2010-12-08

Losowanie

przygotowanie do losowania (po lewej chętne na książkę, po prawej na filiżankę)

pierwsza grupa chętnych została wrzucona do maszyny losującej
Lola rozkręca karuzelę i zatrzymuje ją na krzesełku z napisem...
E.KA - GRATULUJEMY :) - filiżanka pełna migdałów pojedzie do Ciebie
Tymczasem Charlie rozpoczyna swoje losowanie i upomniany przez siostrę zamyka oczy wyciągając...

Katiuszka - GRATULUJEMY :) - Książka trafi w Twoje ręce



Dziękuję Wam wszystkim za miłą zabawę. Wypisując imiona na karteczkach, każdej z Was życzyłam wygranej i zawsze mi przykro w takich momentach, bo chciałabym rozdać więcej prezentów... może niebawem znowu coś wymyślę. Tymczasem raz jeszcze gratuluję i proszę o adresy na maila: virginia79@poczta.onet.pl

2010-12-06

Karuzela z prezentami


Pozazdrościłam wszystkim tym, którzy rozdają prezenty i poprosiłam Mikołaja, by wygrzebał coś na dnie swojego czerwonego worka specjalnie dla Was. Wiecie co lubię najbardziej prawda?  Oczywiście, że moje dzieci :). Ale dzieci Wam nie oddam, co domyślam się zostanie zrozumiane. Kocham też kawę od lat, książki od lat, migdały od miesiąca... A zatem mam dla dwóch osób, które wyłonimy drogą losowania, mikołajkowe prezenty. Takie, które będą się kojarzyć ze mną (no chyba, że ktoś zje migdały :). Żartuję, migdały są do zjedzenia.

Zestaw nr 1
Pierwszy prezent to szósta, najnowsza książka Moniki Sawickiej  pt."Szeptem". W niej, dzięki uprzejmości pisarki, znajduje się moje skromne objętościowo opowiadanko pt."Bezszelestna". Podobno całkiem dobre, co stwierdziło kilka najbliższych mi osób, ale oni zawsze tak mówią, a ja czuję niedosyt twórczy. Mam ochotę pociągnąć ten temat dalej, może wówczas będę bardziej zadowolona. Choć wątpię, bo ja krytyczna wobec siebie jestem w każdej sferze życia. Poza tym czasu nie mam. Normalnie nie mam czasu. To jakieś nienormalne. Niemoralne wręcz.
A drugi prezent to filiżanka do espresso, którą popijam namiętnie każdego dnia (oczywiście ze swojej filiżanki, ta jest nowa, przywieziona z Włoch tego roku) ale wypełniona nie kawą, lecz prześladującymi  mnie ostatnio migdałami w czekoladzie i cynamonie :)
Zestaw nr 2
Kartka świąteczna wykonana ręcznie przez Asię będzie dodana zarówno do książki, jak i do filiżanki z  migdałami (zerknijcie jaki piękny prezent zrobiła dla mnie Asia. Dziękuję raz jeszcze. Uwielbiam ten wiersz).

Proszę o zapisy, kto ustawia się do kolejki do losowania, z zaznaczeniem po który zestaw. Wśród chętnych w środę 8 grudnia wieczorem dzieci dokonają losowania. Charlie wybierze książkę, a Lola filiżankę pełną migdałów. Kartki wypiszę osobiście świątecznymi życzeniami. Hohoho... no to poszalałam :)

Mam nadzieję, że miło spędziliście dzień myśląc o tym przesympatycznym staruszku. Ja miałam w cholerę roboty i skończyłam pracę pół godziny temu. A teraz lepiej już pójdę spać, bo jeszcze zjem komuś migdały :)
Dobranoc.

2010-12-04

Zasypało nas...


Ten wąski tunel zrobiony jest na podjeździe, gdzie normalnie stoi samochód. Dzisiejsza całodniowa zamieć sprawiła, że będziemy mieli jutro co robić. Trzeba odśnieżyć miejsce dla samochodu, który został jakieś sto metrów od domu, bo nie sposób było już dojechać. A chciałam zabrać w niedzielę dzieci na Kiermasz Świąteczny do Krakowa: (...) Również 3 grudnia (około godziny 16:00), przez Kraków przejdzie pochód około 100 Mikołajów (organizowany przez młodzież z Zespołu Szkół Przemysłu Spożywczego). Święci Mikołaje wyruszą z placu J. Matejki odwiedzając m.in. pomnik Grunwaldzki z figurą Mikołaja Trąby, pomnik Mikołaja Kopernika, Mikołaja Zyblikiewicza oraz restaurację Mikołaja Wierzynka. Około godz. 18:00 pochód zatrzyma się pod Urzędem Miasta Krakowa, gdzie powita Św. Mikołaja z Rovaniemi, z Laponii, który przybędzie do Krakowa w asyście ok. 250 motocyklistów w strojach mikołajowych. 5 grudnia (ok. godz. 15:00) wjadą oni na Rynek Główny - asystując Św. Mikołajowi, który wręczy paczki dzieciom z domów dziecka, w tym również ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących przy ul. Tynieckiej 6. Potem na scenie Targów Bożonarodzeniowych rozpocznie się impreza mikołajowa – będą występy, gry i zabawy" (informacje pochodzą ze strony www.klubpodroznikow.com)

Bywa ktoś w Krakowie na tym corocznym Kiermaszu?  Warto mimo wszystko próbować dojechać, zobaczymy coś więcej, czy tylko czubek czapki Mikołaja i to nie tego z Laponii? Bo nie jestem przekonana, zniechęciła mnie choinka, kiepska jak na Kraków. Liczyłam na bogate przystrojenie i taki "filmowy" świąteczny klimat. Obrusy z drewnianej budki, czy hot-dogi mnie nie interesują. Będę wdzięczna za opinie na ten temat.

Tymczasem idę oddać się gorącej kąpieli w waniliowej soli i pierwszym stronom Noblisty. Zaczynam "Ciotkę Julię i skrybę" Llosy.
Puchatych snów.


2010-12-03

"Niebieska zasłona" Virginia Woolf


Kto się boi Virginii Woolf ? Jest taki film z 1966r., wydawać by się więc mogło, że od lat już nie tylko krytycy, ale nawet filmowcy straszą Woolf. I tak, w domu umiejscowionym przy wiecznie mgłą okrytym jeziorze, w zaroślach osnutych mrokiem, czai się zgarbiona, złośliwa, nieustannie znerwicowana i obłąkana Woolf... Wychodzi owinięta koszulą nocną, niczym wybudzona ze snu mumia i wymierza w ofiarę ostrą jak włócznia stalówką pióra wiecznego... Nic bardziej mylnego.  Wymyśliłam to na potrzebę skomercjalizowanej interpretacji tytułu. Nie sądzę, żeby się Woolf chciało kogokolwiek straszyć, bo odeszła na własne życzenie.
A więc film będący ekranizacją sztuki Edwarda Albee'go z duchem Woolf, ani też z żywą Woolf nie ma nic wspólnego. Jedynie można się dopatrzyć jakiejś symboliki dotyczącej związków małżeńskich opowiedzianych w filmie, dylematów, melancholii, nienawiści Albee'go do Woolf, lub równie dobrze miłości. Jednak wypowiadać się na ten temat nie będę, bo ani sztuki nie czytałam, ani filmu w reżyserii Mike'a Nicholsa nie widziałam. Z opisów, recenzji i zapowiedzi wynika jednak, że Woolf ma w nosie straszenie kogokolwiek, a sam tytuł był jedynie myślą przewodnią autora sztuki, bądź zamierzonym wprowadzeniem widza w błąd.

Wspomniałam o tytule tego filmu, bo często wyskakuje on na stronach internetowych kiedy szuka się czegoś o Virginii Woolf. Niektórych nawet zapewne skutecznie odstrasza, a Virginii bać się nie ma powodu. Mimo swej oziębłości, często izolacji, niedostępności i ciętych uwag, była  też ciepłą, wrażliwą i pogodną osobą. Niewiele się o tym pisze, bo ona sama wolała siebie w tej bardziej pesymistycznej odsłonie, wycofaną, pracującą, niezadowoloną z postępów nad kolejną książką. Być może właśnie taki stan ducha motywował ją do pisania, a wszelaka sztuczna uprzejmość, bądź poczynania stawiane nie z własnej woli, wybijały ją ze świata słów, w którym czuła się najlepiej. Mam wrażenie, że czuła się źle z tym, kiedy zapominała po co żyje... pisarstwo było jej przeznaczeniem, a każda inna czynność, łącznie z jedzeniem, zabiegiem zbędnym. Nie była więc też przesadnie angażującą się w rolę ciotką, ale zarówno dzieciom Vanessy, jak i Adriana, poświęcała czas i robiła to z wielką przyjemnością, prowokując zapewne tym samym wewnętrzną tęsknotę za własnymi dziećmi, których nigdy nie było dane jej mieć:

Dla dzieci była prawdziwą rozkoszą. Zapowiedź: „Virginia przyjdzie na podwieczorek” była jak ciepły, kapryśny wietrzyk, który wieje z południowego zachodu i przynosi wraz z sobą pełną zadziwienia radość. Nie pozwalała dzieciom dowiedzieć się niczego o smutkach swego życia i kiedy była w ich towarzystwie, wydawało się, że nie bywa przygnębiona.
Jednak umiała budzić strach. Nie żeby kiedyś chciała straszyć dzieci, ale pamiętam, jak słuchałem jej rozmowy z Vanessą, podczas której Virginia opisywała dwie stare panie – nie wiem kogo – mieszkające na jednej z tych londyńskich ulic, które są z jednej strony zamknięte dla ruchu za pomocą solidnych żelaznych słupków. Do jednego z domów w głębo ulic włamano się. Złodzieje zostali zaskoczeni, wymknęli się frontowymi drzwiami, wskoczyli w szybkie auto i uderzyli w barierę. Starsze panie słyszały to i słyszały, jak złodzieje krzyczą w śmiertelnym bólu dopóki nie nadjechał ambulans. Ta historia została opowiedziana w sposób prosty, ale z tak niewiarygodną siłą, że krew mi skrzepła – nadal jeszcze trochę krzepnie, kiedy sobie przypomina tę historię i to, jak Virginia ją opowiadała. Ale, oczywiście, dziecko chce się dać przestraszyć. Chętnie byłbym usłyszał więcej takich historii. Nie pamiętam, żeby to miało miejsce. Zazwyczaj były tylko żarty i wesołość - napisał Quentin Bell – siostrzeniec Virginii Woolf, w biografii swej ciotki. 

O dzieciach, w odniesieniu do swej bratanicy Ann Stephen, sama już Virginia  pisała w swym dzienniku tak:

A dzieci są oczywiście wspaniałymi, uroczymi istotami. Ann była u mnie i opowiadała mi o białej foce, i prosiła, żebym jej czytała. Ich umysły budzą we mnie zachwyt: przebywać z nimi, widzieć je codziennie, to musi być nadzwyczajne przeżycie. Mają w sobie to, czego nie ma żaden dorosły – bezpośredniość – Ann gada, gada, gada, przebywa we własnym świecie, ze swoimi fokami i psami; szczęśliwa, bo dziś wieczorem dostanie kakao, a jutro pójdzie na jeżyny; ściany jej umysłu są całe obwieszone takimi świetlistymi, radosnymi obiektami; i nie widzi tego, co my widzimy (29 wrzesień 1924r.)

                                                                                             
Prawdopodobnie właśnie tamtej pamiętnej jesieni 1924r., kiedy Ann odwiedziła ciotkę, powstała opowieść o starej niani, pani Lugton, która szyje zasłonę do salonu, a zaczarowany świat zaklęty we wzorzystej tkaninie czeka cierpliwie. Kiedy tylko niania zasypia przy zapalonej lampie, antylopa kiwa na zebrę i już wkrótce słoń, tygrys, struś i inne zwierzęta budzą się, by wędrować ku połyskującemu jezioru i czarodziejskiemu miastu. To jedyna zachowana i wydana drukiem opowieść Virginii Woolf dla dzieci, napisana raczej przypadkowo, specjalnie z myślą o bratanicy, czy siostrzeńcach i czytana wówczas jedynie w zamkniętym domowym gronie. I tak historia o "Niebieskiej zasłonie" utkwiła wśród kartek oryginalnego maszynopisu powieści Pani Dalloway, a opublikowana po raz pierwszy została dopiero w 1965 roku, kiedy to znalazła się w zbiorze opowiadań pisarki. 
Podoba mi się ta opowieść, Loli też się podobała, bo od razu nianię skojarzyła sobie z babcią. Kto dziś przerabia zasłony? Kto nosi złoty naparstek na palcu, którego blask przemienia się w promienie słońca? Nie spodziewajcie się jednak rozwiniętej opowieści ciągniętej przez kilkanaście stron. To krótka bajka, na kilka minut czytania przed snem, bez wydumanego przekazu i zbędnych metafor. Sama biorę ją często do rąk, żeby popatrzeć na ilustracje Julie Vivas, a okładkę zaliczam do ulubionych z kategorii Dla dzieci.




2010-11-30

Z dialogów rodzinnych odc.15 - rozmowy (nie) kontrolowane


Każdego dnia wstaję z łóżka za późno. Jakieś pół godziny. Tyle trwa  opcja drzemki wyłączanej sześciokrotnie. Potem już muszę wstać, bo jak nie wstanę to przy zasłoniętych roletach zejdzie nam do samego południa. Szósta trzydzieści zaczynam ciche nawoływania, pół godziny później podkręcam głośniki i pędzę po dwa schody z dwoma kubkami kakao. No i zaczyna się... Wstawaj, no już, no wstawaj za pół godziny musimy wyjść - mamo a nie moglibyśmy za godzinę, nikt się nie dowie, tylko dzienniczek z uwagami... Pokój dalej. Wyspałaś się? Nie. Czemu? Bo psy zajęły moje miejsce. Trzeba było się przesunąć. Gdzie. Do pokoju obok... Gdzie są bułki, przecież było wczoraj dziesięć – nie wiem, zjadły się nawzajem... Mamo gdzie mam tę cholerną czapkę - na głowie masz czapkę synku... Mamo a kulki - jakie kulki - no te moje wodne kulki - te dziesiątki kulek co moczysz w wodzie, żeby urosły? Po co ci one do szkoły? Nie wiem, wszyscy noszą, tak łyso bez kulek ( to Charlie)... Mamo masz metkę, myszkę miki (do przedszkola), Sapcia (psa pluszowego, który czeka w aucie), drugą myszkę (dla mnie do pracy, opiekuję się przymusowo), dres, rękawiczki - nie wiem chyba mam - no wiedziałam, że jesteś pamiętliwa (to Lola)... Czemu ci tak włosy stoją - bo tak - aha i tak ładnie dziś wyglądasz (to mąż)... Kto zamknął drzwi - Ja - jesteś pewna mamo? - nie, już nie jestem pewna... i prostownicy też nie jestem pewna... Mamo mam nos zapchany, mamo kaszlę, na pewno psy nie zostały na polu, bo cały dzień będę drażliwy? (to Charlie). Mamo a nie spóźnisz się po mnie - mamo strój na wf zapomniałem - mamo nie chcę do przedszkola - mamo kończę lekcje o 11:15. Nie kop foteli Lolka, zagrajmy lepiej w szukanie zwierząt. Oooo mam. Co? Ślady zająca, więc tu był i się liczy (to Lola).
.
A po powrocie bywa tak: Mamo nie mam sił iść na balet, (godzinę później) mamo czemu mnie nie zawiozłaś na balet... Mamo pies się zsikał - jak to przecież jest na polu - no to się zsikał nim wyszedł... Gdzie jest szynka? Jaka szynka? No te 20 dkg pysznej z kotła, którą sobie kupiłem? Nie wiem, ale jakiś woreczek leży przy schodach, więc chyba pies zjadł. Który to? Czy ja wiem, uciekły obydwa. Ja tego nie zniosę dłużej ( to mąż)... Mamo trzeba opakowanie po serkach do smarowania na jutro do szkoły - no i co teraz - nie wiem powiem że mieszkamy na wsi i nie było... Mamo jesteś niemożliwa ciągle coś chcesz ode mnie - to dopiero początek, w życiu ciągle ktoś coś będzie od ciebie chciał - to ja wyjeżdżam (to Charlie)... Charlie nie lubię Cię, chwilę później - Charlie mój kochany braciszku. Lola jesteś paskudna - Mamo ona jest jak kinder niespodzianka, nigdy nie wiadomo co z niej wyskoczy.
Dziś jest wtorek. Miałam wolne. Wszystko to co powyżej przegapiłam, ale za to zdążyłam za tym zatęsknić, zebrać siły na kolejne trzy dni tygodnia, doczytać "Na Grobli" pana Rylskiego i zjeść ciepły obiad o czternastej. Różnorodność codzienności ma w sobie coś pociągającego.


2010-11-27

Postanowienie świąteczne


Za nami piękna jesień, szczerze mówiąc nie pamiętam równie ciepłej i długiej jak tegoroczna. Nawet kasztany tego roku przegapiłam, bo ciągle wydawało mi się, że to jeszcze nie ich pora. Termometr zaskakiwał, słońce łagodziło upływ czasu i ani się człowiek spostrzegł, jakby przespał jeden dzień, a nie cały miesiąc i oto grudzień już się czai pod białym puchem stawiając mi przed oknem śnieżnego kosmitę. Kilka kilometrów dalej sklepy atakują świątecznymi witrynami, światełka bombardują różnokolorową poświatą, a handlarze zacierają rączki przywdziewając uśmiech "tu was mamy, nadeszła nasza passa". Strach im w oczy spojrzeć, by nie ulec przekonaniom, że taniej i lepiej to my w całej galaktyce nie dostaniemy.
Lubię atmosferę Świąt, zapach zupy rybnej, pieczonych ciasteczek, imbirowy balsam na ciele, dom pełen świątecznych ozdób, iskierki w oczach dzieci, ale nie lubię tego biegu jaki Gwiazdce towarzyszy, liczenia, przeliczania, zarówno czasu jak i finansów. Jako dziecko doczekać się tych dni nie mogłam, bo byłam nieświadoma tego co na głowie Mamy; przyklejałam nos do szyby, liczyłam płatki śniegu, wydzielałam sobie czekoladkę dziennie z kalendarza adwentowego, śniłam o Papku Mrozie, robiłam dla niego laurki i ozdoby na choinkę... a obecnie wpadam w panikę, kiedy tak jak dziś dociera do mnie, że do Wigilii zostało 27 dni! Czy to aby jakiś żart? Przecież niedawno był wrzesień :). 
Dlatego postanowiłam, że rozsądnie przeanalizuję to wszystko już dziś. Doszło mi sporo obowiązków od zeszłego roku i rzucanie się na dwanaście rodzajów ciasteczek, czy też musowe porządkowanie wszystkich szuflad i mycie całego szkła, co z domu rodzinnego wynieść powinnam, byłoby już prowokowaniem złych nastrojów. Przecież to nic nie zmieni, ewentualnie uspokoi moje sumienie, że wypełniłam jakiś niepotrzebny obrządek polerowania, co jednak wolę zamienić na wewnętrzny spokój. Pamiętajcie, przemęczenie to najgorsze co może przydarzyć się kobiecie na Święta!!! Bo wtedy osobisty kawałek karpia ma zdecydowanie najwięcej ości, wstążki na prezentach urastają do rangi złośliwych rodzinnych posunięć, a schowek pod schodami wydaje się najlepszym miejscem na wypatrzenie pierwszej gwiazdki.
Zatem postanawiam, głośno, wyraźnie i zdecydowanie, nie będę odstawiać świątecznych cyrków, nie będę zastanawiać się godzinę nad wyborem kartek, obrusów, mandarynek i blokować kolejki po śledzie. Tydzień przed Świętami nie pokuszę się o wyjazd do żadnego centrum handlowego, bo prezenty będę mieć już zapakowane pod kocami na poddaszu. Upiekę tylko cztery rodzaje ciasteczek z dziećmi, resztę słodyczy zakupię. Zaplanuję wszystko odpowiednio wcześnie, dwudziestego wyłączę firmowy telefon, zniosę bujany fotel z poddasza, założę wełniane podkolanówki, zaparzę imbryczek Herbaty Świętego Mikołaja ( herbata czarna z dodatkiem jabłka, cukrowych mikołajków i aromatu) i będę czekać. Pierwszy raz spróbuję czekać... Co Wy na to? Kto zwolni tempo razem ze mną i zamiast przegapić pierwszą gwiazdkę spróbuje na nią zaczekać? 


2010-11-20

Zapadła noc...


Miałam coś napisać, ale siedzę wiotka, przysypiająca, przemęczona... Ramiona opadły, stopy wskoczyły na fotel, by ułożyć się wygodnie pod pośladkami. Myśli nakryłam kapturem od szlafroka w pingwiny, może nie znajdą ujścia. Zabłądzą i nie przeżyją do rana.
Ciężki dzień za mną, nic mi dziś nie wyszło. Czasem się zdarza, tylko czemu tak często ostatnio. Nie jestem w stanie przeprowadzić prawidłowej analizy własnych poczynań. Prawie się poddałam w kilku tematach. Bo ileż można...
W żołądku dwadzieścia deko migdałów, na ustach resztki cynamonu.
Słodkich snów.

2010-11-16

"Złoty pelikan" Stefan Chwin


Mam ostatnio słabość do mężczyzn, tych piszących oczywiście, i przebieram w coraz to znakomitszych nazwiskach omijając po drodze kobiece, co poniekąd mnie zastanawia, bo nigdy nie klasyfikowałam literatury na lepszą, czy gorszą, ze względu na płeć autora. Jednak  tej jesieni przewaga mężczyzn jest widoczna i to wzbudza mój niepokój, bo tracę zaufanie do kobiet piszących... niewiele jest takich, których powieści zostają we mnie na dłużej. Tymczasem mężczyźni brylują, mam za sobą dwa spotkania ze Stefanem Chwinem, a przed sobą stosik stworzony z takich nazwisk jak Rylski, Stasiuk, Tyrmand, Llosa, Roth, Marquez, Oz, Bukowski... ach, co za uczta!
Fascynuje mnie ich postrzeganie świata, konkretne, często dla mnie enigmatyczne, frapujące, w przeciwieństwie do zwykle przewidywalnych w powieściach kobiet. Czytając prozę spod pióra autora płci męskiej, zawsze coś mnie zaskoczy, podczas gdy ta piękniejsza płeć jedynie wzbudza chwilową fascynację, po czym stwierdzam, że gdzieś już to czytałam. U mężczyzny zapewne. Albo to kopia moich własnych myśli, lekko tylko przerysowanych, co mnie po tylu już przeczytanych książkach po prostu nudzi. Szukam czegoś innego, pragnę wdepnąć w mniej przewidywalny świat, przejść na drugą stronę lustra, gdzie wcale nie jest tak bajkowo, ale za to bardziej podniecająco, bo czymże innym może być nieznane.
Wracam więc do Stefana Chwina, bo jestem właśnie w trakcie spaceru z nim pod ramię i mam ochotę ten spacer przedłużyć sobie jeszcze w najbliższych czasie o jego Dzienniki.
Zaczęłam od „Złotego pelikana”, choć większość czytelników zaczyna od podobno jego najlepszej książki „Hanemann”. Jeśli zatem „Hanemann” jest lepszą książką, to ja już jestem pełna uznania i podziwu dla pióra tego autora, bo „Złoty pelikan” dał mi całkiem satysfakcjonujący przedsmak jego mistrzostwa.
Powieść zaczyna się tak jak lubię, spokojnie i obrazowo autor przedstawia głównego bohatera oraz otaczający go świat z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów. Nigdzie się nie śpieszy, z wielką starannością spogląda wstecz i delikatnymi pociągnięciami stalówki szkicuje postać Jakuba, od narodzin, aż po moment w którym jest już żonaty i wykłada na wydziale prawa, gdzie wpisuje w indeksy oceny swym złotym piórem marki Pelikan, trzymanym w czarnym etui. Wydaje się, że Jakub ma wszystko co do szczęścia człowiekowi potrzebne, dobrą pracę, markowe ubrania, żonę, mieszkanie, uczciwość i wrażliwość... Dobra te jednak tracą na znaczeniu, kiedy dochodzi do pewnego niezręcznego incydentu na uniwersyteckim korytarzu. Podczas egzaminów wstępnych zostaje on oskarżony o błędną punktację przez dziewczynę w niebieskiej sukience z indyjskiej bawełny... Mijają wakacje, zdaje się, że Jakub zdążył zapomnień o drobnej dziewczynie w jasnopopielatych włosach, jednak początkiem nowego roku, siedząc w kawiarni gmachu prawa, słyszy od studentów siedzących przy sąsiednim stoliku, że jakaś dziewczyna odebrała sobie życie po feralnym egzaminie. Jesteśmy raptem na trzydziestej siódmej stronie książki i to od tego momentu życie Jakuba staje się koszmarem, a czytelnik odkrywa stopniowo kulisy wielkiego upadku człowieka, który nie znajdując pomocy u psychoanalityka, ani też w religii, nie radzi sobie z własnymi problemami.
„Złoty pelikan” to precyzyjna analiza kondycji współczesnego człowieka, który z łatwością poddaje się upadkowi, jakby chciał w ten sposób odkupić swe winy. Brnie w coraz bardziej uwłaczające ludzkiej godności sytuacje, nie buntuje się, nie szuka wyjścia z pułapki w jaką zapędziły go własne poczynania. Nie żałuje. Przyjmuje to, co szykuje dla niego każdy kolejny dzień.
Styl Chwina jest niezwykle obrazowy, dokładny, pamięta się pojedyncze przedmioty, miejsca, zaułki... odczuwa się na skórze zadany bohaterowi ból, zarówno ten fizyczny, jak i emocjonalny. Jedno tylko mnie drażniło w tej książce, to ciągłe, męczące, charakterystyczne dla tego pisarza akcentowanie mark różnych przedmiotów... jest H&M, Chanel, Kenzo, Armani, Nina Ricci, Rossman, McDonalds, Auchan, Jacobs... powtórzenia typu - przyklejone dwa razy tym samym klejem, zęby umyte dwa razy pastą Colgate... zupełnie do całego piękna stylu Chwina nie pasuje mi taka wyliczanka, która zapewne była zamierzona, ale według mnie niepotrzebna. Na szczęście w kolejnej książce, którą właśnie teraz czytam, czyli w „Esther” jest tych konkretnych marek znacznie mniej i mam nadzieję, że „Hanemann” nie ma ich już wcale. 
A co dalej? Pewnie bliższe poznanie samego Stefana Chwina, czyli „Kartki z dziennika” i „Dziennik dla dorosłych”. Czytał ktoś?
A może jakąś mądrą kobietkę ktoś mi podsunie? Książkę, która powali mnie na kolana i przerwę trwającą od jakiegoś czasu dobrą passę starszych panów? :)

 

2010-11-14

Wieczór po raz kolejny z filmem "Once"




Uwielbiam ten film, ścieżkę dźwiękową do niego i to miękkie czeskie "Miluju tebe".

Popołudnie z poezją

                                                              
                                                                            Wyjście

Ach wyjść z tych ramek gorsetów
i przyzwyczajeń
tych dwulicowych drzwi
z klamką po każdej stronie
Wyjść i nie wrócić
wyjść z siebie
przed siebie
dla samej siebie
By potem sobie
przyjść do siebie
do ciebie
do niego
Otworzyć te drzwi
obrotowe
o stu twarzach
i bez klamek
Wywiesić monotonną flagę
odegrać marnotrawną rolę
rekwizyty
tak bardzo pachnące
sobą


Renata Putzlacher
(z tomiku "Próba identyfikacji")



Będzie ślub


Moja przyjaciółka wychodzi za mąż! Świat się śmieje,  miłość kwitnie. Co prawda dopiero w przyszłym roku w czerwcu, ale dziś jako zapoznająca się z rolą świadkowa, byłam tą pierwszą, która dostąpiła zaszczytu zobaczenia przyszłej Panny Młodej w jednej, drugiej, czwartej, szóstej, ósmej sukni ślubnej... w klasycznej-eleganckiej, luźnej-piżamowej, z ramiączkami, bez, na zamek, na sznureczki, z halką, bez halki, z welonem, kapelusikiem, z uśmiechem, bez... i tak patrząc na nią próbowałam sobie przypomnieć, czy ja też tak drżałam z wypiekami na twarzy przed wielkim lustrem zalanym bielą? Pewnie tak. Człowiek ma krótką pamięć. A emocje mam wrażenie jeszcze bardziej ją osłabiają, jakby nie była w stanie udźwignąć tego co dzieje się wbrew nam samym... Kiedy wróciłam do domu wzięłam do rąk album ślubny i doszłam do wniosku, że ja to się nic nie zmieniłam. Tylko włosy mam mniej żółte i ktoś mi niepostrzeżenie dziesięć lat dodał...
Jeszcze tyle przede mną. A ile przed nią? Chyba jednak wolę być tą starszą :)


2010-11-11

Z pokładu codzienności


Od czasu kiedy wróciłam do pracy każdy wolny dzień traktuję jak powrót do błogiego wakacyjnego lenistwa i zwlekam z wyjściem z łóżka, ze śniadaniem, z wytuszowaniem rzęs. Chętnie natomiast zarzucam szlafrok, otwieram na przypadkowej stronie grubaśny tom Agnieszki Osieckiej, podglądam jesień za oknem, słucham Jingle Bells w wykonaniu Charliego, czy oglądam przedstawienie Loli i jej nowych przyjaciół wyciętych z papieru i przyklejonych do patyczków na szaszłyki. Pamiętam, że były w moim życiu takie dni, kiedy miałam wrażenie, że ściany się kurczą, że się duszę w domu, że potrzebuję ludzi, by nie zwariować. Teraz, raptem po dwóch miesiącach intensywnej pracy, wracania do tego co straciłam, odbudowywania powalonych murów, czuję że natężenie spotkań z ludźmi zmęczyło mnie bardziej niż sądziłam. Marzę często o czapce niewidce. Oprócz osób faktycznie zainteresowanych ofertą, inteligentnych, konkretnych i pełnych wyczucia, odwiedzają mnie też uliczni pijacy, kominiarze, strażacy oraz inne jednostki opancerzone w kalendarze na nowy rok,  a także sprzedawcy jajek, religii, dzierganych serwetek i biedni z prośbami wyrytymi na tekturkach... Dlatego kiedy po szesnastej przekręcam klucz w drzwiach od biura, wsiadam do samochodu i w drodze do domu wsłuchuję się w Petera Gabriela, to ktoś by pomyślał mijając mnie, że miałam bardzo udany dzień. Uśmiecham się. Taaaak, i to jak. Uśmiech wystaje mi poza szybę i powiewa radośnie niczym szalik w tęczowych barwach. Jadę do domu, hurrra jadę na wieś, nawet dziury mi nie straszne, za to ludzie coraz bardziej odlegli. Pod płotem przykucnięty zając, nad głową czarne wrony, w progu obskakują mnie stęsknione psiaki. Odpalam ekspres do kawy i oddycham swobodnie bezpiecznym powietrzem. Cytując Żebrowskiego "niektórzy mówią, że się starzeję, a ja myślę, że wreszcie dojrzewam"...

Idę przygotować sobie fondue... zapalę świeczkę, pokruszę czekoladę, otworzę puszkę z owocami i zacznę "Esther" Stefana Chwina.
I kto by pomyślał, że to jeszcze nie koniec tygodnia.


2010-11-07

To był męczący, ale niezapomniany dzień - sobota na Targach Książki

Władysław Bartoszewski
Wróciłam. Mimo iż miałam już czas na sen, wyprostowanie nóg, wygodne ułożenie dające ulgę kręgosłupowi, to nadal odczuwam zmęczenie. Jednak nie przeszkadza mi ono na tyle, bym musiała paść na kanapę. Zdecydowanie bardziej wolę wracać myślami do tego co wczoraj działo się w Krakowie. Nie sposób zresztą przejść do zwyczajnych domowych rytuałów, kiedy ma się w pamięci te niezliczone ilości książek, nowości, stosika przeróżnie prezentujących się Wydawnictw i twarze pojedynczych osób u których widziałam łzy wzruszenia, kiedy Autor stalówką swego pióra, bądź ulubionym długopisem,  kreślił osobistą dedykację.

Wczoraj przed dziesiątą rano, po prawie trzech godzinach jazdy dotarłyśmy pod same Targi i już miałam ochotę poskakać przed samochodem z radości, kiedy to okazało się, że miejsc parkingowych brak i musimy wrócić kilometr na inny parking skąd rzekomo ktoś busem miał nas dowieźć z powrotem. Pomysł ten średnio mi się spodobał, wjechałam więc w pierwszą uliczkę, potem w lewo w jeszcze bardziej ustronną, zawołałam halooo, jest tu ktoś do otwartych na oścież drzwi i grzecznie zapytałam czy pani za dziesięć złotych użyczy swego ogródka na parking, bo ja pilnie muszę na Targi Książki biec. Oczywiście, że pani się zgodziła, co jednak przez następne sześć godzin nie dawało mi spokoju i miałam wizje uprowadzenia mojego samochodu przez mafię krakowską. Jednak na szczęście kobiety nie były powiązane z żadnym gangiem i o siedemnastej nie czując rąk, ani nóg wkulałyśmy się do samochodu, na tylnych siedzeniach rozgościły się pakunki z zakupionymi książkami i bez słów, ostatkiem sił ruszyłam 150km w deszczu i silnym wietrze do domu. Myślałam, że już nie dojadę... ale udało się i do późnej nocy przeglądałam zdobycze, odszyfrowywałam dedykacje, autografy, wspominałam kilkuminutowe rozmowy z pisarzami... z panem Eustachym Rylskim, Tadeuszem Słobodziankiem, Andrzejem Stasiukiem, Wojciechem Cejrowskim, Rafałem Podrazą, panią Romą Ligocką, Martą Fox, Wandą Chotomską, Martyną Wojciechowską, Marleną de Blasi i z poetą Grzegorzem Kozerą (brakowało mi tylko pani Julii Hartwig, która niestety nie dojechała).
Było ciasno, duszno, ludzie deptali sobie po piętach, trącali wzajemnie papierowymi torbami, w automatach brakowało kawy, a nawet wody, co chwilami niejednego przyprawiało o słabość... tworzyły się gigantyczne kolejki po autografy i co zasłyszałam w kolejce do Tadeusza Słobodzianka nie każdy robił to z wewnętrznej jak ja potrzeby. Byli i tacy, którzy głośno mówili "książkę laureata Nike z autografem sprzedam na allegro drożej niż łysą". Bez komentarza. Gdyby takich wyeliminować to byłaby tam naprawdę przesympatyczna atmosfera i lepiej by się oddychało. Jednak mimo tych utrudnień i tłumów za którymi nie przepadam, potrafiłam przymknąć oczy na wiele i czerpać radość z tego, że jestem wśród tysięcy książek i spotykam ludzi, którzy je równie mocno kochają. 
Wczoraj byłam wyczerpana, jednak dziś już wiem, że za rok znowu będę gościem na krakowskich Targach Książki. Oto moje zdobycze, wiedziałam, że miałam nie brać kasy na zapas, na wszelki wypadek, na obiad. Wydałam wszystko na książki (wszystkie dziesięć leżących w stosiku mam z autografami, a trzy nawet z bardzo osobistymi dedykacjami, dziękuję).

Na tegorocznych Targach było 450 wystawców i prawie 400 autorów. Trwały cztery dni, od czwartku do niedzieli, co świadczy o wielkości tego przedsięwzięcia. Jasne też jest, że w jeden dzień nie byłam w stanie odwiedzić wszystkich stoisk, ani też ustawić się do każdego Autora, bo spotkania się nakładały na siebie. Nie udało mi się też wziąć udziału w bardzo oryginalnym projekcie pisania książki razem z noblistką Hertą Muller, która napisała pierwszy akapit do książki, a zarówno czytelnicy jak i zaproszeni autorzy mogli dopisywać po jednym zdaniu. Książka ta trafi na licytację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. 

Tymczasem miałam szczęście zobaczyć, usiąść przy jednym stoliku, zdobyć autograf, a czasem nawet kilka minut porozmawiać z takimi Autorami jak:

Roma Ligocka

Marta Fox
Wanda Chotomska
Martyna Wojciechowska
Marlena de Blasi


Eustachy Rylski
Władysław Bartoszewski

Marek Krajewski
Tadeusz Słobodzianek
Wojciech Cejrowski
Andrzej Stasiuk

(wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa i wykonane zostały za zgodą Autorów)




2010-11-05

Targi Książki w Krakowie


Nie było mnie tu długo, z różnych względów... spotkanie z poetą Eugeniuszem Tkaczyszynem-Dyckim stało się tak osobistym przeżyciem, że opisane zostało w moim prywatnym notatniku. Wybaczcie, że się nie dzielę wrażeniami. Musicie uwierzyć, bądź nie, że Poeta ten zostaje w sercu na zawsze. Ale nie tylko to wydarzenie było powodem mojego milczenia, jeszcze kilka dodatkowych emocjonalnych przeżyć mi życie zafundowało i najłatwiej było rzucić się w wir pracy... tak też zrobiłam, co zaowocowało utratą dwóch kilogramów. Już nie mam czasu na ciepłą kawę i rurkę z serem, gorący kubek zazwyczaj stygnie, godziny ktoś z grafiku wymazuje, a obowiązków dokłada i kończy się tym, że pracę z biura biorę do domu, gdzie też piętrzą się zaległości jeszcze mniej przyjemne. Jednak pocieszające jest to, że u mnie w firmie tylko listopad i grudzień jest aż tak napięty.

Nie zapominam jednak o przyjemnościach... torebkę ciągle mam pełną czekoladek pistacjowych , które podjadam  na światłach pędząc w przerwie po dzieci do szkoły, czy przedszkola; zawsze mam też ze sobą książkę z nadzieją wsuniętą zamiast zakładki ciągle pomiędzy te same strony; pamiętam też o takiej atrakcji jak "Pani Bovary" w piątkowej Gazecie Wyborczej, czy nowy numer magazynu "Bluszcz". Do tego wszystkiego mam kilka bliskich mi osób, które o mnie pamiętają i urodzinowo mnie rozpieszczają, co nie daje efektu twardej skorupy, wręcz przeciwnie, ciągle się wzruszam, naruszam i czasem kruszę. 

A skoro już mowa o przyjemnościach i pieszczotach, to czyż mogłam ich uniknąć kiedy są na wyciągnięcie 150 km ręki? Ależ skąd, już nie tym razem... za sześć godzin pakuję się do samochodu, zaprzyjaźniam z nawigacją, nastawiam odpowiednie cd, zapinam pasami galaretkę w czekoladzie, siostrę, dziesięć pozycji na akcję "Książka za książkę" i ruszam na  Targi do Krakowa :). Juupppiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!!



2010-10-28

Spotkanie z Eugeniuszem Tkaczyszynem - Dyckim

Zrobiłam sobie prezent przedurodzinowy, mam wejściówkę na  jutrzejszy wieczór poetycki,  i tak się cieszę, że nie mogę się już dziś na pracy skupić... a co dopiero będzie działo się ze mną  jutro :)

Pisałam nie tak dawno o Kawiarni  NOIVA, która jest jedyną literacką kawiarnią w naszym mieście (a właściwie po jego czeskiej stronie) i z miłą chęcią spędzam w niej czasem godzinę na gorącej czekoladzie, bądź pysznej kawie. Jutro rusza tam pierwsze z cyklu spotkań "Salon Poetycki" i pierwszym gościem będzie Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, laureat prestiżowej Nagrody Literackiej NIKE, który w zeszłym roku otrzymał tę Nagrodę za zbiór wierszy "Piosenka o zależnościach i uzależnieniach". Spotkanie, które rozpocznie się w piątek 18.00, poprowadzi wspaniała poetka Renata Putzlacher, a wiersze Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego będą czytać Tomasz Kłaptocz, Maciej Cymorek oraz sam Autor.

"Dziewiąty zbiór wierszy tego autora nie jest książką sezonu, nagroda dla Tkaczyszyna oznacza uznanie zjawiska poetyckiego na miarę Białoszewskiego i Różewicza – skomentował krytyk Piotr Śliwiński  werdykt jurorów. To jest poezja niezwykła; mówiąca o śmierci, ale zarazem autoironiczna, mocna, śpiewna. Wchodzi w głowę, potem myśli się tylko o niej – jeszcze z emocją w głosie powiedziała krytyczka Justyna Sobolewska. Żaden z kodów literackich, jakie stosuje Tkaczyszyn w swojej twórczości, nie wyczerpuje znaczeń ani sensów utworu, odniesienia do faktów z życia osobistego uzgadniają się ze stylizacją na dawność, Villonowską nutę i sarmacki portret trumienny. Mamy poetę, a on swoje miejsce w polskiej literaturze – stwierdziła Grażyna Borkowska w laudacji, która była jednocześnie uzasadnieniem wyboru jury. Te wiersze są pisane w ciemnym słońcu – mówi sam poeta. Odbierając nagrodę 4 października 2009 w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego wspomniał, że do ojczyzny i do polskości doszedł dzięki poezji polskiej. Urodził się w 1962 roku na Ukrainie, więź z polszczyzną dziedziczy po babci i matce, studiował polonistykę w Lublinie, zakładał tam grupę literacką i pismo "Kresy". Mieszka w Warszawie, nie należy do żadnego ze współczesnych nurtów literackich, nie udziela wywiadów, czasem czyta swoje wiersze. Prywatną nagrodę przyznał mu przed laty Czesław Miłosz, dwukrotnie otrzymał Nagrodę Literacką "Gdynia". Po Stanisławie Barańczaku i Marku Jarosławie Rymkiewiczu trzeci raz statuetka Nike i 100 tys. zł trafiają do rąk poety. Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki napisał Piosenkę o zależnościach i uzależnieniach z imperatywu wypowiedzenia prawdy, której wcześniej nie mógł wyrazić; w ten sposób chciał się uwolnić od złej przeszłości".
(tekst o Autorze pochodzi ze strony www.poland.gov.pl)

Nie wiem czy są jeszcze wolne miejsca, ale jeżeli ktoś z okolic Cieszyna ma ochotę na wieczór z poezją to zapraszam. 
Wejściówki: 50 Kč, dla studentów: 30 Kč.

Rezerwacje:
e-mail: noiva@noiva-tesin.cz
telefon: 558 711 961


2010-10-27

Słowa


Macie coś takiego, że głowę zaprzątają Wam jakieś konkretne słowa? Jedne gdzieś Wam zazgrzytały niepoprawnie użyte, inne wprawiły w dreszcze przywołując wspomnienia, pozostałe unoszą się w przestrzeni niczym zbłąkane dusze i nie potrafią osadzić się w codziennej mowie... jak na przykład ostatnio mnie nawiedzające asparagus, demagogia, nasturcje i szarlotka.



2010-10-26

Podjechały pod dom "Wielkie ciężarówki..."


Wczoraj wieczór pisałam, że potrzebuję oprócz codziennych obowiązków, zrobić dla siebie coś, co mnie na tyle zadowoli, że dobrnę do końca tygodnia. Nie jestem wymagająca, jest w stanie mnie rozświetlić drobnostka, czerwone korale zawieszone na szyi, które dostałam w prezencie od Zahirinki, czy wizyta w antykwariacie, bądź spacer po księgarni... dziś jednak w związku z tym, że Charlie lekcje skończył o 10:35, zostałam w domu i zastanawiałam się od rana, brodząc po domu w szlafroku, co zrobić, by sobie poprawić nastrój. Gorące kakao. Potem kawa. Nadal nie z ekspresu, ale z pianką ręcznie wykręconą. Do niej nowy numer wydrukowanego Archipelagu, a w nim kilka stron zdjęć domów pisarzy, Trumana Capote'a, Jane Austen, Vladimira Nabokova i innych. Zaczęłam zaglądać pisarzom w okna, kiedy przed domem zatrąbił listonosz... zaplątałam się w szlafrok i wpadłam w panikę, bo odkąd pracuję zostawia mi awiza w skrzynce, na początku ulicy. Widocznie wraz z jesiennymi liśćmi pod nogi przywiało mu moją melancholię i wyjątkowo postanowił sprawdzić, czy kogoś nie zastanie. Taadaaaam, a tam ja we wrzosowym szlafroku, spinkach Loli i w biegu porwanym szalu w polne kwiaty. Łudzę się, że nie zauważył mojego upierzenia wręczając mi przesyłkę z Wydawnictwa Siedmiogród, choć jego uśmiech zdradzał wszystko... ależ mnie przy tym płocie ciekawość zżerała, niczego się nie spodziewałam, choć książki, to najczęstsze przesyłki jakie są mi wręczane. 
Nie ważne co listonosz sobie pomyślał, podkuliłam szlafrok pod siebie i uśmiechnęłam się na widok liści wbiegających do przedpokoju, wielkiego psiego ogona uderzającego mnie w uda i dzieci wspólnie rozrywających przesyłkę... ja to mam szczęście! Pani Marta Fox przesłała mi swoją ponownie wydaną książkę "Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza". Dziękuję! Jak dobrze, że tego dnie postanowiłam zostać w domu... 

Na wstępie czytam kilka słów od samej Autorki:

"Kiedy na spotkaniu autorskim Czytelnicy pytają, którą swoją książkę najbardziej lubię, odpowiadam niezmiennie, że Wielkie ciężarówki... Należę do tego typu narcystycznych pisarzy, którzy nie ukrywają, że lubią swoje książki. Każdą inaczej i za coś innego, jak matka, która kocha swoje dzieci i nie ma u niej "bardziej", choć bywa "inaczej", bo inaczej kocha córeczkę w typie kujonka, a inaczej w typie urwisa.
Ciężarówki była pierwszą powieścią, którą wymyśliłam, choć wydane zostały jako czwarta. Od czasu jej napisania minęło czternaście lat. Nigdy nie zainteresowali się nią recenzenci ani krytycy, przeszła właściwie bez wzmianek w prasie, choć doczekała się dwóch wydań. Cenią ją Czytelnicy, niekoniecznie z grupy tzw. dorosłych, a ja lubię Czytelników, którzy mi o tym mówią. Zawsze wtedy budzi się we mnie czułość, którą mam ochotę wyrazić zaproszeniem na kawę i ciasto bakaliowe, uwielbiane przez moją rodzinkę, które piekę tylko dwa razy w roku, z okazji świąt.
Powieść opowiada o miłości Moniki i Marka. Ona jest dziennikarką, on tancerzem. Piszą do siebie listy, choć mieszkają obok. Monika odkrywa, że Marek "zdradził ją" z innym mężczyzną. Jest pewna, że ich miłość jest tak wielka, że nie tylko góry przeniesie, ale także zmieni naturę Marka. Czy rzeczywiście Monikę i Marka połączył związek oparty na niemożności i pięknie, które zakwita tam, gdzie nie ma spełnienia? Czy rzeczywiście tego spełnienia nie ma?
Nie o to chodzi, bym opowiedziała Czytelnikom trzeciego wydania powieści, co autorka miała na myśli. Sygnalizuję tylko tematykę, sugerując tym samym, że powieść w tamtym czasie, dotykała tematu z kręgu tabu. Nowe już nadchodziło, ale jeszcze nie było "coming outów" i otwartego deklarowania własnej tożsamości seksualnej.
Dzisiaj myślę, że Ciężarówki są ogniwem "pomiędzy" nową a starą obyczajowością, także i rzeczywistością. Monika staje się dziennikarką, kiedy dobre zasady patronujące temu zawodowi są wypierane przez dziennikarstwo hołdujące sensacji. Artykuły wystukuje jeszcze na maszynie do pisania, choć komputeryzacja już zagląda do redakcji, a świat zaczyna pędzić jak szalony, przymierzając się do powszechnego dostępu do internetowej sieci.
W tamtej rzeczywistości tradycyjna korespondencja bohaterów powieści może uchodzić za kaprys oryginalności i nadwrażliwych dusz, hołdując romantycznym zwyczajom, dziś trudno byłoby Czytelników przekonać do takiego sposobu porozumiewania się zakochanych. Dlatego nic nie zmieniam w kolejnym wydaniu powieści. Niech będzie taka, jak była. Niech świadczy o końcu lat osiemdziesiątych i początku dziewięćdziesiątych XX wieku. Wszystko ma swoje miejsce i czas. Dziesięć lat później nikt by nie pisał listów na karteczkach, nie zostawiał pod wycieraczką, wysłałby SMS-a, napisałby mejla, wszedłby na czat.
Dziś mogę powtórzyć jeszcze i to, że Ciężarówki to najbardziej ulubiona, ale i najbardziej osobista z moich powieści, może nawet bardziej niż Święta Rita od Rzeczy Niemożliwych, którą nazwałabym powieścią autobiograficzną. Czuję, że jest w niej tajemnica.
Polecam tę powieść, korzystając z tego, że mogę dopisać kilka słów od autorki. Polecam z nadzieją, że Czytelnik polubi moich bohaterów".



Krok w przód, dwa w tył

Nie wiem kiedy ja zdołam napisać to wszystko co w sobie noszę... chyba nie jestem w stanie nadążać za rzeczywistością i w słowa ją przemieniać, jak to kiedyś w zwyczaju miałam. Wszędzie mam zaległości, w czytaniu, przeglądaniu, podkreślaniu, notowaniu, pisaniu, w antykwariacie, w listach... w jedzeniu, spacerze, prasowaniu, ludkach z kasztanów... w słuchaniu, przedmowie i rozmowie.
Każdego dnia o północy obiecuję sobie, że dnia następnego zrobię więcej dla siebie.
Może jutro się uda.

"Mercy Street" - Peter Gabriel




p.s kto mnie nauczy wstawiać filmik z You tube na blog? Przewiduję nagrodę w postaci bukietu mojej wdzięczności przepasanej radością :)

Już potrafię! Dziękuję Żono Programisty! Dziękuję Kate!

I jeszcze jedno, dostałam dziś taki e-mail: Mam problem z wejściem na Twojego nowego bloga. Ile razy wchodzę na niego to na około 1 minute zawiesza mi się internet. Na początku myślałam, że może mam przepełniony dysk i dlatego się tak dzieje, ale internet blokuje mi się tylko u Ciebie i niestety nie mogę dojść dlaczego... czy jeszcze ktoś ma tego typu problemy, bądź z zamieszczaniem komentarzy? Może to ja mam coś nie tak nadal w ustawieniach?

2010-10-22

"Różyczka"


Miałam iść na "Śluby panieńskie", ale się spóźniłam. Dziś wyświetlany był ostatni seans w naszym kinie i zła jestem na siebie, bo przez ostatnie dni wdepnęłam w ten drugi wymiar mojej codzienności, nie do końca mnie fascynujący, ale zgrabnie oplatający się wokół moich myśli. Porzuciłam kilka gazet, artykułów, napoczętych książek, filmów, planów kulinarnych, wychowawczych i relaksacyjnych, by dać z siebie wszystko w pracy, nie mając jak zwykle pewności co z tego wyniknie. Sporo obiecują, ale stąpam po bardzo delikatnej linie, bez możliwości jej wzmocnienia i szans na asekurację. Nie czuję się na niej pewnie, mimo iż każdy wstrzymuje oddech by najmniejszy podmuch zwątpienia mnie nie strącił.

Ale wracając do kina, skoro zapomniałam to musiałam znaleźć sobie jakąś alternatywę i kiedy niespodziewanie zostałam dziś na godzinę sama, wróciłam do filmu "Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego, który to zdobył w tym roku główną nagrodę na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Odtworzyłam kilka nieprzypadkowych scen, tych które miałam w pamięci sprzed dwóch miesięcy, kiedy to pierwszy raz ten film obejrzałam... i nadal jestem pod jego wrażeniem, bo to jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat. Zostaje w pamięci nie tylko ze względu na  przejmujący wątek miłosny; na muzykę, która dla mnie osobiście jest niezwykle ważna w filmie; ani też na jak zwykle mistrzowską grę Andrzeja Seweryna i w tym wypadku równie  dobrą rolę Magdaleny Boczarskiej. Mnie jednak najbardziej ujął w tym filmie problem "marca 68" i takiego dziwnego przekonania, że w tych czasach Polski Ludowej miłość niewiele miała chyba do powiedzenia...
Akcja toczy się w Warszawie, na przełomie lat 1967 i 1968, kiedy to młody funkcjonariusz SB Roman Rożek (Robert Więckiewicz), namawia zakochaną w sobie Kamilę Sakowicz  (Magdalena Boczarska) do zostania agentką SB pod kryptonimem "Różyczka". Cel - Adam Warczewski (Andrzej Seweryn), wykształcony, inteligentny, oczytany profesor Uniwersytetu Warszawskiego i znany pisarz, który w tym czasie, wraz z innymi profesorami podpisuje protest przeciwko cenzurze... "Różyczka" namierza figuranta, przyjmuje pozycję wygodną do wbijania kolców, które w pewnym momencie słabną na sile, gdyż zafascynowana światem profesora, zaczyna darzyć go niespodziewanym uczuciem. Warczewski staje się dla niej nie tyle erotyczną zakąską, co człowiekiem, z którym chciałaby spędzić swoje życie. Odkrywa przy nim smak dobrego wina, potrzebę zgłębiania literatury i celebrowania doznań, takich jak czułość, bliskość i tworzenie więzi między dwojgiem szanujących się ludzi. Co z tego wyniknie?... 
Masa kłód rzuconych pod pędzącą miłość i niezapomniany widok pociągu z ostatniej sceny, a tuż za nim napisy: Pod naciskiem kampanii antysemickiej rozpętanej przez komunistyczne władze po tak zwanych "wydarzeniach marcowych" 1968r. wyjechało z Polski prawie 15 tys. osób. W tym blisko 500 pracowników naukowych, niemal tysiąc studentów, 200 pracowników prasy i wydawnictw, filmowcy, aktorzy, pisarze.

I jeszcze jeden fragment zacytuję, bowiem tam gdzie książki, tam i moje powiększające się ucho i ta rozmowa Kamili z Adamem jest jedną z moich ulubionych scen... Książki istnieją niekoniecznie po to, żeby je od razu czytać. Po pierwsze to piękne przedmioty. A po drugie są jak przyjaciele. Warto mieć je przy sobie. Nigdy nie wiadomo kiedy mogą się przydać ( a na półkach za nimi: Miłosz, Grudziński, Cat-Mackiewicz).
Z czystym sumieniem polecam. Do wielokrotnego oglądania.



2010-10-16

Witam pod nowym adresem


Planowałam tę przeprowadzkę od dawna, z wielu powodów, zarówno technicznych jak i osobistych, nad którymi nie będę się rozwodzić, bo jest ich zbyt wiele i tak naprawdę nie mają już żadnego znaczenia. Starego klucza nie wyrzucam, zamknęłam tylko za sobą tamte drzwi, jednak znam siebie i wiem, że będę się czasami zakradać, przecierać kurz na oknach, by przypomnieć sobie komentarze, których przenieść się nie udało... mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe i zrozumiecie moją potrzebę zmiany.
Dziś, po kilku tygodniach malowania nowych pokoi wpisami z poprzedniego bloga, czuję na skórze te wszystkie słowa minionych lat i tak mi raźniej, jakbym za ucho trzymała ulubioną maskotkę z dzieciństwa. Sentyment do http://virginia79.blog.onet.pl/ pozostanie we mnie na zawsze... jak do wszystkiego co pierwsze, i mam nadzieję, że stary blog mimo wszystko z sieci nie zniknie.
Tymczasem Karuzela kobiecego życia kręci się dalej... będzie mi bardzo miło, jeśli nadal będzie mi towarzyszyć.


2010-10-11

McDonalds, Vettriano i wielkie uszy

( "Singing Butler" - "Śpiewający kamerdyner" Jack Vettriano)
  
Nie lubię McDonalds'a, rzadko w nim bywam, jak już to na ciasteczko wiśniowe i kawę. Jednak dziś, dzięki dzieciom, jedną z owych restauracji polubiłam szczególnie... nawet kawy nie wypiłam, wzięłam na wynos, bo wpatrywałam się w wiszący na wprost mojego nosa, olbrzymi obraz. Reprodukcję oczywiście. Jego fragment coś mi mówił, ta parasolka, tańcząca para, kobieta z gołymi plecami, biała chusteczka... gdzieś go już widziałam! Tylko gdzie? Jak ja nie lubię myśleć o czymś intensywnie przez kilka godzin i trwać w pamięciowym wąskim tunelu, który zwęża się i zaciska coraz bardziej, wyłaniając w bólu fragmenty poszukiwanej układanki. Autentycznie cierpiałam katusze, wokół hałas, baloniki, pani z miotełką, frytki na ziemi, płacz dzieci, wysypujące się śmieci z kubła, spanikowana obsługa, potykająca się o własne błędy... a pośrodku ja, z ciasteczkiem z natłoczoną datą 10.10.10 i stygnącą kawą.
Skup się, wyłącz na chwilkę, zamknij oczy, pomyśl... nic... w końcu,  po kilku minutach olśniło mnie, jest! Spłynął na mnie uśmiech i opętała mnie niecierpliwość, by pędzić co tchu do domu, wziąć w ręce książkę "44 Scotland Street", przekartkować końcówkę, zatrzymać się na str.308 i porównać zamieszczony tam czarno biały fragment obrazu, z tym widzianym kilka godzin wcześniej w najmniej spodziewanym ku temu miejscu.
To Jack Vettriano!!! Ten Vettriano, którego nazwisko, parasolka i nagie kobiece plecy, zostały mi w pamięci po wyżej wspomnianej książce... Od dwóch godzin przeglądam obrazy tego szkockiego malarza, samouka, który w wieku 16 lat porzucił szkołę w poszukiwaniu pracy, a pięć lat później przestał już rozstawać się z farbami. W jego obrazach jest wielka oszczędność wyrazu, elegancja, lekkość gestów, wytworność minionych lat... jakby kadry ze starych filmów. Nie dziwota, że Szkot pozostaje wciąż liderem na brytyjskim rynku w sprzedaży reprodukcji.
Puk, puk... dobry wieczór, czy jest Aniołek? Nie ma. To trudno. List chciałam tylko zostawić. Jasne, że wierzę. Czekam. Nie musi być w tym roku, ale może kiedyś...
Tymczasem, córka moja, trzy i pół letnia, świetnie zapowiadająca się malarka, stworzyła obraz naszej rodziny... jest wielki tata z wielkimi uszami, i jego przydługie ręce obejmujące nas wszystkich; jest mama u jego boku z klapniętym uszkiem, znacznie mniejsza gabarytowo, co zdaje się być prawdą; jest też brat ze skrzydłami zamiast rąk i sama artystka, lekko kojarząca się z małą, skaczącą żabką oraz trzy zielone stworzenia podobne do krabów... to nasze psy. Oto dzieło, które powstało w tajemnicy, za drzwiami jej pokoju, tylko szkoda, że na tablicy, bo jedynie zdjęcie nam po nim pozostanie.
  


2010-10-08

Literacki Nobel dla Mario Vargasa Llosy

Tak sobie poczytuję w pracy Salon kulturalny i próbuję czegoś więcej dowiedzieć się o tegorocznym Nobliście, bo choć tyle razy trzymałam w rękach jego książki, to jakoś jeszcze dziwnym trafem nie poznałam jego twórczości.
Nawet nie wiem od czego zacząć... jakieś propozycje?

A na wieczór, zostałam zaproszona przez mamę i siostrę na film Jedz, módl się, kochaj z Julią Roberts, więc szykuje się całkiem przyjemny wieczór w babskim gronie i zaraz pędzimy 30km do kina, bo w naszym, film ten pewnie pod choinkę nam miasto sprezentuje :)

Miłego popołudnia



2010-10-06

Różne epoki, różne wcielenia, ta sama osoba


środa, 5 październik1927r.
„Piszę w atmosferze brudu i prowizoryczności wobec zbliżającej się wyprowadzki. Pinker śpi smacznie w jednym z foteli; Leonard, przy małym stoliku do gry, pod jarzącą się lampą, podpisuje czeki. Palenisko pokrywa popiół, bo ogień płonął przez cały dzień. Na rusztach leżą koperty. Piszę piórem cienkim i chybotliwym; a wieczór z zachodem słońca jest, powiedziałabym, wyrazisty i przyjemny. Gdyby pióro mi na to pozwalało, zrobiłabym sobie teraz plan pracy, skoro skończyłam artykuł dla „Tribune” i znów jestem wolna. I jak zwykle pojawiają mi się w głowie te same podniecające pomysły: biografia rozpoczynająca się w 1550 roku i trwająca do dzisiaj, pod tytułem Orlando; Vita; tyle że ze zmianą z jednej płci na drugą. Myślę, że w ramach przyjemności pozwolę sobie na tygodniowy odskok w tę stronę”

                         "Chwile Wolności. Dziennik 1915-1941" Virginia Woolf

... 5 października 1927 roku, dokładnie 83 lata temu, zaczęła powstawać książka „Orlando”, a ostatnią w niej kropkę Virginia postawiła swym chybotliwym piórem rok później...

wtorek, 18 grudnia 1928 roku pisze:
„Właśnie był L.,żeby się naradzić na temat trzeciego wydania Orlanda. Zostało już zamówione; sprzedaliśmy ponad sześć tysięcy egzemplarzy i zainteresowanie jest nadal żywe. Pokój w każdym razie mam zapewniony. Po raz pierwszy, odkąd wyszłam za mąż – 1912-1928 – czyli od szesnastu lat, mogłam wydawać pieniądze (...) kupiłam sobie stalową broszkę za piętnaście szylingów. Wydałam trzy funty na naszyjnik z macicy perłowej – chyba od dwudziestu lat nie kupowałam żadnej biżuterii!”
Sześć tysięcy egzemplarzy... niewiele, patrząc, że obecnie książki sprzedają się w milionach egzemplarzy... i tylko broszka za to, i naszyjnik, jednak najważniejsza była dla Woolf w tym momencie ta swoboda wydawania pieniędzy, bez skrupułów czy niepokoju, i wiara we "własny pokój", który dawał możliwości dalszego zarobku.
Dziś, po tylu latach, Orlando nadal zachwyca, zapewne nie wszystkich, jak to z Woolf bywa, ale coś w tej historii musi być urzekającego, skoro jako jedyna spośród wielu powieści Woolf, została zekranizowana... ale najpierw sięgam po książkę: „Co może łączyć szesnastoletniego chłopca, ulubieńca królowej Elżbiety, oraz trzydziestosześcioletnią pisarkę tworzącą w drugiej dekadzie stulecia? Młody mężczyzna i dojrzała kobieta, Orlando i Orlanda, choć żyją w różnych epokach i różnych wcieleniach, są jedną i tą samą osobą”.

Sięgam i znikam. Galaretki pod poduchy, a papierki pod łóżko. Dobranoc.




2010-10-04

Nike 2010 dla dramatu "Nasza klasa"

Właśnie przed chwilą skończyłam oglądać transmisję z gali wręczenia statuetki Nike, wprost z Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i powinnam iść spać, bo wstaję za sześć godzin, a nim jeszcze tutaj coś napiszę, przemyślę, i nim zniknie mi z oczu obraz niezwykle fascynującego mnie Jacka Dehnela, to się okaże, że wstaję za pięć, co może okazać się dramatem o poranku.
Mój faworyt, wyżej wspomniany Jacek Dehnel, niestety jako poeta musiał ustąpić dramaturgowi, co mnie troszkę zasmuciło, bo mocno ściskałam kciuki, ale jestem pełna nadziei, że za rok się uda. Jacek Dehnel powiedział o sobie: od wielu ludzi różnię się tym, że jestem kolekcjonerem, zbieractwo to specyficzny rys charakteru; jestem żarłoczny, co się tyczy książek, kultury, a to z kolei łączy się ze zbieractwem... i bardzo dużo myślę o śmierci... śmierć jest na tyle intensywną sprawą w naszym życiu, że nie możemy jej omijać... Lubię go. Nawet bardzo. Za tę żarłoczność, muszkę na szyi, „Lalę” i „Ekran kontrolny” też. Jednak Nagroda Nike nie była mu pisana. Szkoda.
W tym roku, ten najbardziej prestiżowy laur literacki, jakim w Polsce jest Nagroda Nike, przypadł Tadeuszowi Słobodziankowi za dramat „Nasza klasa”. Przyznam szczerze, że nawet tej książki nie miałam w rękach, przeszłam koło niej kilka razy obojętnie, bo niewiele o niej mówiono oprócz tego, że jest nominowana do tegorocznej Nike, a nie rzucam się na wszystko co nominowane, bądź nawet nagradzane, bo zwyczajnie nie mam tego w zwyczaju. Jednak kiedy przewodnicząca jury, profesor Grażyna Borkowska, odczytała laudację na temat książki Tadeusza Słobodzianka to pożałowałam swojej obojętności skierowanej ku tej pozycji.
„Nasza klasa” to dramat osnuty na historii Jedwabnego, miasteczka w województwie podlaskim, w którym to 10 lipca 1941r. dokonano mordu co najmniej 340 Żydów, przez miejscowych Polaków. Bohaterami książki są uczniowie tej samej klasy – Polacy i Żydzi – którzy żyją zgodnie, aż do czasu wybuchu wojny. Jednak po wkroczeniu wojsk, najpierw radzieckich, a później niemieckich, narastają w nich negatywne emocje, które kończą się serią gwałtów, morderstw i masowych tortur. Autor został nagrodzony nie za odwagę podjęcia trudnego tematu, ale za formę dramatu, za sposób w jaki nakreślił historię katów i katowanych, kolegów z jednej ławki szkolnej. Sam autor powiedział: napisałem Naszą Klasę z jakiegoś poczucia świadomości, że my nie jesteśmy tylko jako naród... że nie możemy przez całą swoją historię przyznawać się do tego, że to tylko nam zadawano cierpienia, ale także do tego, jak my Polacy potrafimy zadawać cierpienia.
Tadeusz Słobodzianek (1955r.)dramaturg, reżyser, krytyk teatralny. Współzałożyciel Teatru Wierszalin. Autor takich dramatów, jak „Car Mikołaj” (1985), „Obywatel Pekosiewicz” (1986) „Turlaj groszek” (1990), „Prorok Ilja” (1992), „Merlin. Inna historia” (1992), „Sen pluskwy” (2001). Laureat wielu nagród i wyróżnień, m.in. Paszportu Polityki (1993), Nagrody im.Stanisława Piętaka (1993), Nagrody Fundacji im. Kościelskich (1994). Od 2003 roku prowadzi warszawskie Laboratorium Dramatu – teatr i ośrodek badawczy wspierający współczesną dramaturgię.
Dramat „Nasza klasa”stanowi podwójną korzyść dla kultury polskiej, bo oprócz wersji książkowej jest też sztuką teatralną, która swoją premierę będzie miała 16 października na deskach Teatru Na Woli.
Żałuję, że mam tak daleko... i że zwracam uwagę na tytuły książek.


Z dialogów rodzinnych odc.14 - rozmowy (nie) kontrolowane

Każda niedziela, począwszy od września, jest jak wracający bumerang, który pędzi z góry zaplanowanym celem zapędzenia mnie w kozi róg. Staram się umknąć. Jednak Lola jest czujna. Powraca niechęć, niepewność, tkliwość; domowe zacisze ją rozmiękcza, łaskocze swym lenistwem, a wisząca na suszarce przedszkolna piżamka prowokuje do złych wspomnień i staje się bodźcem do zadawania mamie niezręcznych pytań.
- Czy ja muszę chodzić do tego przedszkola – pyta Lola ze spokojem w głosie, ale nadzieją w oczach.
- Kochanie, wszystkie dzieci chodzą – odpowiadam zaatakowana podczas sypania pietruszki do rosołu i staram się utopić w nim szybko słowo „musisz”.
- Ale ja się tam smucę – dodaje przyklejona do mojego kolana i swym natrętnym zwyczajem staje nerwowo stopą na stopę.
- Nie musisz się smucić, przecież wiesz, że się śpieszę po ciebie i cały dzień jestem w twoim serduszku...
- Wcale nie – przerywa mi natychmiast. - Skoro w nim jesteś, to dlaczego z niego nie wyskakujesz zaraz po obiadki i muszę leżakować? - pyta wlepiając we mnie swe duże błękitne oczy.
- Bo to nasza tajemnica skarbie, inne dzieci nie mogą się o tym dowiedzieć – próbuję ratować sytuację. - Ale ja w nim naprawdę jestem, tak jak ty jesteś w moim, kiedy jestem w pracy...
- Wcale nie – przerywa mi znowu. - Nie mogę być w twoim serduszku. Przecież ja jestem w przedszkolu, kiedy ty jesteś w pracy.



2010-09-30

Migdałowy blues

Jak to zwykle o tej porze roku bywa, pochorowałam się. Migdały mam jak śliwki węgierki i siedzę owinięta dwukrotnie szalem, z wysoko postawionym kołnierzem.Ogrzewam piecykiem raz jedną nóżkę, raz drugą, zaparzam kawę za herbatą, po kawie znów herbatę i czuję jak każda kosteczka puchnie we mnie od nadmiaru przeziębienia. Zamykam oczy i wszystko wiruje, głowa jakaś nie moja dziś, cięższa, wolniejsza, drzemiąca.
Nie chce mi się pracować, ani czytać, ani pisać, ani nawet porządku w torebce zrobić, a przydałby się, bo gdzieś na dnie leży czekolada, z nowej wyszczuplającej linii, cienkiej jak pół kalorii, o smaku brzoskwiniowo-żurawinowym. Znajdę cię. Kiedyś cię znajdę, zanuciłam za Reni Jusis... 
Dziś Dzień Chłopaka, jednemu kupiłam ciepły sweterek, drugiemu szlafrok w pingwiny.Wiem, że pingwiny będą miały większe branie. Trudno, muszą się podzielić. Mężczyzna w tym momencie musi ustąpić Chłopakowi, bo właśnie patrzę, że to dwa różne święta. Czy istnieje jeszcze coś, lub ktoś, kto nie ma swojego dnia w kalendarzu? Nawet Ziemniak, i osobno Pieczony Ziemniak, dożyły czasów odpowiedniego poszanowania i celebracji :)
A w domu czeka na nas zapiekanka z kalafiora i brokuł, w sosie śmietanowo serowym, z talarkami duszonej polędwiczki. Nie lubię gotować, przegotowałam się, ale podobno wszystko smaczne mi wychodzi i druga połowa sugeruje przebranżowienie... Czy warto w obecnym kryzysie inwestować? Patrząc na siebie, koleżankę zza ściany, kolegę kilka ulic dalej, sieć Travel Orbis, zaczynam powątpiewać i mam ochotę na L4 w jaskini, do czasu odpłynięcia kryzysu. Bynajmniej nie krócej, jak do wiosny.
Dobrze, że jutro już piątek... a za dwa tygodnie podobno zima. Taadammmm, będę w śpiworze do pracy przychodzić :)

p.s
Od jakiegoś czasu poszukuję książki „Przyślę Panu list i klucz” Marii Pruszkowskiej. Nie ma ktoś, gdzieś, w piwnicy może, albo w skrzyni ze starymi książkami? Mam na nią wielką ochotę i chętnie odkupię, bądź wyślę coś na wymianę.

p.s
Wszystkiego najlepszego Chłopakom. I Mężczyznom też, za jednym razem. Przecież oni z jednej gliny zlepieni. Tatuś i syn. Tak jak Matka i córka... Lola mi wczoraj powiedziała "mamo, chcę być taka jak ty, duża, dorosła". Dlaczego spytałam? "Bo będę mogła więcej niż mogę, i wyprzedzę Charliego". Wie dziewczyna czego chce. I już nie płacze w przedszkolu :)

Wasza przeziębieniem nadszarpnięta



2010-09-23

Ach ten Truman

Wiecie, że chodzenie na pocztę i po rurkę z serem bywa niebezpiecznie uzależniające i tragiczne w skutkach dla wyników pracy? Z miłą chęcią znajduję sobie rano zawsze coś do wysłania i idę drogą okrężną, byle na trasie biuro-rurka-poczta, znalazła się księgarnia.Wchodzę, tak dziwnie niepełna, bez dzieci, skręcam od razu na dział literatury pięknej, a nie kolorowanek, i przeglądam, podczytuję, porównuję. Jaki miły poranek...
W piątek trafiłam na książkę „Kłopoty to męska specjalność” Charlesa Bukowskiego, a dziś na nowość wydawniczą Albatrosa „Inne głosy,inne ściany” Trumana Capote. Ott, takie perełki sobie wyszperałam i jedna z nich tkwi teraz w torebce... zamykam oczy, przenoszę się na mój taras, gdzie stoją dwa samotne leżaki i słońce się marnuje, otwieram książkę i już jestem w powieści Capote:
„Osierocony przez matkę trzynastoletni Joel Knox wychowuje się w Nowym Orleanie pod opieką ciotki. Pewnego dnia dowiaduje się, że ma jechać na prowincję, do domu ojca, którego nie zdążył poznać, by tam rozpocząć nowe życie. Wrażliwy i obdarzony bogatą wyobraźnią, trafia do świata, którego nie potrafi zrozumieć. Ojcowska posiadłość, niszczejąca i porośnięta dziką roślinnością, okazuje się miejscem tajemniczym i niepokojącym, pełnym niewyjaśnionych odgłosów, dziwnych przedmiotów i obcych ludzi. Jego  ojciec zaś - niezdolnym do nawiązania jakiegokolwiek kontaktu paralitykiem: z praktycznego punktu widzenia jedynie parą oczu i ręką rzucającą czerwone piłeczki tenisowe. To już nie ojciec, ale „pan Sansom”. Osamotniony Joel walczy o miłość otoczenia, zabiegając o względy i uwagę kolejnych osób - krewniaka, czarnoskórej służącej, wreszcie dziewczynki z sąsiedztwa” (opis pochodzi z okładki książki).
A teraz otwieram oczy i co widzę... pracę widzę, widzę pracę. Pozwolę sobie tylko na pierwszy rozdział, ale ciiii :)
Wczoraj mąż przyniósł do domu ciekawe motto życiowe, którym uraczył go jego klient po udanej transakcji: Niemożliwe robię natychmiast. Na cud dajcie mi trzy dni... i tak sobie myślę, że dokonałam cudu w tydzień. Polubiłam swoją pracę, bo jak tu na nią złe słowo powiedzieć, kiedy daje mi możliwość spędzenia dopołudnia w samotności, tylko z Trumanem Capote w trzynastometrowym pomieszczeniu, wypełnionym zapachem perfum i jeżynowej herbaty, podczas gdy rurka z serem zwija się ze śmiechu na talerzyku.

Miłego dnia
Choć to już jesień, ale przynajmniej na razie piękna
Wasza, pod biurkiem dziś tankująca słowa