2011-03-28

Domy Virginii Woolf


Hyde Park Gate 22 ( 1882 – 1904, Londyn, dzielnica Kensington), pierwszy dom małej Virginii, to tutaj przyszła na świat 25 stycznia 1882r. i spędziła w nim dzieciństwo, oraz wczesną młodość. Stał na wąskiej ulicy, był koszmarnie zaprojektowany, bo ciągle coś do niego dobudowywano bez konsultacji z architektem, według szkiców matki Virginii, na kawałkach papieru listowego. Składał się z niezliczonych małych pokoi o dziwnych kształtach, które były ciemne i skrywały wiele tajemnic dwóch rodzin, Stephenów i Duckworthów. Mieszkało w nim jedenaście osób, które obsługiwane były przez siedem służących, do dyspozycji mieli jedną łazienkę i trzy ubikacje. Ściany pokoi zapełniały obrazy Wattsa, holenderskie sekretarzyki, skrzynie z ciężką rodzinną zastawą, bogato rzeźbione kredensy wypełnione szkłem i niebieską porcelaną. Meble pokryte były czerwonym aksamitem, części drewniane pomalowane na czarno z cienkimi złotymi liniami, a stoły w porze obiadu i podwieczorku zawsze wyglądały odświętnie, zapełnione srebrną zastawą, świecami i eleganckimi serwetami. W którymś z salonów stał fortepian, na którym stawiano prezenty na Boże Narodzenie. Nad salonem znajdowała się sypialnia rodziców, w której poczęła się czwórka rodzeństwa, w której to zmarła babka, matka i ojciec Virginii. Nad nią były sypialnie dzieci Julii Stephen z pierwszego małżeństwa, a wyżej kolejne sypialnie i pokoje dzienne, gabinet Leslie Stephena ze starym bujanym fotelem, cały wypełniony książkami, i na samej górze sypialnie służących. Z okien wewnętrznych schodów dostrzec można było bawiących się małych Stephenów w kwadratowym podwórku, przy fontannie ogrodowej. Od frontu, przy oknie wykuszowym, okrągła niebieska tabliczka oznajmiała: „ Tu mieszkał naukowiec i pisarz Leslie Stephen”.
W tym domu w 1895 r. na atak influency umiera matka Virginii, potem dwa lata później przyrodnia siostra Stella, po czym kolejny okres od 1897 do 1904r. Virginia określała mianem „siedmiu smutnych lat”. W 1904r., kiedy na raka umiera jej ojciec Leslie Stephen, cała czwórka rodzeństwa postanawia uwolnić się od ciemnych ścian żałoby, które nie dostarczają miłych wspomnień i z wielką przyjemnością opuszczają rodzinny dom, który po ich wyprowadzce zostaje przerobiony na hotel.


Talland House ( St. Ives, Kornwalia, wakacje 1882 – 1894), raj na ziemi, ostoja dla wszystkich, ucieczka w przyrodę, dźwięki, widoki, barwy... brzęczenie pszczół, krakanie gawronów, uderzanie fal o brzeg, zapach morza, kwiatów, przyjemności. Spacery, długie wycieczki, polowanie na motyle, ćmy i robaki (z czasem profesjonalne ich kolekcjonowanie) To tutaj przez dwanaście lat Virginia z rodzeństwem spędza wakacje. Do czasu kiedy 5 maja 1895r. umiera Julia Stephen i Leslie Stephen nie chce więcej widzieć St. Ives. 
Talland House leżał niedaleko od stacji, można było tam pobiec. Obok furtki rósł żywopłot z escalonii, a za nim znajdował się ogród, cały na zboczu, z mnóstwem niewielkich trawników i kryjówek; dalej rozciągało się boisko do krykieta, gdzie grywano w małego krykieta całymi popołudniami i do tak późna wieczorem, że trzeba było pomalować piłkę świecącą farbą, a za boiskiem morze (…) Życie rodzinne w St. Ives było dość zgrzebne i niedbałe: w Talland House panował nieporządek i przewijało się przezeń dużo ludzi. Poza rodziną byli tak goście: duża liczba kuzynów, wujów, siostrzeńców i siostrzenic (…) Morze jednak potrafiło dać o tyle więcej: doroczne regaty, piaski, zgłębienia wśród skał, gdzie kwitły morskie anemony, nad którymi przepływały ryby, wielka zatokę z żaglami i parowcami znikającymi w drodze do Bristolu albo Cardiff, albo może do Brazylii. A oprócz tego była jeszcze gęsta śmietana, specjalność Kornwalii, i sprzedawca muffinów – co nie wiązało się bezpośrednio z morzem - i ogólne bogactwo i szczęście życia (…) - fragmenty Biografii Virginii Woolf autorstwa Quentina Bella.
Życie w Talland House, i wspomnienia związane z tamtym magicznym miejscem, Virginia opisała w swoje książce „Do latarni morskiej”.
Talland House znajduje się 302 mile od Londynu ( jakieś 5h drogi), można go nie tylko zwiedzać, ale również w nim spać. Kornwalia, spacer brzegiem morza, moje marzenie... Talland House



 
Gordon Square 46 (1904-1906, Londyn, dzielnica Bloomsbury), pierwszy dom bez rodziców, służby (tylko rodzinną kucharkę Sophie Farrell zabrali ze sobą) i wattsowsko-weneckiego stylu. Virginia i Vanessa postanowiły go urządzić bardzo skromnie, lekko, bez przesytu, aksamitu i serwetek. Ściany pomalowano jednobarwną farbą, pokoje wypełniono biało-zielonymi kretonami. Na parterze był duży podwójny salon i gabinet, a na piętrze salony sióstr i pokoje braci Thoby'ego i Adriana, którzy studiowali już w tym czasie. Siostry w końcu odetchnęły, dużo spacerowały, udzielały się towarzysko, chodziły na wystaw obrazów, do księgarni i z czasem, w tym właśnie domu zaczęły urządzać czwartkowe wieczory, które były zaczątkiem działalności słynnej Grupy Bloomsbury. Kiedy w 1906r. umiera na tyfus brat Thoby Stephen, a siostra Vanessa wychodzi za mąż za Clive'a Bella, Virginia i Adrian przenoszą się na Fitzroy Square 29.


Fitzroy Square 29 (Londyn, 1907-1911 ), po śmierci Thoby'ego Virginia stara się zbliżyć do Adriana i stworzyć mu ciepły dom. Jednak ich relacje nigdy nie były wzorowe, mimo iż jako rodzeństwo byli ze sobą bardzo związani, i z całą pewnością się kochali. To z Adrianem przy Fitzroy Square Virginia prowadziła sporo ważnych rozmów, przede wszystkim o śmierci najbliższych, i to ślady po ich sporach przyjaciele wynajdywali na ścianach (rzucali się maślanymi kulkami). Z czasem wspólnie zaczęli wskrzeszać czwartkowe wieczory Thoby'ego i zapraszać do siebie członków Bloomsbury, a także innych młodych ludzi, którzy studiowali w Cambridge i bywali na Gordon Square za czasów Thoby'ego. Pod tym adresem Virginia odrzuciła w 1907r. oświadczyny Lyttona Stracheya i nieco później Hiltona Younga; tam przeżywa depresje, spędza kolejny raz kilka tygodni w Sanatorium Twickenham, potem podróżuje z Vanessą i jej mężem po Francji i Włoszech. Lekarze uważają, że Londyn ma na nią zły wpływ i w 1910r. w okresie Bożego Narodzenia zaczyna szukać domu na wsi. W międzyczasie dzierżawa Fitzroy Square wygasa i zmęczona częstymi sporami z Adrianem, szuka domu, w którym jeden drugiemu nie będzie wchodził w paradę. Znajduje Burnswick Square 38.

Asham (Asheham, Sussex 1911-1919 ) odkąd Virginia zaczęła mieć problemy zdrowotne i załamania psychiczne, lekarze zgodnie orzekali, że to Londyn ma na nią zły wpływ. Dlatego zawsze oprócz mieszkania w Londynie, znajdowała też posiadłości z dala od londyńskiego zgiełku. Początkiem 1911r. wynajduje piękny dom, położony samotnie i romantycznie kilka mil od Firle, niedaleko Lewes. Przez kolejne osiem lat będzie uciekać tam w chwilach problemów zdrowotnych.

 
Brunswick Square 38 ( Londyn, 1911 - 1912) w listopadzie 1911r. Virginia wynajmuje dom na Brunswick i dzieli go razem z czterema mężczyznami: bratem Adrianem (pierwsze piętro), kolegą Maynardem Keynesem (parter), Duncanem Gruntem (parter) i od grudnia z Leonardem Woolfem (trzecie piętro). Ona sama sporą część czasu spędza w posiadłości Asham, gdzie pisze swoją pierwszą powieść „Podróż w świat” (wówczas pod tytułem „Melymbrosia”). W styczniu 1912r. wysłuchuje oświadczyn Leonarda Woolfa, z którym od czasu wspólnego mieszkania znacznie częściej się widywała i darzyła go coraz większą sympatią. Jednak dopiero w maju gotowa jest by te oświadczyny przyjąć i zapewnić Leonarda o swej miłości.
10 sierpnia 1912r. Virginia Stephen i Leonard Woolf biorą krótki, cichy ślub w Londynie i spędzają wspólnie noc w posiadłości Asham. W podróż poślubną wyjeżdżają do Hiszpanii, a po powrocie przeprowadzają się z londyńskiego domu przy Brunswick Square do domu przy Clifford Inn.


Clifford Inn (Londyn, 1912 – 1913), niedługo Woolfowie mieszkają pod tym adresem. Virginia tam podejmuje próbę samobójczą i cudem zostaje odratowana po tym jak połknęła sto gramów weronalu – śmiertelną dawkę. Leonard zarządza 18 listopada 1913r rezygnację z pokoi w Clifford's Inn i wyjazd do Asham. Pozostają poza Londynem do sierpnia 1914r, a później w ramach dalszej kontroli nad zdrowiem Virginii, spędzają trzy tygodnie w Kornwalii.



Hogarth House (Richmond 1915 - 1924 ), Woolfowie nadal zatrzymują Asham, jeżdżą tam głównie na Boże Narodzenie, Wielkanoc, na tydzień w maju i przedłużone wakacje letnie, niekiedy nawet do października. Kolejny dom wynajmują w Richmond w 1915 r., gdzie niedługo później zakładają siedzibę Wydawnictwa Hogarth Press. Virginia wraca do zdrowia, pisze kolejne powieści, wspólnie z mężem stwarzają model egzystencji w Hogarth House, którego się trzymają przez kolejne lata... Przed południem pisali, po południu spacerowali, wieczorem czytali. Raz czy dwa w tygodniu sprawy polityczne albo wydawnicze wzywały Leonarda do Londynu; raz czy dwa w tygodniu Virginia mu towarzyszyła i odwiedzała biblioteki, sklepy, chodziła na koncerty i do przyjaciół (…). Coraz częściej myślą o kupnie prasy drukarskiej i o lekcjach drukarstwa, czego z czasem udaje im się dokonać. Zaczynają wydawać nie tylko dzieła Virginii, ale również kilku innych znanych twórców tamtego okresu.


Monk's House (Rodmell 1919 – 1941), tego domu Woolfowie szukali całe życie, a kiedy już byli w jego posiadaniu, zawsze miło w nim spędzali czas i z przyjemnością do niego wracali. Mimo iż w porównaniu z melancholijnym, klimatycznym i nawiedzonym Asham (który był wynajmowany) ten na własność (Monk's House – kupili Woolfowie po licytacji za 700 funtów) był jedynie przyjemnym domkiem z kilkoma miłymi widokami, to i tak miał coś co Woolfowie bardzo w nim lubili. Monk's House leżał na końcu wiejskiej uliczki, która wije się, odchodząc od szosy między Lewes i Newhaven i wzdłuż której zbudowane zostało niemal całe Rodmell. Była to skromna siedziba z cegły i kamieni, obłożona deskami od strony ulicy, dwupiętrowa, ze szpiczastym dachem z łupka. Wewnątrz liczne niskie, nieduże pokoje przechodziły jeden w drugi; parter był wybrukowany cegłami, schody były wąskie, stopnie zniszczone; oczywiście nie było ani łazienki, ani gorącej wody, ani WC. Za domem rozciągał się bujny i zapuszczony ogród, z kamiennym murem, a za ogrodem sad, a za sadem otoczony murem cmentarz (…) - fragment z Biografii Virginii Woolf autorstwa Quentina Bella.
W Monk's House powstała większość dzieł Virginii, tam też przechodziła kolejne załamania, tam wstawiła swój wymarzony gramofon i pod tym domem postawiła pierwszy samochód. Woolfowie z Wydawnictwa i twórczości Virginii mieli coraz więcej pieniędzy, utrzymywali dwa domy i dwie służące; podróżowali do Irlandii, Francji, Włoch i co jakiś czas wracali do Kornwalii.
To w Monk's House na kominku w salonie Virginia zostawiła list do męża i wyszła w stronę rzeki Ouse, nad którą trzy tygodnie później znaleziono jej ciało.
Jej prochy, oraz kilkanaście lat później prochy Leonarda (mieszkał tam, aż do śmierci w 1969r.), spoczęły pod wiązami, którym kiedyś Woolfowie nadali swoje imiona.
Monk's House leży 60 mil od Londynu (jakieś 1,5h drogi), w środy i soboty, od kwietnia do października jest otwarty dla zwiedzających i marzę o tym, by go zwiedzić... tymczasem linkuję szczęściarza, któremu dane było przejść ostatnią drogą Virginii, od Monk's House w kierunku rzeki Ouse - http://bryka-brak.blogspot.com


Tavistock Square 52  (Londyn, 1924 – 1939r.) kiedy Woolfowie pojechali na wakacje do Bretanii, okazało się, że dom przy Tavistock ma zostać zburzony. Jako, że gdzieś musieli przenieść Wydawnictwo, to przeprowadzili się pod kolejny londyński adres...


Macklenburgh Square 37  (Londyn 1939r...) Virginia nie czuła się tu dobrze, nie było dywanów, kuchnia wydawała się jej za mała, inne pomieszczenia za duże, schody też złe... Spędzali tam tylko kilka dni co dwa tygodnie. 


"Virginia Woolf. Biografia" - Quentin Bell, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, przełożyła Maja Lavergne, 2004r.
"Virginia Woolf" - Beatrice Masini,  Wydawnictwo Zielona Sowa, przełożyła Dorota Duszyńska, 2009r.
"Chwile istnienia. Eseje autobiograficzne" - Virginia Woolf, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, przełożyła Maja Lavergne, 2005r.
"Domy pisarek" - Sandra Petrignani, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, przełożyła Hanna Cieśla, 2004r.



 

Virginia Woolf - 70 rocznica śmierci


Jeżeli mamy wrażenie, że ją znamy, jeżeli przerzucając jej dzienniki, czujemy ukłucie w sercu z powodu czegoś, co napisała, a co my sami kiedyś pomyśleliśmy, jest tak dlatego, że ona zna nas, potrafi wyrazić nasze myśli, nasze porywy, emocje, udręki: wszystko to, czego wyrazić sami nie potrafimy. Właśnie dlatego była wielką pisarką.

                                                                                                     Beatrice Masini


To był piątek, przed południem. Siedemdziesiąt lat temu. Virginia Woolf napisała dwa listy, jeden do ukochanej siostry Vanessy, drugi do męża Leonarda, w obu tłumacząc się ze swojego obłędu. Postawiła list do męża na kominku w salonie i wyszła z domu Monk's House w Rodmell kierując się przez łąki w stronę rzeki Ouse. Kieszenie palta wypełniła kamieniami i spokojnie, w ten słoneczny, ale zimny dzień, odebrała sobie życie... miała 59 lat. Pozostawiła po sobie dziesięć powieści: „Podróż w świat”, „Noc i dzień”, „Pokój Jakuba”, „Pani Dalloway”, „Do latarni morskiej”, „Orlando”, „Fale”, „Flush”, „Lata”, „Między aktami” oraz sześć tomów listów, pięć tomów dzienników, kilkanaście opowiadań, esejów, szkiców i recenzji.

Najdroższy,
Jestem pewna, że znowu popadam w obłęd. Uważam, że nie możemy przechodzić przez kolejny taki straszny okres. A tym razem nie wyzdrowieję. Zaczynam słyszeń głosy i nie mogę się skupić. Więc robię to, co wydaje się najlepsze. Dałeś mi największe szczęście, jakie jest możliwe. Byłeś pod każdym względem wszystkim, czym można być. Nie myślę, żeby dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych, dopóki nie nadeszła ta straszna choroba. Nie mogę dłużej walczyć. Wiem, że niszczę Twoje życie, że beze mnie mógłbyś pracować. I będziesz, wiem. Widzisz, nawet nie umiem tego napisać tak jak trzeba. Nie mogę czytać. Chcę powiedzieć, że całe szczęście swego życia zawdzięczam Tobie. Byłeś wobec mnie nieskończenie cierpliwy i niewiarygodnie dobry. Chcę to powiedzieć – wszyscy to wiedzą. Gdyby ktokolwiek mógł mnie uratować, byłbyś to Ty. Wszystko mnie opuściło poza pewnością o Twojej dobroci. Nie mogę już dłużej niszczyć Ci życia.
Nie myślę, że dwoje ludzi mogło być szczęśliwszych niż byliśmy my.
                                                                              
                                                                                                                   V.


2011-03-21

Wiosna w domu :)

( Wiosna w wykonaniu Charliego i Loli - piękna, przeraziła mnie tylko ilość bocianów z tobołkami :)

Światowy Dzień Poezji


"Zdarza się, że weźmiecie książkę, która mówi o tym, co sami przeczuwacie. Nagle wiersze przelewają się przez kartki i rozlewają się szeroko wokół, odnoszą was bezbronnych ku sercu harmonii, którego uderzenia mieszają się z szumem waszej krwi. W takiej chwili wiersze są pływakami sieci, którą napełnia zdobycz, a poeta ją wam napędził. Kiedy indziej znów wiersz użyczy pióropusza nieśmiałej myśli albo też rękojeści, abyście mogli ją wydobyć. To poezja jest dalszym ciągiem was - wyszedłszy ze słów poety zmienia się w was w czyn, miłość, nadzieję, sen. Wiersz jest pomostem pomiędzy poetą a czytelnikiem, na którym się spotykają, aby się objąć albo też przejść obojętnie. Mówi wam on o żalu i radości, działa dośrodkowo i odśrodkowo, śmiałość jego spojrzenia przenika najskrytszych. Oddech poezji osiada w waszym sercu. Co dzisiaj jest poezją, jutro już może być życiem - i odwrotnie (...)
Słowo jest widnokręgiem rzeczy. Są słowa ospałe, które tylko mrużą oczy, słowa wychudłe długą wędrówką po stronicach książek, ubrudzone ciągłym dotykaniem, są słowa opuszczone, których znalezienie i osadzenie w pierścieniu wiersza sprawia poetom największą radość, są inne, kłótliwe i zhardziałe z powodu dużej litery, od której się zaczynają, są słowa-zaklęcia, które razem obudzą w was świt, ale również ciemność, są słowa skruszone, ciągle klęczące i bojaźliwe, są słowa płonące jak dawni prorocy i kaznodzieje, są słowa pozbawione treści poprzez długi brak rosy innych słów, wśród których dopiero ożywają, są słowa nużące i uparte, zanurzone w kolorze snu i jego szaleństwie, są również słowa jak nasiona, a przecież potężny dąb jest w nich ukryty, są słowa-media materializujące sny i tęsknoty i myślące za was, są i takie, pod których barwami potrafią się bić narody i klasy, są słowa pasożytujące na innych i tak w nieskończoność. Słowa starzeją się i robią się zgrzybiałe, tracą zapach i tętno, poeta musi umieć znów je uskrzydlić, wykuć z nich złoty klucz otwierający zamkniętą bramę czasu, dać im baśniowe buty siedmiomilowe, aby od razu przekroczyły góry i rzeki codzienności. Znajdźcie wśród nich te, które należą do was (...)".

fragment eseju Franciszka Halasa "O poezji"

"Wybór poezji" Franciszek Halas, Biblioteka Narodowa

2011-03-19

Hurtownia książek

Pamiętacie program „Hurtownia Książek” o nowościach wydawniczych prowadzony przez poetkę Agnieszkę Wolny-Hamkało i aktora Andrzeja Grabowskiego? Odpowiedni klimat, aranżacja prawdziwej hurtowni, wysokie regały z książkami, pakunki zamiast krzeseł, animowane komiksy Jarka Gracha i co najważniejsze naprawdę dobra literatura podana na talerzu. Początkowo Hurtownia ukazywała się co tydzień, później dwa razy w miesiącu. Najpierw nadawano ją w soboty o godz. 12.30 (oglądalność: ok. 630 tys. widzów - wg Nielsen Audience Measurement), potem przesunięto na 8 rano (ok. 390 tys. widzów). Dla tych, którym pora emisji nie odpowiadała TVP przygotowało darmowe powtórki w sieci. Teraz nie ma już ani programu, ani możliwości darmowego przeglądnięcia archiwum, na które została nałożona opłata, która ma chyba jedynie na celu udowodnienie, że „Hurtowni...” to niby nikt nie oglądał.
Nie doszukiwałam się specjalnie szczegółów dlaczego kolejny program kulturalny został zdjęty z anteny (nie ma już „Czytelni”, ani „Telewizyjnych Wiadomości Literackich” Stanisława Beresia ), bo już przestało mnie to dziwić, jednak kilka dni temu trafiłam w „Bluszczu” na artykuł dotyczący „Hurtowni...” i jak się okazało nawet sami prowadzący tego nie wiedzą. O zdjęciu z anteny dowiedzieli się z gazet, a do momentu udzielania wywiadu dla magazynu „Bluszcz” szefowa Jedynki Iwona Schymalla oraz producenci programu, nie pokwapili się by ich o tym poinformować. Pozostał więc niesmak i niekulturalna otoczka wokół bardzo kulturalnego programu.
Iwona Schymalla w jednym z wywiadów powiedziała: Hurtownia schodzi z anteny, bo wprowadzam sobotnio-niedzielny program poranny, w którym stałym modułem będą książki (przyp. chodzi w wzmianki o książkach w programie „Kawa czy herbata”) Co Andrzej Grabowski komentuje ironicznie na łamach marcowego "Bluszczu": No i to jest świetny pomysł, doskonała zmiana. O literaturze najlepiej dyskutować szybko – około minuty, w oparach smażącej się obok chińszczyzny, pomiędzy rozmową o talkowaniu pupy noworodkom i pomysłem na bezpieczne prowadzenie samochodu w zimie. Doskonale rozumiem jego frustrację jako prowadzącego, bo usuwanie z anteny w ten sposób, jest wielce nie na miejscu, a tłumaczenie, że zostanie zastąpiony on innym,  typu wzmianka z "Kawie czy herbacie" wręcz śmieszna.  Jednak z drugiej strony czyż nie jest lepsze jakiekolwiek promowanie literatury, niż jej zupełny w mediach brak? Wychodzę z założenia, że nie każdy musi czytać literaturę wysokich lotów. Niech ludzie czytają cokolwiek, mnie cieszy każda nosząca ślady czytania książka, każdy wypełniony w księgarni koszyk, do którego z ciekawością przez ramię pani przede mną zaglądam. Są gusta i guściki, każda książka ma prawo przetrwać, a żeby przetrwać potrzebuje czytających. Z ubolewaniem stwierdzam jednak, że dobra literatura szybciej w Polsce wyginie, niż ta z półek z napisem bestsellery, bo to właśnie jej nie poświęca się odpowiedniej, żeby nie powiedzieć żadnej uwagi. Dzieła światowe, klasyka literatury, czy poezja żyją o kulach, z trudem próbują utrzymać się w pionie, podczas gdy na promowanie celebrytów zawsze znajdą się pieniądze i czas antenowy.
 
Temat promowania literatury pięknej jest więc jak widać głęboko złożony. Kiedy emitowane są programy kulturalne, to nikt ich nie ogląda, o czym świadczy ich ściąganie z anteny z powodu żałośnie niskich słupków oglądalności. Kiedy z kolei są ściągane to automatycznie pogrążany jest poziom polskiego czytelnictwa i niczego dobrego to nie wróży na przyszłość. Statystyki i tak są bolesne, nasze 56% ma się słabiutko do 79% dla sąsiadów z Czech (według Mariusza Szczygła średnia liczba książek w czeskim domu to 246). Czy takie programy powinny więc istnieć mimo swej nieopłacalności? Powinny, chociaż dla tego jednego procenta. Kultura jest bezcenna.
Obecnie na antenie pozostaje jedynie emitowany raz w miesiącu program "Od słowa do słowa" na TVP Kultura, poświęcony polskiej literaturze współczesnej (kolejny, szósty już odcinek 26 marca o godz. 22.27) oraz na TVN Style program „Kino, kanapa, książka” z Karoliną Korwin Piotrowską i Dorotą Wellman w roli głównej. Intencja programu jest bardzo trafiona, film kontra literatura, jednak nie ukrywam, że maniera wyższości nad wszystkimi tej pierwszej prowadzącej jest równie denerwująca co ilość powtórzeń tego samego odcinka. Ale oglądam, bo dzięki temu programowi zobaczyłam we fragmentach oryginał filmu "Och, Karol" z 1985r i zdecydowanie bardziej mnie zaciekawił niż wersja "Och, Karol 2".
 
Z kolei na TVP 2 od kwietnia, dwa razy w miesiącu, będziemy mieli możliwość oglądania nowego programu „Redakcja kultury”, gdzie redaktorem naczelnym magazynu będzie Piotr Najsztub. Wśród autorów - oprócz Piotra Najsztuba - pojawią się kompozytor Tymon Tymański (muzyka), laureatka Paszportu Polityki w kategorii Literatura za rok 2008 Sylwia Chutnik (zajmie się oczywiście literaturą), redaktor naczelny Radia Roxy FM, były publicysta „Gazety Wyborczej” Mikołaj Lizut, grafik i twórca performance Wojciech Bąkowski (sztuki wizualne), pisarz i dziennikarz, który współpracował z „Lampą” i „Machiną” Jakub Żulczyk (popkultura). Materiały o teatrze będzie przygotowywać Łukasz Drewniak.
Pilotażowy odcinek pojawił się na antenie 13 marca o godz. 23:40 oczywiście. Im później tym lepiej, by móc potem bez wyrzutów zdjąć program z anteny zasłaniając się kiepską oglądalnością.

A tutaj możecie możecie przeczytać o tym "Jak dostać autorski program w TVP"  :)

2011-03-16

Scrapbooking - ruszyłam :)


Scrapbooking to sztuka ręcznego tworzenia i ozdabiania, która od lat zaprząta mi głowę. Od dziecka nie potrafiłam siedzieć bezczynnie i nawet przed telewizorem musiałam mieć coś w rękach. Obserwując pasję mojej mamy, już jako siedmiolatka haftowałam obrazki i serwetki, z przewagą motywu kwiatowego, bo takie wówczas były w modzie. Mama wieczorami nakrywała kolana kremowym obrusem, na którego wcześniej ołówkiem przez kalkę naniosła fiołki, maki i słoneczniki, i haftowała po kilka kompletów z serwetkami rocznie. Babcia w tym czasie, na fotelu obok, robiła na drutach swetry, szale i spódnice. Dzięki ich pasjom i przyjemnej metodzie dorabiania, mogłyśmy w wakacje spędzać dwa tygodnie nad morzem. 
Haftowanie porzuciłam jako nastolatka, ale za to całej klasie robiłam bransoletki na ręce. Potem szkicowałam, miałam epizod ze szkołą fotograficzną i własną ciemnią w łazience. Kiedy urodziłam syna nudę zabijałam układaniem ikebany, czyli kompozycji kwiatowych, a całkiem niedawno zarywałam noce przy decoupage. Technika ta dawała mi ogromną radość, ale smród farb i lakierów mnie z czasem bardzo zniechęcił, czego nie mogę odżałować, bo rozdałam wszystkie swoje prace i sama zostałam bez pamiątki z tego twórczego okresu. 
Nadal mam potrzebę wyrażania siebie artystycznie i dlatego postawiłam na Scrapbooking ( za sprawą Asi, która mnie obdarowywała swoją twórczością i skutecznie do tej techniki przekonała ) co dzieci przyjęły z wielką radością i tworzymy wspólnie. Na sam początek zakładki, które z racji mojej miłości do książek chyba nikogo nie zdziwią :)






p.s Klikając na poszczególne zdjęcia można je obejrzeć w powiększeniu.


Jak Mary Poppins


Dzieci kaszlące, Charlie z bólem gardła, Lola zakatarzona. Ich nagrzane ciała wypełzły rano spod kołder i ogłosiły sprzeciw. Uległam, samą mnie też dziś nie ciągnie poza dom. Ostatnimi dniami w każdej kolejce, na każdym rogu, przystanku i w przerwie na kawę mówi się o jednym. Ktoś brutalnie zamordował dwoje nastolatków na parterze jednej ze starych kamienic usytuowanych wokół rynku. Pełno takich u nas w mieście, z ciężko otwierającymi się drzwiami, ciemnymi śmierdzącymi korytarzami, krętymi schodami i rzeźbieniami na ścianach. W tej stoi mały posąg  niedźwiadka z uniesionymi łapami, jakby chciał zaatakować, bądź stanął w pionie dla obrony. Obok niego znaleziono ciało młodej dziewczyny i jej chłopaka. Bez względu na to jaką wersję kreują plotki, jak daleka ona jest od tajemnicy, którą skrywa wnęka przed wejściem na schody, nie zasłużyli na taką śmierć. Zawsze w takich chwilach patrzę na moje dzieci, boję się o nich, świat karmi się depresją, zwykli ludzie przepoczwarzają się w psychopatów. Zauważam na ulicach coraz mniej uśmiechu. Trąca mnie za to wszechobecny smutek, który odbija się od szarej kamienicy i trąca kolejną osobę. Pogrążamy się wzajemnie z prędkością pchniętego domina. Szaro przed oczami, nienawiść pod nogami, uschnięte marzenia w co drugiej kieszeni. Chciałabym dać się unieść za rączkę parasola, jak Mary Poppins, ponad defetyzmem ludzkości,  gdzie mogłabym się bez wyrzutów sumienia uśmiechać.Tymczasem niczym lustro przyjmuję na siebie ten cały smutny wizerunek świata i mimowolnie staję się jego częścią. Karcę się za to, bo kiedyś potrafiłam oszukać moją wrażliwość i nie przeżywać tak wszystkiego. Nadal cieszą mnie drobnostki, choćby te trzy krokusy i dwa żonkile przy drewnianych schodach tarasowych, na których w końcu mogę zasiadać po zimie z kubkiem kawy, ale mam poczucie, że Japonia tonie w kataklizmie i mój uśmiech w stronę kwiatów jest nie na miejscu. 

2011-03-14

Za kulisami kuchni

Kuchnia nigdy nie robiła na mnie większego wrażenia, dlatego nie zawracam sobie głowy Nigellą Lawson, bo w kuchni to ja sztuki nie zrodzę mimo najśmielszych chęci. Kręcą mnie rustykalne wnętrza, drewniane stoły, lawenda na oknie, stare siteczko do herbaty, zapach domowego chleba, mielonej kawy i tabliczka czekolady ukryta w miejscu, w którym nikt się jej nie spodziewa. I to by było na tyle.
Nigellę Lawson podziwiam jako kobietę z pasją, tak samo jak Martynę Wojciechowską, ale zarówno nóż, jak i samolot, są mi nie po drodze. Jednak kiedy znalazłam to zdjęcie, na którym Nigella Lawson przebywa za biurkiem w swojej londyńskiej biblioteczce, to stała mi się zdecydowanie bliższa. Prawda, że robi wrażenie? Zastanawiam się, gdzie tak naprawdę woli przebywać? Zdecydowanie w tym wypadku wybrałabym pracę za biurkiem. Takim biurkiem, i w takim miejscu jak to widać na zdjęciu powyżej. Zapach żadnej potrawy nie zastąpi mi zapachu książek. Żaden smak, nie zastąpi doznania jakie daje słowo. Patrząc na tak bogatą biblioteczkę, całkiem prawdopodobne, że Nigella Lawson gotując czerpie  pozytywną energię ze słów, które układa w głowie na potrzeby swojej kolejnej książki. Nigdy nie przyjrzałam się jej pisaniu, a zachęcona tym zdjęciem zajrzę przy okazji do środka jej książki, na słowa, nie na przesycone kolorem fotografie. Kto wie... może nabierze znaczenia stwierdzenie przez słowo do żołądka? :)

2011-03-09

Z dialogów rodzinnych odc.18 - rozmowy (nie) kontrolowane


Nie wiem jak smakuje drzemka po południu, w kocu, na hamaku, czy bujaku. Nigdy w ten sposób nie odbierałam sobie dnia, ale zostając mamą liczyłam na to, że moje dzieci zgodnie ze stereotypowym modelem małego dziecka, a potem przedszkolaka, będą choćby krótką drzemkę uprawiać, a wieczorami o dwudziestej zapadać w głęboki sen. Szybko zorientowałam się, że moje geny przeważyły w tej kwestii i umiejętność zasypiania na kanapie o każdej porze posiada tylko mój mąż. Charlie przestał sypiać w ciągu dnia mając dziewięć miesięcy, jego siostra jeszcze szybciej. Obecnie czteroletniej Loli nie jest w stanie nic zmęczyć, ciągle jest energiczna, kreatywna i bardzo rozmowna, a wieczorami uprawia dziecięcą filozofię. Nie wystarcza czytanie do snu, do tego kilka pytań o miniony dzień, przytulenie, nawijanie loczków na palec... Lola każde słowo potrafi przerobić na kolejne kilka zdań, dziesięć pytań i ciąg rozważań, o tym na przykład co to jest starość,  czytanie w myślach, albo skąd biorą się dzieci.

Dzień pierwszy. Leżymy przykryte po szyję, między nami dwa psy, Lola zwija metkę, a ja spoglądam na zegar. Jest prawie dwudziesta druga.
- A wiesz... Charlie mi powiedział, że umiera się jak ma się sto lat. Kiedy to będzie? Powiesz mi jak będziesz mieć sto lat?
- Powiem, zresztą sama to zobaczysz - odpowiadam krótko zmierzając ku wyciszeniu jej myśli.
- Będziesz siwa, zmęczona i będziesz miała laskę?
- Nie wiem, różnie wyglądają starzy ludzie.
- Aha... bo ja czasem jestem zmęczona i strzela mi kostka w pięcie, ale to chyba jeszcze nie starość, prawda?


Dzień drugi, również późnym wieczorem:
- A wiesz skąd biorą się dzieci? - pyta Lola odkładając na szafkę książkę o Martynce i jej braciszku.
- Wiem... A ty wiesz? - zaciekawiona wersją czteroletniej córki uśmiecham się i z przyjemnością czekam na jej odpowiedź.
- To jest tak... Z nieba sfruwa taka pani, ma taką długą suknię i magiczną różdżkę, w fioletowo żółte kwiaty, i tak macha tą różdżką i wyczarowuje trzy wróżki. Te wróżki fruną przez cały świat i przylatują do pięknego domu, takiego oooo, dużego i zaczarowują pana lekarza, a ten pan lekarz zaczarowuje wszystkieeeee mamy na świecie i powstają dzieci... A jak wyglądał ten pan lekarz to już ty mi musisz powiedzieć, bo przecież u ciebie też był.


Dzień trzeci. Jesteśmy już po wieczornych pogaduszkach na tematy równie ważne. Zabieram książkę i zaczynam czytać. Lola przymyka oczy, drgają jej powieki. Otwiera. Zamyka. Otwiera. Zamyka. Z lewej na prawą, z prawej na lewą. Pcha się na mnie. Patrzy na książkę. Z lewej pies, z prawej ona. Zamyka, otwiera, zamyka, otwiera. Nie wytrzymuje...
- Mamooo, jak ty to robisz, że czytasz tak cicho? Te twoje książki wyglądają tak ciekawie, a ja nigdy nie słyszę o czym są.
- Bo czytam w myślach, kiedy ty masz już spać. Nie chcę ci przeszkadzać.
- Aha.... no ale nic nie będziesz słyszała. Zawsze jak mówię za cicho to pytasz ciągle Co i Co i Co!
- Słyszę swoje słowa, ale po cichu, to mi wystarcza by zrozumieć książkę.
- To niemożliwe, ty nawet nie ruszasz ustami, więc jak możesz to słyszeć? - pyta unosząc głowę z poduszki i zaczyna wpatrywać się w moje usta. Ja w tym czasie przymykam oczy i staram się znaleźć jakąś rozsądną odpowiedź. Lola widząc moje zmęczenie mówi:  - No dobra, dobra, idę już spać, a ty zastanów się jak mi to jutro mądrze wytłumaczyć.


2011-03-08

Kobieta niepojęta...


Kobieta niepojęta niepojętą pozostanie, co stwierdzam z przyjemnością - pisała Virginia Woolf dnia 22 marca 1919r. w swoim Dzienniku. Czasem lepiej jest być niepojętą, niż źle pojętą, ale w obu tych przypadkach, trzeba mieć pojęcie o pojmowaniu istot trudnych do pojęcia :) Zatem do dzieła drodzy panowie!

Z przyjemnością informuję, że jestem dziś otwarta na tulipany i czekoladki.
Miłego dnia raz jeszcze.


Adele, czyli pomrukiwanie nocą


Zaczęło się dwa tygodnie temu, i od tej pory zasypiam z Adele. Dziś nawet udało mi się kilka dobrych dźwięków uchwycić na pianinie i jestem w stanie powtarzać się do rana, byle tylko nie zapomnieć tego co się nauczyłam... Nie jestem konsekwentna z nauce, pewnie zakończę na znajomości tylko jednej czwartej piosenki, bo poziom wirtuozerii wzrósł w pierwszej minucie i się przeraziłam. A teraz sprawię sobie przyjemność i kiepskim angielskim akcentem pomruczę sobie w wannie  :)
Rano wstanę. Prawda, że wstanę?
Miłego dnia Kobietki. Wiosny Wam życzę i śniadań do łóżek :)





2011-03-07

Niedoczekanie - słowo na niedzielę


Nie doczekam się. Czas nigdy nie przejdzie na moją stronę. Zawsze będziemy walczyć, szarpać się, i wydzierać sobie cenne minuty. Miałam tyle w planach na te dwa dni... Skończyło się na gumowych rękawiczkach i intensywnej rekonstrukcji wnętrza domu do stanu sprzed tygodnia. Poiłam kwiaty, kosiłam psy, bulgotałam w garnkach, pokonywałam kurz, tańczyłam z żelazkiem i puściłam  z rozmachu tyle prania, że zabrakło suszarek. Gdybym trafiła na złotą rybkę to poprosiłabym o czaso-zatrzymywacz. Wcisnęłabym pausę w sobotę rano, nim jeszcze kurz zakręci mi w sumieniu i podmieniłabym plany dnia. Na przykład wyjechałabym do Paryża, albo do Pragi, albo na łąkę pełną krokusów we wszystkich odcieniach tęczy.
Przypomniał mi się właśnie pewien Poeta, z wiersza Renaty Putzlacher. Zmęczenie jest wszechobecne. Niedoczekanie też.

Poeta

Naprawdę nie musisz się bać
moją domeną są tylko
słowa, słowa, słowa
Czasem zasypiam na dywanie
urobiony po łokcie
Bo słowa mają ciężar gatunkowy
a ja uczę się
jak oddzielić ziarno od plew
Mnie nie musisz się bać
zanim przejdę od słów do czynów
sto razy wszystko przetrawię
opiszę przeleję na papier
skażę na wieczny odpoczynek
Znów się nie doczekasz


p.s jeśli wstanę rano i będzie śnieg to chyba włożę termometr do herbaty i się rozchoruję, albo wytoczę armatę przed dom i rozpętam trzecią wojnę światową :) Wstaję za pięć godzin. Pora na potwora. Psy na poduchy i boska Adele na dobranoc.
Miłego początku tygodnia kochani.

2011-03-03

Kawa, pączek i mężczyźni

Każda okazja jest dobrą okazją. Tłusty czwartek postanowiłam więc wykorzystywać do moich niecnych planów. Przemyciłam do domu jednego pączka i pięciu facetów. Doborowe towarzystwo rozsiadło się na kanapie, ktoś zapalił papierosa, ktoś zmielił brazylijską kawę, ktoś wyłączył mój marudny telefon, pokroiłam pączka na sześć kawałków i z przyjemnością patrzyłam na pięciu wspaniałych... Henry Miller "Zwrotnik Raka", Philip Roth "Everyman", Jacek Dehnel "Rynek w Smyrnie", Paweł Huelle "Opowieści z chłodnego morza" i Gil Courtemanche "Piękna śmierć". Marzec literacko należy do mężczyzn. I jestem prawie pewna, że cały kwiecień też. Nic na to nie poradzę, że mężczyźni w moich odczuciach smakują lepiej.


"Romans prowincjonalny" Kornel Filipowicz


Za książką Kornela Filipowicza rozglądałam się od jakiegoś czasu. W większości księgarń, które przejrzałam wszystkie jego pozycje są niedostępne, aż w końcu ku mojej wielkiej radości trafiłam na „Romans prowincjonalny” w miejscowym antykwariacie. Trzymając w dłoniach kieszonkowe wydanie Wydawnictwa Literackiego, z okładką projektu malarza i rysownika Kazimierza Mikulskiego, ruszyłam szybko w stronę samochodu i już na pierwszych światłach zaczęłam czytać komentarz samego autora, zamieszczony na okładce dość już sfatygowanej, bo pochodzącej z 1964r. książki: ...Nigdy dotąd w czasie pracy nie miałem tylu wątpliwości, co w trakcie pisania Romansu prowincjonalnego. Nigdy też nie zdarzyło mi się, abym skończywszy pisać odczuwał tak silną potrzebę dodania jeszcze paru zdań do tego, co napisałem – jakby dla wyjaśnienia czegoś lub usprawiedliwienia siebie. To chyba zły znak; może nie trzeba było pisać Romansu prowincjonalnego? Ileż to utworów, z korzyścią dla literatury nie zostało napisanych... Istnieje przecież tak wiele tematów wzruszających i fascynujących wyobraźnię - a tak mało z nich staje się przedmiotem realizacji literackiej. Dlaczego Romans prowincjonalny nie podzielił losu tych odrzuconych przez autora tematów? Nie umiem odpowiedzieć, dlaczego tak się stało; być może zdecydował sentyment, jaki miałem zawsze dla tak zwanej prowincji, świata, który ginie na naszych oczach (był jeszcze wczoraj – nie będzie go już jutro) razem ze wszystkimi jego specjalnymi urokami, wzruszeniami, smakami, dziwactwami. A może pociągnęła mnie po prostu forma literacka, o której ostatnio często myślałem i którą chciałem wypróbować: mikro-powieść?...

„Romans prowincjonalny” to zaledwie stustronicowa książeczka niewielkiego formatu, i początkowo zwiedzona wątpliwościami samego autora, czy aby na pewno warta była publikacji, nie byłam jej pewna. Lubię opowiadania, ale ta książka to coś pomiędzy, już nie opowiadanie, ale też nie powieść. Częsta przypadłość. Szybko zmierzająca ku ciemnej krainie zapomnienia i pozostawiająca niedosyt. Postanowiłam jednak spróbować, bo jak już wspomniałam Kornel Filipowicz chodził mi po głowie jakiś czas. Przede wszystkim dlatego, że dzieciństwo i młodość (1923-1933) spędził on w moim mieście i miałam nadzieję na wypatrzenie znajomych zakątków w tej właśnie prowincjonalnej opowieści. Jednak oprócz figury Św. Floriana stojącej na środku rynku, i zachowań ludzi typowych dla małego miasteczka, więcej podobieństw się nie dopatrzyłam. Nawet w czytanych równocześnie „Opowiadaniach cieszyńskich” tego samego autora, które o Cieszynie niewiele prawią, a raczej o wspomnieniach rodzinnych i przyjacielskich. Każde jednak niesie za sobą jakiś przekaz i rekompensuje oddalony na dalszy plan obraz samego miasteczka. 

„Romans prowincjonalny” wspominać będę miło, może dlatego, że z takiej właśnie prowincji, z figurką Św. Floriana na rynku i kocimi łbami na ulicach pochodzę. Pamiętam bańki na mleko przed sklepami, smród zgniłych jarzyn w kamienicach i cienie gołębi fruwających nad rynkiem. Mając świadomość tego, że autor w Cieszynie spędził dzieciństwo, czułam, że pisze właśnie o tym miasteczku i stąd mój do tej książeczki sentyment. Poza tym dzięki Kornelowi Filipowiczowi sama Wisława Szymborska spacerowała wokół Św. Floriana, o czym, jako wieloletnia jego partnerka życiowa, wspomina w wywiadzie na ostatnich stronach „Opowiadań cieszyńskich”.

Elżbieta Jabłońska, główna bohaterka tej mikro-powieści ma dwadzieścia cztery lata, w przerwach pomiędzy grą na fortepianie chodzi matce na zakupy, a jej myśli uciekają coraz częściej gdzieś poza nudną, prowincjonalną codzienność. Tymczasem matkę zaczyna niepokoić fakt, że córka nie dąży do zamążpójścia i ignoruje zachodzącego do nich inżyniera Soniewicza. Stara się wpłynąć na córkę, organizuje kolacje dla odpowiedniego według jej gustu wybranka, zwraca uwagę na wiek dziewczyny i opinie społeczeństwa, że już najwyższy czas. Elżbieta nie jest zainteresowana, czuje potrzebę wyrwania się z matczynych szponów, męczą ją małomiasteczkowe zwyczaje, plotki, dziwactwa. Spacerując po mieście zauważa, że miejscowy wariat Turlej wiesza właśnie afisz na kiosku, z którego dowiaduje się o wieczorku autorskim warszawskiego poety Fabiana Miłobrzeskiego. Zakupuje w księgarni tomik jego poezji i wraz z Soniewiczem, jako że samej nie wypada, udają się wspólnie na miły kulturalny wieczorek. Poeta okazuje się mężczyzną, na którego Elżbieta zwróciła uwagę stojąc w kolejce po nerkówkę, kiedy wysiadał on z południowego autobusu. Drżącymi dłońmi podaje mu tomik poezji prosząc o dedykację. I tak zaczyna się ich wspólna znajomość... Jak się zakończy? Sami przeczytajcie jeśli macie ochotę na taki prowincjonalny romans, który pokazuje różnice pomiędzy społecznościami wiejskimi i miejskimi, różnice w postrzeganiu życia i z nim związanych wartości. To dwa odrębne światy. A do nich jeszcze dołącza enigmatyczny świat wielkiego poety z Warszawy.
Żałuję, że nie powstała z tego obszerniejsza powieść, bo klimat tak zwanej prowincji, świata, który ginie na naszych oczach razem ze wszystkimi jego specjalnymi urokami, wzruszeniami, smakami, dziwactwami, jest tym co lubię w literaturze. 

(...)Miłobrzeski powiedział:
- Pani świetnie tańczy...
- Prowincja przechowuje najlepsze przepisy na pączki z różą, gruszki w śmietanie, barszcze, pieczenie, bigosy, wina porzeczkowe – i na starego walczyka...
- I chyba na miłość...
- Na tym się nie znam.


Na podstawie książki powstał film „Romans prowincjonalny” (1976 r.), jednak niewiele na jego temat można odszukać informacji, tym bardziej trudno będzie o sam film. Szkoda, bo obejrzałabym chętnie z książką w ręce.
Z niecierpliwością też oczekuję filmu „Ostatnie amory Mateusza Kłosa”. W całości jest on kręcony w nadal bardzo prowincjonalnym Cieszynie, który jak widać stał się inspiracją nie tylko dla pisarza Kornela Filipowicza, ale i dla reżysera Artura Więcka. Mam tylko nadzieję, że Cieszyn nie stanie się tłem do jakiegoś kiepskiego scenariusza i nie pryśnie czar jego prowincjonalnego uroku. 


2011-02-28

PS22 na rozdaniu Oskarów


Żałuję, że nie obejrzę dziś na żywo gali z wręczania Oskarów, i nie chodzi tym razem o film...
Właśnie wykręcam pośladkami dziurę w kanapie, podjadam w paseczki skrojone jabłko i obserwuję tańczące palce u stóp. Chętnie wymieniłabym swój budzik na pana z gitarą i gromadką dzieci. Każdego ranka wstawałabym z uśmiechem i tanecznym krokiem zmierzałabym z stronę łazienki fałszując radośnie. Muzyka to ogromna siła napędowa. Wiara w marzenia jeszcze silniejsza. A gdy do tego dołożyć dzieci, to słońce pojawia się w środku nocy.
Podejrzewam, że nauczyciel muzyki Gregg Breinberg, a tym bardziej spora grupa dwunastoletnich dzieciaków z Nowego Yorku, z różnych, niekoniecznie dobrych domów, gdzie patologia i bieda są odczuwalne, jeszcze kilka lat temu, zbierając się na próbach szkolnego chóru, nawet w najśmielszych planach nie snuli wyprawy na galę Oskarów. Tymczasem dzisiejszego wieczoru, na specjalne zaproszenie, właśnie tam się znajdują i wierzę, że poruszą grube ryby filmowego biznesu na fotelach. Sami posłuchajcie przed snem (jeśli jeszcze ktoś nie śpi :), a jeśli macie siły to tutaj możecie o nich przeczytać. Niesamowite dzieciaki, każdy z nich na swój sposób przeżywa muzykę i żadne nie jest tam na siłę, ani też nigdy nie było. Gregg Breinberg założył chór, który miał być dla tych dzieci poniekąd terapią, odskocznią od trudnych warunków życiowych, światełkiem rozjaśniającym ich twarze i dusze... No i udało mu się to. Więcej takich Gregg'ów proszę.


2011-02-25

Mróz jest dziki, mróz jest zły



Żadnych zmian.
Frotowe skarpety na noc i okład z psów na szyję.
Nadal -13 o poranku. Trzęsawisko.
Przemarznięte przewody senne. Czysta biel na śniadanie.
Gorące kakao.
Kruchość w każdej przestrzeni. Pod stopami i w ustach.
Dzieci przeciągają wstawanie. Psy nie wstają.
Niczym pingwiny toczymy się do samochodu.
Noski eskimoski.
Zdrapki, łapki, pułapki.
Para z ust, rysunki na szybach.
Powrót, żyjemy, psy w końcu wstają.
Nagminne lenistwo filmowe... Zemsta Futrzaków, Marmaduke, Hachico, Woody Allen w trzech odsłonach. Pani Dalloway w wannie, w towarzystwie owoców w czekoladzie.
Przytulanki, kocanki, karaluchy pod poduchy.
dobranoc
- 13 o poranku...
Nic nie trwa wiecznie.
Może w końcu tej nocy zapamiętam sen.
Gorące deski tarasowe pod stopami i bukiet niezapominajek.


2011-02-22

Wyróżnienia


Docierają do mnie z różnych stron wyróżnienia, dla mnie, bądź dla strony, którą tworzę i której jestem częścią. Ja i mój świat. Ja i Wy. Ja i słów kilka.  To bardzo miłe, ale też zobowiązujące. I nie mam tu na myśli ciągnięcia łańcuszka, a raczej słów więcej, niż kilka. Czyli systematyczne pisanie. Tymczasem wena mi zamarzła. Od miesiąca próbuję zerkać przez mały otwór pod powierzchnię własnego umysłu i ciemność widzę. Widzę ciemność. Mam pełne kieszenie słów, pomysłów, marzeń , dokładam je już nawet do cudzych palt, bo wiercą mi dziury w całym. A mnie brakuje tego wiosennego wigoru, bezsenności, lodów z ciepłymi malinami  i kwiatów. Pierwsze tulipany na stole wpłynęły na mój koloryt skóry na nosie, ale jeszcze mnie nie wybudziły ze stanu zimowej hibernacji. Jutro zakupię nowy bukiet. Pomaluję paznokcie. Przeprowadzę się do czerwonej torebki. Zarzucę charms'a z kubkiem kawy i imbryczkiem na szyję. Wzmocnię się o poranku, by po całym dniu obowiązków, nie ulec zimie, która notorycznie zamyka mi oczy w wannie i nie mogę doczytać książki "Paryż nigdy nie ma końca". Jakby ta książka , tak jak Paryż, też nie miała końca.

Rozpędziłam się. Miało być o wyróżnieniach. Dziękuję Marioli z ArsDecoria, Basi z Junior, SPINK i Ja, Joter, Genevieve, Dei z In The Garden... i czuję, że jeszcze kogoś ominęłam. Jeśli tak, to przepraszam. Pewnie zawiodę też ofiarodawczynie, ale nie pociągnę dalej zabawy. To zbyt trudne, poddaję się. W panelu po lewej stronie znajduje się ponad sto blogów, które odwiedzam, jedne częściej, inne rzadziej. Dlatego nie podejmę się wyboru tylko dziesięciu, bo czułabym się z tym źle. Każdy z zapisanych cenię za coś innego, do wielu odnoszę się w rozmowach w życiu codziennym, wielu chciałabym dorównać. Chyba jestem uzależniona. Pytanie tylko, czy można ten niezdrowy nawyk (zaczynam źle widzieć) włożyć w jedną szufladkę, związaną z maniakalną potrzebą czytania, czy jest to uzależnienie od świata wirtualnego, które podobno rzadko komu na dobre wychodzi?


2011-02-20

Kansas City Public Library

                                        
                                        Czasem żałuję, że tak mało w życiu widziałam...

http://www.kclibrary.org/

2011-02-19

Bez płaszcza, bez biletów, czyli rodzina w kinie


 Zima się przeciąga, łydki mi już puchną od zimowych butów, a nowy płaszcz zdążył się zmechacić nim jeszcze dane mu było skończyć pierwszy sezon. Dziś oddałam go do reklamacji i żal mi było, bo się zgrabnie wcinał w moją talię. Dwoma perfumami przesiąknął, i w teatrze był, i w kinie, i paskiem raz powiewał za drzwiami samochodu. Jednak patrząc na jego postępujący proces starzenia, nie byłam w stanie go utrzymać przy życiu. Panie wszędzie takie miłe za błyszczącymi ladami, uśmiechnięte, od drzwi pytają w czym pomóc, więc czemu nie nadwyrężyć ich empatii. Stanęłam do kolejki, potem okazało się, że do złej. Formularz, ankieta, próba zainteresowania mnie naciągniętymi swetrami, bluzkami workami, jeansami wystruganymi jak ołówki. Nie dziękuję. Chciałam płaszcz, ale umarł. Nie mam sił wybierać innego. Ten pasował bez przymiarki. Za mną kolejka, drepczących w miejscu, mlaskających, spoglądających na zegarek. Choćbym nawet chciała miłej pani wytłumaczyć, że wolę stary, niż ten z nowej kolekcji za pięćset, to i tak nie miałam pozwolenia tłumu. Sama odebrała mnie pewnie jako kolejną nudnawą blondynkę, której po trzech tygodniach się płaszczyk znudził. A ja naprawdę się z nim już spasowałam i oddałam go niechętnie.

Dzieci dreptały przed sklepem, skoczyły mi na szyję, jakbyśmy się spotkali na dworcu kolejowym po miesiącu niewidzenia. W centrum handlowym zawsze dostrzegam ich energiczność i te same uśmiechy. Może dlatego, że Lola brata uważa w takich miejscach za wzór i stają się jedną osobą. Podskakują radośnie, w tym samym momencie parskają śmiechem, tak samo rozmieszczają im się ślady po lodach czekoladowych wokół ust. W kinie równocześnie ściągają buty, są tak samo mocno spragnieni, bawi ich ta sama scena... Miś Yogi z tacką kołacza na twarzy, albo pełen wdzięku prezentujący się na nartach wodnych. O mały włos nie popsułam im zabawy, bo bilety zarezerwowałam w Kielcach, a nie w Bielsku. No i nie do końca umiałam się dogadać z okularami 3D, bo ich ramy zasłaniały mi obraz. Chyba mam twarz nie w tym formacie. Ale przynajmniej było wesoło.


2011-02-16

Sunia i szczeniaki szukają domu

Jeszcze nigdy nie prosiłam o nic na blogu... tym razem oglądając ten film Sunia i szczeniaki i wracając myślami do wczorajszego Magazynu Ekspresu Reporterów, postanowiłam zadziałać.
Pod zdjęciem, na stronie Mikro Sunie do adopcji przeczytałam: Sunia jest maleńka, waży może ze 4 kilogramy. Jej Pan zmarł. Ona znalazła jego grób i w uchyłku u jego pomnika urodziła dwa maluszki. W końcu ktoś zadzwonił po schronisko. Sunieczka z dwójka maluszków trafiła do nas. Jest delikatna, pokłada się, kuli, z wahaniem, a za chwilę już z ogromną ufnością podstawia maleńką główkę do głaskania. Jest spragniona pieszczot, ale spokojna, nie narzucająca się, wręcz błagająca o przytulenie, pogłaskanie. Karmi swoje dwa maleństwa, które mają w tej chwili około 3 tygodni. Schronisko to nie jest miejsce dla nich. Nie wiem jak prosić, jak znaleźć miejsce dla nich. One są bardzo adopcyjne, maleńkie. Może ktoś?

Gdybym nie miała psów przygarnęłabym tę sunię ze szczeniakami, na okres kiedy muszą być jeszcze razem. Takie dobre ma oczy. I takie smutne. Obecnie czeka na nowy dom w Łodzi. Może zagląda do mnie ktoś z tamtych okolic. Szczeniaki muszą być jeszcze z mamą, później można ich rozdzielić, wiadome że nikt nie przygarnie na zawsze całej trójki. Ale pojedynczo życzę im by trafiły do dobrych ludzi.

Dranie!


Wczoraj przez przypadek trafiłam na Magazyn Ekspresu Reporterów, zaczął się akurat reportaż o znęcaniu się nad zwierzętami. Jakim trzeba być draniem i skur... by czerpać zadowolenie z takiego bestialstwa? Słuchałam z przerażeniem, momentami przymykałam oczy, kilkakrotnie głośno drani wyzwałam... Pies Kuba podpalony we własnym kojcu; suczka dobermana żywcem zakopana do połowy ciała; pies ciągnięty na lince holowniczej za samochodem - nie miał szans, sprawcy urwali mu głowę; Dixi została obdarta ze skóry i powieszona na płocie - cudem przeżyła; owczarek niemiecki za swoje zaufanie zapłacił życiem - stał za panem, który w ostatnim momencie uskoczył z torów przed nadjeżdżającym pociągiem - Pies ginie na torach
Nie ma nawet czego komentować. Szkoda słów. Ludzie zabijają ludzi, będą też zawsze zabijać zwierzęta, ale polskie prawo nie karze odpowiednio tych bestii. Czy po nagłośnieniu tematu w końcu coś się zmieni?

2011-02-13

Możesz zapomnieć kapelusza...

fot. Adam Markowski

W październiku 1967 roku byłem na wakacjach u rodziców na wsi. Kiedy wróciłem z Krakowa, dowiedziałem się, że Halina Poświatowska już nigdy się nie pojawi na ulicy Krupniczej - minęło trzy dni od pogrzebu w Częstochowie. Nie widziałem jej grobu. Nie położyłem na nim kwiatów. Ostatnią garść kwiatów, lekkich i pogodnych - były to chyba frezje - przyniosłem jej do sali szpitalnej przy ulicy Kopernika w Krakowie, kiedy pod opieką profesora Aleksandrowicza przechodziła badania tuż przed mającą się odbyć w Warszawie drugą operacją serca. Pamiętam, letnie słońce aż kłuło w oczy. Ostro rysowała się za oknem zieleń ogrodu. To moje ostatnie spotkanie z Haliną. Z Haliną żywą. Nie potrafiłbym zresztą wyobrazić jej sobie inaczej.
Halina Poświatowska ( z domu Myga ) urodziła się w Częstochowie 9 lipca 1935 roku. Poznałem ją, kiedy przyjechała do Krakowa, przed debiutem w "Zebrze" w 1956 roku, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że spędziła długi czas w szpitalach i sanatoriach i że już zdążyła zostać wdową. Adolf Poświatowski, którego poznała w sanatorium, także zmarł na serce, po kilku zaledwie miesiącach małżeństwa - pisze Jan Zych we wstępie do tomiki poezji Halina Poświatowskiej "Wiersze wybrane".

Halina Poświatowska w dniu śmierci miała zaledwie 32 lata. Zmarła osiem dni po kolejnej operacji serca. 

                * * *

jeśli zechcesz odejść ode mnie
nie zapominaj o uśmiechu
możesz zapomnieć kapelusza
rękawiczek notesu z ważnymi adresami
czegokolwiek wreszcie - po co musiałbyś wrócić
wracając niespodziewanie zobaczysz mnie we łzach
i nie odejdziesz

jeśli zechcesz pozostać
nie zapominaj o uśmiechu
wolno ci nie pamiętać daty moich urodzin
ani miejsca naszego pierwszego pocałunku
ani powodu naszej pierwszej sprzeczki
jeśli jednak chcesz zostać
nie czyń tego z westchnieniem
ale z uśmiechem

zostań



               * * *

kiedy umrę kochanie
gdy się ze słońcem rozstanę
i będę długim przedmiotem raczej smutnym

czy mnie wtedy przygarniesz
ramionami ogarniesz
i naprawisz co popsuł los okrutny

często myślę o tobie
często piszę do ciebie
głupie listy - w nich miłość i uśmiech

potem w piecu je chowam
płomień skacze po słowach
nim spokojnie w popiele nie uśnie

patrząc w płomień kochanie
myślę - co się też stanie
z moim sercem miłości głodnym

a ty nie pozwól przecież
żebym umarła w świecie
który ciemny jest i który jest chłodny


2011-02-12

"Kto się boi Virginii Woolf"


Czy względem siebie jesteście czasem złośliwi do tego stopnia, że nie poznajecie samych siebie? Czy mówiąc zastanawiacie się nad konsekwencją wypowiadanych słów, czy liczycie na to, że nie urażą, bądź zostaną zapomniane, bądź też wychodzicie z założenia, że się należały jak pręgi po bacie? Czy kłótnia wynika z potrzeby udowodnienia własnych racji, czy wyrzucenia uwierających w głębi boleści? Jaki stan uniesień można określić mianem kłótni, a co jest tylko potrzebną dla związku rozmową? Kończyć rozmowę, kiedy przekracza tę cienką linię kulturalnej dyskusji i staje się jazgotem, niezrozumiałym słowotokiem, czy pozwolić jej na dziką, niepohamowaną maskaradę? To w końcu należy się kłócić, czy też nie? Bo, że rozmawiać trzeba to zrozumiałe.

Film „Kto się boi Virginii Woolf” (reż. Mike Nichols) zekranizowany na podstawie sztuki teatralnej Edwarda Albee'go to odpowiedź na wszystkie powyższe pytania i jeszcze na kilkadziesiąt innych. Każdy znajdzie w nim coś co będzie go dotyczyć, bo temat skomplikowanych relacji międzyludzkich dotyka przecież każdego, mniej lub bardziej bezpośrednio. Obraz ten jest przestrogą przed dramatem, do jakiego sami niepotrzebnie, wodzeni pokusą rywalizacji możemy doprowadzić, jeśli nie nauczymy się rozmawiać.
Akcja filmu rozgrywa się jednej nocy, w większości w salonie pewnego doświadczonego, amerykańskiego małżeństwa. Martha (Elizabeth Taylor) i George (Richard Burton) wracają nieco podpici do domu i chwilę później, po ostrej wymianie zdań, do drzwi puka młoda para Nick (George Regal) i jego żona Honey (Sandy Dennis), którzy w owym salonie wygodnie się rozsiadają, początkowo sztywni, spięci i zmieszani sytuacją jaką zastali. Martha i George nie zważają na gości, ciągle sobie dogadują, wzajemnie się kompromitują, czerpią satysfakcję z wypracowanej od lat do perfekcji uszczypliwości. Można by rzec, że pastwią się nie tylko nad sobą nawzajem, ale też nad młodą parą, która przekraczająć ich progi wzniosła powiew łagodności, spokoju i czułości, jaka przypisana jest początkowym stadium zauroczenia. Wszystko to jednak z każdą godziną, z każdą kolejną szklanką wsuniętą w dłoń pełną alkoholu, z każdą kolejną słowną „zabawą” staje się przeszłością, która jest już nie do odzyskania. Obydwie pary staną się ofiarami własnym poczynań, niedomówień, hipokryzji, na której od podstaw budowali swoje związki. Tej nocy runą skrupulatnie pielęgnowane tajemnice, pozory zostaną oskalpowane, życie nabierze nowych znaczeń... Noc się skończy, nadejdzie świt. Czy coś się zmieni? 


Bardzo chciałabym przeczytać sztukę Albee'ego, padło w filmie tak dużo słów, że nie byłam w stanie wyłapać przekazu każdej z toczonych gierek małżeńskich. Można by te dwa związki bez końca analizować na terapiach małżeńskich, a film jako swoistą formę detoksu dodawać gratis do terapii. Być może zmęczenie jakie odczuwa się po jego obejrzeniu, spowodowane natężeniem negatywnych emocji i wręcz karykaturalnym przedstawieniem postaci, w odpowiednim momencie da o sobie znać, nim wypowie się zbyt wiele raniących słów. „Kto się boi Virginii Woolf” to doskonały dramat psychologiczny, boleśnie prawdziwy obraz pogrążającego się małżeństwa, zatracania się najpierw związku dwojga ludzi, a potem powolnego ich osobistego upadku.

"Kto się boi Virginii Woolf" nie ma nic wspólnego z pisarką Virginią Woolf, jej nazwisko pada tylko w tekście piosenki Who's Afraid of Virginia Woolf, którą kilkakrotnie odśpiewują bohaterowie filmu (linia melodyczna zaczerpnięta jest z piosenki dla dzieci z lat trzydziestych "Who's Afraid of the Big, Bad Wolf?”).

Film miał swoją premierę 21.06.1966r. Rok później otrzymał 13 nominacji do Oscara i wygrał w 5 kategoriach (cała czwórka aktorów była nominowana, z czego obydwie panie dostały statuetki). Należało się. To bardzo dobre kino, które wraz z upływem czasu nie traci na wartości.

Dopisek po kilku dniach - Znalazłam jeszcze w sieci obszerniejsze wytłumaczenie co do tytułu filmu i piosenki pojawiającej się w nim: "Who's afraid of Virginia Woolf?" jest bowiem ironiczną trawestacją refrenu amerykańskiej piosenki "Trzy małe świnki" Teda Searsa z muzyką Franka Churchilla, znanej szerzej i u nas z kreskówki "Były sobie świnki trzy" Walta Disneya. Trzy świnki śpiewały tam o wielkim złym wilku ze stanu Virginia "Who's afraid of the big bad wolf?". Nazwisko pisarki brzmi po angielsku identycznie - wilk. Tytuł budzi też skojarzenia z dziecięcą grą "Boicie się czarnego luda?". Gra słów symbolicznie łączy w nim świat dzieci i dorosłych, sztuki i zabawy, radości i strachu, życia i śmierci, co oddaje charakter poczynań bohaterów dramatu Albee'ego - napisał Krzysztof Masłoń na podstronie portalu http://kobiety-kobietom.com/ 


2011-02-10

Miejsca zapomniane - antykwariaty


Nie mam na dziś planów. Nie śpieszę się, pierwszy raz od zamierzchłych czasów zostałam w godzinach dopołudniowych sama w domu, bo jestem uskmarkana po kolana. Szczerze mówiąc zgłupiałam całkiem kiedy zamknęły się drzwi za domownikami i nie wiedziałam, w którą stronę się udać. Podskoczyłam trzy razy, z wnętrza niczym czkawka wyskoczył mi uśmiech na usta... mogę swobodnie milczeć, mogę słuchać głośno swojej muzyki, mogę nie gotować, mogę położyć się na ziemi z książką, mogę czytać na głos wiersze Achmatowej, przeglądać zakupione książki, mogę chwilę nie myśleć, by potem zamknąć oczy i zobaczyć jak myśli me  przeskakują drewniane barierki i pędzą niczym stado dzikich koni, by pozostawić za sobą tylko obłok kurzu. Nie wychodzi mi ostatnio analizowanie własnych przemyśleń... więc stwierdziłam, że odpocznę dziś od nich. Niech biegną, niech się położą, może część z nich umrze we śnie. Najpiękniej tak się ich pozbyć.

Jak to zwykle zimą bywa, mam słabość do czekolady, poezji, antykwariatów i robienia sobie dobrze. Dobrze znaczy długodystansowo, spontanicznie i wzniośle... Teraz już wiem, że przetrwam do wiosny w nastroju całkiem znośnym, bo... Kupiłam sobie wczoraj śliwki w czekoladzie dla równowagi pomigdałowej słodkości w ustach i odwiedziłam pewien nowy antykwariat w mieście. Malutki, ciasny, pełen kurzu, ale z drabinką i książkami po sufit, i z bardzo sympatycznym, rozmawiającym chętnie o Bukowskim panem. Mamy w mieście tylko dwa antykwariaty, pan z tego drugiego jeszcze nigdy do mnie nie przemówił... ciekawi mnie, czy nie zna się na książkach, czy po prostu nie ma nic do powiedzenia? Nigdy jeszcze nie wstał zza starego biurka, zawsze coś notuje, może pisze książkę, albo rozwiązuje krzyżówki? Nie wiem, mimo wszystko cieszę się, że jest.
Wczoraj za to w końcu wdałam się w dyskusję w miejscu do tego stworzonym. Pan był zdziwiony, równie mocno jak ja, że od momentu otwarcia (czyli od listopada) jestem pierwszą kobietą, która podjęła z nim temat literatury. Wiedziałam kto to Brodski, Kundera, Jesienin, czy wspomniany wyżej Bukowski. Jego rozpierała radość, przyniosłam na ustach nadzieję. Ja się przeraziłam, w jakim mieście mieszkam? A ja chciałam kawiarenkę-literacką otwierać? Nie przeżyłabym ignorancji dla takiego miejsca... ludzie nie czytają! To przerażające! Przesympatyczny pan nie jest pewien jak długo da radę utrzymać to miejsce, miłości do słowa nie trzyma się w portfelu. Nawet za darmo okazuje się przyjąć nikt jej nie chce. Niewielu przychodzi, niewielu chce rozmawiać, niewielu docenia to co robią antykwariusze... w oczach wielu to dziwacy w przekrzywionych okularach i zakurzonych, starych swetrach. Tacy co to chcą na nas zarobić, wpisując ołówkiem pięć złotych na okładce  wydanej przez Wydawnictwo Iskry książce "Trzy siostry" Czechowa. Pięć złotych. Pięć złotych. Jedyne pięć złotych.
Tyle jest różnych akcji, tyle Fundacji, takie debilne projekty dostają dofinansowania z Unii... czemu jeszcze nigdzie nie trafiłam na hasło "Wspieramy Antykwariaty"? Ja wspieram. Moje dwa miejscowe przede wszystkim, te internetowe sporadycznie też. Dołączcie.

A oto moje zdobycze:

1) "Listy" - James Joyce (mam słabość do listów)
2) "Petersburg" - Jarosław Iwaszkiewicz (czytałam o tej książce tutaj http://legere-necesse-est.blogspot.com )
3) "W skali wyobraźni" -  Zbigniew Bieńkowski (książka o książkach, a takie uwielbiam)
4) "Literatura piękna a zdrowie psychiczne" - Wanda Krzemińska (bardzo ciekawa pozycja o książce w roli lekarstwa)
5) "Tańczący koliber" - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (tomik poezji Wydawnictwo Iskry)
6) "Mowa wiązana" - Czesław Miłosz (wiersze różnych poetów tłumaczone przez Cz.Miłosza)
7) "Hymn o perle" - Czesław Miłosz (tomik poezji Wydawnictwo Literackie)
8) "Opowiadania" - Tomasz Mann
9) "Wiersze wybrane" - Halina Poświatowska (tomik poezji Wydawnictwo Literackie)
10) "Wybór poezji" - Franciszek Halas
11) "Wybraniec" - Tomasz Mann
12) "Niecierpliwi" - Zofia Nałkowska
13) "Ptak nocy" - Susan Hill (powieść psychologiczna, taka jakie lubię)
14) "Literatura na świecie" - Nobel 1987 (czyli Josif Brodski)
15) "Czerwone i czarne" - Stendhal (dwa tomy)




1) "Trzy siostry" - Antoni Czechow (byłam na sztuce w Teatrze i chciałam wrócić do kilku rozmów)
2) "Edgar Allan Poe. Człowiek i twórca" - Alicia Misrahi (książka dodana do poezji)
3) "Poezje" - Edgar Allan Poe (podobno mieści się w rankingu 100 najlepszych poetów)
4) "Pięciu poetów" - Aleksander Błok, Anna Achmatowa, Borys Pasternak, Włodzimierz Majakowski, Sergiusz Jesienin (świetni poeci w jednej książce)
5) "Rzecz ludzka" - Mieczysław Jastrun (tomik poezji)
6) "Poezje wybrane" - Jarosław Iwaszkiewicz
7) "Romans prowincjonalny" - Kornel Filipowicz (mikro-powieść)


2011-02-08

Powrót


Na pięć dni Karuzela utknęła napadnięta przez ludzi w kapturach, którzy zarzucili na nią metalowe łańcuchy i mosiężne kłódki. Nie sposób w jednej chwili nadrobić kilkadziesiąt straconych okrążeń, bo myśl popędza myśl  i nie jestem w stanie zatrzymać siebie, a z biegu zazwyczaj na krzesełko, czy wydumanego konika nie trafiam. 
Jak tylko uporam się z zaległościami w pracy, to powrócę i tutaj.
Słońce wyszło, i wszystko nagle od wczoraj jakieś bardziej przejrzyste. Tylko ja niewyraźna, kaszląca i z bólem głowy. Ale nie dam się, przeskoczę błoto przed furtką, wskoczę w samochód, uchylę okno i dokończę słuchać "Listy na wyczerpanym papierze" Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory, choć wiem jak się skończą, bo już trzy dni temu dotarłam do ostatniej strony. Dla wielu pewnie nie ma w nich nic nadzwyczajnego, ott takie stąpanie po cienkiej linii miłości, ze słodką czułością, dogryzającą tęsknotą i niejednokrotnie żalem w tle... ale w jakim mistrzowskim stylu to wszystko!
Aż ze łzą w oku chce się rzec... takie listy już się nie zdarzają.
I to mnie smutkiem napawa.

Pokuszę się o stwierdzenie, mimo iż dopiero luty, że to najpiękniej wydana książka jaką tego roku zakupiłam. Jeszcze o niej napiszę.


2011-02-01

"Bezszelestna"

 


                                             Wyobraź mnie sobie; nie zaistnieję, jeśli mnie sobie nie wyobrazisz
                                                                                                                         (Vladimir Nabokov)


Milena wyszła z domu zamykając za sobą delikatnie drzwi.
Owinęła smukłą szyję jarzębinowym szalem i mimo swych trzydziestu lat zawiesiła na niej klucze. Wyglądała jak nastolatka zbiegająca na podwórko do chłopaka oczekującego pod parasolem starego kasztanowca, dla którego w podarunku ułożyła w kącikach ust lekki uśmiech, a w oczach westchnienie na myśl o jego ostatnim dotyku. Wracała wspomnieniami do chwil, które z każdym mijanym piętrem coraz bardziej rozjaśniały jej twarz i wypełniały nadzieją, która tej nocy zrodziła się w niej z głębokiego zamyślenia. Nie była pewna skutków rozmowy, jaką planowała przeprowadzić przy śniadaniu, ale dłużej już nie mogła zwlekać.
Wyszła przed starą, ogołoconą ze sporej części tynku kamienicę i spojrzała w okna na trzecim piętrze. Ciągłe były zasłonięte. Wysoki, półnagi szatyn o szerokich ramionach i zadbanych stopach, nadal spał lekko okryty pomiętym prześcieradłem i miarowo oddychał nie przeczuwając, że prawa część łóżka jest już pusta. Nigdy się nie śpieszył, uważał pośpiech za wielce naganny. Często obserwował śpieszących się ludzi i czuł do nich odrazę, do tego stopnia, że odwracał głowę od biegnących mężczyzn. Wydawali mu się tak nieeleganccy i gapiowaci, tak dalecy kobietom, że wstydził się tej samej płci. On chciał być jak najbliżej istot pięknych, które były jego obsesją, uzależnieniem skrywanym przed Mileną.
Wychodził do pracy jak każdy normalny mężczyzna i wracał tylko czasami spóźniony. Bo korki – rzucał zdawkowo w drzwiach unikając chwilowo jej wzroku. Tymczasem spacerował za kobietą, którą upatrzył sobie dzień wcześniej, albo dwa, i próbował dopełnić planu zauroczenia jej własną osobą. Wsiadał do miejskiego autobusu, by móc stanąć blisko niej i zostawić na jej płaszczu swój zapach. Albo przypadkowo na ulicy trącał inną kobietę, zahaczał parasolem, by potem móc przeprosić i uścisnąć jej dłoń bądź pocałować tę bardziej chętną. Czasem pytał o drogę, o godzinę, rozsypywał przypadkiem gazety lub pytał o najbliższą kwiaciarnię, skąd wychodził z naręczem kwiatów, bo mężczyzna idący po ulicy z kwiatami, przyciągał kobiece spojrzenia. Czasem, kiedy nikt nie patrzył, wrzucał je do kosza, gdyż zdążyły zwiędnąć, a czasem wstawiał do wazonu na stole przy oknie, nim Milena wróciła z pracy i zapominał o nich, kiedy wchodziła do mieszkania, a ona nie żądała wyjaśnień, tylko uśmiechała się na widok czerwonych tulipanów.
Kochała go odkąd pamięta, nim jeszcze wysypały mu się zakupy wprost pod jej nogi... Był w jej głowie, głęboko zakorzeniony, zrodzony z planów na przyszłość, gdy tylko owe plany zaczęła gromadzić. Wierzyła, że nie był to przypadek i że czytywał tomik poezji Julii Hartwig leżący pod jej nogami wśród innych zakupów na kostce chodnikowej, a agrest w czekoladzie kupowany na wagę w jej ulubionej cukierni za rogiem ssał tak samo namiętnie jak ona. To był piątek, słoneczny maj, byłam wtedy w tej lawendowej sukience wciętej w pasie... a ty spadłeś mi na serce jak płatek kwiecia z pobliskiej azalii, jakbyś wiedział, że będę tamtędy przechodzić – wspominała natrętnie często, a on przytakiwał tuląc ją do piersi, jak każdą inną. Poszliśmy razem do uroczej kafejki... miałeś przez chwilę piankę z kawy pod nosem i nie spuszczałeś ze mnie wzroku, aż do momentu, kiedy strąciłeś wazonik, pamiętasz?
A on nie pamiętał. Kochał ją, tak jak inne kobiety, powoli i z dnia na dzień. Każdego dnia co innego przykuwało jego uwagę, zapominał szczegóły, doszukiwał się nowych. W Milenie, w pani z autobusu, z kwiaciarni, z cukierni za rogiem. Potrzebował Mileny, ale mógł bez niej żyć. Czuł się nijak w jej mieszkaniu z nieszczelnymi oknami i gołębiami na parapecie, które gruchały znacznie częściej niż oni między sobą, jakby się dopominały o dyskusje, które wyparte zostały przez gesty. Mijali się, dotykali, zmierzali donikąd. On nie wiedział, o czym mówić, a ona akceptowała jego podobno wrodzoną skrytość i niepewność, stając się coraz bardziej do niego podobną.
Do czasu, kiedy miesiąc temu prawie całkowicie przestali używać słów, bo już nie było o czym rozmawiać.

Dlatego wyszła rano z domu zamykając za sobą delikatnie drzwi i udała się po nową miłość... lekka, wolna i na nią gotowa. Postanowiła, że sama przygotuje śniadanie, wstawi tulipany do wazonu, zakupi agrest w czekoladzie... Usiądą znów przy jednym stole, zaparzą kawę, rozbiją jajka i wyjdą z cienia milczenia, który przykucnął przy ich miłości i zasłania prawdę. Pozwolą sobie na szczerość, którą trudno nawrócić, kiedy już zbłądzi, nie ma bowiem poprawnych i łatwych dróg powrotnych. Zawracający zawsze utyka, przynajmniej na jedno sumienie i zdaje się, że trwa to wiecznie.

Zasiądą milczący naprzeciw siebie, pomyślała, stojąc ponownie pod oknami kamienicy, z kwiatami w rękach. Poczują tę niemożliwą już do pokonania niechęć, która narosła karmiona kłamstwem. Ona wyjdzie na kilka sekund z kuchni. On zostanie przy stole dłubiąc palcem w kostce cukru, jak zwykł robić, kiedy się denerwuje. Po chwili zobaczy Milenę w drzwiach w lawendowej sukience... Od tego dnia ona już nigdy nie pozwoli mu o poranku spacerować bezwiednie wzdłuż wysokich pod sufit okien i obserwować zza firanki kobiety na przystanku. Nie pocałuje go w lewy policzek na do widzenia. Nie złoży jego ubrań w kosteczkę. Wszystko, co było, zamieni się w nic.
On widząc lawendową sukienkę pojmie, co się dzieje. Wzrok umieści na stole pomiędzy rozsypanymi kryształkami cukru, a trzema telefonami, które skrywał przed Mileną za książkami, które rzekomo czytał. Znalazła je, wie o wszystkim, nawet o niezmiennym planie jego porannych spacerów, wzdłuż rzeki, przez park i amfiteatr. Zna też numery autobusów, w których został złapany bez biletu i potrafi wskazać typ urody kobiet, które od lat uwodził. Przegrał.
On wstanie od stołu i wyjdzie bez słów.
Milena wybaczy sobie i jemu też.
Mężczyźnie bez imienia.


Powyższe opowiadanie zostało opublikowane w książce Moniki Sawickiej pt."Szeptem". Zamieszczone tu zostało za zgodą Wydawnictwa Magia Słów. Tekst jest mojego autorstwa i jest moją własnością. Kopiowanie, przetwarzanie i rozpowszechnianie jego treści bez mojej zgody jest zabronione i stanowi naruszenie praw autorskich - na podstawie Dz.U.94 nr43 poz.170.