2012-10-20

"Szymborską jesień się zaczęła"




Notatka

Życie - jedyny sposób,
żeby obrastać liśćmi, 
łapać oddech w piasku,
wzlatywać na skrzydłach;

być psem,
albo głaskać go po ciepłej sierści;

odróżniać ból
od wszystkiego, co nim nie jest;

mieścić się w wydarzeniach,
podziewać w widokach,
poszukiwać najmniej między omyłkami.

Wyjątkowa okazja,
żeby przez chwilę pamiętać,
o czym się rozmawiało
przy zgaszonej lampie;

i żeby raz przynajmniej
potknąć się o kamień,
zmoknąć na którymś deszczu,
zgubić klucze w trawie;
i wodzić wzrokiem za iskrą na wietrze;

i bez ustanku czegoś ważnego
nie wiedzieć.

Wisława Szymborska


Obejrzałam ten film już dwa razy. Obejrzę jeszcze wielokrotnie. Zbliża on bardzo do poetki. Holendrowi, Johnowi Albertowi Jansenowi udało się coś co wydaje się wręcz niemożliwe w tak krótkim czasie. Zatrzeć granice pomiędzy bohaterem dokumentu a jego odbiorcą, zminimalizować dystans do zera i praktycznie natychmiast, po kilku minutach, dopuścić widza bardzo blisko osobowości nawet tak wybitnej, ponadczasowej jakim jest Wisława Szymborska. Jedno jest pewne, takiego efektu nie da się osiągnąć jednostronnie, wiele zawdzięczamy naszej Noblistce. To Wisława Szymborska swą naturalnością, ciepłą kokieterią, podejściem do własnej osoby, sprawia że film ten staje się dokumentem wymykającym się poza zwykły dokument. Chyba nikt poza Wisławą Szymborską nie potrafi w tak szczery, otwarty sposób zaprosić własną postawą do swojego intymnego świata. Zachwyca dystansem do życia i własnych słabości. Nagłą potrzebą zażartowania, podzielenia się anegdotą czy zadziwieniem. Tak, Wisława Szymborska umie się najpiękniej zadziwiać ze wszystkich znanych mi osób. Nie unika jednak też spraw istotnych, niejednokrotnie trudnych, zawartych w swojej wieloletniej twórczości. Wszystko to dzieje się tak jakby nie istniał między bohaterką tego dokumentu a jego odbiorcą, żaden szklany ekran, żadna różnica wieku, jakby zatrzymał się czas. Jakby wszystko działo się tuż obok. Na kanapie, przy stole, wśród papierosowego dymu i ciepłego głosu, z tak charakterystyczną Noblistce dykcją. Można słuchać i patrzeć bez ograniczeń, wyczekując uśmiechu, który pojawia się zamiast kropki na końcu zdania. Uśmiechu, który jest niczym czułe dobranoc mamy szeptane dziecku do ucha.

Nadal żałuję, że nie dotarłam do Krakowa, gdzie w Centrum Manggha świętowano inaugurację działalności Fundacji Wisławy Szymborskiej i wyświetlano "Koniec i początek", chyba po raz pierwszy na dużym ekranie. Tam musiała być wyjątkowa atmosfera, która jeszcze bardziej wpływała zapewne na odbiór tego filmu. Podobno długo nie milkły brawa. Nie dziwię się. To bardzo wzruszający film, kiedy pomyśli się, że już Jej wśród nas nie ma. Ona w piękny sobie sposób, z lekkością, bez ustanku czegoś ważnego nie wiedziała. Zachwycała, zadziwiała i odkrywała. Jak dla mnie robi to nadal i dzięki Niej nauczyłam się zwalniać i dostrzegać.


2012-10-16

Są dni kiedy mniej czytam


wolne chwile spędzam wówczas na cięciu, szyciu i zabawie papierem. Coraz rzadziej, i nie zapowiada się by to miało ulec polepszeniu, ale lubię to robić i na dobre stolika roboczego nie zdemontuję. Styl vintage od zawsze mnie fascynuje, lubię nawiązywanie do poprzednich epok w różnych dziedzinach. Nawet takich prozaiczno-notesowych, choć to typowy vintage nie jest. Ale ma klimat, którego nie wzniecą notatki na monitorze. Jednak papier to papier, notes to notes, pióro to pióro. Sama bez notatnika nie ruszam się z domu. Nie tego akurat, bo ten zrobiłam na prezent, ale dla siebie kiedyś taki też zrobię. Wywołał wzruszenie, więc warto było się kłócić z maszyną do szycia i zjeść torebkę galaretek w czekoladzie na wagę. I nie ważne ile ich było na tej wadze :)




więcej na jego temat tutaj www.virginia-scrap.blogspot.com

2012-10-12

Piątek o trzynastej


Od jakiegoś czasu piątek nie jest wyczekiwany. Piątek zaskakuje. Nagle wyrasta z szeregu tygodnia i zgodnie z zasadą wypada odpocząć, ale głowa nie pozwala zapomnieć o tym co w trakcie. Sporo tego. Powinnam z czegoś zrezygnować, ale problem w tym, że wszystko w odpowiednim momencie sprawia mi przyjemność.

Tyle ostatnio przeczytałam. Między innymi wspaniałe eseje "Praski elementarz" Aleksandra Kaczorowskiego, które mnie coraz bliżej stawiają wobec eseju. Fascynuje mnie ta forma literacka, zresztą nie od dziś, Virginia Woolf zaszczepiła we mnie tę miłość po zbiorze "Pochyła wieża". "Praski elementarz" polecił mi Grzegorz Kozera, poeta, prozaik, zakochany w Czechach i lekturach doskonałych. Sama mieszkając na granicy mam słabość do tego kraju. Do Kafki, Hrabala, Kundery, Pavly, Pragi, czeskiej kolei, pewnego wojaka i czeskiego języka. Wszystkie te postaci odnalazłam w "Praskim elementarzu", i jeszcze kilka innych. Niezwykle to dla mnie ważne spostrzeżenia, przybliżenia, odkrycia. Sama sceneria do lektury wprawiła mnie w odpowiedni nastrój. Usiadłam przy kawie na tarasie kawiarni "Avion" umiejscowionej na Moście Przyjaźni, z której widziałam czeski deptak nad Olzą i polskie Wzgórze Zamkowe. Tam zaczęłam tę lekturę. Skończyłam szybciej niż planowałam, i pozostaje mi już jedynie do niej wracać. Co będę czynić zapewne wielokrotnie.

Myślę o pewnym panu po sześćdziesiątce. Dziś zatrzymałam nagle samochód, kiedy ktoś spał na przystanku, z ręką bezwładnie zwisającą, i drugą na wysokości piersi. Już miałam odjechać, minąć go jak wielu przede mną, ale jednak cofnęłam, bo ta lewa dłoń z zaciśniętą pięścią nie pozwalała mi tak po prostu przejechać obok niego o trzynastej. Jak się okazało nie spał. Zapytałam jak się czuje, nie mógł złapać oddechu. Chwycił mnie za rękę i prosił bym nie puszczała. Zabrało go pogotowie, bo moja ręka w niczym by nie pomogła. Miał zawał, bądź ostry stan przedzawałowy. Zdążył mi powiedzieć, że przyjechał oczyścić groby rodziców. Sam. Miał niemiecki dowód i strach w oczach. 
Czasem mijamy kogoś w potrzebie. Pośpiesznie. Dokądś spóźnieni, ślepi, zlęknieni.
W tym samym czasie los odznacza fajkę i ktoś nie wraca do domu.
Ktoś inny być może teraz czeka na telefon od niego.

I już zupełnie nie interesuje mnie fakt, że miałam dzisiaj coś innego napisać.

2012-10-05

nowy numer kwartalnika literacko-artystycznego "sZAFa"


To już trzeci numer kwartalnika literacko-artystycznego "sZAFa", w którym mam swoje miejsce. Niezmiernie mi miło, że to akurat "sZAFa", bo  Redaktor Naczelny - Damian Cielepa spaceruje tymi samymi ulicami miasta co ja (choć jeszcze na siebie nie wpadliśmy, bo chyba za dużo pracuje : ), a Kierownik Redakcji - Małgorzata Południak ma w sobie więcej wiary we mnie niż ja sama i służy wsparciem nie tylko od święta redakcyjnego. Sama w składzie Redakcji jestem czemu dotąd nie wierzę. Pomagam na tyle na ile to czuję, i każdego dnia sporo się uczę. Poznaję nowych ludzi, spoglądam z różnych perspektyw, smakuję innego, jeszcze bardziej intensywnego życia literackiego i artystycznego, niż robiłam to do tej pory. Ten rok jest dla mnie bardzo udany i bardzo ważny, będę go niezwykle miło wspominać, z wielu powodów... a jednym z nich jest właśnie współpraca z "sZAFą", której stary numer niedawno znalazłam w formie drukowanej w jednym z cieszyńskich antykwariatów.

nr 22/ wrzesień 2006

piosenki Jaromira Nohavicy

Obecnie "sZAFa" dostępna jest jedynie w sieci, co oczywiście nie umniejsza jej wartości i zawartości. Wszyscy tam robią co robią z głębokiej miłości do słowa, obrazu, fotografii czy sztuki, wypełniając jej wnętrze różnorodnością barw i emocji. Prezentują się z głębokim przekonaniem, że warto utrzymywać przy życiu to wszystko co zadeptujemy w bieganinie dnia codziennego. Warto się zatrzymać, warto poznawać, warto nocą zamykać oczy i myśleć o konkretnym obrazie, wierszu, zdaniu, nowo poznanym artyście. Wielu ich wokół, czasem zaniedbanych, zapomnianych, często samotnych, wielu też znanych, ale jedynie w niewielkim artystycznym kręgu. „sZAFa” tym właśnie mnie przyciągnęła do siebie. Jest odkrywaniem. Zatrzymaniem się. Myśleniem. Nie ma tam słów niepotrzebnych, nieważnych. Trafiam na nie, kiedy wydaje mi się, że już na nic dobrego trafić nie mogłam. Wyciągam z tekstów fragmenty, dopowiadam sobie myśli, milczę na widok obrazów, pojedynczych wersów i zastanawiam się ile jeszcze takich pokrewnych mi dusz krąży po sieci, i ile jeszcze zdołam się od nich nauczyć. To pokrzepiające, że ludziom się chce robić coś więcej poza tym co konieczne. 

 A 44 numer "sZAFy" prezentuje się tak:





 POEZJA
Bożena Barda, Tomasz Bąk, Aldona Borowicz, Kamil Brewiński,  Roma Jegor, Małgorzata Kowalska, Mariusz Kusion, Łukasz Kuźniar, Kamil KwidzIński, Paweł Łęczuk, Izabela Wageman, Ewa Włodarska, Marcin Włodarski, Bohdan Wrocławski
 PROZA
Jacek Durski, Tomasz Graczykowski, Sławomir Hornik, Lech M. Jakób,  Kamil Kwidziński, Karol Maliszewski, Marta Obuch, Wiktor Orzeł, Małgorzata Południak, Joanna Plesnar, Klaudia Raczek, Teresa Radziewicz, Arkadiusz Siedlecki, Joanna Storczewska-Segieta, Viola Wein, Bartosz Wokan
 
 FOTOGRAFIA-GRAFIKA-MALARSTWO
Marzena Ablewska-Lech, Andrzej Brzegowy, Dominika Dobrowolska,  Justyna Jabłońska, Piotr Król, Andrzej Markiewicz, Piotr Mosur, Maciej Ratajczak, Małgorzata Sajur,  Katarzyna Tchórz, Barbara Trzybulska
 
 sZAFa Presents
Paweł Łęczuk - Kolędnicy
Jakub Sajkowski & Teresa Radziewicz - W p/oszukiwaniach z Izabellą Wageman
Mariola Sznapka -  "Bo mówić i rozmawiać to nie to samo” - Mariola Sznapka o Januszu Korczaku
 
 
ESEJ-FELIETON-RELACJE
Jacek Durski - Fotorelacja z promocji książki Czekając na Malinę M.Południak
Mariola Konieczna - Zapiski z wizyty w "Zakładzie pracy chronionej"
Sylwia Kubryńska - Apokalipsa w bańce
Magda Krytykowska - Z Kalisza do Warzywniaka, O spotkaniu Izabeli Fietkiewicz Paszek w gdańskiej Galerii Warzywniak  *  Zwierszeni w biały dzień. O spotkaniu z twórczością Teresy Nietykszy i Bogdana Zdanowicza.
Klaudia Raczek - Octavio Paz. Ta chwila to ja sam
Małgorzata Południak - Literatka na wyspie
Teresa Radziewicz - Czekając na Malinę Małgorzaty Południak [relacja]
Jurek Szukalski - No to lecim na Szczecin. Relacja ze spotkania promującego debiutancką książkę poetycką Teresy Rudowicz pt. Podobno jest taka rzeka * Donkiszoteria w sprawie Abramowicza i innych
Ivo Świątkowski - Relacja z wystawy Lustra [22.08.2012]
Spotkanie Sztuki Niezależnej [Lanckorona10-12.08.2012]
Beata Wincza - Malinowe wariacje czyli relacja ze szczecińskiej promocji książki Małgorzaty Południak Czekając na Malinę
 
TEATR, FILM
Marcin Baran - Wkraczając w pustkę
Izabella Bartnicka - Proste jak drut i puste jak bęben czyli cep, cepa cepem pogania…
Michał Krzywak - Spokojnie to tylko uśmiech
 
KRYTYKA LITERACKA-RECENZJA
Paweł Brzeżek - Kobieca postać – o tomiku Odliczanie poetki-terapeutki Anety Gajdy-Boryczko
Jarosław Czechowicz - Rana Dasgupta Solo * Dominika Dymińska Mięso  * Jack Melchior XXL. Tragikomedia erotyczna
Rafał Derda  - Czas wesołej śmierci zaczyna się codziennie, czyli na temat Ciuciubabki Marcina Jurzysty * Czułe gesty zamknęły nas w zręcznych obrożach, czyli na temat Karmageddonu Pawła Podlipniaka
Sławomir Hornik - List do Pawki Podlipniaka spod granicy małego miasta niedaleko Krakowa *  Wiersze na wodzie (Paweł Łęczuk, Delta wsteczna)
Joanna Mieszkowicz -  Pięćdziesiąt cztery sonety Cezarego Sikorskiego
Małgorzata Południak - Pamięć - Tereso - pamięć jest tworzywem - - Podobno jest taka rzeka - Teresy Rudowicz * Popiół, a raczej czym i gdzie jesteśmy - Popiół Krzysztofa Niewrzędy
Teresa Radziewicz - Po cóż się rodzić – wędrówka Deltą wsteczną Pawła Łęczuka * Wycieka ze mnie dziś wczoraj i pojutrze czyli Punkty przecięcia Doroty Ryst
Teresa Rudowicz - Każde takie spotkanie to połówka świata – o przebierance Bogdana Zdanowicza
Jakub Sajkowski - Sezon arktyczny? Ciepło, coraz cieplej. O debiucie Kamila Kwidzińskiego *  W cień jak w gryzące ubranie. Tomasz Pietrzak Rekordy.
Karol Samsel - Amtidotum. Marcin Orliński, Płynne przejścia * Dziwka pośród dam.O tomie poezji Andrzeja Jopowicza pt. Czerwona winnica * Na rynku apokalipsy
Bogdan Zdanowicz - Raport z końca świata * Kolekcja – wszystkich moich bliskich (o zbiorze wierszy Elżbiety Tylendy Kolekcja)
 
WYWIAD
Robert Rutkowski -  Jeszcze zdarzają się wiersze: Tomasz Bąk Kanada
Marcin Włodarski z Tomaszem Białkowskim
 
MULTIMEDIA
LUGOZI - Nowhere
SBB - Follow my dream

Miałam przyjemność i zaszczyt napisać do tego numeru słowo wstępu oraz tekst o Januszu Korczaku. Poniżej zamieszczam owy wstęp i jednocześnie zapraszam do lektury całego numeru, życząc przy okazji wszystkim tak pięknego października jak u mnie!!! Cóż za jesień!!!

Skończył się czas beztroskiego stąpania po tarasowym drewnie, milknie. Ciało odbiera ostatnie bukoliczne sygnały lata z osłabioną euforią, coraz głębiej przekonane o potrzebie zmiany pozycji i ubarwienia. Ostatkiem wspomnień popadam w krzykliwe kontrasty, by w godzinach popołudniowych ze zrozumieniem ocierać się już jedynie o pastelowe pledy i gorący kubek. Percepcja wariuje, skacze po kalendarzu, podmuchem przewraca noce i trzaska drzwiami, kiedy prześpię drzemkę. Stopniowo złagodnieję. Odbiór sensoryczny się poprawi, melancholia stanie się przyjazna, a meandryczne dygresje znikną. W dzień założę wełniany szal, tuląc się do siebie - jesień. Cenię ten czas. Krótki moment skulenia się z dala od zgiełku, w głębokim fotelu, pod abażurem nocnej lampki. Wszystko spowalnia, obrazy na dłużej zatrzymują się i nie muszą zadowalać myśli porywczymi pomysłami. Spoglądam uważniej, wybaczam sobie marudzenie i częściej czytam w wannie, czego i Wam życzę tej jesieni.

 M.SZ. :)

 

2012-10-02

raz jeszcze Blumka


Pozostając w tematyce obozowej przypomniała mi się praca, która na zawsze pochłonęła kilka moich łez. Farba akrylowa nie wykazała sprzeciwu, wręcz przeciwnie, wchłaniała je rozjaśniając błękit niezapominajek. Pierwszy raz tak bardzo przeżywałam to co wytwarzam, bo temat niezwykle dla mnie ważny. Zagłada. Dwieście dzieci z Domu Sierot Janusza Korczaka wraz z nim, Stefanią Wilczyńską i pozostałymi pracownikami, zginęło w Treblince, prawdopodobnie zaraz po wyjściu z wagonów, 5 sierpnia 1942. Blumka, z książki autorstwa Iwony Chmielewskiej, choć jest postacią fikcyjną, mogła być wśród nich. Dzieci przecież pisały pamiętniki, których już nie ma, ale pamiętamy...

Więcej o książce "Pamiętnik Blumki" pisałam tu i tu.

Pracę zrobiłam w ramach podziękowań za mój ulubiony picture book dla pani Iwony Chmielewskiej.

Więcej o Januszu Korczaku napisałam do nowego 44 numeru kwartalnika literacko-artystycznego "sZAFa" , który ukaże się już na dniach.







2012-10-01

"A nad tym niebem niebo dymami zasnute (...)"








Niebo października

Październik był przepiękny. Tak jak dziś pamiętam.
Niebo dziwnie przejrzyste i dziwnie głębokie
drżało w żarze południa, jak drży liść na wietrze,
próżne i niedosiężne. Dziwnie jestem smętny,
kiedy ci o tym mówię, bo cóż znaczą słowa?
Widziałem smugi dymu, które wiatr rysował
na niedosiężnym niebie, i czekałem chwili,
gdy niedosiężne niebo ku nim się pochyli,
by je w siebie pochłonąć. Potem nic już nie ma, 
tylko smutek poety i do wiersza temat.

A raz widziałem niebo przez okienne szyby.
Właśnie okna kazano pootwierać w bloku,
a ja, przechodząc mimo, ujrzałem w szkle niebo,
niebo niespodziewane, przedziwne, jak gdyby
było wielkim obozem. Słupy spięte drutem,
drogi tak mi znajome, a teraz powietrzne, 
i zieleń trawy ciemna, jakby z dna jeziora,
mieniła się w szkle szyby. Przez niebo szedł płomień
i rdzawo lśnił na trawie rudą strugą rzeczną.
A nad tym niebem niebo dymami zasnute,
inne niebo wisiało przejrzyste i próżne
i dym pierwszego nieba w drugim niebie tonął...

I wtedy pomyślałem, że nic nie wiem jasno,
że ziemia i to wszystko, co się dzieje wokół,
jest tylko szybą szklaną dla cudzego wzroku.
Gdy wtem ktoś obraz zmącił i okno zatrzasnął.
Chwila dawno miniona. Ziemia jest prawdziwa
i wiem już, jak prawdziwe jest ludzkie cierpienie.
Lecz jak fala do brzegu, tak chwila zwątpienia
wraca do mnie dziś jeszcze, jeszcze mnie przenika,
i zawsze, kiedy patrzę na grudniowe chmury,
widzę nad nimi niebo, niebo października.

Tadeusz Borowski






 

Słońce Oświęcimia

Pamiętasz słońce Oświęcimia
i zieleń łąk daleką, lekko
ptakami w chmury podniesioną,
lecz nie zieloną już, a w chmurach
seledynowobiałą. Razem
staliśmy patrząc w dal i czując
daleką zieleń łąk i chmur
biały seledyn jakby w sobie,
jak gdyby barwa łąk odległych
była krwią naszą albo pulsem,
który w nas bije, jakby świat
był tylko przez nas i nie mijał
wcale, póki jesteśmy. Uśmiech
pamiętam twój tak nieuchwytny
jak odcień barwy wiatru, który
liściem się chwieje na krawędzi
słońca i cienia, ale wiecznie
przemija i zostaje. Tak ty
dziś jesteś dla mnie: przez seledyn
nieba, przez zieleń i przez wiatr,
który się liśćmi chwieje. Jesteś
krwią moją i mym pulsem. Czuję
cię w każdym cieniu, w każdym ruchu
i tak mnie światem w krąg otaczasz
jak ramionami, tak świat czuję
jak twoje ciało, całym światem
patrzysz mi w twarz i wołasz mnie...

Tadeusz Borowski





Tak mi się twoja twarz rozpływa
i niknie we mnie jak widnokrąg,
z którego odejść trzeba. Głos twój,
twe oczy, uśmiech tak przelotny
jak wiatr, gdy się o twarz ociera,
jeszcze drży we mnie i jak ptak,
który tak lekko i ostrożnie
w powietrzu waży się, jak gdyby
oddechem był - ulata ze mnie,
rozpływa się i niknie. Próżno -
ty wiesz, że w szyby nocnej czerń
jak w życie swoje dawne patrzę,
lecz ciebie tam już nie ma. Tylko
mgła, która w górę się podnosi...



Odwiedziłam Auschwitz-Birkenau tydzień temu, i nadal nie mogę przestać o tym miejscu myśleć... o maleńkich fragmentach kości, które tkwią ciągle w ziemi widoczne gołym okiem... o torach, które tak nagle się kończą jak nagle skończyło się półtora miliona istnień... brak słów.

Wiersze Tadeusza Borowskiego pochodzą z tomu "Poezje. Borowski", PIW, Warszawa 1974.

2012-09-27

"Garnitur na każdą okazję" czyli Sylvia Plath o marzeniach


Sylvia Plath popełniła samobójstwo w wieku trzydziestu lat. Nawiązując do poprzedniego posta, być może, cześć rodziców przekreśli jej twórczość dla dzieci na dźwięk samego nazwiska. Co mogła chcieć przekazać dzieciom przyszła samobójczyni, od szkolnych lat zmagająca się z depresją, a właściwie żyjąca z fatum we krwi, bo zarówno babka, matka, jak i siostra, zmagały się z chorobami? Zapewne nic szczególnie ważnego. Jakże mylne. Ale to nie moment na głębsze analizy biografii tej słynnej poetki. Stało się tak, a nie inaczej, rankiem 11 lutego 1963 Sylvia podała dzieciom chleb i dwa kubki mleka, szczelnie zamknęła pokój w londyńskim mieszkaniu i odkręciła w kuchni gaz. Dzieci przeżyły, niestety - wówczas roczny - syn w późniejszych latach nie dał rady uwolnić się od stanów depresyjnych. Był biologiem, specjalizował się w badaniu ryb. Powiesił się w swoim domu na Alasce czterdzieści sześć lat po tym, jak życie odebrała sobie jego matka. 

Sylvia Plath zapisała się w kanonie literatury głośną powieścią autobiograficzną "Szklany klosz", pięcioma tomikami poetyckimi, a także obszernymi zbiorami listów i Dzienników. Większość jej twórczości, włącznie z czterema książkami dla dzieci, została wydana już po jej śmierci. W Polsce dotąd była nieznana jako autorka historii dla najmłodszych. Dziś poznajemy tę jej odsłonę dzięki Wydawnictwu Dwie Siostry, i ich wspaniałej serii "Serio", w której planowane jest wydawanie unikalnych dzieł pióra najwybitniejszych twórców światowej literatury, w dużej, bogato ilustrowanej formie, wyróżniającej się na tle innych książek dla dzieci. Nie tylko dla dzieci, przyznam szczerze, bo zarówno "Garnitur na każdą okazję" Sylvii Plath, jak i "Wrony i wąż" Aldousa Huxley'a podczytywałam ukradkiem nim jeszcze je dzieciom podarowałam. Być może znalazłaby się w tym gronie też "Niebieska zasłona" Virginii Woolf, jednak książka ta została już wydana przez Wydawnictwo Znak, więc mało prawdopodobne by trafiła do "Serio".



Tytułowy garnitur na każdą okazję to marzenie małego Maxa Nixa. Siedmioletni chłopczyk mieszka z Mamą i Tatą Nixami oraz szóstką braci w małym miasteczku położonym na zboczu góry. Każdy mijany przez chłopca mieszkaniec miasta nosi jakiś jednolity strój, niektórzy posiadają eleganckie garnitury, inni stroje robocze, jeszcze inni kombinezony. Niepokoi go ta różnorodność, ta potrzeba ciągłej zmiany ubioru w zależności od wykonywanych czynności. Dlatego też pragnie bardziej niż czegokolwiek na świecie własnego garnituru, takiego szytego na miarę, przydatnego cały boży rok. Pewnego dnia, kiedy Mama Nix upiekła placuszki morelowe do drzwi zapukał listonosz i dostarczył niezaadresowaną do konkretnej osoby z rodziny Nixów przesyłkę. Po rozpakowaniu brązowego papieru oczom wszystkich ukazał się wełniany, włochaty, nowiuteńki, musztardowożółty garnitur, z wielkimi mosiężnymi guzikami. Max milczał, był najmłodszym, a że wychowano go w dobrym domu, wiedział, że pierwszeństwo w przymiarce mają Tata Nix i bracia. Czy zdoła cierpliwie wyczekać swojej przymiarki? Czy w ogóle będzie brany pod uwagę? Czy spełni się jego marzenie?

Sylvia Plath napisała piękną przypowieść o sile marzeń, o cierpliwości w dążeniu do ich spełniania. Czytając tę książkę dziecko uczy się tej cierpliwości razem z małym Maxem, bo musi razem z nim doczekać momentu, kiedy marzenie ma szanse stać się rzeczywistością. Do samego końca nie ma pewności, ale dopinguje, wierzy i zaciska kciuki. Cała historia ma pewien swój rytm, melodyczną powtarzalność, co sprawia, że dziecko (przynajmniej tak zareagowała moja córka) kończy zdania i uprzedza do pewnego momentu kolejną stronę, z wielką satysfakcją, że potrafi przewidzieć co się wydarzy. Że jego wiara ma moc, jest wynagradzana i krok po kroku zbliża się do marzenia razem z bohaterem. To też książka o tym, jak bardzo dzieci (ludzie) różnią się od siebie, jak odmienne może być rodzeństwo i postrzegany przez nich świat. A także o tym, jak pełni jesteśmy wątpliwości i obaw co powiedzą inni, jak nas widzą i odbierają. Ciągła niepewność i strach przed byciem sobą blokuje drogę do szczęścia. Zachowanie Maxa przekonuje, że nawet te małe, nietypowe marzenia warto spełniać, bo satysfakcja jaką po spełnieniu osiągamy sprawia, że nic co wydawało się problemem nie ma już znaczenia.

Książkę zilustrowała Agnieszka Skopińska. Oczami dziecka, pędzlem trzymanym w jego rękach, przedstawiła rodzinę Nixów z perspektywy życia jakie toczy się wokół nich. Mamy tu grube warstwy farby, momentami nieregularne mazy, kreślenie ołówkiem i psa czy kota wymykającego się kolorem poza linie. Ta forma ilustrowania, niezwykle bliska dziecku, sprawia, że jest ono jeszcze bliżej marzeń o których mowa w tekście. 



Tytuł oryginału: The It-Doesn't-Matter-Suit
Tytuł: Garnitur na każdą okazję
Autor: Sylvia Plath
Ilustracje: Agnieszka Skopińska
Tłumaczenie: Jadwiga Jędryas
Wydawnictwo: Dwie Siostry, Warszawa 2012



2012-09-22

jak już czytać dzieciom to co czytać


Często jako rodzice wybieramy swoim dzieciom książki bardzo pospolite, poprawne i wydaje nam się właściwe. Pytanie tylko czy to co nam takie się wydaje bywa właściwe dla naszych dzieci? W jaki sposób to zweryfikować i nie poddać się obawom, że życiowe znaczy gorsze i nieodpowiednie. Skąd w nas przekonanie, że wyrazistymi postaciami, prostym przekazem i wynikającymi z tekstu ilustracjami spełniamy dzieci indywidualne potrzeby? Dlaczego nie dopuszczamy do głębszego sięgnięcia w wyobraźnię, do zastanawiania się skąd na ilustracji pies, skoro mowa o kocie. Dlaczego omijamy obrazy czarno-białe, brudną kolorystykę, trudne tematy, chorobę, śmierć, wojnę, problemy dorastania czy na przykład historię miasta Torunia. Tutaj nawiązuję do cudownej książki o Toruniu - "Cztery strony czasu" - którą napisała i zilustrowała Iwona Chmielewska, ale polskie Wydawnictwa ją odrzuciły, bo to nieopłacalne, a kiedy nieopłacalne to i nic nie warte. W Korei za to cieszy się ona dużym zainteresowaniem, mimo iż nie musiałaby wcale. Tak samo ma się zapewne podejście do książki "Królestwo dziewczynki", tej samej autorki, o jakże ważnej i pięknej przemianie dziewczynki w kobietę, temacie już zupełnie tabu, bo w jakim miejscu w polskiej księgarni należałoby położyć książkę ilustrowaną o menstruacji (więcej o tej pozycji można przeczytać na blogu Poza rozkładem ). W Korei nie mają z tym problemu. 
Takich naznaczonych książek nie pozwalamy dzieciom brać do rąk. Są zbyt wymagające i peszące. Nie dzieci, które do tematów nieznanych podchodzą w sposób naturalny, a zazwyczaj rodziców. Takie pozycje zmuszają nas do rozmów i być może  powrotów do tych rozmów, bo taka książka w domu na półce grozi tym, że dziecko poprosi o jej czytanie kilka razy. Choć niekoniecznie, czasem coś co w głowie dorosłego ciąży jak kamień uczepiony szyi, dla dzieci trwa tu i teraz, po czym znika wyparte przez inne ważne sprawy.
Widziałam jak na Targach Książki w Katowicach niektóre mamy czuły się niewygodnie w sytuacji, kiedy ich dzieci chwytały do rąk książki o wojnie ( serię Wydawnictwa Literatura - "Czy wojna jest dla dziewczyn" Pawła Beręsewicza, "Asiunia" Joanny Papuzińskiej czy "Bezsenność Jutki" Doroty Combrzyńskiej-Nogali). Momentalnie wzrok tych kobiet próbował wyłapać szybko coś na podmiankę, "ooo, patrz jaki słodki misiu, jaki uroczy króliczek, jaka rumiana dziewczynka z owocami w koszyczku". I dziecko chwytało do rąk podsuniętą przez mamę kolorową książeczkę, taką którą bez wysiłku, bez potrzeby rozmawiania o niej, przeczyta się na dobranoc i odbębni akcję "czytaj dziecku codziennie - 20 minut dziennie". Kto w ogóle wymyślił, że książki czyta się tylko na dobranoc? Wiadome jest, że wówczas czytamy coś naprawdę lekkiego, przyjemnego i odprężającego. Jednak w ciągu dnia czytajmy dzieciom te książki, którym okazują faktyczne zainteresowanie, same od siebie, nawet jeśli to jest temat dla nas wymagający większego zaangażowania i odpowiedzi na trudne pytania.
Najlepiej by było, gdyby dziecko poza księgarnią, w której rodzice mają często wyżej wspomniane blokady zakupowe, mogło samo z półki brać książkę odpowiednią dla swojego nastroju, swoich potrzeb i zainteresowań. To jednak niemożliwe patrząc na ceny książek, by zwyczajny człowiek mógł od urodzenia dziecku uzupełniać biblioteczkę o różne nowości wydawnicze i książki na różne tematy. Nie robimy tego, bo wydaje nam się, że dziecko z książek wyrośnie tak samo szybko jak z ubrań. Poniekąd to prawda, ale ja zauważam, że moje dzieci częściej wracają do tych samych książek, niż robię to ja. Nie przeszkadza im, że czytamy coś drugi, bądź trzeci raz. Nie ma też znaczenia wiek. Dwunastolatek słucha książek sześciolatki, i na odwrót, sześciolatka prosi by brat czytał swoje książki na głos. Wszystko zależy od dnia, pory i nastroju. 
Pisząc to, nie mam na celu namawiania na siłę do książek trudnych, to indywidualna sprawa każdego z rodziców czy odważy się przeczytać dziecku na przykład unikatowy, przejmujący "Dym" Antona Fortesa, z ilustracjami jednej z moich ulubionych ilustratorek - Joanny Concejo. Jednak pamiętajmy, że dziecko też jest indywidualnością, być może ma inne od nas zapotrzebowanie na literaturę, być może ciekawi go inny świat, który my z obawy przed trudnością tematu przed nim ukrywamy. A za kilka lat wszystko spadnie na niego jak grom z jasnego nieba. Zupełnie bez przygotowania, za co będziemy mieli być może do siebie żal, że nie czytaliśmy, nie rozmawialiśmy, nie uświadamialiśmy. 

Do końca życia będę wdzięczna za to, że mam chęci, czas i potrzebę by czytać dzieciom. I że one chcą mnie słuchać. To dla mnie naprawdę wielkie szczęście. 

A jutro napiszę o dzisiejszym naszym wspólnym czytaniu:


2012-09-19

nutella ze śliwek

 
dziękuję Ewciu :)
Nadeszła jesień. Zmusiła mnie do założenia skarpet i opróżnienia słoiczka z nutellą ze śliwek w dwa dni. Cytryna schodzi siatkami. Miód słojami. Książki stosami. Znowu więcej czytamy, uczymy się, więcej dziur w dresach robimy i więcej budyniów gotujemy. Charlie, ten maleńki Charlie, prawie mnie przerósł. Piąta klasa zobowiązuje mamo do innych zwyczajów. Ale kiedy jest już w domu, kiedy opuści tłum innych wysokich, to tyle jeszcze ciepła z niego wynika, tyle wspólnego. Nie wiem na jak długo jeszcze, ale cieszy mnie to jeszcze. A niespełna sześcioletnia Lola jest u szczytu radości, nie nadążam za nią, ma pasje do wszystkiego. Zaczęła piętnastominutowe lekcje pianina, zarażona brata zdolnościami i za wszelką cenę pragnie nauczyć się czytać. Oczywiście koniecznie w warkoczach ala Pipi. Więc składamy słowa codziennie zamiast składać ubranka od lalek. Daję jej wybór niczego nie wymagając, ale kiedy widzi mnie codziennie z książką mam świadomość tego, że coś narzucam własnym zachowaniem. Wielki wpływ mamy na swoje dzieci, trzeba mieć to na uwadze, bo widzi się zazwyczaj jedynie te plusy podchwycone. 
Kiedy ja tak szybko jeżdżę samochodem i mało sypiam.


2012-08-31

świata odłamek maleńki



gdybym mogła 
spędzałabym z dziećmi każdy dzień
samotnie w tłumie wrażeń
bawiły mnie bańki mydlane
rozpieszczał wyrwany łące bukiet polnych kwiatów
zachwycało każde odkrycie
poranne  zdziwienie
spontaniczny uśmiech i włosów zaplątanie
zakłopotanie znienacka rozbudzone
zmęczenie matki jest niczym wobec mocy spełnienia
ich szczęście jest moim skrzydłem
ich postrzeganie świata - skrzydła odbiciem
jestem nimi
dopóki diabeł mi tego nie odbierze
niech go odpycha szczęście moje
świata odłamek maleńki
nasz głęboko ukryty skarb
miłość o poranku
i nocą



2012-08-10

100. rocznica ślubu Virginii & Leonarda Woolf


List do Violet Dickinson:
                                                                                                        38 Brunswick Square W.C.
                                                                                                        4 czerwca, 1912


Moja Violet,
Mam Ci coś do wyznania. Wychodzę za mąż za Leonarda Woolfa. Jest Żydem bez grosza przy duszy. Jestem szczęśliwsza niż mogłam sobie wyobrażać - ale domagam się, żebyś i Ty go lubiła. Czy możemy oboje przyjść we wtorek? Czy wolałabyś, żebym przyszła sama? Był wielkim przyjacielem Thoby'ego, wyjechał do Indii - wrócił zeszłego lata i wtedy go zobaczyłam, mieszka tutaj od zimy (...)

"Ślub zaplanowano na 12 sierpnia, ale przyśpieszono go ze względu na Bellów ( siostra Virginii - Vanessa z mężem Clivem). Odbył się zatem w niedzielę 10 sierpnia, część oficjalna miała miejsce w Urzędzie Stanu Cywilnego St Pancras. ( Być może z tego powodu pani Woolf się nie pojawiła). Virginia uważała, że to bardzo dobry sposób zawierania małżeństwa, bardzo prosty i szybki. Jednak urzędnik stanu cywilnego uznał go za męczący, częściowo dlatego, że, jak się wydawało Virginii, był na pół niewidomy, a częściowo z powodu szalejącej burzy z piorunami, częściowo wreszcie dlatego, że kiedy doszło do wywoływania świadków, poplątał imiona, których nie znał: Virginia, i jeszcze gorzej, Vanessa. Wtedy, w swój mglisty, a zarazem rozmyślny sposób Vanessa przerwała uroczystość (...). Virginia dobrze się bawiła zarówno podczas uroczystości, jak i na przyjęciu. Kiedy dobiegło końca, oboje z Leonardem pojechali w doskonałych humorach do Asham. Spędzili tam noc, a potem, przed planowanym wyjazdem za granicę pojechali na kilka dni do Quantocks. Pierwotnie mieli zamiar spędzić miesiąc miodowy na Islandii, ale było już za późno i wyjechali z Somerset w bardziej ortodoksyjnym kierunku - do Awinionu i Vaucluse, a stamtąd do Hiszpanii. W Barcelonie jedzenie było niedobre, a Madrycie panował obezwładniający upał; pojechali do Toledo i Saragossy. Było im rozpaczliwie gorąco i często czuli się zmęczeni, ale zadziwiły ich surowość i piękno krajobrazu. Jeździli na mułach i spóźniającymi się pociągami. Virginia czytała Dostojewskiego i Charlotte M. Yonge. Potem znaleźli się w Walencji, gdzie czytała "Czerwone i Czarne". Z Walencji popłynęli statkiem do Marsylii; pojechali dalej, do północnych Włoch i Wenecji, które po Hiszpanii wydawały się wygodne, ale zdecydowanie udomowione. Wreszcie, 3 października wrócili do Londynu. Stwierdzili, że przez czas bez przerwy rozmawiali i stali się "chronicznie koczowniczy i monogamiczni" (...) - napisał Quentin Bell w biografii o swojej ciotce Virginii Woolf.


Virginia była bardzo szczęśliwa w małżeństwie. Leonard dbał o nią w ciężkich momentach zachorowań, wspierał jej działalność pisarską, ona z kolei zawsze ciepło, z szacunkiem i wdzięcznością się o nim wyrażała. Związek ten w obecnych czasach pewnie by nie przetrwał. Virginia nie rozumiała seksualnej namiętności u mężczyzn i pełna awersji do pożądania była w tej sferze bardzo oziębła i niepewna (prawdopodobnie z powodu przejść w dzieciństwie z przyrodnim bratem Georgem). Jednak to nie miało zbyt wielkiego wpływu na ich małżeństwo, Leonard wykazał zrozumienie i trwał u boku żony, aż do samobójczej śmierci Virginii w 1941 roku. Po tym tragicznym wydarzeniu mieszkał do końca życia (jeszcze 28 lat) w ich ukochanym domu Monk's House w Rodmell, w którym spędzili wspólnie dwadzieścia dwa lata swojego małżeństwa. Ich prochy spoczęły na terenie ogrodu pod wiązami, którym kiedyś nadali swoje imiona.
W październiku 1937 roku Virginia napisała w swoim dzienniku: Nie, nie pojechałam do Paryża. Trzeba to zanotować. Obudziwszy się o trzeciej, stwierdziłam, że weekend spędzę w Paryżu. Doszłam już nawet do tego, że sprawdziłam pociągi i pytałam Nessę o hotel. Potem L. powiedział, że on nie bardzo ma ochotę. Potem mnie ogarnęło szczęście. Potem spacerowaliśmy wokół skweru kompletnie zakochani - po dwudziestu pięciu latach nie możemy znieść rozstania. Potem ja przespacerowałam się wokół stawu w Regent's Park. Potem... cóż, to jest niesamowita rozkosz, że ktoś chce mojej obecności przy sobie: jako żony. Nasze małżeństwo jest tak doskonałe (...)

2012-08-09

"Włochy to sen, który powraca do końca życia"


Oczywiście, że dawno temu wróciłam. Moja cisza tutaj wynika z ciszy wewnętrznej, jeszcze szumię jedynie. Boję się zagłuszyć to wszystko słowami. Jak co roku walizki stoją na poddaszu otworem, by jeszcze nie wracać w pełni. Dla dobrego samopoczucia mojego, i suni naszej. Uwielbia ona podróże, szczególnie upodobała sobie te wyimaginowane. Wskakuje, dziurę kopie, ręcznik w lewo, nie - w prawo, nie - pod siebie. Klapa walizy się zamyka. Jedziemy! Uroczy to widok, radość w oczach psach, chęć podróży w nieznane, byle śladem naszego zapachu. Psia wyobraźnia i czerpanie przyjemności z miniatur ważności. Dla niej noce w walizce są coroczną wakacyjną przygodą.

"Włochy -  mawiała Anna Achmatowa - to sen, który powraca do końca życia". Do mnie też wraca. Nie wiem, czy powodem tego jest intensywność przebywania rokrocznie w tym właśnie kraju, czy może głębokie przekonanie, że to właśnie tam, powinnam latem wczesnym rankiem z aparatem na szyi ślady na piasku zostawiać. Świt mnie obejmuje, morze stopom się kłania, już się znamy. Co za cudowne uczucie! Schylam się, witam z morzem, a potem podążam u jego boku natrafiając na ujmujące jego bogactwa wyrzucane nocą. I tak sobie myślę, że gdybym miała morze bliżej, nie byłabym w stanie nie trwać w wiecznym uniesieniu. Nie uciekać w jego stronę. Tam tracę kontakt ze światem, dniem, godziną, jego ogrom i moc przytłacza całą tę maleńkość, i potrafię tylko iść, wnikać w rytm melodii fal, i dopiero po dwóch godzinach coś tam mnie w głowie uderza, że nieskończoność tej samotności ma swój kres dla mnie właśnie już. Zawracam więc, lekko nasycona tym pierwszym kontaktem, budzę się, by już móc śledzić wzrokiem wzlatujące ptaki i widzieć więcej. Nie przestanę nigdy tęsknić za widokiem dnia wstającego z tej mieniącej się różnobarwnymi poświatami tafli wody i piasku, na którym, jak na chmurach odkrywam obrazy i symbole. I tak mi potem zostaje na długo, że idąc patrzę pod nogi szukając ujścia dla myśli.






i kilka w innym klimacie...






Włochy to też płaczące domy...

mnóstwo się ich mija po drodze i smutno się robi

2012-07-20

Italia, wieczna uwodzicielka...


"Italia, zwodniczo piękna i jednocześnie zdradziecka jak czarodziejka Kirke, od wieków przyciągała królów, uczonych, świętych, poetów i ciekawych świata podróżników (...) urok wiecznej uwodzicielki.
Niniejsza książka traktuje Włochy i Włochów z jednakową uwagą. Zgłębia tajniki kraju i jego mieszkańców, od kalabryjskich wieśniaków do mediolańskich kosmopolitów, sięgając po ich słynne skarby; od etruskich posągów do promiennego obrazu "Narodziny Wenus" Botticellego. Specjalne eseje poświęcono włoskim pasjom - filmowi, modzie, operze i kuchni, a rozdział o historii opowiada burzliwe dzieje kraju, od założenia Rzymu prze Remusa i Romulusa, poprzez renesans i zjednoczenie do Mussoliniego i mafii (...)
Jest to kraj, który w znudzonych budzi wyobraźnię, w chłodnych i zrównoważonych pasję, w konwencjonalistach bunt. Włochy nie pozostawiają nikogo obojętnym, bez względu na to, czy będzie odpoczywał pod kolorowymi parasolami na plażach Riwiery, rozbił zakupy w Mediolanie czy pilnie zwiedzał muzea i kościoły. Każdemu turyście zostanie udzielona przyjemna lekcja życia. Bez względu na to, czy jego uwagę przykuje piękno fasady kościoła na doskonale proporcjonalnej "piazza", uwiedzie go aromat świeżo krojonej włoskiej szynki (prosciutto) czy znad filiżanki cappuccino wypatrzy szykownego przechodnia, dozna podobnego, nadzwyczajnego uczucia: nigdzie indziej samo życie nie wydaje się tak niezwykłe." - przytoczony fragment pochodzi ze wstępu Przewodnika Ilustrowanego po Włoszech wydawnictwa Berlitz.

Jakiś czas temu spędziłam godzinę w księgarni, przeglądając przewodniki, i ten wydał mi się najciekawszy. Bogato ilustrowany bardzo dobrymi zdjęciami (Johna Heseltine'a, Albano Guattiego, Francesa Gransdena, Phila Wooda i Billa Wassmana) zawiera sporą, konkretną dawkę informacji. Jest jak powieść, wciąga od pierwszych stron i choć na pierwszych zaprzestałam (zostawiając sobie tę przyjemność na włoską plażę) to jestem pewna, że dowiem się znowu coś ważnego, intrygującego, urzekającego o moim ulubionym wakacyjnym kraju, do którego właśnie niebawem wyruszam po raz dziewiąty w swoim życiu. Każdego roku jestem tak samo szczęśliwa, podekscytowana i spragniona tego specyficznego klimatu...  a kiedy wrócimy za tydzień będę tak samo jak każdego roku tęsknić za pięknem tego kraju, bogatsza o kolejne zdjęcia, wspomnienia i fascynacje.

Do przeczytania wkrótce :)
Zostawiam namiastkę klimatu sprzed dwóch lat...







2012-07-14

Pojmuję piękno szczegółami


Z aparatem na szyi wymykam się kiedy tylko mogę. Jak najdłużej podążam boso, w stopy wnika siła ziemi, ciepło słońca. Same wyznaczają kierunek niesione instynktem poznawczym. Potrzebą. Wytężam wzrok, oddycham ulubionym letnim powietrzem. Nabieram go w płuca na zapas. Wszystko wokół zmienia barwy kilkakrotnie w ciągu dnia. Nieskończoną ilość razy z różnych pozycji. Właśnie teraz, we wszystkim co mijam, jest lśniąca doskonałość. Pojmuję piękno szczegółami. Wszystko się wzajemnie sobą wypełnia. Przenika. Niepowtarzalność drobnych motylich skrzydełek, od miłości drżących lekko, jak jedwabne apaszki na wietrze... Moc czarnych bocianich piór dla których skłonna jestem do różnych pozycji, by tylko móc dostrzec z bliska ich balet unoszenia się. Bociany są niezwykle czujne, świadome zagrożenia, niepewne i płochliwe... I węgielki sarnich oczu patrzących w kuchenne okno, w którym najczęściej mnie odnajdują wzrokiem... I intensywność astrów, delikatność hibiskusa, dominująca siła zieleni, kiełkujące słoneczniki... Przeorane zygzakami pola, jak fale niepokorne, i cienie drzew jak w teatrze tworzące zapadające w pamięć sztuki o różnych godzinach mniej lub bardziej intensywne... Nie mogę skupić myśli, uciekam wzrokiem w okna, a za nimi trwa spektakl doskonały, inny każdego dnia. Szkoda ominąć. Różni się szczegółami, które wypatruję z dziećmi. Nadajemy ptakom nazwy, zasuszamy kwiaty, trwamy w totalnym, ogłupiającym zachwycie tym co nas urzeka właśnie teraz... Pragnę te chwile zatopić w bursztynie, bym mogła zimą wysunąć go z szuflady i zacisnąć w dłoni.












Nie mogę się doczekać jutra... dla nowych spostrzeżeń warto wcześniej wstać. Zacznę też jutro książkę, która wydaje się idealna na ten czas - "Na zakręcie roku" Michaela Viney'a. To obraz dwunastu miesięcy życia w odludnej nadmorskiej osadzie Thallabawn w Irlandii - to porywająca opowieść o poszukiwaniu życiowej samowystarczalności i pogłębiającej się empatii wobec natury. Książka m.in. była nominowana do BP Natural World Book Prize, w oparciu o nią powstała seria filmów telewizyjnych. Thallabawn nauczyło nas owego szczególnego stosunku do przyrody -  w równym stopniu zainspirowanego nauką, co poezją - który jest spiritus movens tej książki. Kronika roku, którą oddaję do rąk czytelnika, nieustannie przeskakuje z tematu na temat, swobodnie traktuje czas, raz po raz zmienia nastrój i styl; jest mozaiką tych wszystkich lat, a każdy miesiąc - esejem ku pamięci.
Michael Viney (ur. w 1933 roku w Brighton) - dziennikarz, pisarz i malarz, ceniony współpracownik "The Irish Times", RTE i BBC, w 1977 roku porzucił Dublin i osiadł wraz z żoną Ethną u podnóża góry Mweelrea w hrabstwie Mayo.