2012-07-20

Italia, wieczna uwodzicielka...


"Italia, zwodniczo piękna i jednocześnie zdradziecka jak czarodziejka Kirke, od wieków przyciągała królów, uczonych, świętych, poetów i ciekawych świata podróżników (...) urok wiecznej uwodzicielki.
Niniejsza książka traktuje Włochy i Włochów z jednakową uwagą. Zgłębia tajniki kraju i jego mieszkańców, od kalabryjskich wieśniaków do mediolańskich kosmopolitów, sięgając po ich słynne skarby; od etruskich posągów do promiennego obrazu "Narodziny Wenus" Botticellego. Specjalne eseje poświęcono włoskim pasjom - filmowi, modzie, operze i kuchni, a rozdział o historii opowiada burzliwe dzieje kraju, od założenia Rzymu prze Remusa i Romulusa, poprzez renesans i zjednoczenie do Mussoliniego i mafii (...)
Jest to kraj, który w znudzonych budzi wyobraźnię, w chłodnych i zrównoważonych pasję, w konwencjonalistach bunt. Włochy nie pozostawiają nikogo obojętnym, bez względu na to, czy będzie odpoczywał pod kolorowymi parasolami na plażach Riwiery, rozbił zakupy w Mediolanie czy pilnie zwiedzał muzea i kościoły. Każdemu turyście zostanie udzielona przyjemna lekcja życia. Bez względu na to, czy jego uwagę przykuje piękno fasady kościoła na doskonale proporcjonalnej "piazza", uwiedzie go aromat świeżo krojonej włoskiej szynki (prosciutto) czy znad filiżanki cappuccino wypatrzy szykownego przechodnia, dozna podobnego, nadzwyczajnego uczucia: nigdzie indziej samo życie nie wydaje się tak niezwykłe." - przytoczony fragment pochodzi ze wstępu Przewodnika Ilustrowanego po Włoszech wydawnictwa Berlitz.

Jakiś czas temu spędziłam godzinę w księgarni, przeglądając przewodniki, i ten wydał mi się najciekawszy. Bogato ilustrowany bardzo dobrymi zdjęciami (Johna Heseltine'a, Albano Guattiego, Francesa Gransdena, Phila Wooda i Billa Wassmana) zawiera sporą, konkretną dawkę informacji. Jest jak powieść, wciąga od pierwszych stron i choć na pierwszych zaprzestałam (zostawiając sobie tę przyjemność na włoską plażę) to jestem pewna, że dowiem się znowu coś ważnego, intrygującego, urzekającego o moim ulubionym wakacyjnym kraju, do którego właśnie niebawem wyruszam po raz dziewiąty w swoim życiu. Każdego roku jestem tak samo szczęśliwa, podekscytowana i spragniona tego specyficznego klimatu...  a kiedy wrócimy za tydzień będę tak samo jak każdego roku tęsknić za pięknem tego kraju, bogatsza o kolejne zdjęcia, wspomnienia i fascynacje.

Do przeczytania wkrótce :)
Zostawiam namiastkę klimatu sprzed dwóch lat...







2012-07-14

Pojmuję piękno szczegółami


Z aparatem na szyi wymykam się kiedy tylko mogę. Jak najdłużej podążam boso, w stopy wnika siła ziemi, ciepło słońca. Same wyznaczają kierunek niesione instynktem poznawczym. Potrzebą. Wytężam wzrok, oddycham ulubionym letnim powietrzem. Nabieram go w płuca na zapas. Wszystko wokół zmienia barwy kilkakrotnie w ciągu dnia. Nieskończoną ilość razy z różnych pozycji. Właśnie teraz, we wszystkim co mijam, jest lśniąca doskonałość. Pojmuję piękno szczegółami. Wszystko się wzajemnie sobą wypełnia. Przenika. Niepowtarzalność drobnych motylich skrzydełek, od miłości drżących lekko, jak jedwabne apaszki na wietrze... Moc czarnych bocianich piór dla których skłonna jestem do różnych pozycji, by tylko móc dostrzec z bliska ich balet unoszenia się. Bociany są niezwykle czujne, świadome zagrożenia, niepewne i płochliwe... I węgielki sarnich oczu patrzących w kuchenne okno, w którym najczęściej mnie odnajdują wzrokiem... I intensywność astrów, delikatność hibiskusa, dominująca siła zieleni, kiełkujące słoneczniki... Przeorane zygzakami pola, jak fale niepokorne, i cienie drzew jak w teatrze tworzące zapadające w pamięć sztuki o różnych godzinach mniej lub bardziej intensywne... Nie mogę skupić myśli, uciekam wzrokiem w okna, a za nimi trwa spektakl doskonały, inny każdego dnia. Szkoda ominąć. Różni się szczegółami, które wypatruję z dziećmi. Nadajemy ptakom nazwy, zasuszamy kwiaty, trwamy w totalnym, ogłupiającym zachwycie tym co nas urzeka właśnie teraz... Pragnę te chwile zatopić w bursztynie, bym mogła zimą wysunąć go z szuflady i zacisnąć w dłoni.












Nie mogę się doczekać jutra... dla nowych spostrzeżeń warto wcześniej wstać. Zacznę też jutro książkę, która wydaje się idealna na ten czas - "Na zakręcie roku" Michaela Viney'a. To obraz dwunastu miesięcy życia w odludnej nadmorskiej osadzie Thallabawn w Irlandii - to porywająca opowieść o poszukiwaniu życiowej samowystarczalności i pogłębiającej się empatii wobec natury. Książka m.in. była nominowana do BP Natural World Book Prize, w oparciu o nią powstała seria filmów telewizyjnych. Thallabawn nauczyło nas owego szczególnego stosunku do przyrody -  w równym stopniu zainspirowanego nauką, co poezją - który jest spiritus movens tej książki. Kronika roku, którą oddaję do rąk czytelnika, nieustannie przeskakuje z tematu na temat, swobodnie traktuje czas, raz po raz zmienia nastrój i styl; jest mozaiką tych wszystkich lat, a każdy miesiąc - esejem ku pamięci.
Michael Viney (ur. w 1933 roku w Brighton) - dziennikarz, pisarz i malarz, ceniony współpracownik "The Irish Times", RTE i BBC, w 1977 roku porzucił Dublin i osiadł wraz z żoną Ethną u podnóża góry Mweelrea w hrabstwie Mayo.

2012-07-05

Warsztaty z Iwoną Chmielewską w ramach 3 Festiwalu Kręgi Sztuki


Dom śpi. Jak to dobrze mieć taką chwilę, kiedy słyszę jak przełykam kawę. Kiedy nagle nogi nie muszą nigdzie biec, nie plątają się jedna o drugą. Otwieram taras, dwa pierwsze fotele zajęte przez psy. Dwa kolejne gościnnie słońcem objęte. Pachnie bazylią i mokrym drewnem. Zapadam się głęboko, przynajmniej takie mam wrażenie, i dopiero teraz czuję, jak opuszcza mnie zmęczenie ostatnich dni. Pocięłam sporo papieru na zamówienie, wpuściłam lato do szaf, pokoje rozjaśniłam zmianą. Dzieci w domu, więc w międzyczasie obiad, pranie, zabawa. Ale uwielbiam ten letni czas, nawet kiedy wypełniona jest każda minuta, kiedy łapię się na tym, że z jedenastej nagle robi się piętnasta, a z poniedziałku czwartek... czerpię siłę ze szczęścia dzieci, z ich uśmiechów, nosów od lodów, wymoczonych w basenie stóp, wilczych apetytów. Choć momentami trudno w jeden dzień zapiąć wszystko co zrobić trzeba, to później taki spokojny poranek dnia następnego łagodzi otarcia, masuje ciało, przywraca równowagę... a sama myśl o spotkaniu popołudniowym prawia, że lżejsza jestem i jeszcze głębiej milcząca. Biorę do rąk "Pamiętnik Blumki", chwilę jeszcze posiedzę na tarasie, popatrzę w oczy Korczakowi. Szkoda, że już przekwitły niezapominajki. 

A o 17.00... (informacja pochodzi ze strony Festiwalu Kręgi Sztuki )

Iwona Chmielewska  zaprasza na wykłady połączone z warsztatami  młodzież, dorosłych, nauczycieli, bibliotekarzy i seniorów. Zajęcia będą odbywały się przez 3 dni, po 3 godziny. Celem spotkań jest upowszechnienie idei książki obrazkowej „picturebook” i szczególnego tematu w roku 2012 - „Janusza Korczaka”.

Dzień pierwszy:
„Pamiętnik Blumki” - kartka po kartce – wykład połączony z pokazem książki na ekranie i analizą poszczególnych  środków artystycznych i technicznych użytych do stworzenia książki.  Przybliżenie czytelnikom warsztatu twórcy książki obrazowej „picturebook”. Szczególne znaczenie tematu tej książki i znaczenie kategorii „non fiction” jako współczesnej artystycznej alternatywy edukacyjnej o znaczeniu społecznym. Zasady konstruowania książki „picturebook” i „non fiction” – książek zaangażowanych społecznie.
Zadanie dla uczestników na dzień następny: przygotowanie fotografii z dzieciństwa bliskiej starszej osoby (portretu – odbitki ksero lub skanu) i przyniesienie z domu jakichś starych zeszytów, książki oprawionej w tradycyjny sposób w np.  oprawę z papieru klejowego, dawnych gazet itp. Przypomnienie sobie wydarzenia/przygody związanej z tą bliską osobą (z jej wspomnień).

Dzień drugi:
Kartka z rodzinnego pamiętnika.
Każdy uczestnik metodą kolażu przygotowuje kartkę lub kartki z pamiętnika rodzinnego.
Będzie to wspomnienie dzieciństwa bliskiej mu osoby – zobrazowanie i opisanie za pomocą metody z książek obrazowych (tekst i obraz wzajemnie się uzupełniają lecz nie powtarzają). Możemy używać do kolaży starych, pożółkłych papierów, fragmentów typografii ze starych pism czy gazet (wcześniej kserowanych lub skanowanych i wydrukowanych) oraz tradycyjnych narzędzi  pisania sprzed lat: stalówki i atramentu. Oglądamy oprawy starych zeszytów, próbujemy w podobny sposób oprawić swój pamiętnik rodzinny, którego pierwsze karty powstaną w trakcie warsztatów.

Dzień trzeci:
Część I:
Kontynuacja warsztatów z dnia poprzedniego – przedstawienie przez uczestników swoich dzieł – rozmowa.
Część II: Oglądając tekst czytać obraz - najnowsze książki obrazowe Iwony Chmielewskiej wydane w Korei Południowej - pokaz połączony z wykładem. 
Pokaz książek: „Królestwo dziewczynki”, „Kłopot”, „Pomysły”, „Moje kroki”, „Gdzie jest moja córka?”, „Cztery zwykłe miski” i „Oczy”.


Iwona Chmielewska - autorka ok. dwudziestu autorskich książek obrazowych wydawanych głównie w Korei Południowej.  Najważniejsze nagrody: Złote Jabłko na Biennale Ilustracji w Bratysławie w 2007 roku i Bologna Ragazzi Award w kategorii „non fiction” w 2011 roku, nagroda IBBY  Polska: „Książka Roku” w 2011 roku oraz nagroda „Pegazik” przyznawana wybitnym twórcom książek dla dzieci przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek. Jej książki ukazały się również w Niemczech, Japonii, Chinach, na Tajwanie, w Meksyku i krajach hiszpańskojęzycznych i w Portugalii.
Najnowsze nagrody i wyróżnienia:
listopad 2011 – Międzynarodowy Festiwal Książki Obrazkowej CJ Seul Korea Południowa – książka zaliczona do 100 najlepszych książek świata
grudzień 2011 – nagroda „Książka Roku” Polskiej Sekcji IBBY w kategorii „książka obrazkowa” i wyróżnienie w kategorii literackiej
zima 2011/2012 – kilka tytułów „książka miesiąca” przyznawanych w Niemczech i w Austrii przez opiniotwórcze czasopisma o książkach m.in. „Esel Ohr”
marzec 2012 Lipsk – nominacja do Deutscher Jugendliteratur Preis, najważniejszej nagrody państwowej w Niemczech, w kategorii „książka obrazkowa”
marzec 2012 Monachium – prestiżowy tytuł „Biały Kruk” przyznawany najlepszym książkom dla dzieci przez  słynną Jugendbibliothek Munchen
maj 2012 Warszawa –  nagroda główna w konkursie „Świat przyjazny dziecku”organizowanym  przez Komitet Ochrony Praw Dziecka
maj 2012 Wrocław – nagroda Prezydenta Miasta Wrocławia w kategorii książka dla dzieci i młodzieży
maj 2012 Warszawa – główna nagroda w Konkursie Literackim Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek w kategorii książka dla dzieci i młodzieży
maj 2012 Warszawa – główna nagroda Muzeum Książki Dziecięcej - „Skarb Literatury Dziecięcej”


2012-06-29

Smutek wielki... znika "Bluszcz"


12 maja tego roku, w wieku 39 lat, zginął tragicznie wydawca magazynu "Bluszcz" Artur Szczeciński. Nawet mi do głowy nie przyszło wówczas, że nie znajdzie się nikt kto zechce kontynuować jego pracę. A dziś mną wstrząsnęło... i wierzyć się nie chce, że chłam nadal będzie w kioskach, a dla takiego periodyku nie ma pieniędzy. Świat się kończy. Sprzedaż tematów literackich nie przynosi korzyści... za to fakt, że matka małej Madzi tańczy na rurze ma się doskonale. Smutno bardzo. I patrzę teraz na moje 45 numerów... od pierwszego z X/2008, i autentycznie płakać mi się chce, bo "Bluszcz" zawsze leżał cały miesiąc na stole, przy łóżku, w łazience... czuję się jakby mi ktoś przyjaciela odebrał. Przyzwyczaiłam się, był częścią mojego życia, inspiracją. I choć momentami redaktor naczelny mnie drażnił, to jednak przyjaciela nie gani się za sporadyczną różnicę zdań. Wizja była dobra, cel ważny, a jednak się nie udało... 

Kochani Czytelnicy! Milczeliśmy, bo do końca mieliśmy nadzieję, że Bluszcza da się uratować.
Do końca wierzyliśmy, że takie czasopismo jak nasze nie może po prostu zniknąć z rynku. Stało się jednak inaczej. Po śmierci naszego wydawcy nie znalazł się nikt, kto zdecydowałby się na kontynuowanie jego dzieła. Artur był wizjonerem, nie oglądał się na minimalne zyski, które przynosił mu Bluszcz. Wierz
ył w gazetę, wierzył w nas, wierzył, że w tak trudnych dla polskiej kultury czasach nasza gazeta jest potrzebna, bo wyciąga Polaków z czytelniczej zapaści. Niestety wyniki sprzedaży to jedyne kryterium, którym kierują się rynkowi inwestorzy. Rozumiemy to i czekamy na lepsze czasy dla naszej gazety. Wbrew oczekiwaniom, numer lipcowy nie ukaże się już w sprzedaży. 
 
W 2008 roku Bluszcz powrócił po 70 latach nieobecności. Zdobył kilka nagród rynku wydawniczego i środowiska dziennikarskiego. Jesteśmy przekonani , że pewnego dnia nasza gazeta powróci. Jeszcze silniejsza, jeszcze ważniejsza dla kultury.

Zespół redakcyjny miesięcznika Bluszcz 

( wyjaśnienia redakcji pochodzą z portalu społecznościowego - facebook )

2012-06-27

Rodzina misiów czyli satysfakcjonująca zdobycz przypadkowa


Okropne to słowo, ale jestem gadżeciarą. Ze specyfikacją książka-słowo-obraz-rękodzieło-antyk w jak najniższej cenie. Przechodzę koło efekciarskich wystaw bez wzruszenia, nie kupuję butów za pół wypłaty ani sukienki na jedno wyjście by wyglądać ładnie, bo wypada. Ale za to mam słabość do przedmiotów, na które wystarcza mi rzucić jedno spojrzenie i widzę w nich coś osobistego. Odbija mi się w nich fragment mojej codzienności. Wiem natychmiast gdzie by stały, jaką rolę pełniły. Najdroższe z nich są nowości literackie, notesy, bransoletki, włoska kawa i dwa moje ulubione obrazy na zamówienie. Jeden z Virginią Woolf. Drugi z Wisławą Szymborską. Reszta trafia się za złotówki. Stare książki znalezione w antykwariacie czy na bibliotecznym kiermaszu, fotografie z początku wieku i z czasów wojennych uratowane przed spaleniem. Antyczne drobiazgi. Lampa z piwnicy sąsiadów. Mini koronkowa parasolka z Wenecji. Kufry na listy i wycinki z gazet. Stare pióro znalezione za łóżkiem w domu oddanym do przeprowadzki. "Przekroje" z czterdziestego siódmego roku z domu obok, na które mam pomysły kolażowe. Bujak. Naszyjnik z ołówkiem czy konikiem na biegunach. Stary obraz od teściowej z widokiem na pokój z kredensem. I nie jest tak, że nie mam w domu nic nowoczesnego, skłamałabym je ukrywając... ale to właśnie takie drobiazgi jak te przypadkiem dziś w kramiku przy torach znalezione mają dla mnie wartość wyzwalającą radość spontaniczną z przejawami radosnych podskoków. Czyż te podpórki do książek nie są warte tych kilku słów wspominki o nich...







2012-06-21

"Poczta literacka czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem" - Wisława Szymborska



Każdy piszący pragnie pewnego dnia wynurzyć się z cienia szuflad i zasięgnąć porad czy słowa jego mają jakikolwiek sens. A gdzie najłatwiej było odezwać się lata temu nim jeszcze internet dodał nam odwagi i oddał w użytek połacie wolnej przestrzeni pozbawionej kontroli? Otóż do gazety, rubryki z poradami, listami do redakcji, w których by zapełnić miejsce periodyku nawet anonimy były czytane i drukowane, taką bowiem rolę te rubryki spełniały. I jest... pierwsza publikacja!!! Druk namacalny, słowo pachnące, szara gazeta w ramce na ścianie. Radość wielka, że słowa druku zasmakowały i taki Olgierd z Olsztyna, E.T z Lublina czy 3333 z Kielc piali pewnie z zachwytu, ale tylko do chwili ujrzenia swojego imienia, bądź pseudonimu. Później mogło być różnie. Odpowiedź redakcji krakowskiego "Życia literackiego" mogła bowiem co wrażliwszych ukąsić tak mocno, że żadne już słowo przez przełyk im nie przeszło, a że obrazą się skończyło to prawie pewne.
"Poczta literacka" Wisławy Szymborskiej została właśnie ponownie wydana przez Wydawnictwo Literackie. I dopiero teraz na tę książeczkę trafiłam, bo ostatnie wydanie sprzed dwunastu lat już dawno się rozeszło. Wtedy to, Teresa Walas wygrzebała w starych rocznikach nie istniejącego już wówczas tygodnika odpowiedzi na listy czytelników - zapalonych twórców, chwał i sukcesu literackiego oczekujących, na które to odpowiadali nikt inny jak sama Wisława Szymborska na przemian z kolegą redakcyjnym Włodzimierzem Maciągiem. By się jednak nie ujawnić robiła to w pierwszej osobie liczby mnogiej. Dlaczego? Tego w rozmowie z Teresą Walas nie wyjaśniła, ale wygląda na to, że chciała być po prostu szczera, udzielać przydatnych rad, które ironią podsycone mogły zostać odebrane przeciwko niej. A bywała też bez serca... całkiem zresztą to zrozumiałe, kiedy jak wspominała "ktoś podający się za nauczyciela pisał w liście równanie przez u zwykłe", a liczba pewnych siebie twórców przekraczała po tysiąckroć ilość prawdziwie utalentowanych. Trudne to jednak zadanie oceniać innych,  z czego mimo wszystko Wisława Szymborska wybrnęła ze swoją wiedzą i poczuciem humoru doskonale, i teraz, kiedy już jej nie ma wśród nas, kiedy już nie zaskoczy nową, inteligentną i zabawną puentą, z wielką przyjemnością uśmiecham się w stronę nieba czytając te właśnie przezabawne odpowiedzi na listy korespondentów marzących o literackiej karierze. Wierzę, że nawet jeśli ktoś odnajdzie siebie wśród tych króciutkich liścików, uśmiecha się pod nosem tak jak ja, i nie ma Wisławie Szymborskiej tego za złe.Wręcz przeciwnie.

E.T., Lublin Czytamy i czytamy, brniemy przez poplamione i czarne od skreśleń stroniczki, i nagle olśniewa nas myśl: czemuś to nie mielibyśmy się wreszcie sfrustrować? Innym wolno, a nam nie? Dlaczego musi nam się chcieć to czytać, skoro wszystko świadczy o tym, że autorowi nawet nie chciało się przepisać na czysto? Pewnie, że nie musi nam się chcieć. I powody by się znalazły: bo pada deszcz, bo Gienia jest głupia, bo nas strzyka w kolanie, bo Ala ma kota, bo Kowalscy to sobie żyją, bo do filmu to nas nikt nie bierze, bo czas mija, bo nudno, a koniec świata i tak kiedyś będzie. Potem znowu pokornie pochylamy się nad tekstem, żeby jakoś doczytać do końca. Ale odpisywać to naprawdę nie ma na co.

J. Szym., Łódź No, no. Przepisał Pan starannie fragmenty opowiadania Jana Stoberskiego i przysłał do nas z prośbą o zamieszczenia jako debiut. Ale to jeszcze nic wobec pewnego tytana pracy z Gdańska, który przepisał na czysto jeden rozdział z "Czarodziejskiej góry", dla niepoznaki zmieniając nazwiska postaci. Było tego około trzydziestu kartek. Kiepsko Pan wygląda ze swoimi czterema stronami rękopisu. Trzeba przysiąść fałdów. Na pierwszy ogień polecam "Komedię ludzką". Niezłe i dużo.

Lublin Jak zostać literatem? Zadaje Pan kłopotliwe pytanie. Zupełnie jak ten chłopczyk, który pytał jak się robi dzieci, a kiedy matka powiedziała, że wytłumaczy mu później, bo teraz jest bardzo zajęta, zaczął nalegać: "To wytłumacz mi chociaż głowę"... No cóż, spróbujmy i my wytłumaczyć chociaż głowę: otóż trzeba mieć trochę talentu.

Grażyna, Starachowice Poezja w pojęciu Pani to wzniosłość sama, absolut, wieczność, westchnienie i jęk -  w takim zagęszczeniu, jakiego nie spotykamy nawet w panieńskich imionnikach z początku stulecia. Taką górnolotnością nic u dzisiejszego czytelnika wskórać nie można, ba, nawet najbardziej bliski i zaufany człowiek, usłyszawszy jedno takie zdanie, spojrzy na rozmówczynię z popłochem, po czym ni stąd, ni zowąd przypomni sobie, że ma coś szalenie pilnego do załatwienia na mieście. No więc jak, odpinamy skrzydła i spróbujemy tworzyć na piechotę?

A. M., Warszawa Dziatki biegną do szkoły tupu-tupu-tup, podczas gdy deszczyk kapu, kap albo śnieżek ciapu, ciap... Cio to? Ależ oczywiście, to wierszyki dla dzieci pisane przez różne straszliwe niewiasty. Pragnie Pan dołączyć do ich grona. Nie możemy zabronić, ale błagamy o litość dla naszych pociech, które od takiej literatury hyc, hyc, hyc.

E. K., Rudy Raciborskie W "Poczcie" taka gratka zdarza się nieczęsto: opowiadanie fantastycznonaukowe! Co za wypoczynek po lekturze czterystu zupełnie jednakowych wierszy o jesieni! (...)

3333, Kielce Bohaterem nowelki jest pisarz polski, znakomity i wspaniały. Co za popularność, jakież bogactwo, jakaż płodność! (...) Kochany fantasto, napisz raczej, co tak słychać w Kielcach. Czy wszyscy zdrowi?

Zygfryd Miel., Gdańsk Coś tkwi w Pana tekstach, trochę wyobraźni, trochę drwiny, trochę poczucia bezsensu ( szalenie modne!). Ale każde opowiadanko trzeba by jeszcze przepisać przynajmniej pięć razy. Przy okazji przypominam, że Czechow przepisywał swoje rzeczy po siedem razy, a Tomasz Mann robił pięć korekt (w międzyczasie wynaleziono maszynę do pisania).

Amaba Wiersze powinny jeszcze pozostać w szufladzie. Księżyc jak broszka już był. Madonny na karuzeli już siedziały. Wiersze też już zaplatały się w wianki. Tak chłonna pamięć przeszkadza w osobistej pracy.

Żegota, Białystok Jeśli wydrukujemy, prosimy podać aktualny adres Kazimierza Przerwy-Tetmajera, abyśmy mogli wysłać mu osiemdziesiąt procent honorarium autorskiego.

I jak tu się nie uśmiechnąć? :)
Miłego dnia.

2012-06-13

"Lecę, bo wolność to zew"


ilustracja pochodzi z czerwcowego numeru miesięcznika "Bluszcz"
Czy słońce, czy deszcz, czy nawet euro, wpływu na czytanie u mnie nie ma to żadnego. Swoją porcję słów otrzymać muszę, by mieć o czym myśleć i śnić. Staram się nie przesadzić, bo nadmierna ilość pochłoniętych stron sprawia, że ma się poczucie bycia rzuconym na otwarte morza. Z każdej strony wieje, i nie słychać tego co najważniejsze. Jednak w uzależnieniu stąpanie po krawędzi jest nieuniknione. I nagle krawędź się zwęża, z pomiędzy stron w równowagę uderza przyjemny podmuch emocji i następuje skok w otchłań pełną słów... tonę w myślach. To jedyna przyjemna forma utonięcia. Pozwala narodzić się ponownie kimś innym. Niezliczoną ilość razy.

2012-05-25

Prowincjonalnie, o smaku rabarbaru...


w prowincjonalnym małym mieście
tak niepozornie mija życie
i wszystkie dni są takie proste
jak prosta bywa pieśń lub miłość (...)

śpiewał mi rano Turnau. zapalenie krtani pozwala mi swobodnie milczeć, z przyjemnością po całym tygodniu słów oszczędzam. uporałam się z pracą, dziś już lekarstwa zażywam. odgłosów prowincji rano, w południe i wieczorem. dawka według uznania. przedawkowanie dozwolone. radość mnie wypełnia. spokój. ptaków zabawy nad głową... jest samiec kopciuszka, z czarną główką i rdzawym kuprem; i piękny samiec makolągwy, z czerwonym czołem i piersią. tańczą dla nich trawy, krzewy, drzewa, usuwają się przed ich niskim lotem. tyle wolnej przestrzeni, a taka cisza... moja ulubiona. tarasowe deski nagrzane, a po nich przeszły raz tylko pani doktor bose stopy moje. oszczędzam się, naprawdę, ale kiedy słońce wspina się po wzgórzu przeoranym, obejmuje stopniowo przyrodę, nie sposób się nie zatrzymać. czy można ominąć takie słońca wędrowanie? ptaków świergotanie? kwiatów kwitnienie? w taką pogodę w prowincjonalnym zakątku cieszy nawet chorowanie. cieszy też wyczekiwana od ośmiu lat ułożona właśnie kostka brukowa, boso mogę za ptakami biegać, po drodze wypatrywać kwiatów żółtej forsycji i niebieskiego hibiskusu przy furtce, dalej za rogiem poczuć zapach zwisających niczym kiście winogron kwiatów fioletowej wisterii. jestem w niebie. pachnie lasem, świeżym szczypiorkiem, ziemią przeoraną. wsiąkłam w ten klimat. korzeniami oplotłam się wokół chmur. każde spojrzenie w dół zachwyca. zjem kawałek ciasta rabarbarowego i jeszcze tu posiedzę na tej małej prowincjonalnej chmurce mojej...



2012-05-11

"Nawiedzony dom" Virginia Woolf - zapowiedź


Pod koniec maja nakładem Wydawnictwa Literackiego ukaże się zbiór opowiadań Virginii Woolf. "Nawiedzony dom" to ponad pięciuset stronicowy tom złożony z opowiadań tych najbardziej znanych, jak i nigdy dotąd niepublikowanych. Cieszę się bardzo, bo ostatni zbiór opowiadań Virginii Woolf  "Dama w lustrze" wydany był prawie dziesięć lat temu przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Zawiera on dziewiętnaście opowiadań, w których Virginia swobodnie eksperymentuje z nowymi formami, ulubionymi poetyckimi metaforami czy symbolami. Kilka z nich wydaje się zupełnie nieudanymi próbami, mało interesującymi, co się jej zdarza w opinii krytyków. Uparcie bowiem, przez większość swego twórczego życia, dążyła do zminimalizowania wartkiej fabuły, zastępując ją rozważaniem o życiu i jego pojedynczych aspektach, co nie do wszystkich trafia. Jednak dla uważnych jej czytelników, nie tylko powieści, ale też esejów, listów, dzienników czy właśnie opowiadań, jasne będzie, że każde z tych z pozoru nudnych, nic nie wnoszących pojedynczych stron, ma znaczenie symboliczne, i napisane jest nie od niechcenia, a z wielkim duchowym przekonaniem, że ten właśnie ślimak, perłowe guziczki na rękawiczkach czy opuszczone wrzosowisko, warte były opisania. Musiała to zrobić, by móc się z tego znaku na ścianie czy z Mary V. oczyścić, usunąć je z myśli, ustąpić miejsca kolejnym spostrzeżeniom i zachwytom. Virginia traktowała pisanie opowiadań jak odskocznię od cięższych, wymagających większego skupienia form, jakimi były jej powieści czy wartościowe literackie eseje. Niejednokrotnie jednak fragmenty opowiadań nawiązują do późniejszych powieści i dla mnie są równie ważnym elementem jej twórczości.

"Zadaniem pisarza - twierdzi Woolf - jest uchwycić to coś, co zupełnie wymyka się budowniczym zgrabnych fabuł, opartych na regule prawdopodobieństwa. Spójrzmy w głąb - proponuje - a przekonamy się, że życie nie jest takie. A jakie? - chciałoby się zapytać. Woolf udzieliła na to pytanie odpowiedzi, która przeszła do historii literatury jako klasyczna wykładnia modernistycznej wrażliwości:
Życie to nie jest szereg symetrycznie ustawionych reflektorów, życie to jest jasna aureola, półprzejrzysta przesłona otaczająca nas od pierwszego przebłysku świadomości aż do samego końca. Czyż nie jest zadaniem powieściopisarza oddać tego zmiennego, tego nieznanego i nieokreślonego ducha, niezależnie od tego jaką objawia aberrację i złożoność... - czytamy we fragmencie wstępu do opowiadań "Dama w lustrze" napisanym przez Agnieszkę Graff.

Jaki będzie "Nawiedzony dom"? Czy wyniknie z tych opowiadań  coś nowego, czy możliwe będzie dojrzenie kolejnych prób literackich, eksperymentów i fascynacji szczegółem, które Woolf tak chętnie celebrowała? Nie sądzę by mnie osobiście zawiodła. Może tych czytelników jednej jej powieści skutecznie zanudzi. Bo Virginię Woolf trzeba obejmować w całości. Ona dopiero w blasku swych całościowych dokonań zaczyna nabierać kształtów i barw właściwych. Dzięki niej nauczyłam się dostrzegać więcej. Patrzeć inaczej. Szczegół znaczy więcej niż ogół, czasem dzień więcej niż cały miesiąc. Chciałabym tak móc żyć każdego dnia, uważnie, by nic nie umykało, by wszystko cierpliwie chłonęła pamięć, nie gubiąc nic po drodze. Bardzo jestem ciekawa tego pokaźnego zbioru nowelistycznego... tymczasem zadowolić się mogę jedynie "Tajemniczym przypadkiem panny V." w majowym numerze "Bluszcza". Tak niewiele, a aż tyle, że porzuciłam piątkowe porządki i patrzę na zachód słońca inaczej.

2012-05-04

"Droga do Tarvisio" Grzegorz Kozera



Książki pisane przez kobiety z natury mają łagodny przebieg, dążą do równowagi i wyciszenia emocji, a te z kolei układają się stopniowo w jedną całość, bądź nawet kładą posłusznie i nic z tego nie wynika. Po raz kolejny wydaje nam się, że gdzieś już to czytaliśmy, zapominamy szybko i natychmiastowo sięgamy po następną książkę, taką samą jak się z czasem okazuje. Podczas gdy mężczyzna piszący (i nie tylko piszący zapewne) częściej zaskakuje, intryguje, wkurza i zastawia za zakrętem pułapkę w postaci kończącej się nagle drogi, co powoduje, że spadamy w przepaść bezwiednie, niespodziewanie i nie w głowie nam już pytanie dlaczego, ani co dalej.

W związku z powyższym osiemdziesiąt procent czytanych przeze mnie książek stanowią te autorstwa mężczyzn.

Lubię tę inność przeżywania, tę niepewność, zmienność i nowe przestrzenie do ogarnięcia. Ten rodzaj odrębnego, bardziej otwartego myślenia. Różnorodności. To że podczas lektury mogę się złościć, nie zgadzać, obruszać. Wracać kilka stron wstecz, czytać między zdaniami, myśleć co mogło być przyczyną takiego pokierowania zdarzeniami i czerpać satysfakcję czytelniczą z zupełnej niewiedzy i braku domysłów co będzie skutkiem owych poczynionych przez mężczyznę kroków. Lubię odkrywać w książkach obce mi tereny, widzieć oczami płci przeciwnej, podejmować próby dostrzeżenia podobieństw, bo przecież doskonale wiemy, że one istnieją, tylko objawiają się inaczej. Bez względu na płeć cierpimy, tęsknimy, mamy nadzieje, obawy, fobie i kompleksy. Kochamy, wzruszamy się, boimy i nienawidzimy. Książka "Droga do Tarvisio" Grzegorza Kozery jest takim właśnie męskim spektaklem o inności przeżywania, o radzeniu sobie z samotnością, nienawiścią i miłością. Trzema najważniejszymi w życiu człowieka odczuciami oddziałującymi na nasze życie pod różnymi postaciami i w różnym nasileniu. Do tego jest to proza bardzo męska, twarda, szczera i konkretna. Bez zbędnych szczegółów dotyka ważnych relacji międzyludzkich, a mimo momentami chłodu i oszczędności w słowach zmusza do refleksji.

Od pierwszych stron "Drogi do Tarvisio" wiedziałam, że to nie będzie powieść tylko o zwiedzaniu, jakby mylnie mogły sugerować tytuły poszczególnych rozdziałów czy nawet samej książki. Czułam, że bohater ma poważny problem, i szybko się z nim nie upora, co zapowiada ciekawą u jego boku podróż psychologiczną. Grzegorz K., grubo ponad czterdziestoletni egocentryk, labilny emocjonalnie, momentami grubiański, nietolerancyjny i ze skłonnościami do hipochondrii, wydaje się mężczyzną, którego kobiecie trudno będzie polubić. A jednak. Miał ich sporo w swoim życiu, za sobą nawet jedno małżeństwo, i trwający pięć lat związek z Matyldą, która właśnie go zostawiła z powodów nie do końca wyjaśnionych, zdaje się nawet błahych i będących jedynie chwilową jej słabością czy kaprysem. Grzegorz K. z urażoną dumą, zranionym sercem i wielką wściekłością na świat, i siebie, rusza sam w zaplanowaną wcześniej już podróż. Pokonuje tysiąc dwieście jeden kilometrów w poszukiwaniu siebie, racjonalnych myśli i prawd. Ucieka od problemów, ale jego ucieczka ma jakiś cel. Z wielką nadzieją jedzie przez Czechy, Austrię do Włoch, do miejsc mu bliskich i ważnych, i oczekuje od tych miejsc zrozumienia, oczyszczenia i wskazania dalszej drogi. Niełatwo jednak jest mu w pełni czerpać satysfakcję z tego wyjazdu, bo gonią go różne fobie, lęki, nieudane związki, utracona miłość, problemy w pracy i ma paskudne poczucie, że niczego w życiu wartościowego nie stworzył. Że jest tylko zwyczajnym czytaczem i oglądaczem sztuki muzealnej. Co więc z nim dalej będzie? Co z jego życiem, co z ukochaną Mat, która po pięciu latach związku go zostawiła? Czy ona tęskni? Zadzwoni? W którą stronę ma się udać by znaleźć odpowiedzi na te wszystkie piętrzące się niejasności, dylematy i awersje? W trakcie tej ważnej dla siebie pielgrzymki przez Frydek-Mistek do grobu Kafki w Pradze, poprzez znienawidzony historycznie kraj, ale bliski artystycznie - Niemcy, aż do Tarvisio i nieplanowaną Padwę, gdzie św. Antoni staje się ostatnią deską ratunku; próbuje odpowiedzieć sobie na istotne pytania, pozbyć się lęków związanym ze stanem chorobowym, i odnaleźć siebie lepszego, bardziej tolerancyjnego i pogodzonego z tym czego już zmienić się nie da. Z historią, bytem wyższym i z samym sobą. Czy mu się uda?

Książka Grzegorza Kozery może budzić odczucia ambiwalentne, szczególnie u kobiet, choć mnie to ominęło. Jakoś bez przeszkód zrozumiałam brak natychmiastowej reakcji i usilnego pukania do drzwi utraconej kobiety. A także potrzebę wyciszenia i samotnej podróży, która okazała się swoistym katharsis tak bardzo potrzebnym właśnie w takiej formie. Każdy reaguje inaczej na utrudnienia życia. Różnie staramy się też trafić na właściwą drogę. Byle tylko każdemu to się w porę udało, czego życzę Grzegorzowi K., sobie i wszystkim tym, którzy mają przeświadczenie, że gdzieś zbłądzili, a ich życie biegnie niewłaściwym torem.

Grzegorz Kozera ( 1963) - prozaik, dziennikarz i bloger. "Droga do Tarvisio" jest jego trzecią książką. W dorobku ma powieść o uzależnienie alkoholowym "Biały Kafka" (2004) oraz zbiór opowiadań "Kuracja" (2008). Opublikował też sześć tomików wierszy: "Upadek" (1989), "Strip-tease" (1989), "Piosenka powieszonego amanta" (1993), "Niebieski motyl i inne wiersze" (1995), "Sierżant Garcia nie żyje" (1998) i "Data" (2011).

http://notespoetycki.blogspot.com/  - blog Grzegorza Kozery

Pierwszy raz miałam w rękach książkę Wydawnictwa Dobra Literatura i muszę przyznać, że jestem nim zachwycona. Mała, poręczna, z ciekawym projektem okładki i dobrym rozmieszczeniem tekstu. Co prawda trafiłam na cztery literówki, ale naprawdę z przyjemnością sięgnę po kolejne wydania. Mężczyzn oczywiście, jeśli tylko na takie trafię, bo wydaje się, że seria "Proza z wykrzyknikiem" będzie prezentować wysoki poziom literacki.



http://www.dobraliteratura.pl/ 


Majowo


Mówiłam, że wrócę w piątek. I wracam. Co prawda w kolejnym po tym obiecanym, ale z przyczyn ode mnie niezależnych. Komputer zwrócono mi dopiero dziś, co dało mi tyle wewnętrznego spokoju i czasu na nadrabianie zaległości rodzinnych, literackich i ogródkowych, że odpoczęłam nawet bardziej niż miałam w planach. A plany były zupełnie inne, tylko pokrzyżowała je ospa Loli. Niełatwo jest trzymać dziecko w trzydziestostopniowe upały w domu, podczas gdy drugie biega po ogródku, ale jakoś przetrwaliśmy wspólnymi siłami do dnia dzisiejszego, kiedy to deszcz zatrzymał nas samoistnie w domu. Ale niech już się kończy ten sielski czas, bo człowiek przestaje rozróżniać dni i panować nad godzinami, i już nawet nie pamiętam co ja przez cały ten tydzień robiłam... a właściwie to dwa.
Życie jednak wymaga organizacji i różnorodności wrażeń, by człowiek mógł sprawnie i produktywnie działać. Mam nadzieję, że miło spędzacie długi majowy tydzień. DHL na przykład, nie może do mnie dojechać od tygodnia, więc te polskie święta są precyzyjnie i namiętnie przestrzegane :)

2012-04-23

Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich






Dziś, w Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, rozleciał mi się komputer. 
Nie wiem kiedy ktoś mi go poskłada ponownie, wygląda na mocno przepracowanego. Po pierwszej fali załamania (moja praca wiąże się z ciągłym dostępem do komputera) uśmiechnęłam się. Może to jakiś znak? Może ilość godzin spędzanych przed komputerem wymaga w końcu resetu? Marzy mi się by wrócić całkowicie jedynie do książek, prasy, tradycyjnych encyklopedii, atlasów czy słowników. Wysłuchać ważnych wiadomości jedynie w radiu. Pominąć wszystkie spamy, reklamy, absorbujące e-maile. Znowu wrócić do listów. Tych najważniejszych. 
Staliśmy się tak bardzo uzależnieni od internetu, wydaje nam się on pomocny, ale tak naprawdę jest jak trucizna, zabija w nas to co naturalne. Coraz bardziej mnie to przeraża, bo z jednej strony trafia się na drugą, potem na kolejną i następną... aż mija godzina, dwie, zamiast kilku minut.Wiem, to trudne, mnie samej nie jest łatwo czasami odejść od komputera, bo tyle zaprzyjaźnionych blogów, stron i portali przeglądam. Ale patrzę na moją piętrzącą się biblioteczkę, na sześć zaległych, pachnących jeszcze nowością czasopism, i szczerze się dziś cieszę, że tylko na moment korzystam z dodatkowego komputera. Jakże miły czeka mnie tydzień. Tydzień wielkiego czytania. Nadrabiania zaległości prasowych. Spacerów po południu. Listów pisanych przy kawie. Plewienia w ogródku. Wcześniejszego pójścia do łóżka. Spokojnego snu, kiedy w głowie zamiast miliona internetowych tematów, zostanie jeden. Ten z aktualnie czytanej książki. Spróbujcie na tydzień odejść od komputera i przeczytajmy wspólnie chociaż po jednej książce do piątku :)
Życzę samozaparcia i ciekawych lektur. Ja w związku z dzisiejszym dniem zrobiłam sobie prezent, kupiłam najnowszy tomik poezji Wisławy Szymborskiej "Wystarczy", wydany już po śmierci Poetki. A kilka dni temu otrzymałam od Wydawnictwa Dobra Literatura najnowszą książkę Grzegorza Kozery "Droga do Tarvisio"... a jakie Wasze plany? Wracam w piątek, wtedy napiszę coś więcej o tym co czytałam. Miłego tygodnia :)


2012-04-21

Razem mogą wszystko - "Nietykalni"


Mariusz Szczygieł na okładce książki "Śmierć pięknych saren" Oty Pavla napisał "to najbardziej antydepresyjna książka świata". Mnie, wychodząc z kina po obejrzeniu francuskiego filmu "Nietykalni" w reżyserii Erica Toledano i Oliviera Nakache, dokładnie te same słowa jako pierwsze przyszły na myśl. To najbardziej antydepresyjny film świata! Komedia arcydzieło, z dopuszczalną dawką wzruszeń. Podana lekko, świeżo, jak francuski ser na drewnianej desce, który w promieniach słonecznych wzrusza swym widokiem.
"Nietykalni" mnie uwiedli. Zresztą nie tylko mnie. We Francji obejrzało ten film już ponad 20 mln widzów. Omar Sy, odtwórca jednej z głównych ról został już odpowiednio doceniony i otrzymał Cezara dla najlepszego aktora (po raz pierwszy nagrodę w tej kategorii przyznano aktorowi ciemnoskóremu).  Ma w sobie niezwykłą naturalność, swobodę ruchów i wyrażania głośno myśli, zdawałoby się pozornie, że takich nie do końca na miejscu. Miałam wrażenie, że cały film toczy się bez kamer, bez powtarzania scen, jakby na żywo. Francois Cluzet, grający sparaliżowanego Philippa, dorównuje talentem nagrodzonemu. Jego wdzięczność za to kim stał się dla niego Driss, umiejscowiona na jedynej ruchomej części ciała, twarzy, sprawia, że siła wzbiera się w człowieku na sam ten widok. Jako duet dopełniają się perfekcyjnie, tworzą obraz niezwykle ujmujący, piękny, dający nadzieję. Obraz zastępujący współczucie szczerym śmiechem, a zagubienie oddaną przyjaźnią. Wydawało mi się, że nie trafię nigdy na szczerze piękną komedię, która nie pstryknie mnie kiczem, na początku, w połowie lub na koniec filmu. Ten film w całości jest piękny. I nie pamiętam kiedy tak pięknie do łez się uśmiałam... 
Opowiedziana w filmie historia zdarzyła się naprawdę. Unieruchomiony całkowicie na skutek wypadku milioner zatrudnia do pomocy i opieki młodego chłopaka z przedmieścia, który trafia tam poniekąd z przypadku. Nigdy nie interesowała go sztuka, życie na choćby nizinach kulturalnych, a całym życiem i przyszłością była ulica. Miał trudne dzieciństwo, i czuł, że nic dobrego już go w życiu nie spotka. Był typem łagodnego łajdaka, obiboka i wychowanka z paryskiego blokowiska. Philippa jednak zachwycił i dał mu on szansę, a właściwie rzucił wyzwanie, by na miesiąc spróbował przyjąć tę pracę. Driss od początku podszedł do sprawy jak typowy Francuz, dla którego naturalność wydaje się wrodzona, jak świadomość rogalika francuskiego na śniadanie. Między dwoma mężczyznami rodzi się przyjaźń. Życie nabiera tempa i wartości, ale wszystko to nie dopuszcza wydumanego poglądu na niepełnosprawność. Śmiech jest tu podstawą. I miłość... oczywiście bez niej nie ma pięknych filmów.



tutaj autentyczni bohaterowie tej historii: Philippe Pozzo di Borgo i Abdel Sellou.
Nadal żyją i utrzymują ze sobą kontakt.

Mnie osobiście urzekła jeszcze muzyka; Ludovico Einaudi jest dla mnie równie udanym odkryciem, jak sam film. Wydaje się wręcz niemożliwe, że współgra z komedią. A jednak. Bo "Nietykalni" to coś więcej niż zwyczajna komedia. Takie filmy już się nie zdarzają. Nie ma w nim dramatu, jak sugeruje Kinoplex, jest z poczuciem humoru pokazane życie, które czasem zawodzi, ale siła i wiara drzemie w ludziach nie bez powodu. Czasem tylko brakuje im odpowiedniego bodźca, odpowiedniego człowieka obok siebie, dystansu i samozaparcia. Chciałabym w swoim życiu trafiać na takich właśnie ludzi. Tymczasem wsłuchuję się w muzykę i wspominam Drissa i Philippa.





2012-04-18

Czas

"Czym jest czas? Tajemnicą - bo jest nierealny, a wszechpotężny. Jest warunkiem zjawiskowego świata, jest ruchem zespolonym i przemieszanym z istnieniem realnych ciał w przestrzeni i z ich ruchem. A czy nie byłoby czasu, gdyby nie było ruchu? I ruchu, gdyby nie było czasu? Pytania i pytania! Czy czas jest funkcją przestrzeni? Czy też odwrotnie? Czy raczej są z sobą identyczne? Za wiele już pytań! Czas jest czynny, ma takie właściwości jak czasowniki. Ma "poczesny" udział w tworzeniu. Ale czego? Zmiany! Co jest teraz, nie było wówczas, co jest tu, nie jest tam, bo między nimi leży ruch. Ale skoro ruch, którym się mierzy czas, jest okrężny, w sobie samym zamknięty, to można by i czas, i wszelką zmianę równie dobrze nazwać spokojem i bezruchem - to bowiem, co było wówczas, powtarza się nieustannie w tym, co jest teraz, a to, co jest tam -  w tym, co jest tu. A że ponadto skończonego czasu i ograniczonej przestrzeni niepodobna sobie wyobrazić - nie pomogą najbardziej rozpaczliwe wysiłki - więc ostatecznie zaczęto sobie przedstawiać czas i przestrzeń jako wieczne i nieskończone, zapewne w przekonaniu, że jeśli i w ten sposób nie można ich sobie wyobrazić dobrze, to przynajmniej można nieco lepiej. Czy jednakże uznanie wieczności i nieskończoności nie jest unicestwieniem przez logikę i rachunek wszystkiego, co ograniczone, skończone, względne, czy nie jest sprowadzeniem tego do zera? Czy rzeczy mogłyby w wieczności następować jedne po drugich, a w nieskończoności występować jedne obok drugich? Z tymi założeniami, że istnieje wieczność i nieskończoność, założeniami przyjmowanymi z musu, jakże da się pogodzić istnienie we wszechświecie odległości, ruchu, zmiany lub choćby tylko ograniczonych ciał? To pytania, których mimo wszystko nie da się uniknąć.
Hans Castorp stawiał te i tym podobne pytania - mózg jego zaraz po przybyciu w te strony okazał się skłonny do takiej niedyskrecji i zrzędzenia; niedobry, a potężny, później utracony popęd jakby wyostrzył pod tym względem jego umysł i dodał mu zuchwałości w stawianiu takich pytań (...) " 

Tomasz Mann, "Czarodziejska góra", str.399, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, 2009

2012-04-17

"Na początku Bóg stworzył człowieka...

"Na początku Bóg stworzył człowieka, ale widząc go tak słabym, dał mu psa"
                                                                                   Alfons Toussenel

kto nie miał psa
chyba nie zrozumie do końca
jak boli strata tak wiernego przyjaciela
jak trudno patrzeć przez kuchenne okno
i widzieć pustkę na wyleżanej trawie
odkładać z miejsca na miejsce
niepotrzebną już miskę
zapominać powoli te oczy
dla których
byliśmy całym światem...

Ralph był z nami ponad 8 lat...

a tego malucha już nie ma z nami ponad rok...

2012-03-30

Z dialogów rodzinnych odc. 21 - rozmowy (nie) kontrolowane


W moim życiu sporo się dzieje ( jak w każdym innym zapewne). Nie mam wpływu na kolejny dzień. Przeciera on tylko przez los naszkicowany szlak, a tuż obok trenuje się już do zaskakiwania dzień następny. Podskoki, przeskoki. Szpagat, slalom. Skok w dal. Równie nieprzewidywalny, ale jakże pożądany. Czasem tak mam, że jeden dzień mija, a ja jeszcze trwam w tym dwa dni wcześniejszym... możliwe to? Kiedy są to szokujące doznania to wydaje się zrozumiałe... ale ja oprócz tych trudnych decyzji w myślach po kilka dni noszę błahe sprawy. Ale muszą one być dla mnie niezwykle ważne, że czuję ich dopominanie się. To co spisujesz, czy rzucać w zapomnienie? Nie zgadzam się na żadne zapominanie. Jednak to nieuniknione. Czytającemu kilka książek w tygodniu trudno zapanować nad segregacją. Dlatego nie chcę by życie innych wyparło moje życie, i spisuję te moje najulubieńsze rozmowy ze świata rzeczywistego... rozmowy moich dzieci.
Lola jest absorbującą kobietką. Każde pytanie musi się doczekać odpowiedzi, każde oburzenie wyjaśnienia, każdy śmiech brata jej szczerego śmiechu. Nie zostawia zjawisk bez odpowiedzi. No chyba, że wie lepiej :)

- Lolka, no graj, rusz tą swoją mózgownicą... - pogania starszy młodszą przy grze w karty.
- Spokojnie... zaraz coś wymyślę... chyba, że okaże się, że nie mam mózgownicy - w zamyśleniu nad sekwensem oznajmia pięciolatka.
- No przestań, bez mózgu nie wiedziałabyś, że pingwiny lubią śnieg; że z pomarańczowego i zielonego wychodzi fioletowy; że po sobocie jest niedziela; że dwa dodać dwa jest cztery...
- Już nie przesadzaj... do tego nie jest potrzebny mózg. To policzę palcami.

Kocham ponad wszystko co mi mózg zaprząta :)

2012-03-22

Zrobiłam sobie raj




Zrobiłam sobie raj i czytam bezkarnie w środku dnia książkę.

Mój znajomy ( Józef Lorski, informatyk) pieści wspomnienie takiej scenki z Moraw: "Piekarnia, w której sprzedaje się pieczywo, słodkości, kanapki, a nawet placki kartoflane. Jedyna w tym sklepie sprzedawczyni, młoda dziewczyna, rozmawia głośno przez komórkę. Śmieje się, opowiada jakąś historię z poprzedniego dnia, tymczasem tworzy się coraz większa kolejka. Trwa to pięć minut, dziesięć, patrzę i czekam, aż się ktoś wkurzy. Ludzie cierpliwie stoją, a nawet się uśmiechają. Wreszcie sprzedawczyni kończy rozmowę i tłumaczy, że to była ważna sprawa. Na to klient z uśmiechem: Musiała pani wygadać chyba ze dwieście koron. I nikt nie miał pretensji". - fragment książki "Zrób sobie raj".
Cieszę się, że wychodząc na taras, czytając książkę Mariusza Szczygła, oddycham po części polskim, po części czeskim powietrzem. Widzę czeskie, jeszcze ośnieżone góry i czeskie za mgłą osiedle. Że mieszkam w mieście, w którym spowalniają nas Czesi. Każdego dnia odwożąc córkę do przedszkola, mamy czas by przyglądnąć się z samochodu kaczkom i łabędziom na Olzie, bo przede mną jedzie jedna skoda, druga, trzecia. Oczywiście, że wszyscy trzydzieści na godzinę. Czesi się nie śpieszą nigdy, nawet w swoim kraju, więc tym bardziej na obcej drodze. Ktoś już po dziewiątej ciągnie chodnikiem wózeczek z zakupami. Ktoś worek pełen kukurydzianych kolorowych chrupek. Ktoś wiklinowy rowerek. Ktoś krasnala ogrodowego i kwiaty. Czeskie pary lubią poruszać się w tych samych kurtkach, bluzach, butach. Często z górskimi plecakami na plecach. Zawsze czymś się wyróżniają, czymś typowo czeskim. Ubiorem, zakupami, bądź tym, że w wieku dojrzałym trzymają się za ręce. Poza tym nie widziałam nigdy zdenerwowanego Czecha. Źle parkującego Czecha. Mlaskającego w kolejce Czecha. Przeklinającego Czecha. Spluwającego Czecha. Za to nie jeden raz widziałam przepuszczającego w drzwiach Czecha, cichego w mowie, opanowanego w czynie, ostrożnego na drodze, sympatycznego na kasie, czy zwyczajnie pomocnego. Dziś tankując samochód widziałam jak Czech wysiadł ze swojego auta, by pomóc polskiego starszemu panu odkręcić zatyczkę z baku. Stał w zupełnie innej kolejce. Nie zrobił więc tego, by starszego pana pogonić, tylko z dobrej woli. Czechowi się chce, i co ważne nie myśli tyle co Polak, tylko czyni. W swoim tempie oczywiście, ale to odprężające patrzeć czasem na takich ludzi, którzy żyją swoim rytmem, bez presji czasu widocznej w ruchach i zakłopotania na twarzy. Udziela mi się ich sposób życia, i kocham ten mój prowincjonalny koniec Polski, i spacery po obu stronach Olzy. I Hrabala, Kunderę, Kafkę i Halasa. I Zlotego Bażanta też. I czeskie rohlicki, maslo pomazankove, knedliki i rurki chrzanowe. No i Pragę oczywiście - ja se tam vratim - powtarzam sobie każdego dnia.

2012-03-21

Międzynarodowy Dzień Poezji


Poezja nie jest spisem, lecz zapisem; z tego wynika jej charakter nie katalogowy, lecz wyrywkowy, bo to jest zapis wyobraźniowy pełen urywkowych widzeń.
/ Jalu Kurek /

Sporo dla mnie znaczy słowo. Nawet pojedyncze. W poezji go chyba najwięcej, takiego w czystej postaci. W prozie słowa istnieją na chwilę, potem rozlewają się i są nie do ogarnięcia, a w wersach stoją w szeregu, ze znaczną podporą, przewagą jednego. Tego najważniejszego w danej chwili, którym zaspokojone zostaje czytelnicze łaknienie i pod wpływem którego otwierają się odpowiednie drzwi naszych umysłów. Nie zawsze ma się czas i siłę na wyłonienie z książki tego potrzebnego słowa. Poezja ku temu właśnie może służyć. Do bardziej wzniosłych celów oczywiście również, co jest już znacznie trudniejszym wyczynem. Ale cenię w niej przede wszystkim to, że wiersze wystarczy czytać wersami, podczas gdy książki zazwyczaj trzeba rozdziałami, by osiągnąć zadowolenie na porównywalnym poziomie. 

Ostatni wiersz

Jeden... Jeden jak spłoszony jest grom,
Wraz z tchnieniem życia się wdziera w twój dom - 
Śmieje się, oślepia cię blaskiem
I krąży, i bije oklaski.


Północą drugi przychodzi na świat - 
Sama już nie wiem, jak do mnie się wkradł.
I z lustra pustego spogląda,
I mamroce coś, i osądza.


Są także inne: coś wzbiera za dnia
I nagle szepce: to ja czy nie ja? - 
I płynie po białym papierze
Jak źródło w wąwozie wśród jeżyn.


Są również takie: z tajemnic, z ich wnęk - 
Ni dźwięk, ni kolor, ni kolor, ni dźwięk - 
Te wiją się, iskrzą, zmieniają
I żywcem się ując nie dają.


Lecz ten!... Po kropli ci wyssał twą krew,
Jak ktoś, kto rzucił, zdobywszy cię wpierw,
I nie powiedziawszy ni słowa,
W milczenie się zmienił od nowa.


To było, jakby ktoś życie mi skradł - 
Odszedł, zatarłszy za sobą swój ślad,
Ku drodze co w dal się otwiera,
A ja... Ja bez niego umieram.

/ Anna Achmatowa, z cyklu "Tajemnice rzemiosła", 1959, tłumaczenie Anatol Stern /


2012-03-02

Najtrudniejsza książka świata - "Finnegans Wake" James Joyce

James Joyce z Sylvią Beach - pierwszym wydawcą "Ulissesa"

Podobno gdyby James Joyce nie napisał „Ulissesa” to o „Finnegans Wake” nikt by dziś nie pamiętał. Nie czytałam jeszcze „Ulissesa” (zwlekam skutecznie odstraszana), nie znam więc siły słów tego irlandzkiego pisarza ani też głębokości dziury w jaką można wpaść od nierozumienia najtrudniejszego na świecie dzieła, ale czytając fragmenty „Finnegans Wake” jestem pełna obaw i oporów, że w taką właśnie dziurę wpadnę i się z niej nie wyczołgam. Jako przeciętny, niewykształcony w kierunku literackim czytelnik nie dam rady dotrzeć do fundamentów każdego słowa z osobna i poznać ukryte znaczenia, które Joyce serwuje. I co najważniejsze zrozumieć co miał do przekazania, i jaki był cel jego siedemnastoletniej batalii z neologizmami, kalamburami, aluzjami, cytatami z chyba wszystkich świętych ksiąg i klasyków. Czy zawarł w niej jakiś tajny kod otwierający bramy do rodzinnych problemów, szyfr do uwolnienia się od nich, sposób na ucieczkę przed schizofrenią, którą zdiagnozowano u jego córki Lucii, i której diagnozy unikał on sam. Przeczytałam w wywiadzie z Krzysztofem Bartnickim (tłumaczem) w Magazynie Literackim Tygodnika Powszechnego, że u Joyce'a oprócz schizofrenii, doszukano się też „klasycznych symptomów choroby Kraffta-Ebinga – strach przed homoseksualizmem, fantazji związanych ze zdradą żony, fetyszyzmu, masochizmu i voyeuryzmu, obsesji kloacznej i kazirodczej”. Nie wiem czy mam ochotę wnikać w jego urojenia, ale z drugiej strony pełna podziwu jestem dla jego geniuszu, bo by stworzyć 628 stron własnego języka i ująć to w ramy globu, to geniuszem bez dwóch zdań być trzeba ( Katarzyna Bazarnik – badaczka twórczości Jamesa Joyce'a dowodzi w swojej książce „Wokół Jamesa Joyce'a”, że liczbę stron „Finnegans Wake” da się wywieść ze wzoru na obwód koła 2 x 3,14 x 100, a zakamuflowane aluzje geograficzne wskażą na położenie biegunów, równika i zwrotników). Geniuszem dla mnie niewątpliwym jest też sam Krzysztof Bartnicki. Oto fragment jego mistrzowskiego tłumaczenia, nad którym spędził dziesięć lat dając sobie początkowo na tę pracę dwa lata (większą cześć można przeczytać w Magazynie Literackim Tygodnika Powszechnego nr 1-2/2012).

(…) Owym ptakiem była pięćdziesięcioletnia z okładem Belinda z Doranów (nagroda Terzii, Serni medal, tytuł Cip-palce-lizać na Hane Exposition) a to co wybazgrała pazurem klokkodzinie dwunastej wyglądało zogzag ładnie jak solidnych rozmiarów płachtę papieru listowego wypisanego z transkratku w Bostonie (Mass.), last pierwszej do Drogiej po którym wspomina Maggy ma się dobrze i wszystkich w domu zdrównie dobrze i tylko nienakisły upał miał mlekki wpływ na van Houtenów i elekcję generalną z cudną twarzą urodzonego dżentelmena z pięknym prezentem z kołaczy weselnych dla drogiego dzięki Chriestie i z wielkim pośmiechówkiem biednego Ojca Michała na koniec pamiętaj o życiu i Muggy jak się miewasz Maggy i z nadzieję że wkrótce usłyszę dobrze już muszę kończyć gorące uściski dwa bliźniaków i cztery całusy w kół na krzyż dla świętego paula holey kąt holipolis wyspełna świętości pe es od (szarańcza może zjeść wszystko ale tego znaku nie może) arcyszczerze liczdajnej tszajnej tapli. Ta plama, i to czajna plama (zbytnia ostrożegność mistrza blagierniczego, jak zwykle, podpisuje stronę na straty), w wylewnej chwili potwierdziła markę, oto prawdziwy relikates praładnej poezji irgarnczkiego ludu, owej lydialikatnej madamcholijnej klasery dam zwanej huraj-za-mną-za-mgłą (…)

Książkę wydało Wydawnictwo Ha!art z premierą ustaloną na 29 lutego 2012, stąd też wszędzie teraz na gorąco o tym właśnie dziele. Wywiad z tłumaczem Krzysztofem Bartnickim pojawił się też w Magazynie do Czytania „Książki”. Tam zapytany „na czym polega trudność tego tłumaczenia” odpowiada: „np. w jednym wyrazie jest coś po hebrajsku, po węgiersku i jeszcze coś w slangu Rumunów wędrujących przez Karkonosze. I to nie jest tak, że Joyce sobie te słowa rzucił, zrobił gulasz, tylko one są w konkretnych, ważnych miejscach. Nie możesz z nich zrezygnować albo wyrzucić niemiecki, a w zamian dać szwedzki. Jeżeli dowiaduję się, że np. w wyrazie jest nawiązanie do czegoś niemieckiego, szwedzkiego i islandzkiego, a ja mam z tego zrobić polski wyraz, to muszę go jakoś wymyślić”. Ciekawa jestem tych właśnie wymyślonych spolszczeń. Pojedynczych słów zagadek. Słów pułapek. Całego dzieła raczej nie ogarnę.

Podoba mi się nazwanie siebie "tłumaczem molekularnym". Krzysztof Bartnicki w Magazynie Literackim mówi: "Otóż Joyce'a trzeba tłumaczyć jak najdosłowniej, zaczynając od liter, przez morfemy, słowa, kawałki zdań, interpunkcję, akapity etc. Przekładając tę powieść, poruszałem się na poziomie atomów języka, na poziomie molekularnym.  W tym sensie jestem tłumaczem molekularnym. Moje zadanie polegało na przetoczeniu krwi kropelka po kropelce. Nie na oglądzie całego organizmu, nawet nie na oglądzie jego poszczególnych układów (kostnego, mięśniowego etc.), tylko na wiwisekcji tkanki, analizie odcinka DNA. Ta metoda była niezbędna, ponieważ istotą dzieła nie jest w tym przypadku fabuła, lecz struktura atomów".

Wydawnictwo Ha!art pisze na swojej stronie o książce tak: Jak głosi jedna z wielu prób interpretacji, ostatnia książka Joyce’a to podróż w głąb ludzkiej, boskiej czy kosmicznej, pogrążonej we śnie zbiorowej jaźni, dla której irlandzki pisarz wynalazł specjalną mowę – symfonię skomponowaną z neologizmów i wielojęzycznych kalamburów. Z czasem ten oniryczny, wzniesiony na ruinach wieży Babel wszechświat urósł do rangi prawdziwego mitu, mającego swych zaprzysięgłych zwolenników i równie nieprzejednanych wrogów. Żaden utwór literacki nie wzbudził tylu kontrowersji – po dziś dzień Finnegans Wake uchodzi za najbardziej tajemniczą książkę XX wieku, a być może i całej literatury. Dzięki brawurowemu przekładowi Krzysztofa Bartnickiego, ukazującemu się pod tytułem Finneganów tren, z tym legendarnym dziełem może wreszcie zapoznać się polski czytelnik. Wydawca dołożył wszelkich starań, aby możliwie wiernie odtworzyć oryginalny kształt książki – jej format, czcionkę, zaprojektowaną zgodnie z sugestiami Joyce’a okładkę, oraz wywiedzioną z matematyczno-geograficznych proporcji liczbę stron, jak wiele wskazuje, zaplanowaną przez autora. W oryginale Finnegans Wake zawsze wydawane było w identycznej, 628-stronicowej objętości i taką objętość ma również polski przekład. Dołącza on do elitarnego klubu niewielu powstałych do tej pory kompletnych tłumaczeń tej jedynej w swoim rodzaju książki.
Czy warto w nią zajrzeć? Tracić czas na jej czytanie? Nie odnajdywać żadnych historii, nie poznawać głównych bohaterów, trwać jedynie w zagmatwanym poemacie prozą pisanym, z obcymi słowami zrodzonymi w głowie schizofrenika, być może nawet we śnie? Sami się musimy przekonać. Ja zajrzę. Niekoniecznie zaraz przeczytam. Może w dziesięć lat, a może w siedemnaście. Może nigdy. Ale na pewno nie będzie stać zupełnie bez zainteresowania, bez oznak przemyśleń, bez śladów ołówka... „klokkodzinie” czy „lydialikatnej madamcholijnej”. Czyż nie warte zapamiętania? I to z tak niewielkiego fragmentu. Nawet mnie ta głęboka dziura przestała przerażać.