraj wspominałam o tym, że marzy mi się tradycyjny list ... a dziś proszę, jak na zamówienie list takowy znalazł się w mojej skrzynce pocztowej.
Czytałam go popołudniem kilka razy. Czerpałam radość z trzymania w dłoniach dwóch niewielkich kartek, ozdobionych kwiecistym ornamentem i uśmiechałam się do tradycji, jaka zakopana została wraz z pojawieniem się internetu.
Ludzie już zapomnieli jak to jest otwierać kopertę z niecierpliwością, patrzeć na pochyły styl pisma, na litery, które nieraz zdradzają rąbek duszy piszącego.

List od Moniki przebył długą drogę, a mimo tego nadal pachnie Londynem, jeżynowym plackiem do którego wracała po naniesieniu ostatniej kropki i nią samą. Oczyma wyobraźni widzę jak siedzi w kuchni, od czasu do czasu podnosi wzrok znad listu i wpatruje się w swój doniczkowy ogród pełen pomidorów, tymianku i nowych pąków róż...

Dziękuję Moja Droga M.
Od dziś, część Ciebie nie będzie zagrzebana w milionach plików znajdujących się w moim komputerze. Od dziś masz swoje miejsce w pudełku na listy w naszej sypialni :)

Obiecuję zaopatrzyć się w odpowiednią papeterię i wyjechać niebawem do Ciebie do Londynu.

A odbiegając od listu jaki sprawił mi ogromną radość, chciałam poinformować, że nastał czas na świnkę morską... tak, tak, takowej pani jeszcze nasz dom nie gościł.
A skąd ten pomysł? Ano już mówię.
Byłam wczoraj z Charlim w kinie na filmie "Załoga G" i ledwo pojawiło się pierwsze futrzane stworzonko na ekranie, mój miłośnik wszelakich stworzeń żyjących zaczął szarpać mnie za rękaw i z ust odczytałam mamooo, proszę, ale mamooo ... . I wysypałam w panice galaretki w czekoladzie.
Dziś od rana Załoga G wtargnęła do naszego domu. Skrzynie z maskotkami zostały przetrzepane, odpowiednie osobniki wynalezione, opancerzone, w kamizelki kuloodporne, pistolety, specjalnie z kartonów wycięte odznaki, pasy, telefony komórkowe... i taka banda czterech świnek i kreta (kreta zastępował borsuk) dowodzona przez Charliego i Lolę, skakała mi dziś nad głową, po plecach, z szafki na lampę, ze stołu na kwiaty i szczerze mówiąc całkiem polubiłam Darwina, Juarez,Walczaka, Kędziora i Brylusa :)

Jutro chyba odwiedzimy sklep zoologiczny... ktoś musi w końcu zastąpić puste akwarium po chomiku, który według oficjalnej wersji przekazanej dzieciom wyjechał do sanatorium na rehabilitację. Wdycha jod i ćwiczy mięśnie zwichniętej łapki... ale ze mnie matka, tak kłamać !!!..wiem jednak, że nie przeżyli by prawdy. Jeszcze nie teraz.

Wasza czekająca na listonosza
Virginia


Może da się jeszcze uratować duszę listów od zapomnienia? Zamiast sms czy e-maila, napiszmy czasem do kogoś bliskiego list... w obecnych czasach list urasta to rangi upominku. Tak rzadko chce nam się podarować komuś swój czas. A to jest przecież takie miłe, przynajmniej dla mnie... ale , że ja inna jestem to wiem :)

2009-08-18

Uzależnienie, czy tylko ułatwienie życia?

Od piątku popołudniu ikonka internetowa wyświetlała napis brak połączenia. Atmosfera w domu z minuty na minutę robiła się coraz bardziej nerwowa, kiedy to nie można było dowiedzieć się:
- czy dotarła odpowiedź na ważny e-mail
- co leci w tv (od dawna nie kupujemy gazet)
- czy wpłynęła reklamacja, którą zgłaszałam w pracy
- co leci w kinie
- gdzie znajduje się dokładnie basen, do którego zamierzaliśmy się wybrać
- jak wyglądają cyferki w moich raportach
- czy wpłynęła kasa na kartę debetową
- czy wysłano mi już przesyłkę, na którą czekam tydzień
- czy termin rachunków jest taki jak mi się wydaje, czy inny
- .... itd.
Tak doszłam do wniosku, że zarówno ja, jak i Druga Połowa mamy prace, które wymagają praktycznie ciągłego dostępu do tego ustrojstwa, bez którego kiedyś ludzie się obchodzili i byli o jakieś dziesięć lat zdrowsi.

W obecnych czasach, czy chcemy czy nie, uzależniamy się, bo internet stał się "ułatwiaczem" życia, a dla niektórych nawet całym życiem. W ten sposób można się ubrać, wyposażyć dom,biblioteczkę, zagracić piwnicę, a także wysprzedać piwnicę. To przez te magiczne złącza można poznać żonę, kochankę, a nawet partnera do biznesu. Można pomnożyć, albo stracić cały majątek. Można podglądnąć starych i nowych znajomych; poznać kolegę z wojska, czy pasażera z tramwaju.
Niedługo pewnie będzie można wybrać "dostatecznie miłą teściową" (oczywiście jeszcze przed żoną), albo sąsiada zanim kupimy dom w danej okolicy. Jakieś szaleństwo !!!

Ale sami napędzamy to szaleństwo... Internet zastępuje kawiarnię, pocztę, bank, listonosza i przestaje on być kołem ratunkowych, a staje się filarem podtrzymującym codzienność. Jest jak pomoc domowa ... jak sekretarka. Jak doradca życiowy.
Te trzy dni bez internetu dały mi do zrozumienia, że ten mały komputerek z żółtym kablem, przez który ciągle się potykam jest moją pracą,t elewizją, radiem, latarnią morską, prywatną nawigacją i ciężko bez niego, jak bez auta czy telefonu.
Sam się wprosił w moje życie i teraz rozpycha się coraz bardziej i bardziej, i wiele spraw bez internetu już nawet nie da się załatwić.

Mnie marzy się list na pięknej papeterii i powrót do czasów lamp naftowych...

2009-08-14

"Nieznośna lekkość bytu" Milan Kundera

  

Człowiek nigdy nie może wiedzieć, czego ma chcieć, ponieważ dane mu jest tylko jedno życie i nie może go w żaden sposób porównać ze swymi poprzednimi życiami ani skorygować w następnych (...)
Nie ma żadnej możliwości, by sprawdzić, która decyzja jest lepsza, bo nie istnieje możliwość porównania. Człowiek przeżywa wszystko po raz pierwszy i bez przygotowania. To tak, jakby aktor grał przedstawienie bez żadnej próby. Cóż może być warte życie, jeśli pierwsza próba jest już życiem ostatecznym? Dlatego życie zawsze przypomina szkic. Ale nawet szkic nie jest właściwym określeniem, bo szkic to zawsze zarys czegoś, przygotowanie do obrazu, gdy tymczasem szkic, jakim jest nasze życie, to szkic bez obrazu, szkic do czegoś czego nie będzie (...)
Coś co stało się raz, jak gdyby nie stało się nigdy. Jeśli człowiek ma prawo tylko do jednego życia, to jakby nie żył w ogóle (...)

                
Z twórczością Kundery zetknęłam się przypadkowo. Jedna mama drugiej mamie, na spacerze w parku zachwalała "Dziewczynę z zapałkami" Anny Janko. I ta druga mama, żeby odwdzięczyć się za polecenie dobrej lektury, zaczęła zachwalać "Nieznośną lekkość bytu" Milana Kundery. Tą pierwszą mamą oczywiście byłam ja, bo do Janko zaglądam co drugi dzień, choćby na jedno zdanie. A tą drugą mamą była moja dawna, i obecna chyba też, koleżanka z ławki licealnej, która zmysł artystyczno-literacki zawsze miała dobry i wiedziała na lekcjach polskiego znacznie więcej niż ja wówczas miałam potrzebę wiedzieć.
I tym oto sposobem, moja Lola zajęła się noworodkiem koleżanki  i próbowała wystrzelić go w kosmos intensywnie huśtając wózkiem, a my zamiast rozprawiać o nieprzespanych nocach, ulewaniu, kupkach i o tym, o czym zwykle rozmawia się z przypadkowo spotkaną koleżanką po latach, zajęłyśmy się wzajemnym nakłanianiem do książek, które zrobiły na nas wrażenie.

Milan Kundera urodził się w 1929 roku w Brnie i od najmłodszych lat dbano o jego artystyczną duszę. Początkowo uczył się gry na pianinie, potem studiował filologię (której jednak nie skończył), grał w zespole muzycznym, ale nadszedł też czas, że uzyskał tytuł docenta i prowadził zajęcia z literatury światowej. Jego życie jednak nie należało do sielankowych, bo po sowieckiej inwazji na Czechosłowację w 1968 r. Kundera, jak zresztą większość uczestników Praskiej Wiosny, utracił prawo do wykonywania zawodu wykładowcy akademickiego, a jego książki zostały usunięte z czeskich bibliotek i księgarń i stał się tzw. "pisarzem zakazanym". Wydał jednak bardzo dużo książek, w tym napisaną w 1984 r. "Nieznośną lekkość bytu" - swoje najbardziej znane dzieło.
W 1975 r. wyemigrował do Paryża i do dziś dnia żyje tam ze swoją drugą żoną. Obecnie nie zgadza się na czeskie tłumaczenia swych książek.

"Nieznośna lekkość bytu" to książka przetłumaczona przez Agnieszkę Holland i to już na wstępie dało mi pewność, że trzymam w ręku książkę, która będzie jedyna w swoim rodzaju. Holland bowiem kocha się w kontrowersyjnych związkach międzyludzkich i czuć, że jej tłumaczenie wypływa z serca i płynie przez duszę. Mistrzowskie.
Książka ta nie należy do łatwych i momentami jest ciężko usiedzieć na tyłku, bo ma się ochotę wejść natychmiast w związek Tomasza i Teresy i zrobić w nim porządek. A burdel w nim przestraszny, w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Tomasz to czeski lekarz, nałogowy erotoman. Spotyka się z kobietami dla czystej przyjemności, po czym nie wyobraża sobie spać z kimś w jednym łóżku i myć zębów w czyjejś obecności. Do czasu... do momentu, kiedy w barze poznaje kelnerkę Teresę i zaprasza ją do siebie.
Dwa lata później Teresa jest już jego żoną, jednak Tomasz nie rezygnuje z dotychczasowego życia. Dla niego kochać się, a spać z kimś w jednym łóżku to dwie różne namiętności. Dla Teresy jednak zdrada to zdrada i zapach innej kobiety doprowadza ją skrajnego wyczerpania. Próbuje z chorobą męża walczyć. Stara się postawić na nogi notorycznie bitą miłość jaka ich łączy, bo ani On ani Ona, nie potrafią przejść obok katowanego uczucia. 
Teresa wie, że tak wyglądają chwile, w których rodzi się miłość: kobieta nie może oprzeć się głosowi, który wywołuje na zewnątrz jej zlęknioną duszę, mężczyzna nie może oprzeć się kobiecie, której dusza jest wrażliwa na jego głos. Tomasz nigdzie nie jest bezpieczny wobec przynęty miłości i Teresa musi lękać się o niego w każdej minucie, w każdej godzinie. Co jest jej bronią? Tylko jej wierność. Dała mu ją zaraz na początku, pierwszego dnia, jak gdyby zdawała sobie sprawę, że nie ma niczego innego do ofiarowania. Ich miłość jest budowlą przedziwnie asymetryczną: wspiera się na absolutnej pewności jej wierności jak ogromny pałac na jednym słupie (...)

Uwielbiam książki o miłości .. nawet o miłości tak pokaleczonej, smutnej, zagubionej. A Kundera ma niebywałą umiejętność przedstawienia tematyki związków ludzkich. Zagłębia się w psychikę i precyzyjnie określa różnice pomiędzy postrzeganiem życia przez kobiety i mężczyzn.

Wrócę jeszcze do niego. Kocham książki, w których liczba zakreślonych cytatów jest porażająca.

Pora już powiedzieć dobranoc.
A zatem dobranoc.

Wasza nocą czytająca i pisząca
Virginia


2009-08-13

Harakiri

Oddam siebie w dobre ręce. Natychmiast.
Inaczej popełnię harakiri.
Dwa miesiące non stop z dwójką dzieci, w domu, przed domem, za domem i poza domem to stanowczo za dużo.
Moja głowa to bęben, na którym od rana do wieczora ktoś gra i ubóstwiam swoje dzieci, ale ich witalność i energia przerosła w tym roku moje najśmielsze oczekiwania.
Mam w domu dwa cyborgi. Albo jakiś kosmitów. Albo klony klonów nie moich klonów.

Na pracy nie potrafię się skupić. Liczby z raportów rosną do nieskończoności. Analiza utyka w połowie przemyśleń, bo nie nadążam między śniadaniem, drugim śniadaniem, a obiadem rozwinąć węży mózgowych i zaczynam po obiedzie setny raz to samo. Spisałam osiemdziesiąt adresów mailowych, napisałam maila, którego miałam wysłać do kobiet oczekujących na wieści ode mnie, po czym dałam Usuń, a nie Wyślij. Jupii !!!

W nagrodę poszłam z Przyjaciółką na kawę.
I na nieplanowaną szarlotkę z lodami i bitą śmietaną.
W d...  mam tego całego Dukana.

To tyle skargi na dzisiaj.
Idę po koc, poduchę i idę na taras pooglądać perseidy.
Może łzy św. Wawrzyńca dadzą mi moc na ostatnie 3 tygodnie wakacji.

p.s wiem, że mi minie zmęczenie jak tylko się prześpię i jak na dzień dobry usłyszę od Loli "kocham Cię mamusiu". Ach te dzieci. 
 
 

2009-08-10

Bilans minionego weekendu

Kiedyś już obiecywałam sobie, że nie będę oglądać filmów o katastrofach typu pożar, powódź, koniec świata, bo potem przez następne kilka nocy płonę, tonę albo wchłania mnie ziemia.
Wczoraj jednak dałam się namówić, bo Nicolas Cage ma w sobie to coś co Meg Ryan i tym oto sposobem obejrzeliśmy "Zapowiedź"...

Podczas uroczystości otwarcia pewnej szkoły podstawowej zakopana zostaje kapsuła czasu, do której włożono rysunki dzieci przedstawiające według dziecięcych wyobrażeń przyszłość. Między nimi znalazł się jeden, niezwykle dziwny od małej, nieco zagubionej Lucindy. To dwie strony cyfr, z pozoru nic nie znaczących, jednak jak się później okazuje cyfr prorokujących najważniejsze katastrofy jakie nawiedzą świat w przeciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. Skąd kilkuletnia dziewczynka mogła je znać? Kim są ludzie szepczący jej słowa, które doprowadzają ją w dorosłym życiu do samobójstwa?
Rozwiązaniem tej zagadki zajął się Chandler, profesor astrofizyki, ojciec małego Caleba, który ten tajemniczy układ cyfr sporządzony przez Lucindę przynosi ze szkoły w dniu wydobycia kapsuły po 50 latach od jej zakopania.
Analizuje liczby, które jeszcze tej samej nocy układają się w zestawienie dat, liczby ofiar i współrzędnych tragedii jakie już miały miejsce... zostają tylko trzy. Trzy, którym Chandler próbuje zapobiec. Czy się mu uda? Czy jedyne w tym zestawieniu litery EE uda mu się rozszyfrować?

Nie zdradzę tego. Przyznam się jedynie do faktu, iż kilkakrotnie miałam koc na głowie i w nocy... nie powiem co w nocy, bo nie mielibyście przyjemności z oglądania tego filmu.

Tak się tylko dziś zastanawiam jak to będzie z tym rokiem 2012, kiedy to już kolejny z rzędu koniec świata ma nastąpić? Jedni mówią, że nastąpi potop, drudzy, że ziemia spłonie, jeszcze inni, że ludzkość się wymorduje nawzajem... a w międzyczasie pech chodzi po ludziach i na przykład tego weekendu zginęło 46 osób na drogach.

A nas też pech prześladował. W zwykły sobotni dzień ...
- nasz mały york zeskoczył źle z fotela i sparaliżował go skurcz, który już w naszych głowach przeobraził się w umierającego psiaka i nastąpiła zbiorowa histeria
- wystawiłam wieżę na taras, co by nam dzień miło płynął i słońce ją spaliło (moją kochaną kuchenną przygrywajkę)
- Lola miała zły dzień
- nowy tarasowy stolik prawie spłonął, bo dzbanek z wodą zadziałał jak soczewka i wypalił dziurę
- rozwodząc się nad stolikiem zapomnieliśmy o obiedzie i spłonęło mięso na patelni
- Charli zaczął mieć zły dzień
- chwilkę później wystrzeliły gotujące się jajka i wypłynęło żółtko, które wypłynąć nie miało i trzeba było gotować nowe
- po południu otrzymałam na poprawę humoru kieliszek czerwonego wina i o mały włos nie połknęłam leżakującej sobie w nim osy
- wieczorem niosąc piramidę koców i ręczników przeleciałam przez dmuchany fotel i zdarłam kolana ...

p.s dieta trwa, ale waga stanęła w miejscu. Wszystko przez Dosię, która to przewidziała :) I chyba zaczynam tracić silną wolę, bo pochłonęłam na śniadanie bułkę z nutellą...

Miłego dnia

Wasza poturbowana przez dmuchany fotel
Virginia



2009-08-08

Pustka

Cisza wisi w powietrzu.
Nie słyszę stukających o szczebelki małych stópek. Nie czuję zapachu dziecięcego szamponu. Nie podnoszę z ziemi maskotek. Nikt nie chrapie, nie obija się o ścianę, nie mówi przez sen. Nikt nie płacze z tęsknoty za mamą...

A ja budzę się w środku nocy, nasłuchuję, znowu zasypiam i znowu się budzę. Wstaję, żeby pogłaskać ich po głowach, poprawić kołdry, przykucnąć przy łóżkach, dać mleko... i tęsknię za czymś co już nie powróci.

Charlie i Lola odeszli do swych pokoi. W sypialni na miejscu ich łóżek stoją już nowe meble...
Potrzebuję czasu, żeby przyzwyczaić się do ich zimna.

Wasza dziwnie dziś samotna
Virginia


2009-08-06

Wszystkiemu winny gofr


 
( ktoś się zakochał )

  
( a z miłości tej coś się narodziło :)


  

W związku z tym, że wakacje nad morzem chyba nie dojdą do skutku ( z powodu miliona komplikacji typu co z psami, co z pracami, co ze świńską grypą, która niczym przyczajony tygrys tkwi w brudnych plażowych toaletach, co z Lolą, która w samochodzie jest w stanie usiedzieć maksymalnie godzinę, a potem już powtarza niczym katarynka "nudzi mi się, mam już dość, nudzi mi się, mam już dość" ...  itp.itd. ) postanowiliśmy troszkę pojeździć po okolicy. Byliśmy w obiecanym od dawna Dinoparku, gdzie dopadł nas niemiłosierny upał (33 stopnie) i cudem przeżyliśmy wspinaczkę do wyjścia, po stromym zboczu ułożonym z prehistorycznych kamieni. Ja w japonkach balansowałam na krawędziach podtrzymując Lolę. Na jednym ramieniu dyndał mi aparat, na drugim kamera. Ale to nic w porównaniu z Drugą Połową. Na jego głowie dyndał wózek Loli.
Jednak mimo zmęczenia wyprawę uznajemy za udaną i jak na prawdziwe letnie wakacje przystało ...
Następnego dnia byliśmy w Parku Miniatur, a kolejnego na Tygodniu Kultury Beskidzkiej, co było pomysłem nie najlepszym. Zapach pysznego regionalnego jedzenia podziałał na mnie jak płachta na byka. Z prawej oscypki z grilla, z lewej kaszanka, szaszłyki, golonka, ziemniaczki opiekane, chlebek ze smalcem i ogóreczkiem (jak przeczytałam na głównej dziś, że smalec można robić z psa, to więcej się nim zachwycać nie będę), kołacze z jagodami, serem, makiem... wymiękłam i mam dziś wyrzuty sumienia.
Nie zjadałam nic z powyższych pachnideł, ale nie dałam rady przejść koło smakowitego gofra z bitą śmietaną i polewą czekoladową. Nosz szlagen trafen... tydzień diety zakończyłam mega kaloryczną nagrodą .
Tak, jestem niekonsekwentna.
Tak, są wakacje i wybrałam zły moment na oczyszczanie organizmu, bo zewsząd coś kusi.
Tak, mam dość po tygodniu białego sera, yogurtów, ryb, jajek i sosu czosnkowego... ale nie przerywam. Mimo grzeszków zrzuciłam boczne zderzaki, czyli tłuszczyk z bioderek w ilości 2,3 kg.

Idę zrobić sobie kawę i wyjąć dorsza na obiad. Żal mi go tak jak tych psów na smalec, ale coś trzeba jeść. Dzieci robią z bałaganu jeszcze większy bałagan ( czemu podczas nieobecności w domu, dom i tak się bałagani. Czemu to nie jest tak jak we włoskich toaletach, że zamyka się drzwi, a za nimi odbywa się dezynfekcja i wszystko błyszczy przy kolejnym ich otwarciu).

Pora ruszyć do ataku na dom, i obiad trzeba dla wszystkich ugotować, i pranie wyprać... a na półce leży świeża dostawa książek:

 - "Nieznośna lekkość bytu" - Milan Kundera
 - "Dziennik Anais Nin, tom 3" - Anais Nin
 - "Anna Karenina" - Lew Tołstoj
 - "Droga do szczęścia" - Richard Yates
 - "Synowie i kochankowie" - David Herbert Lawrence
 - "Sen zielonych powiek" - Edyta Szałek
 - "Bambino" - Inga Iwasiów


... już na każdą z nich doczekać się nie mogę.

Miłego dnia (u mnie pada)

Wasza popełniająca grzechy z goframi
Virginia

2009-08-04

Virginia w "Bluszczu" po raz drugi

                      

Jest trzeci sierpnia...
Słońce delikatnie muska nagie partie mojego ciała. Wiatr łączy pojedyncze pasma włosów w pary i uczy ich walca, a z oddali dociera do mnie dźwięk maszyny zaplatającej zboża w warkocze.
Usiadłam na chwilę przy kawie. Od pięciu dni jej nie słodzę i stwierdzam, że dopiero teraz poznaję jej prawdziwy smak. Już nie wrócę do słodzenia.

Przede mną leży sierpniowy Bluszcz. Jeszcze pachnie drukiem. Uwielbiam ten zapach. Mam świadomość tego, że właśnie zaczyna się jego życie i tak się zastanawiam jak będzie wyglądał za 20 lat... czy zżółknie ze starości, czy przesiąknie naszym domem, czy nie zaginie gdzieś w morzu zapomnienia?

Myślę, że nie. Trafi do pudełka z pamiątkami i tam się zestarzeje.
Razem ze mną i wspomnieniami o dniu dzisiejszych, kiedy to niemożliwe stało się możliwe i moje słowa spoczęły między słowami np. pani Marshy Mehran, pani Grocholi, pani Chmielewskiej, pani Kalicińskiej, pani Rybałtowskiej, pana Machulskiego i wielu innych znanych piszących
To dla mnie duże wyróżnienie... dziękuję.

 
(słowa w druku zawsze wydają mi się takie nie moje, ale te trole na obrazkach - wg projektu redakcji - całkiem mi są znajome :)


 

(a tak prezentuje się okładka Bluszcza, który jest częścią historii mojego bloga :)
 

Wasza jak zwykle w takich chwilach uskrzydlona
Virginia



2009-08-03

Black& white

Czasem wydaje mi się, że świat się kręci, a ja stoję w miejscu.
Czasem, że to ja się kręcę, a świat stoi.
W oby dwóch przypadkach kręci mi się w głowie i gubię myśli pomiędzy przystankami "marzenia", a "rzeczywistość".

Denerwuje mnie różnica pomiędzy chciałabym, a powinnam...
Jak między biały i czarny.
Nigdy białe nie będzie czarne.
Tak jak nigdy to co chcę, nie będzie tym co powinnam.