2009-02-16

Biało wszędzie... co to będzie

Zasypało nas. Od przodu, od tyłu i na wprost też. Padało dwa dni, a wiatr tańcząc na wolnej przestrzeni stworzył na śniegu nieregularne wydmy. W niektórych miejscach wpadłabym do śniegu po uda, jakbym tylko wpaść chciała, ale wolałam czujnie pieczę sprawować nad Lolą, która eksperymentowała ze zjawiskiem znikania w śniegu.
Zbudowaliśmy igloo, takie z przejściem na wylot, jakby się zawalić miało, żeby za nogi można było wyciągnąć jednego i drugiego. A potem rozpoczęła się akcja odkopywanie domu i drogi... no i trwała dwie godziny.
Uwielbiam nasz zakątek końca świata, ale jak przychodzi taka dwudniowa zamieć, to robi się na tyle ciekawie, że trzeba jakieś 150m drogi odśnieżyć, żeby wyjechać na główną drogę.
A to, że wczoraj ją druga połowa odśnieżyła, i dziś też, to jeszcze nie znaczy, że jutro o poranku z domu wyjedziemy...

p.s. valentinesy spędziliśmy tradycyjnie w domu, w miłości rodzinnej do kupy zebranej.
Dostałam ciekawy prezent... książkę "Brida", czekoladowego lizaka i własnoręcznie przyrządzone przez drugą połowę golonko po bawarsku :)
I tak sobie wieczorem z tej okazji troszkę do naszych klimatów młodzieńczych wróciliśmy muzycznie

I trzy kartki dostałam. Od Charliego (najcenniejsza, bo pierwsza taka własnoręcznie napisana), Drugiej Połowy i Przyjaciółki Pisarki.
Wszystkie prosto z serca. Dziękuję.

Wasza wełną zewsząd otulona
Virginia



2009-02-13

Na dobranoc

"Świat, w którym żyje każdy człowiek, zależy
przede wszystkim od sposobu,
w jaki go pojmuje. To samo zdarzenie,
które lotny umysł ujmuje interesująco
i odbiera jako przygodę, dla umysłu płaskiego i banalnego
będzie bezbarwną sceną z życia codziennego.
Pierwszym i najważniejszym warunkiem szczęścia w naszym życiu jest to, czym jesteśmy, 
nasza osobowość"

                             "Dziewczyna z zapałkami" Anna Janko




2009-02-11

Za oknem znowu pada deszcz ze śniegiem, szarość króluje, horyzont zanika. Wiosna mimo kilku prób przejęcia pałeczki, poddała się. Odeszła. Zapomniała jak bardzo potrzebna jest ludziom do życia, szczególnie mojej skromnej osobie. Jestem spragniona słońca, pączków na drzewach i długich ciepłych wieczorów na tarasie. Chcę już zobaczyć motyla, ludzi na rowerach i kwiaty w ogrodach ...
Zupełnie inaczej się wtedy myśli, żyje i oddycha.
Wnoszę zatem apel i zbieram podpisy pod petycją o przywrócenie wiosny :)

Nawet kryzys gospodarczy już zupełnie nie ma czym oddychać. Robi się niebezpiecznie nerwowo i chyba pora kupić świnkę skarbonkę. Taką jak to za dawnych lat się w kiosku ruchu na rogu ulicy kupowało.
Upada wszystko co wydawało się, że przetrwać powinno. Huragan sieje postrach wśród całego świata, zwanego obecnie wyjątkowo niestabilnym dominem.
Ludzie nie mają w co inwestować, na słowo giełda wszyscy torsji dostają, nieruchomości spadają z cen i jest ich coraz mniej na rynku, a banki stały się największymi wrogami przeciętnego kowalskiego, bo pomału taki nie spełnia warunków, żeby w ogóle do banku zostać wpuszczonym.
Myślmy zatem...może coś wymyślimy, bo teraz to już etap, że myśleć muszą wszyscy.

Zasiadłam rano do swojej pracy, zrobiłam sobie kubek gorącej jeżynowej liptonki i przejrzałam raporty, które kurczą się w swych wynikach i co tu dużo mówić u mnie też wygląda to źle. Zaraz po skarbonce kupię sobie chyba jakiś poradnik "jak przetrwać" i być może skorzystam z wcześniejszych pomysłów mojej Drugiej Połowy. Będę turystów puszczać z góry w magicznej kuli, a jak nie będzie chętnych to sama siebie puszczę i może chociaż jakiś rekord guinnessa strzelę .. a co... jakby nie było też jakiś sposób na życie :).

p.s.
Charlie zaraz wróci ze szkoły, więc pora do kuchni się udać, włączyć radio i posłuchać może czegoś wiosennego, co bym obiadu w tej szarości nie zatraciła.
A Lolka właśnie ukradkiem dopiła mi resztkę herbaty i dumna jest, że się jej udało zrobić to niezauważalnie i polać drugą już dzisiaj bluzkę.
W przeprosinach otrzymałam całusa ze świeżej kieszonkowej dostawy. Od kilku dni przechowuje w nich buziaki i rozdaje swoją miłość z małych rączek... oby te zapasy się jej nigdy nie skończyły ...

A ja skończyłam "Kieszonkowy atlas kobiet"... wrócę jeszcze do niego. Fenomenu Marysi Peszek i jej "Paszportu Polityki" nie rozumiem, ale Sylwię Chutnik jak najbardziej tak. To cztery odrębne historie: Czarnej Mańki, pani Marii, paniopana Mariana i Marysi...
Mimo kieszonkowego formatu nie polecam jej jednak na lekturę wakacyjną... to raczej zimowy nastrój, takiej oto dzisiejszej za oknem szarości.

Miłego dnia kochane/ni :)


2009-02-08

Jaś wędrowniczek

Wybrałam się wczoraj na zakupy z ambitnym planem wzbogacenia szafy o elegancką bluzkę, elastyczne rajstopy i kolorystycznie zgrane ze spódnicą (upchaną w ekologicznej siateczce) buciki. Zamykałam się kilka razy w kabinie pod pretekstem wyglądania jak człowiek godny warszawskiej gali i ...Wróciłam z prezentem dla nowo narodzonego dzidziusia, paczką Haribo, nowym numerem "Bluszcza", kremowym stanikiem aktualnie niepotrzebnym, czternastoma bułkami i dwoma maskotkami.
To było do przewidzenia.

Po południu, w celach relaksacyjnych wybraliśmy się do przyjaciół, gdzie czekała na mnie miła niespodzianka i obdarowana zostałam zaszczytnym  honorowym tytułem matki chrzestnej. Ucieszyłam się niezmiernie, tym bardziej, że maluszek przyszedł na świat w osiemnaste urodziny mojej siostry, a zatem wszystko zostaje w rodzinie.
Bożeszz, jaki on słodki jest... już zapomniałam jak wyglądają rączki rozpoczynające dopiero podróż przez życie, jak malutkie są paluszki u nóg, jak zapach noworodka wpływa na wzruszenie tkwiące w człowieku. Mały zadarty nosek, uszko niepozornie zagięte o poduszkę i usteczka lekko rozchylone gotowe na przyjęcie pokarmu miłości.

Wzruszeniu ulegli też nasi panowie, którzy wzruszyli się tym, że my się wzruszyłyśmy, no i postanowili się odpowiednio nawodnić.
Pan Tata, o twarzy i uśmiechu Kevina Costnera zniknął za drzwiami salonu, a tuż za nim podreptał mój pan, w celu dotrzymania mu towarzystwa.
Po chwili wrócili już ze szklaneczkami swojego ulubionego "soku z gumi jagód" (czyt. whisky). Czas działania soku od momentu wypicia do chwili podskakiwania na fotelach jest niezwykle szybki w ich przypadku. Śmieją się ze słów, które nawet wypowiedziane nie zdążą być. Ot, taka męska szczera radość ludzi rozumiejących się bez słów.
Nikt nie wie o co chodzi. Tylko przyjaźń ich rozumie.

W drodze powrotnej miałam zatem na tylnym siedzeniu troje dzieci.
Dwoje z nich, tych najmłodszych grzecznie siedziało, a trzecie nadawało jak z automatu: a wiesz, że johnnie walker to inaczej jaś wędrowniczek i on wyobraź sobie zaczynał od mieszania herbaty i potem długo, długo nic zanim pierwszą whisky zmieszał ... a wiesz, że ta zielona green label co mi na barku stoi to ona aż piętnaście lat leżakowała... a wiesz, że Wiliam Grant był czeladnikiem, i chór kościelny prowadził i to właśnie ksiądz odmienił jego życie, bo wskazał mu źródło specjalnej wody... a wiesz, że blue label to po sześćdziesiąt lat leżakuje... zdaje mi się, czy szybko jedziesz ?
... a wiesz że ten Grant to miał dziewięcioro dzieci, siedmiu synów i dwie córki, i wyobraź sobie, że oni wszyscy pomagali mu zbudować gorzelnię i rozkręcali biznes razem z nim ...  a wiesz, że whisky jak już mieszać to tylko z wodą, nie tam z żadną colą... no, a najważniejsze, wiesz, że  co cztery sekundy otwierana jest nowa butelka johnnie walker red label... kurczę, jak ja bym chciał mieć własną gorzelnię... mam wrażenie, że mnie nie słuchasz  i pędzisz do domu, żeby się mnie już pozbyć i do łóżka mnie upchnąć...

 - Ależ słucham kochanie...
 - No, bo myślałem... Czy ja już ci kiedyś to mówiłem?
 - Ależ skąd... nigdy, przenigdy...

Ach, Ci mężczyźni. Też potrafią być monotematyczni.

Ale wracając do wzruszeń bardziej kobiecych, pogrzebałam za wspomnieniami i znalazłam te oto zdjęcia małej Loli ...

 

 

 p.s.
Właśnie Charlie mnie zapytał, czy nas york pochodzi z Nowego Yorku. Mówię mu, że nie, że z innego Yorku. A on na to, że dziwnie mu tu musi być skoro z Anglii pochodzi i nas nie rozumie ...

Idę postawić rosół  i dokończyć "Kieszonkowy atlas kobiet"... przeraża mnie ta Polska nasza od wewnątrz... chwilami mam ochotę tą książką rzucić pod łóżko, ale jednak tego nie robię, nie wiem czemu... fenomen chyba tkwi w sposobie w jaki Sylwia Chutnik ujęła ten cały marazm. Boli samotność tych ludzi. 

Miłej niedzieli

Wasza przysypiająca dziś
Virginia

2009-02-06

S.O.S. Panika!!!

Śniła mi się dziś inwazja kosmitów. Przylecieli statkiem kosmicznym w kształcie piramidy egipskiej i ... proste. Porwali mnie.

Od rana próbuję się zmobilizować do zadań domowych, o pracy nie wspomnę, bo wypada mi nawet długopis z rąk. Wszystko tak szybko się dzieje, a ja przy tych emocjach niczym nakręcony bączek kręcę się w tym samym miejscu. Ale się zrobił ambaras :)
Ja, Virginia, zamieszkująca daleką galaktykę, inaczej zwaną wsią na zadupiu, ruszam 12 lutego do wielkiej Warszawy na uroczystą galę rozdania tytułów Blog Roku 2008. To tam z ust Oliviera Janiaka padnie kto owe nagrody otrzyma.
Czy się stresuje? Ależ skąd :) Wcale, a wcale.
Oczyma wyobraźni widzę jak zmierzam krokiem posuwistym na nie moich nogach w stronę sceny i łamię po drodze nieużywany dwa lata obcas, bądź zaplątuję się w kreację, której jeszcze nie mam.
Dobra... panikuję... nie ukrywam tego, że przerosło to moje najśmielsze oczekiwania, a biorąc pod uwagę, że śmiałość moja jest daleko w lesie, to może być ciekawie.

Dzieci moje kochane widząc strach w oczach matki zawisły na mnie w ramach wsparcia. Lola od rana każe się całować w rączki, bo chowa sobie całusy do kieszonki na potem. Charlie z wybitym palcem wskazującym potrzebuje mojej pomocy nawet w toalecie, ale aktualnie koniecznie muszę zabrać udział w konkursie jaki urządzają, a zatem się żegnam ... idę położyć sobie szklaną kulkę na łyżce i w ramach odprężenia zrobię kilka rund po pokoju. Dziwne zasady, wygrywa ten, któremu kulka spadnie pierwsza.
Druga Połowa dzwoni co pięć minut czy żyję... a ja chyba nie żyję... ja śnię. I w dodatku nie oddycham.

Wasza z kołatką zamontowaną u progu serca
Virginia


2009-02-02

Mohikanin

Tytułem wstępu: To nie moje życie... ale życie podobne do mojego.

Przed próbą skorzystania w poniżej opisanych metod wywołania seksu z łóżka, proszę skonsultować się z osobistym terapeutą, jak również z terapeutą partnera.
Za stłuczone kości lędźwiowe, jak również potargane piżamy nie odpowiadam.
Nie gwarantuję też, że włochate, buraczane dywaniki zmieszczą na sobie dwoje normalnej wielkości partnerów.

- Kuba... ja tu oszaleję - powiedziałam załamanym głosem do męża leżącego obok  i odłożyłam na nocną szafkę książkę otwartą od godziny na pierwszej stronie.
- To idź spać na dół - odpowiedział półgłosem mąż mój osobisty, zaczytany we własnej lekturze o latających smokach i dzielnych rycerzach.
- Nic nie rozumiesz! Możesz na chwilę odłożyć książkę, muszę z Tobą porozmawiać - mówiąc to, marszczę brwi i przybliżam się bliżej faceta, który ma trzydzieści lat i trzyma w rękach książkę ze smokiem o pięciu głowach na okładce.
- Za chwilę skarbie. Główny bohater właśnie złamał miecz i będzie walczył gołymi rękoma - odpowiada i zaciąga sobie kołdrę, aż po szyję nawet na mnie nie zerkając.
- Jesteś jak małe dziecko, mam nadzieję, że ten wielki smok odgryzie wszystkie pięć kończyn temu twojemu... jak mu tam... mohikaninowi - prysnęłam złośliwie i chcąc z impetem wyrażającym moją obrazę odwrócić się tyłem do męża, nie wymierzam dobrze mojego energicznego obrotu i spadam z hukiem z łóżka.
- To nie smok tylko dinozaur – dławi się śmiechem mój paskudny mąż.
Leżąc tak na buraczanym włochatym dywaniku uświadamiam sobie, że spaść z łóżka bez uprawiania seksu to mogę tylko ja. Ja... żona męża, któremu też zdarzyło się już spaść. Fala gromkiego śmiechu dopada mnie od tyłu i zaczynam szczerzyć zęby do wełnianej wycieraczki.
- Upsss, skarbie, czy coś się stało, bo nie wiem, czy to była część twojego zaplanowanego wieczornego spektaklu, który miał na celu przerwać moje oddanie się lekturze, czy może po prostu chciałaś niepostrzeżenie wymknąć się z łóżka?
- Chciałam popełnić samobójstwo i dawałam ci znaki, a ty zauważasz dopiero po fakcie – mówię, siedząc pod tapczanem i ciągle próbuję wyplątać się z pościeli ,ale osłabiona powstrzymywaniem śmiechu nie potrafię znaleźć odpowiedniego rogu.
- Kochanie... następnym razem przed snem otwórz okno i jak napadnie cię depresja to zamiast rzucać się z łóżka, rzuć się z okna i zawołaj z dołu czy się zabiłaś.
- Jakubie Walczak, to przestaje być śmieszne. Pomóż mi wstać, chyba za dużo dziś zjadłam.
- Dobrze piękna księżniczko, łap linę, ja rycerz wszech czasów, wciągnę cię do mojej wieży - mówiąc to rzuca mi jedną nogawkę od swojej piżamy i próbuje delikatnymi szarpnięciami podnieść mnie z ziemi.
Kiedy już unoszę się kilka centymetrów i prawie udaje mi się wdrapać, mój rycerz okazuje się oszustem i puszcza łączącą nas linę. Ląduję z powrotem na futrzanym dywanie, a śmiech paraliżuje mi policzki i nadymam się jak balon.
- Ojeju, księżniczka chyba znowu po kryjomu zjadła pieczoną świnię w zalewie z czerwonego wina - komentuje rycerz kulając się po tapczanie w moją stronę - Poświęcę się i skoczę żeby ją ratować - dodaje lecąc już w moim kierunku.
- Nieeeeee -krzyczę, ale mój krzyk zostaje natychmiastowo stłumiony spadającym na mnie wielkim rycerzem, bez dołu od piżamy i z gotową do walki swoją czarodziejską różdżką, która bardzo szybko zaczęła działać i przeniosła nas w magiczny świat rozkoszy.
I znowu nie zdążyłam nawet rozpocząć rozmowy na temat, który próbuję poruszyć od miesiąca ...
Odpłynęliśmy na włochatej buraczanej , metr na półtorej tratwie i nic się więcej tego wieczoru nie liczyło...
W nocy śnił mi się wielki, żółty, latający smok. Szybował nad moim domem wydając z siebie przerażające dźwięki. Miał tylko jedną głowę, ale za to pięć czarodziejskich, powiewających na wietrze różdżek.
Dobrze, że leżałam na włochatej tratwie i nie miałam już z czego spaść.

Uprzejmie donoszę, że fragment ten jest moim osobistym fragmentem i być może kiedyś z fragmentu zrobi się całość. Zatem proszę nie kopiować i nie umieszczać owego fragmentu w autobusach, szkolnych ubikacjach, ani też w poradnikach małżeńskich.

p.s.
Łupnęło znowu coś w moim kręgosłupie. Babie się zachciało w niedzielę prasować i Pan Bóg ją ukarał. Ledwo siedzę i mam garba na prawym biodrze, bo coś spuchło, ale nie wiem co?
Druga Połowa wysmarowała mnie Ben gayem i nawet pies ode mnie uciekł.
Nie wiem czy mnie dziś do łóżka wpuszczą.
Dobranoc...


2009-02-01

Katyń

Wszystko co miałam w głowie, co przekazać chciałam klawiaturze... poległo.
Tak jak polegli polscy oficerowie.
Oglądnęłam "Katyń" Andrzeja Wajdy i nic już dziś nie napiszę...

Muszę się położyć i zasnąć, bo boli mnie tył głowy.

2009-01-30

Własny pokój

"Nie pytaj siebie, co potrzeba światu.
Zapytaj się, co ożywia ciebie, i idź, zrób to,
ponieważ światu potrzeba ludzi żywych"

                                                                        Gil' Bailie

Coraz bardziej zaczynam się przekonywać o tym, że muszę zmienić pokój. Kiedyś czułam się w nim dobrze, pośpiech mi nie przeszkadzał, wręcz mnie motywował, spełniałam się jako kobieta biznesu, żyłam planami, wyznaczanymi celami, wizją spacerowania po tęczy.
Teraz coraz częściej bronię się przed wejściem do drzwi, za którymi zamiast dużego pokoju znajduje się mała klatka. Czuję się w niej niepewnie, nie potrafię się w pełni wyprostować, nie jestem sobą. Już nie sprawia mi radości skórzana aktówka w dłoni, trzy komórki, biznesowy kostium i umówione spotkania na których muszę przedstawiać wizję owej kolorowej tęczy o barwach daleko odbiegających od pastelowych.
Wchodząc do tego pokoju nie czuję psychicznej przestrzeni, moja siła nie regeneruje się już tak jak kiedyś i każdy upadek pogrąża mnie w paskudnej niemocy uniesienia się.
Nic mi się już w tym pokoju nie podoba.
Nic nie jestem w stanie przestawić.
Nic mi nie wychodzi tak jakbym chciała, bo bałagan jaki w nim panuje sprawia, że kurczę się coraz bardziej i bardziej i bardziej...
Wczoraj po raz kolejny przekonałam się, że to się już nie zmieni, że chyba się tam już nie wyprostuję ... głową muru nie przebiję.
Czy otwarcie okien na oścież coś da? Czy można ten pokój wywietrzyć? Chyba nie. Chyba najwyższa pora zmienić wystrój. Bo mimo iż się staram czuć się tam dobrze, to maska niewygody uciska mnie coraz bardziej.
Nie wierzę już, że cokolwiek się zmieni w tym pokoju, który najwyraźniej moim pokojem już nie jest ... jest mi obcy i paskudnie narzucający się.
Jest bez zasad. Bez fundamentu zaufania.
Bez kwiatów, które potrzebuję do życia.

Od zawsze miałam w sobie coś innego. Tak jak już pisałam, chyba miedzy Marsem a Wenus spadłam, albo może w ogóle z jakiegoś innego niebytu się wzięłam. W żaden sposób nie kusi mnie wizja bmw przed domem. Nie chcę go zdobywać w sposób jaki mi proponują. Nie chcę biec przez życie. Nie chcę jeść odgrzewanych obiadów, na stojąco, z komórką w ręce, bądź nie jeść ich wcale.
Cieszy mnie codzienność, zwyczajna niezwyczajna. Cieszy mnie zdanie w książce, które mogę czytać tak długo, aż zapamiętam. Cieszy mnie ręcznie robiona zakładka podarowana w prezencie. Cieszy mnie zupa z porów na gazie. Nowy pączek kwiatka na oknie. Widok za tym oknem. Spadające płatki śniegu. Życie. Bycie. Trwanie. Wchłanianie. Wieża z klocków. Przelatujący nad domem klucz kaczek. Wieczór na tarasie. Camembert w żurawiną. Ogrodowy krasnal. Siku w nocniku. Miłość. Ciepła kąpiel. Tabliczka mlecznej czekolady. Poranek. Południe. Wieczór.
Cieszą mnie moje szkatułki. Moje słowa. Prenumerata Bluszcza. Marzenia. Wyprawa do księgarni. Muzyka. Turlanie z dziećmi po śniegu. Zachód słońca oglądany z bujaka. Cieszy mnie chwila. Loczki mojej córki. Bystrość syna. Czułość męża. Spacer. Niedzielny poranek...
Chcę czuć. Smakować. Zapamiętywać. Przeżywać. Czerpać radość.
Chcę trwać w życiu, a nie obok życia.

Ważne jest to, żeby odnaleźć własny pokój. Aby urządzić go tak, żeby się w nim nie dusić. Bez względu na to, co on będzie zawierał, musi dawać radość komuś kto w nim przebywa. Tak samo szczęśliwy może być dzień karierowiczki, jak i matki zajmującej się domem...
Nie patrzmy na to, że kariera jest w modzie albo, że psychologowie zalecają obecność matki przy dziecku do trzeciego roku życia... modne dla każdej z nas powinno być to, w czym czujemy się spełnione.


Wasza posiadająca już własny pokój
Virginia



2009-01-29

Szkatułki do przechowywania marzeń

Znalazła się luka w międzyczasie i strzeliłam dwa nowe cudeńka. Oby dwa na prezenty urodzinowe z dedykacjami od spodu i mam nadzieję, że będą służyć, bo...
Szkatułki są magiczne. Należy słomką do napojów, przez niewielki otwór, wdmuchać w nie marzenie, a następnie szczelnie zamknąć szkatułkę.
Kiedy nadejdzie odpowiedni moment na spełnienie marzenia wystarczy ją otworzyć i nie bać się podążać drogą jaką będzie wskazywać szkatułkowy duszek.

 

 



 

 



A robiłam je tak :
- suche drewno maluję białym gruntem;
- grunt schnie sobie godzinę;
- potem papierem ściernym szlifuję każdy zakamarek, zdmuchując z nosa resztki pyłku;
- następnie mieszam farby, bo milionów odcieni nie mam, żeby dopasować coś do motywów kwiatowych ... mieszanie trwa i trwa i zawsze wymieszam farby za dużo bądź za mało;
- w międzyczasie kilka razy spada mi pędzel jeden bądź drugi bądź trzeci, bo zazwyczaj mieszam trzy kolory i czekam co z nich wyjdzie, bo generalnie pojęcia nie mam jak mieszać kolory;
- malowania dokonuję pędzlem za 28zł co mnie stresuje, bo pan kazał o niego dbać, nie przemęczać, nie pod włos, nie doprowadzić do zasuszenia farby na owym specjalnym pędzlu, z włosia nie wiem jakiego, więc latam co 15 minut pędzel owy ciepłą wodą z mydłem odżywiać, co by mi trupem nie padł;
- maluję najpierw na zewnątrz i przegródki wewnątrz; potem farbę mieszam z białą na jaśniejszy odcień i maluję wewnątrz, co sprawia, że lawiruję na krawędziach, bo taśmy sobie jeszcze nie kupiłam i staram się sama równo wykańczać...
- potem biorę pomocnika, panią suszarkę i suszę w miejscach podatnych na sklejenie, i w innych też, tak żeby już nigdy nie odciskać palców a to tu, a to tam ...
- następnie lawirując w powietrzu unoszoną szkatułką maluję spód, wciskając dwa paluchy pod wieczko, żeby się jeszcze boki nie skleiły i modlę się, żeby nie runęło mi to tworzone cudo z rąk;
- suszę spód, z dziesięć piętnaście minut, kładę na ścierce i na przykład przy krokusach wieczko maluję też jaśniejszym takim jak środek; zostawiam pomalowaną szkatułkę na noc;
- pół godziny szoruję pędzle, pędzelki, miski, miseczki, stół i zlew;
- dnia następnego jestem padnięta trzygodzinnym malowaniem i sobie daruję dalsze czynności;
- dnia kolejnego wycinam motywy z serwetek, nożyczkami, nożykiem, żyletką i naklejam specjalnym klejem do decoupage, który miał być bezbarwny, ale nie jest i mi ślady białe zostawia, które potem traktuję mokrą ściereczką...z serwetki oddziela się trzy warstwy i nakleja tylko jedną, co wiąże się ze stratą całej szkatułki jak serwetka się przerwie, bądź zwinie, bądź stwierdzi, że się krzywo ułożyła...to najbardziej niebezpieczny etap i lepiej, żeby mi nikt nie przerywał;
- następnie klej musi wyschnąć do suchego, więc wykorzystuję czas na cieniowanie farbami obok motywów jeśli to konieczne (przy słonecznikach nie, przy krokusach tak), no i tu mam nie lada problem jak stworzyć odpowiedni kolor, no bo na kolorach się nie znam;
- po cieniowaniu następuje żmudny etap kolejnej próby wywołania spękań, które do tej pory się jeszcze nie wywołały ... preparatów ci u mnie pod dostatkiem, ale chyba wszystkie przeterminowane, albo licho wie co z nimi jest...werniksy jednoskładnikowe, dwuskładnikowe, żadne nie działają, trzymam pół godziny, godzinę, dobę, takim pędzlem, siakim pędzlem, ruchami pionowymi, poziomymi, z suszarką, bez suszarki ... i nic
- więc wkurzona biorę lakier na bazie wody i maluję razy pięć, sześć, dziesięć... tak, żeby motyw serwetki był niewyczuwalny pod palcami, a o pęknięciach  postarzających jak na razie tylko marzę ... ale wyjdą mi w końcu, nie dam się;
- na zakończenie czyszczę pędzel po werniksie, który schodzić nie chce, a terpentyny już nie mam, bo sobie wylałam, żeby było śmieszniej na dywan na poddaszu...

Jak widzicie zrobienie takiej szkatułki to bułka z masłem, nie?
Kto spróbuje ręka w górę :)
Metodą prób i błędów można wiele osiągnąć... rozkręcam się i mam nadzieję, że nie polegnę, bo podarowanie komuś ręcznie robionego prezentu daje mi wiele radości.
Amen.
Znowu pierwsza.
Dobrej nocki
 
 

2009-01-28

Ma facet rację

"Dobrze wychowane towarzystwo uważa czytanie podczas posiłku za nieeleganckie, ale jeśli chcecie odnieść sukces w pisaniu, istnieje tylko jedna rzecz, którą winniście przejmować się mniej niż brakiem elegancji, a jest nią opinia dobrze wychowanego towarzystwa.
Jeżeli zamierzacie pisać szczerze, to wasze dni jako członków owego towarzystwa i tak są policzone."

                                                              Stephen King

No i ma facet rację... nie czytam przy posiłkach, bo zazwyczaj nawet nie jem, karmiąc dziecko po lewej, bądź dokładając temu po prawej, ale moje dni i tak wśród pewnych członków są policzone.

Kupiłam sobie dziś "Kieszonkowy atlas kobiet" Sylwii Chutnik (tegoroczna zdobywczyni Paszportu Polityki w kategorii Literatura - Nagroda za debiutancką książkę, która była jednym z wydarzeń roku. Za wyjątkowy słuch literacki, umiejętność zaglądania pod podszewkę miasta oraz portrety ludzi nakreślone z ogromną wrażliwością.)
Nawiasem mówiąc w kategorii Film zwyciężyła Małgorzata Szumowska za film, na którym udało mi się być i z którego udało mi się nie wyjść, a podobno dużej liczbie osób to się nie udało - Nagroda za film "33 sceny z życia - dzieło odważne, mądre i dojrzałe artystycznie. Za poruszający, głęboki psychologicznie obraz własnych przeżyć egzystencjalnych, które nabierają na ekranie charakteru uniwersalnego.
Do kategorii Muzyka popularna i Marysi Peszek staram się dojrzeć, może na wiosnę dojrzeję ... Nagroda za wykreowanie spójnej wizji artystycznej, śmiałą i oryginalną koncepcję języka w tekstach piosenek z płyty 'Maria Awaria' oraz za poetycką subtelność ekspresji wokalnej. - no nie do końca ta poetycka subtelność ekspresji wokalnej do mnie dociera... ale może się nie znam. Wolałabym tam w to miejsce np. Anię Dąbrowską wstawić... się pewnie nie znam.
Kupiłam też "Siedem szkiców" Virginii Woolf, bo już nie mogłam się doczekać i dreptałam za tym od miesiąca.
I "Panią" z książką Krystyny Jandy "Moja droga B.", bo trafiłam przypadkiem, a 4 marca na "Boską" się wybieram z koleżanką, która nie wiem skąd bilety wyczarowała... dzięki.

Jestem szczera i nie chce mi się dziś więcej pisać.
Poczytać biegnę.
Ene, due, rabe...

p.s.
byłam dziś z Charlim na "Opowieści na dobranoc" i stwierdził, że jutro buduje dom dla "wyłupka" , czyli małej świnki morskiej pojawiającej się gościnnie w filmie na głowie Adama Sandlera i potem jeszcze kilka epizodów zalicza. Swymi oczami jak kule bilardowe trafia człowieka prosto w serce i wytwarza śmiech zwany potocznie głupawką.
Wspomnę, że samego "wyłupka" jeszcze nie mamy, ale rozpoczęta została akcja mamoooo, proszęęęę, kuuuup ....

Jak na razie wystarczy mi nasz chomik "wyrzutek" co niczym karabin maszynowy wyrzuca coś czarnego z siebie i nikt oprócz mnie po nim sprzątać nie chce.



Dobrej nocki

Wasza pobudzona zapachem nowych książek
Virginia

2009-01-26

Księżniczka na grochu

Jestem. Siedzę i chrupię frytki pocięte z czerwonej papryki. Udaję, że nie widzę galaretek w czekoladzie zaglądających na mnie ukradkiem ze szklanej wazy leżącej na barku.
W pokoju obok Druga Połowa z Charlim ogląda... nie, nie, nie "Allo allo"... dziś w repertuarze "Żandarm z Saint Tropez". Odcinek tysiąc pięćset sto dziewięćset. Nie żaden matrix, gladiator, czy tomb raider, ale taki trzepoczący wiecznie łysą głową mały francuski żandarmik. Sama też lubię ten jego uroczo spanikowany wyraz twarzy otulony czarnymi jak słoma krzaczastymi brwiami.

Zeszłej nocy spadło na mnie jak kotara w teatrze wielkie zmęczenie.
Tak wielkie, że zasnęłam o dwudziestej usypiając Lolę. Nawet nie wiem, która pierwsza wtopiła się w poduszkę i zaczęła kołysać się jak na hamaku rozwieszonym pomiędzy dwoma jabłoniami ... odpłynęłam chyba pierwsza...
I to w stanie w jakim nie odpłynęłam już dawno, z osiem lat chyba... czyli w stanie makijażowo-dziennym, w stroju dresowo-sobotnim, z ilością kołder sztuki dwie. Z książkami pod poduszką, wiercącymi dziurę w głowie niczym zielony groszek księżniczkę w tyłek. Z półdupkiem spadającym z wielkiego łoża małżeńskiego, no bo przecież świadomość Drugiej Połowy, Charliego i psiaka, nie pozwala mi pchać się na środek. Nie przeszkadzało mi nic. Chciałam zasnąć i ominąć pierwszy raz od dawien dawna wieczorną kąpiel.
Gdzie te moje siły i codzienna energia na siedzenie do drugiej? Gdzie codzienna wieczorna lektura? Gdzie uprzątnięcie zabawek, garnki po kolacji, wyprane w pralce pranie, plan na niedzielny obiad...?
Nie było nic. Była poduszka. Był zapach małej dziewczynki, była jej dłoń w mojej dłoni. Była ulga dla zmęczenie.

Obudziłam się o ósmej rano. Z tym samym półdupkiem poza łóżkiem.
Z tym, że zamiast małej pachnącej dziewczynki na mojej poduszce leżał mały śmierdzący piesek. Jego nos prawie stykał się z moim, jego oczy mówiły nie wyganiaj, jego pyszczek prosił o pastę do zębów.
On się nie poddaje, nigdy, jego cel życiowy to siedzieć komuś na głowie, zawsze i wszędzie , w dzień i w nocy.
Czułam się jak po nieprzespanej nocy, mimo dwunastu godzin snu. Winny zwisający półdupek, Marylin Monroe pod głową i przetasowania na mojej poduszce. I tak cała niedziela... no żeszzz ty śnie jeden, żeby to pięć godzin akceptować, a dwanaście nie?
Druga Połowa widząc moje totalne rozmemłanie zlitowała się nade mną i dostałam dziś kucharza gratis w pakiecie niedzielnego lenistwa.
"Kiełbaski ala profesjonal" na śniadanie, "specjalna zupa pieczarkowa ze specjalnie dla mnie wyszukanych pieczarek", "kotlety schabowe ala prześwit podwójną panierką otoczone" i pół ogórka w mizerii, bo ktoś, nie wiem kto, kupił tylko jednego, a zawsze kupuje dwa.
Księżniczką byłam w nocy. Księżniczką o poranku... i w dzień też.
Wczoraj obsługiwała mnie mama, dzisiaj mąż... to zdecydowanie najlepszy weekend ostatnich dziesięciu lat.
Dzięki kochani :)

No i zjadłam paprykę... całą, wielką czerwoną paprykę. Ciekawe na ile galaretek mogłabym ją wymienić? Ze dwie, może trzy. Wolę nie myśleć, bo jeszcze się rozmyślę i oddam paprykę.

Idę po pędzle, farby i serwetki. Muszę pilnie coś dokończyć. Prezent urodzinowy... do drugiej jeszcze trzy godziny.

Wasza księżniczka jednego dnia
Virginia


2009-01-24

Co dalej z sześciolatkami?

Wczoraj byłam na wywiadówce u Charliego. Wydarzenie ważne, bo wieńczące semestr. Jeszcze teraz pamiętam dokładnie ten wielki ołówek pasujący go na ucznia, a tu już....
Jako matka ucznia pierwszej klasy nie miałam pojęcia jak moje dziecko zostanie rozliczone z tego co przez pierwsze pół roku swojej nauki osiągnęło.
Jako matka pierwszy raz takie rozliczenie odbierająca, byłam bardzo podekscytowana. I nie tylko ja.

Charlie trafił do klasy integracyjnej, gdzie na dziewiętnaście dzieci przypadają dwie Panie. Panie, które w oczach mają radość z tego co robią i które starają się do każdego dziecka podejść bardzo indywidualnie. Jak na tak krótki okres czasu wychodzi im to niesłychanie dobrze. Całą klasę pochwaliły za systematyczność, koleżeńskość i ogólne skupienie na lekcjach. A także za... uwaga, uwaga, solidarność owych siedmiolatków.
Przytoczono nam pewną anegdotę, jak to jednego dnia cała klasa została przyłapana na bieganiu jak stado dzikich małp po korytarzu... pani w klasie zapytała kto rozpoczął bieganie? ... podniósł się jeden palec ja zacząłem... zaraz potem drugi ja...potem kolejny ja... i tak cała klasa zgłosiła się samoistnie po minusa, jakby to plusami dzielono.
Od tego czasu jeden drugiego pilnuje i za bieganie karcą się sami.
Fenomen jakiś normalnie.
Potem rodzice trzęsącymi rękoma odbierali półroczne uzyskane efekty pracy swoich dzieci. Zapadła kilkuminutowa cisza. Każdy wczytał się w kartkę A4 obustronnie drobnym makiem zapisaną.
Czyta głoskując, sylabizując, pełnymi wyrazami, zdaniami - ocena; umie określić nastrój w utworze - ocena, potrafi odwzorować kształt liter i połączyć je w wyrazie - ocena; rozpoznaje figury geometryczne - ocena; potrafi porównywać wartości liczbowe - ocena; potrafi zilustrować ruchem muzykę - ocena; rozumie konieczność ochrony środowiska - ocena itp, tak dwie strony.
Nie zaglądałam nikomu przez ramię, choć miałam wielką ochotę porównania. Nie ukrywam bowiem, że zaskoczyły mnie oceny z angielskiego i religii.
I nie dlatego, że były niższe niż pozostałe, ale dlatego, że nie podoba mi się podejście do owych przedmiotów.

Religia, jak to religia, dawno temu otrzymała honorowe wyróżnienie wystawiania sobie ocen, podczas gdy pozostałe przedmioty ocen nie mają. Oceniane są rysunki raz dobrze, raz bardzo dobrze, w zależności od tego jakim kolorem została pokolorowana Maryja, fioletowa dostała cztery, a pomarańczowa pięć... kartka świąteczna ze stajenką dostała sześć, ale taka z choinką pięć, mimo iż w poleceniu pisało wklej kartkę świąteczną - bez względu na to jaką. A zatem, żeby dostać sześć trzeba by było w połowie stycznia, o godzinie 18 biec szukać do sklepu kartkę zasługującą na sześć, żeby na dzień następny nie być gorszym od kolegi.
No sorryyy... jasna cholera mnie trafia z czymś takim i nigdy nie pojmę wyższości religii nad pozostałymi przedmiotami.

Co do angielskiego to musimy się podszkolić, ale szczerze mówiąc nie wiem dokładnie w czym...
Charlie nie miał wcześniej do czynienia z angielskim, jedynie w przedszkolu. Nie uczęszczał na żadne dodatkowe lekcje Helen Doron, czy innych doronów. Uważaliśmy z Drugą Połową, że jak zacznie się uczyć w wieku siedmiu lat to mu zupełnie wystarczy. Jednak wczoraj okazało się, że nie... że chyba jest do tyłu, co nauczycielka (odrębna) postanowiła w ocenach zakomunikować.
Moda na uczenie języków od trzeciego roku życia, przenoszona jest jak widać do szkoły, gdzie książka mojego pierwszoklasisty wskazuje bardziej  na książkę trzecioklasisty.
I wygląda na to, że słówka podstawowe nauczyć musimy się sami, bo te z podręcznika Charlie umie, ale jaki widać podręcznikowe nie wystarczają.
No więc już sama nie wiem jakich słówek mu brakuje, ale się dowiem.

Poza tym wszystko zaliczył na wspaniale, czyli celująco.
Otulam się zatem dumą i tryskam radością, pomijając religię i angielski. Druga Połowa też tryska dumą i sączy z tej okazji piątkowe piwko.

I tak mnie przy tym całym szkolnictwie wzięło na analizowanie pomysłu Ministerstwa Edukacji, żeby to dzieci od szóstego roku życia zaczynały edukację. Czy to dobry pomysł?
Według mnie, pojedynczej jednostki-matki NIE.
Mogą mnie nawet zlinczować.
I nie chodzi tu o fakt, iż jestem za długim beztroskim dzieciństwem, skupiającym się na samej zabawie i gierkach komputerowych... co to, to nie.
Jeżeli chodzi o samą naukę, to jak najbardziej, zerówka to odpowiedni moment do rozpoczęcia edukacji.
Ale szkoła to nie zerówka, w której dzieci przebywają do 16 i mają zapewnioną kompleksową opiekę!
Szkoła to lekcje zaczynające się o różnych porach i kończące zazwyczaj w południe. To dojazd do szkoły i powrót z niej, albo godziny spędzane na świetlicy.
Kto maluchom, które w pięćdziesięciu procentach jeszcze seplenią i nie wiedzą która jest prawa, a która lewa strona zapewni bezpieczny powrót do domu? Kto upilnuje przed starszymi przeklinającymi kolegami na przepełnionej świetlicy? Kto otrze pojedyncze łzy na wielkim jak tunel korytarzu szkolnym? Kto poniesie na swoich barkach plecak wypełniony książkami, brzegiem drogi bez chodnika na jakiejś polskiej wsi?
Nie każdy ma samochód, babcie i pieniądze na nianie. Nie każdy rodzic jest w stanie osobiście odbierać dziecko ze szkoły.
Według mnie dzieci rozpoczynające szkołę powinny być zdolne to samotnego poruszania się poza murami szkoły. Może zatem lepiej pomyśleć o rozszerzeniu programu w zerówkach, niż skazywać sześciolatki na tułaczkę od dwunastej w południe do często siedemnastej zanim ktoś dorosły znajduje się w domu?
Ja zatem jestem przeciw!

p.s
Nadal marznę, znowu pobolewa mnie gardło i ciągle jeszcze nie rozebrałam choinki.
Dzisiaj miałam ambitny plan poowijania milionów małych aniołków i innych ozdób w gazetę i upchania ich już w karton na poddaszu, ale plan się rozmył, bo nadrabiałam zaległości w praniu i prasowaniu.
I w smażeniu hurtowo naleśników dla całej rodziny...
Druga Połowa stwierdziła, że ma nowy pomysł na biznes...moimi rękoma otworzy naleśnikarnię :)
Były już choinki, pomidory i kule dla turystów. Teraz mamy naleśniki.

Powodzenia kochany...ja przypalam średnio co czwartego, więc grozi nam bankructwo :)
 
 

2009-01-20

Trol tu... trol tam...

No i krew mnie zalała z samego rana. Kuśtyk kuśtyk doszłam do kuchni po tabletki, zwinęłam się w kuleczkę i próbowałam przeczekać, aż łaskawie ten max działać zacznie. Ale max chyba maxem jest dla anorektyczek i ja po wczorajszym opakowaniu malinówek w czekoladzie się nie łapię.

Trole grają w berka. Głowa mnie boli z tego rumoru, a umyć muszę włosy. Długie blond włosy, które po umyciu zwiększają swą objętość trzykrotnie i nie chcą współpracować z kolegami ani po prawej, ani po lewej. Każdy mój włos to indywidualista dopóki ich żelazkiem nie załatwię. A grzywka odkąd stała się gwiazdą pierwszoplanową i tak żyje swoim życiem.

Wyboru jednak nie mam, kobieta to nie świątynia. Zrobię kuśtyk kuśtyk do łazienki, schylę się i wpadnę do wanny... nie, nie, nie mogę, dziecko chce jeść, pić, siusiu, książeczki, klocki i w koalę się pobawić. A za dwie godziny do owego dziecka dołączy drugie dziecko i... schowam się chyba do kubła na śmieci.

Zwlekam więc swoje ciało na placek rozwałkowane i ruszam na podbój dzisiejszego dnia, a popołudniu do pracy... Kocham swoją pracę, kocham swoją pracę, kocham swoją pracę...pora zakończyć separację.

A trole siedzą i zawijają mi nerwy w sreberka ...


A miało być wesoło

Wesoło... jak to w naszym życiu bywa, ale poszłam na wieczorny spacer szlakiem innych żyć i jeszcze nie wróciłam.

Kładąc się podziękuję Bogu za zdrowie naszych dzieci.

Zbyt rzadko to robię.

2009-01-18

Międzyplanetarna

Podobno kobieta ma potrzebę ciągłego gadania i wymawia dziennie dwadzieścia tysięcy słów, podczas gdy mężczyzna tylko siedem?
Podobno nie ominie szyby wystawowej z szyldem -70%?
Podobno nie pójdzie spać bez nałożenia na siebie osobnego kremu na twarz, pod oczy, balsamu ujędrniającego na nogi, kremu liftingującego na brzuch i pośladki, modelującego na biust i nawilżającego na stopy?
Podobno też, uważa mężczyzn za gatunek niepotrzebny i walczy o swoją niezależność jak lwica o potomstwo?

No to wyszło na to, że albo nie jestem kobietą, albo zrzucono mnie na ziemię gdzieś w połowie drogi między Wenus, a Marsem...

Z tym gadaniem to jest tak, że jednak stereotyp nie ma nic wspólnego z wynikami badań. Psycholodzy z University of Texas w Austin opublikowali swoje spostrzeżenia na ten temat w artykule pt. "Czy kobiety rzeczywiście są bardziej gadatliwe od mężczyzn?". Ukazał się on w jednym z numerów pisma Science. Według nich obie płcie mówią tyle samo: około 16 tysięcy wyrazów każdego dnia.
Są jednak wyjątki. Ja i moja Druga Połowa. On gada. Ja słucham.

Obniżka cen nie robi na mnie żadnego wrażenia. Nie lubię kupować tylko po to, żeby móc powiedzieć tak, zaliczyłam tegoroczne wyprzedaże. Poza tym mam wrażenie, że albo nie znam się na modzie, albo moda nie zna się na mnie. Może być też tak, że mam pecha i wszystko co dobre sprzedaje się jak karp w Wigilię, a ja trafiam na głowy, do których nie da się już dobrać tułowia.
W związku z tym bardzo jako kobieta zgrzeszyłam... na zakupach byłam trzy miesiące temu. Amen.

Co do wieczornych rytuałów... no cóż... pracuję w firmie kosmetycznej i albo się przejadłam, albo jestem leniwa w tej sprawie. Poza tym w moim stanie zimowej hibernacji nie wyobrażam sobie stania o drugiej w nocy nago dłużej niż trzy sekundy. Mój czas od wyskoczenia z wanny do leżenia w łóżku, to czas jaki strażak potrzebuje na zjechanie po rurce do ogłoszonej właśnie akcji.
To się zapewne zmieni na wiosnę. Może nawet jak tylko mrozy zejdą. Wtedy wpadnę w panikę jak tu doprowadzić ciało do perfekcji w trzy miesiące. Tymczasem korzystam jedynie z kremu na zmarszczki i nadmiernej ilość pasty do zębów. Odkurzyłam też bieżnię. Jutro ją odkurzę jeszcze raz. W poniedziałek zaczynam trening.

Co do mężczyzn... hmmm... gatunek na pewno potrzebny. Gatunek, z którym dogaduję się od lat, bo lubię być potrzebna i kocham być w potrzebie.

p.s.
Dziś byłam z Charlim wybrać strój na bal... w aucie powiedział mi, że chce być hydraulikiem... na miejscu na szczęście okazało się, że chodziło mu o komandosa. W końcu będzie rycerzem.
Lola nie chce mu oddać miecza, bo nagle pokochała go miłością bezwzględną.
Druga Połowa wałkuje właśnie kolejny raz "Allo allo".
Berneński chrapie jak słoń z zatkaną trąbą.
York pierdzi jak zwykle na moich nogach.
Papierki po galaretkach zasypują mi klawiaturę.
 
sobotni cudny wieczór...

Spędzę go z Marylin Monroe...


Wasza międzyplanetarna
Virginia


2009-01-12

Nie dam się... nie zamarznę

Rozpoczął się dwunasty dzień Nowego Roku, a ja ciągle starym systemem funkcjonuję. Jakoś się zebrać do kupy nie mogę. Drepczę w miejscu, a moje dalekosiężne plany wiszą w próżni i popierdują znudzone brakiem zainteresowania z mojej strony.
Wiecznie chodzę poubierana jak człek przebrany za Shreka, potykając się o koce zarzucone na plecy. Za prąd się nie wypłacę, bo grzeję herbatkę za herbatką, żeby dłonie otulać wokół wrzącego kubka. Szlak mnie trafia z tym moim zimnem ciągłym...
Od samego rana marzę o wieczorze, żebym mogła wskoczyć do wrzątku i wygrzać ciało, do tego stopnia, że słyszę jak skórka pomarańczowa się topi, ale przynajmniej włos się nie jeży. Ale korzystam póki się da, bo jak mi gaz odetną to chyba sobie ognisko w salonie rozpalę .. serio... nie wyobrażam sobie ...

Żeby nie zamarznąć ciągle staram się być w ruchu. W piątek śmigałam po domu ze szmatą i odkurzaczem. Wieczorem ruszyłam na zakupy w celu uzupełnienia lodówki, bo moja Druga Połowa oprócz sera, bułek i wędliny, rzadko co widzi na półkach sklepowych. A gdzie kostka rosołowa, warzywa, bułka tarta, olej, ryż, makaron, płaty ryżowe, galaretka w czekoladzie...
Przy kasie mnie wcisnęło w beton.
W sobotę od rana dreptałam po kuchni. Schab w cieście francuskim z jabłkami, szaszłyczki drobiowe z papryką, cebulką i sosem curry, kotleciki cielęce po włosku z pomidorem i mozarellą, ziemniaczki zapiekane z pieczarkami, makaron penne z trzema rodzajami sera, frytki kulki dla dzieci.Tak, to prawda, nie lubię gotować. Ale czy ktoś mnie o to pyta? Dwa latka Loli. Dwanaście osób przy stole. Wszystko zniknęło...
W sumie miło mi się nawet zrobiło, bo się dusza raduje, jak goście doceniają.

Ale jak się na nowo narodzę to wyjdę za kucharza. I zapytam na wstępie czy czyta... ach, jakbym czasem chciała poczytać z mężem w łóżku... pogadać o przeczytanych właśnie "Scenach z życia za ścianą" Wiśniewskiego.
A u nas to jest tak.

Pytam Drugą Połowę:

 - Kiedy ostatnio czytałeś?
 - Wczoraj. A co?
 - A nic. A co czytałeś?
 - "Auto Świat" (dodaję, że to gazeta)
 - I co wyczytałeś?
 - W sumie to nie pamiętam, raczej przeglądam.
 - Aha, a coś grubszego kiedy czytałeś?
 - A kiedyś tam Sapkowskiego i Pana Samochodzika.
 - To chyba dawno było?
 - No z dziesięć lat temu... a co?
 - A nic... tak pytam.

Nie rozumiem jak może nie ciągnąć do książek?
On nie rozumie jak można czytać codziennie w łóżku z latarką na głowie.
Nie rozumiem jak można piąty wieczór pod rząd puszczać sobie "Allo, allo" i zasypiać nim skończy się pierwszy odcinek?
On nie rozumie jak można spać po pięć godzin.

I tak dalej, i tak dalej... był sobie Mars i była sobie Wenus.

p.s. na wczoraj odnotowuję poświęcenie. Turlałam się z dziećmi z górki po śniegu... zimnym śniegu, i miałam skostniałe palce, wszystkie... widzieliście kiedyś zamaskowanego Shreka na sankach ? :)
Potem prasowałam trzy godziny, żeby się ogrzać... dobrze, ze żelazko nie jest na gaz.


2009-01-09

Mała dziewczynka

Żyje sobie na świecie pewna mała dziewczynka, o anielskich blond loczkach i oczach w kolorze czerwcowych niezapominajek. Ma pulchne dłonie, zaokrąglony brzuszek i najprostsze nogi świata. Na dużych palcach u stóp ma zgrubienia dokładnie takie same jej jej mama. Jakby miały im szóste palce wyrosnąć, ale się rozmyśliły.
Ta mała dziewczynka bardzo lubi się stroić, szczególnie w długie sukienki i korale mamy. Spinki pozwala sobie nakładać tylko jak przychodzą goście, a zasypia dopiero jak ostatni wyjdą. Regeneruje się szybko. Stanowczo za szybko. Tak jak jej mama.
Uwielbia czytać ze swoją mamą książeczki i bawić się z mamą lalkami. Z mamą rozmawiać. Z mamą jeść, zasypiać i spacerować. Najlepiej, żeby mama nie opuszczała jej na krok. Mama jednak czasem musi ją opuścić, bo życie tego od niej wymaga. Ale ta mała dziewczynka tego nie rozumie i stosuje wtedy daleko posuniętą naukę roztapiania uczuć matczynych. Przewraca oczkami kokieteryjnie i tym oto sposobem miaucząc błagalne mami, mami wdrapuje się na swoją mamę niczym miś koala, i wisi. Wisieć tak potrafi cały dzień. To do tej pory jej ulubione zajęcie.

Dziewczynka ta przyszła na świat jednym cięciem. Wyjęto ją z ogromnego brzucha o 8.40 i przytulono do policzka zapłakanej mamy. Mama wtedy jeszcze płakała zupełnie bez powodu, ot tak, z radości, że właśnie do jej policzka przytula się policzek ubabrany mazią porodową.
Policzek pachnący nowym życiem. Jej policzek.
Dziewczynka wyglądała jak dobrze wyrośnięty pączek, a na środku czoła, niczym u hinduski, tkwiła mała czarna kropka. Nie płakała wcale. Widać było, że wybudzono ją ze snu. Marszczyła tylko nosek, jakby ten świat nie do końca spełniał jej oczekiwania. Na brzuszku i szyjce miała ślady odciśniętej pępowiny.
Ważyła 3 900kg i była 57 cm długa.
Była cudem. Była ostatnim ogniwem szczęścia pewnej rodziny...

Szczęście to jednak zostało godzinę później wystawione na próbę. Próbę, na jaką mama i tata tej małej dziewczynki nie byli przygotowani. Padły słowa, których nie chcieli usłyszeć, które raniły jak sztylety wbijane w świeżą ranę. Podejrzewano chorobę, która miała zachwiać kobiecość tej małej dziewczynki. 
Podjęto natychmiastową decyzję o szukaniu miejsca w specjalistycznym szpitalu, bo mimo, iż stan był stabilny, to w każdej chwili mogły nastąpić zaburzenia elektrolitowe prowadzące do...

Tata głaskał małą dziewczynkę jednym palcem po czółku. Nie mówił nic, bo w przełyku stanął mu kołek raniący niemiłosiernie. Mama próbowała opanować ciało, które wpadło w silne drgawki poporodowe. Łzy zalewały szpitalną pościel. Ogarnął ich paniczny strach. Czuć było jego siłę i bezwzględność. Ta sytuacja odebrała im radość z cudu narodzin.
A mała dziewczynka nadal nie płakała. Otworzyła oczy i próbowała przekazać rodzicom nadzieję. Nadzieję na jej normalne życie.
Życie kobiety, matki i żony.

Spędziła z rodzicami tydzień w szpitalu, którego na szczęście nie będzie pamiętać. Odrapane ściany, ciągły płacz innych dzieci, wiszący w powietrzu smród bezradności i bólu. Mimo dziesiątek ludzi, wszechobecna wszędzie przerażająca samotność.
Siedem dni na oddziale genetyki, gdzie dzień i noc nie różniły się od siebie. Siedem dni, których czuwająca przy małej dziewczynce mama nigdy nie zapomni.
Mama, która wymodliła dla swej córki Anioła.
Mama, która nie wierzyła, że ten Anioł nadejdzie...

Dziś ta dziewczynka kończy dwa latka.
Właśnie się uśmiecha do swojej mamy.
Ma coś z Anioła, który odwiedził ją tamtej nocy, po której przyszedł rano lekarz i oznajmił: przyszły wyniki; podejrzenia okazały się tylko podejrzeniami, a ta mała dziewczynka jest zupełnie zdrowa.

Dziewczynka ma na imię Julia. Pseudonim Lola.
I jest moją córeczką.
Brakującym ogniwem ...
 

2009-01-07

Koniec "Dzienników"

L. pracuje przy rododendronach...

To ostatnie zdanie "Chwil wolności", dzienników Virginii Woolf jakie kąpały się ze mną praktycznie co wieczór od sierpnia. Delektowałam się nimi jak smakiem żółtego sera, który uwielbiam.
Każda strona smakowała inaczej, w zależności od grubości nawarstwiania się zróżnicowanych stanów Virginii, które z radością niewiele wspólnego miały.
Ale o samej Virginii rozpisywać się tu nie będę... może kiedyś.
Te siedemset stron to wspomnienia bardzo osobiste przepełnione refleksją nad własną twórczością, skrapiane pojawiającymi się problemami zdrowotnymi i atakami głębokiej jak studnia depresji. To obszerna relacja ze spotkań z przyjaciółmi, z ciągłych przeprowadzek, problemów ze służbą, z wydawnictwem, a w końcówce także z wojny...
Jednak Dziennik ten pozostawił we mnie pewien niedosyt. Poczułam, że to nie wszystko co chciałabym o tej pisarce wiedzieć i że to nie wszystko co Virginia miała do powiedzenia.
Narodziła się we mnie żądza zdobycia oryginału, czyli pięciu tomów w skład których wchodzi łącznie dwa tysiące stron rękopisu. Tylko jak dostać się do Londynu i jak zdobyć tłumacza, który mi za symboliczny grosz i ewentualne racje żywieniowe przetłumaczy te dwa tysiące stronic? Bo na wydanie polskie w całości chyba nie mam co liczyć, biografie są mało poczytne w naszym polskim kraju.
Basiu... czy możesz porzucić na kilka lat swoje skrypty akwariowe i troszkę mi potłumaczyć? :)

Wrrr... nie lubię jak muszę się rozstać z czymś, co sprawiało mi radość...
I taka zmartwiona ostatnią kartką zeszłam na dół w nastroju nieprzychylnym otoczeniu, targając wielkie tomisko Dziennika ze sobą do kuchni.
Po drodze warknęłam na psa...
Zaparzyłam jeżynową herbatę...
Zajrzałam do lodówki. Ciasteczka świąteczne nadal błagają o dojedzenie.
Warknęłam na męża...
Usiadłam na nowej-mojej wiklinie... Wstałam...
Wzięłam jabłko. I znowu usiadłam i znowu wstałam i... normalnie miejsca sobie nie mogłam znaleźć.
I co gorsza ciągle miałam ochotę powarczeć.

Przyciskając "Dziennik" do kilku warstw mojego wierzchniego okrycia pancernego stanowiącego ochronę przed zimnem, znowu tymi samymi schodami, którymi chwilę temu zeszłam, wyszłam na górę z misją znalezienia Biografii Virginii, jaką napisał jej siostrzeniec Quentin Bell, a którą czytałam kilka lat temu.
W "Dziennikach..." nie zamieszczono bowiem listu pożegnalnego jaki Virginia zostawiła na kominku dla męża Leonarda, tego feralnego dnia, w piątek 28 marca 1941 r.. Miała 59 lat.
Chciałam go jeszcze raz przeczytać. I znalazłam.

Najdroższy
Jestem pewna, że znowu popadam w obłęd. Uważam, że nie możemy przechodzić przez kolejny taki straszny okres. A tym razem nie wyzdrowieję. Zaczynam słyszeć głosy i nie mogę się skupić. Więc robię to co wydaje się najlepsze. Dałeś mi największe szczęście, jakie jest możliwe. Byłeś pod każdym względem wszystkim, czym można być. Nie myślę,żeby dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych, dopóki nie nadeszła ta straszna choroba. Nie mogę dłużej walczyć. Wiem, że niszczę Twoje życie, że beze mnie mógłbyś pracować. I będziesz, wiem. Widzisz, nawet nie umiem tego napisać jak trzeba. Nie mogę czytać. Chcę powiedzieć, że całe szczęście swego życia zawdzięczam Tobie. Byłeś wobec mnie nieskończenie cierpliwy i niewiarygodnie dobry. Chcę to powiedzieć - wszyscy to wiedzą. Gdyby ktokolwiek mógł mnie uratować, byłbyś to Ty. Wszystko mnie opuściło poza pewnością o Twojej dobroci. Nie mogę już dłużej niszczyć Ci życia.
Nie myślę, że dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych niż byliśmy my."
                                                                                              V.

List położyła tuż obok listu do ukochanej siostry Vanessy, z którą łączyła ją silna więź.
Około 11.30 zabrała laskę i wyszła z domu. Przeszła przez podmokłe łąki i dotarła nad rzekę Ouse.
Niewykluczone, że słyszała głosy ptaków śpiewających po grecku, które ją dręczyły.
Pozostawiła laskę na brzegu i włożyła duży kamień w kieszeń palta.
Chwilę później rzuciła się w nurt rzeki.

Jej ciało znaleziono dopiero trzy tygodnie później.

"Chwile wolności" to zdecydowanie pozycja klasyfikująca się na podium czytanych przeze mnie książek w 2008r.
Na pierwszym "Dziewczyna z zapałkami" Anny Janko, na drugim "Dzienniki", a na trzecim "Senność" Kuczoka oraz cała reszta... Och, gdybym mogła tylko czytać i czytać...


2009-01-01

Happy New Year!!!

Kochani, już za trzydzieści minut
powitamy Nowy 2009 Rok,
życzę Wam na najbliższe 366 dni
chwil, które swą magią rozświetlą Wam codzienność,
chwil, które otulą Was płaszczem miłości,
chwil, które wypełnią Was pasją i marzeniami.

Życzę Wam, aby droga, którą dane Wam będzie
kroczyć przez ten rok, prowadziła tylko i wyłącznie po wielobarwnej tęczy,
i niech spoczywa nad Waszymi głowami parasol opatrzności anielskiej.

I tradycyjnie zdrowia...dużo zdrowia.

Szampańskiej zabawy Wam życzę Kochani!!!!



Wasza wdzięczna za wspólnie spędzony rok
Virginia

2008-12-30

Wiklinowy epizod

Mróz zaatakował, minus dziesięć jest na dworze, ale wolę na własnym nosie nie sprawdzać, bo jakoś wyjątkowo tego roku odporność mnie opuściła. Jak nie gardło, to oskrzela, jak nie oskrzela to zatoki, jak nie zatoki, to ogólny stan hibernacji zimowej mnie dopada.

Z roku na rok przekonuję się o tym, że jednak jakaś jaskinia gdzieś tam na mnie czeka i się zdrzemnąć u boku misia powinnam, bo mój miś jakoś też wyjątkowo tego roku marznie... a chciałam pod choinkę sprawić mu szlafrok, w ostatniej chwili pomyślałam jednak po co facetowi szlafrok, tuż to jak kolejna piżama, albo para skarpetek i ... kupiłam zestaw wikliny.
Wariatka. Ależ wymyśliłam...
Teraz se sama siedzę na tej wiklinie i stukam w klawiaturę zmarzniętymi palcami, bo misiu mój jak siadł, to wiklina zaczęła błagać o litość, piszczeć, zgrzytać zębami, wyginać  się z bólu i tylko stolik się nie ugina pod jedną filiżanką kawy. Nie wiem jeszcze jak zareaguje na dwie :)
Na szczęście miałam jeszcze kilka drobiazgów w zanadrzu... najbardziej się spodobał gadżet, którego nie byłam pewna, czyli kartka papieru A4, dokładnie gazety z 1949r., z reklamą ukochanego Johnny Walkera sprzed sześćdziesięciu lat. Dałam do antyramy i teraz zdobi jego pięknie zaopatrzony kolekcjonerski barek.
Nawet faceta wyszukany drobiazg potrafi uszczęśliwić. Szczerze.Widziałam jak się z nią obnosił, delikatnie, z zachwytem, ze wzrokiem błąkającym się po ścianach w celu znalezienia wolnej powierzchni na swoje cacuszko. Cieszę się bardzo...

Wiklina ponoć też uszczęśliwiła, bo ma cel schudnąć dziesięć kilo do wiosny i może owa się zlituje i skrzypieć przestanie... Oczami wyobraźni Druga Połowa moja widzi nas na nowiutkim tarasie, z kieliszkami wypełnionymi schłodzonym Martini, wygodnie rozłożonych na wiklinowych fotelach i patrzących na gwiaździste letnie niebo... Ja oczami mymi widzę, jak wiklina się składa niczym domek z kart i małżonek mój resztę wieczoru spędza na deskach tarasowych ... :)
To był mój ostatni zakup tego typu towaru na allegro.
Nie dość, że miałam problem z wepchaniem tego wspólnie z listonoszem do budynku gospodarczego (przez drzwi nie chciało przejść), potem jeszcze z samotnym przytachaniem niezauważalnie dwóch wielkich kartonów pod choinkę, to jeszcze teraz bezczelna niewdzięcznica skrzypi.

Wracam do kuchni. Trzeba coś ugotować, ale co... Chyba jakieś klopsy dziś dzieciom usmażę, Drugiej Połowie coś gotowanego, bo ciśnienie po sałatkach i rybkach skoczyło mu dość wysoko i objaw paniki zauważyłam w jego oczach, a dla siebie... no cóż , po Świętach to tylko chlebek Wasa, dżem i kakao mi się śni.
A ciastek jeszcze z 200 w lodówce...
500 się rozpłynęło w ustach... nawet nie wiem czyich... te z nutellą w moich oczywiście :)
Ach ta czekolada.
Wisi nade mną jak jemioła cały rok i kusi swą miłością.

p.s. Charlie nie ma na nic alergii, nie miał też szkarlatyny, co zatem było mojemu dziecku, że trzy razy wyglądał jak człowiek małpa... nie wiem... lekarz też nie wie... najlepiej powiedzieć, że się nie wie.
Super. Amen.
 
 

2008-12-29

Moje pierwsze dzieła decoupage

Lubię Święta. Tęsknię za nimi...dlaczego te miłe chwile zawsze tak szybko mijają?
Mimo anginy jaka mnie dopadła zdążyłam ze wszystkim na czas i było bardzo sympatycznie, jak co roku. Już czwarty rok pod rząd Wigilia odbyła się u nas w domu, bo dużo miejsca, bo dysponuję serwisem na 12 osób, sztućcami, bo jest duża choinka, sarny za oknem, góry w oddali, bo dom błyszczy od różnorakich ozdób, bo pachnie ciastkami....bo lubię gościć rodzinę u siebie...teściów, ciocię, moją mamę, babcię, siostrę.
Były kolędy, łamanie się opłatkiem z błyskiem łez w oczach najbliższych, była moja ukochana przez babcię robiona zupa rybna z grzankami, pyszny karp, sałatki, czerwone wino, przez mamę upieczony najdelikatniejszy z możliwych sernik.
I radość z otwieranych prezentów, wypieki na twarzach dzieci, góra papierów, torebek i małych ręcznie robionych karteczek z życzeniami.

Pierwszy raz podarowałam bliskim coś własnej roboty, ciężko było, robiłam to siedem dni, nocami, walczyłam z techniką, którą dopiero poznaję, ale warto było... nastąpiła chwila napięcia i poprosiłam o otwarcie wszystkich prezentów jednocześnie, ich miny były bezcenne, znaczy się , chyba się spodobało, bo nie uwierzyli, że sama to zrobiłam :)

 
                              .... dla Babci

 
      ... środek, przegródki na herbatę, biżuterię, drobiazgi

 
   ... dla Mamy, szkatułka i świecznik, z jej wymarzonym domkiem na skraju lasku, w lawendowym odcieniu :)

 
    ... dla drugiej Mamy - teściowej, z motywem kafejki francuskiej

 
              ... i środek w kolorze czystej cegły :)

 
         ... dla Taty - teścia, szafka na klucze

 
         środek z zagubioną kiścią winogron


Wasza początkująca
decoupatorka Virginia

2008-12-24

Wesołych Świąt

W Wigilię Bożego Narodzenia
Gwiazdka Pokoju drogę wskaże.
Zapomnijmy o uprzedzeniach
otwórzmy pudła słodkich marzeń.
Niechaj Aniołki z Panem Bogiem,
Jak Trzej Królowie z darami swemi,
staną cicho za Waszym progiem,
by spełnić to co dotąd snami.
Ciepłem otulmy naszych bliskich
I uśmiechnijmy się do siebie,
Świąt magia niechaj zjedna wszystkich,
Niech w domach będzie Wam jak w niebie.


Kochani, życzę Wam z głębi serca wszystkiego co najlepsze, Świąt ciepłem rodziny otulonych, uśmiechem wypełnionych, pełnych magii i upragnionego wypoczynku.

p.s. wybaczcie, że Was nie poodwiedzałam, że być może nie na wszystkie maile zdążę odpowiedzieć do Wigilii, ale zmęczenie odbiło się na moim zdrowiu i z anginą ropną zasiądę do stołu. Wczoraj byłam u lekarza, antybiotyk w prezencie dostałam i tak sobie chorować będę.

Wesołych Świąt jeszcze raz życzę wszystkim odwiedzającym mojego bloga.
Wrócę po Świętach.
Już nie mogę się doczekać jutrzejszego dnia...
 
 

2008-12-19

Pada śnieg, pada śnieg... dzwoni mi w uszach

Ale się ucieszyłam jak za oknem dziś rano zobaczyłam biały puszek na trawie... nie znaczy to jeszcze, że do Wigilii tam sobie będzie leżał, ale przynajmniej same przygotowania świąteczne otoczone będą widokiem zimy za oknem.
Podobno według prognozy tylko chwilowej.

Wyszły też moje przyjaciółki z lasu. Od lat czterech się przyjaźnimy i od lat czterech załatwiam paśnik, taki na siano, ale jakoś załatwić nie mogę. Boję się, że tak jak karmnik odfrunie przy tych naszych halnych wiatrach.
Ale załatwię, obiecuję, że już na przyszłą zimę, będą miały paśnik... póki nam domy nie rosną na pobliskich polach, to trzeba korzystać z tego piękna jakie nas otacza.
Tego roku jest ich osiem. Pięć dorosłych i trzy młode. Podchodzą bardzo blisko, a w nocy nawet wchodzą do ogrodu i obgryzają próbujące się przyjąć od czterech lat moje drzewka owocowe.
Ale co tam... głodne biedaki, niech się chociaż korą pożywią.
Gdybym wiedziała, że im ciasteczka świąteczne nie zaszkodzą, to bym się też podzieliła, może w ramach podziękowań odśpiewałyby kolędy w Wigilię na tarasie :)

Kończę pić drugą kawę. Znowu mi smakuje, bądź smakować musi. Inaczej ciężko mi się w pionie utrzymać.
Co tu dużo się rozwodzić... decoupage odebrało sobie na pożytek własny i rodziny całej jeszcze dwie godziny z mojej i tak już skromnej dawki snu.
Wczoraj o 2.45 skończyłam swe pierwsze dzieło :)
Ale pochwalić się mogę dopiero po Świętach, bo to pod choinką się znajdzie i mam nadzieję, że się spodoba, bo jak nie to uduszę.

Jeszcze mam 4 rzeczy do zrobienia, więc się pożegnam.

Aaa, zapomniałabym, dziś Charlie ma wigilijkę w szkole. Zabrał własnoręcznie robione ciasteczka, ozdabiał wczoraj czekoladą, kolorowymi wiórkami, migdałami... dumny był strasznie. Ja zresztą też.
Chciał własnoręcznie ozdobić 19 choineczek dla każdego dziecka z klasy, ale w końcu wybrał z innych rodzajów też, bo stwierdził, że "różne smaki językowe mogą dzieci mieć " .
Kawa się skończyła... wracam do obiadu, prania i produkcji prezentów.


2008-12-15

Się nazywam... zapomniałam

Bo ciężki weekend miałam.W piątek... kurze, firanki, pranie i prasowanie o zgrozo od 21 do 1 w nocy. W tym dziesięć koszul mojej Drugiej Połówki, które ubóstwiam wręcz prasować.
Wiją się, gniotą, spadają z deski, drażnią wszechobecnymi guzikami. Ale czegóż się nie robi z miłości... przynajmniej sobie dwa filmy oglądnęłam zanim wszystkich zaległości poupychanych po domu się pozbyłam.

Sobota... o poranku starałam się upchać w szafach wszelakie wyprasowane dzień wcześniej zaległości. Miałam wrażenie, że szafy mi się skurczyły, albo ten nowy płyn do płukania faktycznie zwiększa objętość.
Potem obiecane strojenie choinki, najpierw wersja ku radości dzieciom, potem wersja poprawki, czyli strojenie od początku. Radość była przeogromna, spadło kilka bombek, łańcuchy zamieniły się w szale, pięć kartonów ozdób zostało przeglądniętych i pojawiły się nagle to tu, to tam, w lekkim chaosie, ale liczy się inwencja twórcza dzieciaków, na kamerze zresztą uwieczniona.
Wieczorem dom prezentował się pięknie, zapaliliśmy choinkę i inne świecące cuda i w tym oto przedświątecznym nastroju dzieci zasnęły z prędkością dawno już niespotykaną.
Ja czmychnęłam na poddasze i wzięłam się za pakowanie prezentów. Walle transformujący, wymarzony prezencik Charliego zapakowałam w duże pudło i zasypałam mnóstwem papierowych świątecznych serwetek. Pozostałe prezenty popakowałam każdy osobno, no bo przecież największa radość jest z odpakowywania i tej chwili niepewności co tam może być.
Niech mają dzieci radość....
Tym oto sposobem pakowanie zakończyłam o 2.15.

Niedziela... ach ta niedziela. Rano jajecznica po włosku, z pomidorkami, cebulką (bazylii nie daję ze względu na Lolę), potem postawiłam szynkę na gulasz i wzięłam się za pieczenie ciasteczek.
I w tym oto miejscu moja pamięć się kończy .... :)

Z opowieści Drugiej Połowy wpadłam w szał, lodówka... blat... ubijanie... miksowanie... mielenie... wyklejanie... blacha, jedna, druga... piec... pudełka... jedna kawa, druga kawa, trzecia kawa, red bull, jedno piwo, kolejna kawa...

Efekt pozytywny mojego szału to:
- 100 kruchych ciasteczek z jasnego ciasta
- 100 kruchych kakaowych laseczek Św. Mikołaja
- 60 rogalików waniliowo-migdałowych
- 230 szt. orzeszków jasnych
- 230 szt. orzeszków ciemnych
- razem sztuk 720... chyba mój rekord wypieków jednego dnia
- cudny zapach wanilii, migdałów
- wizja pięknie przystrojonego stołu wigilijnego z moimi wypiekami
- wszystkie ochy i achy moich bliskich, bo faktycznie co ciastka na maśle to ciastka na maśle

Efekt negatywny owego szału to:
- z 720 sztuk zrobiło się jakieś 680 sztuk...reszta zniknęła w okolicznościach degustacji
- dziś nie wiem jak się nazywam, bo 15 godzin piekłam na stojąco (bo ja siedzieć przy robocie nie umiem), nie będąc zawodowym cukiernikiem
- do łóżka wczołgałam się między 1.30 a 2.00, nie wiem dokładnie, bo zegar widziałam podwójnie
- kuchnia o poranku wygląda dosyć zaskakująco :)
- mam niesamowicie przyjemną wizję wypełniania masą 400 orzeszków (połowę nutellą wg życzeń) i ozdabiania 100 ciasteczek o kształtach choinki, dzwoneczka, domku i serca...Charlie się nie wymiga, oj nie
- jestem tak zmęczona, że nie mam sił wsadzić sobie ciastka do ust

STOP, STOP, STOP!!!
Byłam zmęczona. Właśnie przyjechał listonosz. Dostałam w końcu po tygodniu oczekiwań paczkę z materiałami do decoupage, kleje, farby, pędzle, lakiery... i nawet nie zdenerwowała mnie zalana gruntem paczka.
Umyłam wszystko i biorę się do roboty wieczorem.
Nie mogę się już doczekać.

A miałam iść dziś szybciej spać...
No ja nie wiem, nie wiem...

p.s. proszono mnie o przepis na laseczki kakaowe zatem podaję:

250g masła, 2 szklanki mąki, 3/4 szklanki cukru pudru, pół szklanki kakao (są mocno kakaowe po tej porcji, można dodać mnie kakao), 1 białko, paczka mała cukru waniliowego, 2 łyżeczki proszku do pieczenia.

Tłuszcz ucieram na pulchną masę z cukrem pudrem, cukrem wanili i białkiem.
Potem dosypuję mąkę z proszkiem do pieczenia i ucieram ponownie mikserem.
Masa nie wygląda efektywnie.
Wkładam ciasto w taka maszynkę do zdobienia z końcówką w kształcie gwiazdki i wyciskam laseczki na 7-8cm zawijając ręcznie końcówkę jak laseczkę.
Piekę w temp.160 st przez około 15 minut.
Zimne posypuję cukrem pudrem.


2008-12-12

Międzyczas

Do Wigilii zostało 12 dni.
W głowie czuję jak przeskakuje 11,10,9, 8, 7...
Ale w panikę nie wpadam, bo plan porządkowy jest niewygórowany i szaleć tego roku nie zamierzam.
Odrobinę jedynie, bo ja z natury już ponoć szalona trochę jestem.

Okna na górze pomyte, jeszcze dół tylko został; wypoczynek wyprany; zagracone poddasze odgruzowane; pokoje dzieci ze śmieci odgrzebane; lampy pomyte... jeszcze może plamy z dywanów spiorę i kilka szuflad przeglądnę... i to by było na tyle.
W sobotę obiecałam dzieciom choinkę i strojenie domu, zatem nadrobić musimy brak śniegu za oknem i może czymś sztucznym okna ozdobimy (aż mi tęskno jak przypomnę sobie zimę sprzed trzech lat, kiedy nasypało nam w ogrodzie metr śniegu i zbudowaliśmy olbrzymie, goszczące naszą całą, wówczas trzyosobową rodzinę igloo).
No, ale może, jak wierzyć w zimę nie przestaniemy to coś nam sypnie przez dziury w chmurach sam Anioł świąteczny, chociaż na Wigilię :)

A od poniedziałku zaś przeprowadzam się do kuchni i biorę za orzeszki waniliowe i kakaowe, laseczki, kokosowe gniazdka, rogaliki waniliowe i kruche ciasteczka do ozdabiania z dziećmi.
No i wstyd przyznać, ale kopiec kreta obiecałam... żadne tam makowce, serniki, kołacze... mamusiuuuuuu, proszę, kopiec chcemy, no i jak tu nie ulec namowom, skoro proszą.
Zatem ja kopiec zrobić muszę, a mama sernikiem się zajmie i kolejną porcją drobnych ciasteczek, bo u nas to tak te ciasteczka się na stałe do domu wprosiły. I cieszę się bardzo, bo jednak zapach robi swoje... wanilia, kakao, orzechy włoskie.
Jakby mi mało było zajęć, to muszę się przyznać, że sobie kolejne znalazłam :)
Właściwie to znalazła je moja przyjaciółka Ola, która obdarowała mnie na urodziny cudem własnej roboty, a mianowicie butelką ozdabianą techniką decoupage. Piękną, stylową, w kolorystyce żółci i szarości, na której umieściła kobiety w strojach z lat przedwojennych... to jeden z piękniejszych prezentów jakie dostałam, bo wiem, że takie ręcznie robione dzieło, będzie mieć wartość dla mnie na długie lata. Dziękuję Oluś!
W dodatku druga przyjaciółka, też podarowała mi ręcznie robione prezenty, tym razem w technice scrapbooking. Dostałam trzy śliczne zakładki do książek, mini notesik na moje myśli i większy na blogowe zapiski. Dziękuję Asiu!
Obracając się zatem w towarzystwie dwóch cudnych artystek, nie sposób nie złapać haczyka... tym bardziej, że ja zawsze albo haftowałam, albo fotografowałam, albo ikebanę układałam... eraz pisanie mnie pochłonęło w wolnych chwilach, ale myślę, że na decoupage też coś jeszcze z tego mojego miedzyczasu wyłuskam.

Muszę... koniecznie... poddasze na pracownię już przerobiłam, część zamówionych materiałów już dostałam... teraz tylko łuskać i łuskać i łuskać... czas oczywiście.
I to jeszcze pod choinkę coś wyłuskać dla najbliższych zamierzam.

p.s
Kochani, życzę Wam pięknie spędzonych dni przedświątecznych, bez zbędnych nerwów, biegania, na sklepy przeklinania (i tak już nigdzie nic nie ma:).

Upieczcie ciasteczka, powieście jemiołę, zaproście spokój do Waszych domów, wyjmijcie uśmiechy, miłe słowa, czułe gesty...
Cieszcie się atmosferą, jaką sami sobie stworzycie.
Pozdrawiam Was serdecznie

Wasza kochająca Święta Bożego Narodzenia
Virginia

....jeszcze tu przed Wigilią się pojawię, obiecuję, że decoupage Wam mnie nie zabierze :)
no chyba, że sen się w końcu o mnie upomni...


2008-12-09

Misja Idą Święta

Kochany Mikołaju... czy sen można zamienić na coś bardziej pożytecznego?
Jestem skłonna oddać nawet zapasy czekolad za to, żebyś mi przedłużył dawkę witalności tak do trzeciej w nocy... co ty na to?
Zlituj się, błagam, bo do drugiej się nie wyrabiam :)

Ciągle coś robię, a siadając na kibelku mam poczucie, że za długo tam siedzę i marnuję czas na gapienie się w kremowy dywanik pod nogami.
Przed telewizorem nie siedziałam już wieki całe, a nawet jak usiądę to albo składam pranie, albo segreguję zabawki, albo myślę o tym, co sobie tu wymyślić, żeby tak bezczynnie nie siedzieć.
W wannie to ja też tak zwyczajnie posiedzieć nie potrafię... czytam, piszę, jem spóźnioną kolację, albo przy okazji sprzątam półkę wokół wanny.
To już chyba jakieś szaleństwo, nie?
Może mi się baterie wylały i mechanizm nawala omijając łóżko z daleka?
A może ja cierpię na jakąś chorobę tajemniczą?
A może jestem jak ta... jak one to się zwały... żona ze Stepford?
Kosmitka jakaś :)

Nie wiem, ale kosmitą w zeszłą noc był Charlie. Niczym profesjonalny lunatyk wyłaził z łóżka co godzinę i wisząc nade mną zadawał to samo pytanie czy już był Mikołaj, czy już mogę iść szukać.... Nie kochanie, jest 3 nad ranem... nie kochanie jest 4, nie kochanie jest 5.15...
Przed siódmą zawisnął ponownie mamoooo, śpisz, mamooo, jest już jasno, więc musiał już być, a ty tak go ignorujesz, nie chcesz prezentów, czy co?.
I pocwałował do pokoju, było kilka westchnięć łał, bomba, superowo, po czym pobiegł przeglądnąć prezent siostry i postanowił ją wybudzić ze snu przekazując na wpół przytomnej Loli, że ma w paczce "Frania" z bajki Bracia Koala.
Nawet nie wiem kiedy Lola człapała już za nim w jednej skarpetce i trochę na oślep. Wywęszyła tym swoim małym noskiem sytuację godną poświecenia się i zebrania z łóżka.

Chwilkę później ktoś nagle odsłonił roletę, ktoś krzyknął mi do ucha i dwa krasnale wcisnęły nam się na łóżko opychając się przed siódmą kinder suprisami.
Było cudnie, drzemka sobotnia odeszła w zapomnienie :)
Cały dzień był jednym wielkim czekoladowym łakomstwem.

To tyle na dziś.
Szczerze mówiąc nie wiem, kiedy się znowu pojawię.
Za dwa i pół tygodnia Wigilia przy naszym dużym stole, więc czeka mnie wielkie przygotowywanie i ugoszczenie rodziny. Trzeba posprzątać, może jeszcze okna wypucować, przeglądnąć przepisy, upiec ciasteczka, ustroić dom, pozamawiać prezenty, potem je popakować i w między czasie pracę doglądać, bo do dwudziestego w firmie najgorętszy okres...
Dam radę, byle śniegu trochę napadało, bo jak wiosna za oknem to jakoś wena moja świąteczna nie potrafi zadziałać, a już najwyższa pora, bo czas się kurczy niczym mój tajemniczy strudel jabłkowy.

Chyba już jutro jakieś ozdoby świąteczne wygrzebię z kartonu... może mnie natchnienie kopnie i wezmę się za kurz na szafach... w międzyczasie, nie wiem jeszcze tylko w którym międzyczasie :)

Słodkich snów Wam życzę
Wasza Virginia


2008-12-07

List do Św. Mikołaja

Drogi Tatku Mrozie
                   
Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że nadarzyła się okazja i tak bez obaw, że dorosłej kobiecie to już nie wypada, mogę sobie dziś kilka słów do Ciebie napisać. Szczerze mówiąc stęskniłam się za Tobą...

Pamiętasz może jak zawsze kiedy mieliśmy okazję się spotkać, patrzyłam Ci głęboko w oczy wypatrując w nich elfów, pierniczków, oszronionych sań i czerwononosych reniferów? Każdej zimy nie mogłam się doczekać kiedy wtulę się w Twój pulchny brzuch (czasem zdarzyło Ci się go zapomnieć założyć), przylgnę policzkiem do Twej śnieżnej brody (czasem jak Ci się zarost buntował, to watę kradłeś śnieżynkom) i wyrecytuję specjalnie przygotowany dla Ciebie wierszyk.

Już na długie tygodnie przed Świętami myślałam o śniegu i o tym kiedy przyjedziesz i posadzisz mnie na swoim kolanie. W końcu byłeś jedynym mężczyzną w moim dziecięcym świecie, który to robił i który poświęcał mi odrobinę swojego cennego czasu i obdarzał mnie szczerym uśmiechem.

Byłeś moim ukochanym Tatkiem Mrozem, bo mój prawdziwy Tatko gdzieś zabłądził i ani na kolano, ani nawet przez kolano, nigdy mnie nie brał.
Ale co Ci będę teraz opowiadać, sam wiesz jak było...

A pamiętasz Kochany jak co roku musiałeś te listy moje z parapetu zabierać? I ciastka zjadać zawinięte w świąteczne serwetki? I uważać, żebyś o kant szafy się nie uderzył, bo słyszałam, że podobno Tobie przekląć też się zdarza. A potem musiałbyś uciekać do łazienki i udawać hydraulika uprzednio w koszu na pranie upychając strój, albo co gorsza przez okno w ataku paniki wyskakiwać. U mnie się to na szczęście nie zdarzyło, byłeś perfekcyjnie przygotowany, nawet okno w pokoju zostawiałeś uchylone, żebym miała pewność, że to Ty byłeś. Nigdy w to nie wątpiłam.
A potem jak na tych kolanach u Ciebie siedziałam to zaglądałam Ci do kieszeni, czy mojego listu pilnujesz? Ale Ty szybszy zwykle bywałeś i już go elfom zdążyłeś przekazać, bo kieszenie tylko cukierkami wypchane miałeś.
Drogi Tatku Mrozie, a moją mamę pamiętasz?
Kurczę, wiesz, żal mam do Ciebie trochę, żeś się nigdy koło niej nie zakręcił. Prezenty też skromne jej podrzucałeś, zawsze tylko ja i siostra, a Mama taka zapomniana była przez Ciebie. Myślałam, że wiesz ... zagadasz coś, przytulisz, ładna z niej kobieta, a Ty niespecjalnie się nią interesowałeś. Ale powiem Ci w sekrecie, że Mama nie straciła wiary w Ciebie, jesteś jedynym facetem na widok , którego szczerze się uśmiecha. To chyba coś znaczy, nie? Więc wiesz, jak masz jakieś obawy to Tatku Mrozie droga wolna. Ona ma wielki sentyment do Ciebie, bo jako dziecko też tylko na Twoich męskich kolanach siadała.

No, ale wiem też, że roboty to Ty po uszy masz, więc jakbyś jednak tego roku, nie miał dla niej zbyt wiele czasu, to chociaż mam prośbę wielką do Ciebie. Zapakuj jej ładnie te szkatułki na drobne cudeńka. Wiem, że się ucieszy, ona lubi swoje cztery kąty upiększać takimi bibelotami. Tylko błagam nie potknij się o stolik nocny, żeby wierzyć w Ciebie nie przestała :)

I jak już tak do prezentów przeszłam, to prosiłabym też coś dla moich dzieci. Wiesz już pewnie, że je mam, bo gwiazdki od Ciebie czasem pożyczam, żeby im dać szczęśliwe dzieciństwo. To moje dwa skarby najważniejsze, bez których życie nie miałoby sensu. Myślę, że ucieszą się z tego niebieskiego misia. Raz jeden, a raz drugi się nim dobrze zaopiekuje, oni przepadają za maskotkami, a niebieskiego nic jeszcze nie mają.

I na koniec też chciałabym takiego jednego Męża obdarować, co to na jego kolano z Twojego się przesiadłam. Pewnie domyślasz się, że nie o cudzego mi chodzi ... ale o mojego prywatnego :) I korzystając z okazji chciałabym Ci podziękować i tym Twoim aniołkom też, żeście go dla mnie w 1996 wybrali i przez komin wrzucili. To najwartościowszy prezent jaki kiedykolwiek dostałam.
Dzięki!!!

Dla niego proszę ten obrazek z winami. To wielki miłośnik różnego rodzaju trunków, więc myślę, że z miłą chęcią powiesi go sobie nad barkiem, na którym kolekcjonuje wszelkiego rodzaju markowe szklanki do alkoholu.

Drogi Tatku Mrozie. Będę kończyć pomału, bo się rozpisałam zbytnio, a Ty masz miliony takich listów. Nie, nie Kochany... nie zapomniałam o sobie... Wystarczy mi uśmiech mojej rodzinki, poza tym wiem, że mój Mąż też do Ciebie od lat pisze i on już tam wybierze coś dla mnie.

P.S.

No chyba, że masz tam u siebie jakieś bilety na bezludną wyspę?

I jakbyś gdzieś w wielkim świecie natknął się na mojego klona, to możesz mi go przelotem w komin wcisnąć, to jedyne co mi teraz potrzebne :)

To tyle Drogi Tatku Mrozie.
Mam nadzieję, że miło Ci było otulić się moimi wspomnieniami

Pozdrawiam Cię serdecznie

Virginia

Praca nadesłana na konkurs Bro deco konkurs (nagrodzona :)



2008-12-04

Znowu chorowanie

W niedzielę się poryczałam.
Charlie stanął przede mną cały spuchnięty po buzi i obsypany drobną wysypką. Dokładnie w tych samych miejscach i w takim samym nasileniu jak przy ostatnich dwóch szkarlatynach (od początku września mamy za sobą dwie).
Godzinę później cała broda i nos puchły coraz bardziej i bardziej i robiły się jeszcze silniej zaognione. Wpadłam w panikę, że znowu czeka go antybiotyk, że znowu zaległości w szkole, że jego odporność przechodzi jakąś depresję chyba...

W poniedziałek lekarz.
Diagnoza... Na pewno nie szkarlatyna, niemożliwe, żeby trzeci raz od początku roku szkolnego...
Czym zatem były wg lekarki dwie ostatnie szkarlatyny skoro wyglądało jego ciało dokładnie tak samo i zaognione było w tych samych miejscach?
Po jasną cholerę faszerowała go antybiotykami, skoro to nie była szkarlatyna!!!

Podsumowując nikt nie wie czy przechodził szkarlatynę faktycznie, czy nie... teraz podobno jej nie ma.
Ale to "podobno" mnie sra... najzwyczajniej w świecie jestem nasrana, jak bąk...

Sami zasugerowaliśmy, że to może alergiczne zmiany?
No to się doczekaliśmy łaskawie skierowania na badania moczu, kału i krwi.
Z tymi wynikami do alergologa.
Na 19 grudnia.
A Młody za chwilkę ściągnie z siebie skórę jak wąż i odpełznie mi w siną dal :(