2010-03-18

"Rzeczy pierwsze" Hubert Klimko-Dobrzaniecki

  

Jeszcze nie tak dawno, wskakując do wanny układałam sobie na brzegu kilka czekoladek, żelków, wafelków, wypełniałam wannę wrzątkiem i wyprostowując nogi tkwiłam w pozie można ją nazwać "eleganckiej". Czas jednak moje ciało postanowił naznaczyć i już nie wskakuję do wanny i to wcale nie z obawy, że mogłabym się poślizgnąć, a raczej z obawy, że w ogóle do niej nie dam rady wskoczyć, bo strzeli mi coś w lędźwiowym i polegnę na dywaniku, który rzekomo miał być antypoślizgowy. Nie leję też wrzątku, bo za trzy miesiące wakacje, a ja zimową skórką pomarańczową obrosłam i wpadłam w panikę, że nawet te trzy opakowania kremów, na łydki,uda i pośladki mi nie wystarczą.
No i najważniejsze, chyba się kurczę, bo już nie potrafię tak elegancko nóg wyprostować i oprzeć wyciągniętych paluszków o baterię… ale czy przy czytaniu trzeba wyglądać elegancko? Może przy poezji wypadałoby, przy literaturze pięknej też, ale Hubert Klimko-Dobrzaniecki myślę nie miałby mi za złe rozluźnienia całkowitego przy jego „Rzeczach pierwszych”. Ześlizgnęłam się z podgłówka. Zmarzłam. Świeczka o zapachu orchidei się wypaliła. Pies zaczął zlizywać z brzegu wanny kropelki wody… a ja oddałam się tej pełnej absurdalnego poczucia humoru książeczce. Przeczytałam kilka pochlebnych opinii o niej i stwierdziłam, że tak akurat po biografii Kapuścińskiego, która z racji swej obszerności i słownej oschłości, bardzo mnie zmęczyła, odetchnę trochę przy czymś nad czym skupiać się zbytnio nie będę musiała. No i faktycznie nie musiałam.
„Rzeczy pierwsze” podobno są prawdą, całą prawdą i tylko prawdą, o czym informuje na wstępie sam autor. I czytelnik ma się  upewnić o prawdzie u psychiatry autora, jeśli oczywiście nie wierzy. Ale, że psychiatra ten, jak dowiaduję się na końcu książki, jest zdrowo stuknięty, robi przed pacjentem jaskółki i każe powtarzać jak mantrę cały tabun imion hawajskiej księżniczki, to ja tam go pytać o nic nie zamierzam. Wiem swoje.
Na początku się przeraziłam… myślę sobie, nie no, muszę wyjść z wanny i człapać po coś innego. Sylwia Chutnik w męskim wydaniu mi się trafiła. Teraz nie dam rady. Może kiedyś. Ale nie teraz. Jednak z racji tego, że mam chory kręgosłup i sił nie miałam, postanowiłam dać autorowi szansę numer dwa. Przebrnęłam przez trzy wersje jego narodzin, w których to scenach pojawiła się amputowana ręka, zaraz koło niej bezpański kundel; jakaś mucha zatłuczona przez położną o niemiecko brzmiącym nazwisku; i wreszcie autor- dziecko, które wypadło na posadzkę i sinieje od zaciskającej się wokół szyi pępowiny. Nikt nie reaguje. Był też telewizor załadowany w koszyku rowerowym,zatruta kiełbasa, martwe dziecko, zarośnięta cyganka, dwa rozwody, wujek Lutek co marzył całe życie o wykąpaniu się w galaretce truskawkowej...
I wyrósł nam z tego wszystkiego magister filozofii, który dziesięć lat spędził w Islandii. Czyli autor we własnej osobie. Prawdziwy, czy wymyślony? Nieważne. Czytam dalej. Szybko, bo zimno się robić zaczyna.
Potem pojawia się japończyk Hiroshi, który objada się kiszonym mango w soli morskiej, pięknie prezentuje się pewnego dnia w ślubnym kimono i ulatnia się pogrążony we wstydzie zostawiając autorowi starą maszynę do pisania firmy Victory, na której to autor spisuje krótki żywot japończyka i jeszcze kilku osób, w sposób bardzo podobny. Prześmiewczy. Ironiczny. Absurdalny, a może jednak prawdziwy? I powstają „Rzeczy pierwsze”… kolejna książka autora, który był nominowany do Nike, do Paszportów Polityki, do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus oraz do Nagrody Mediów Publicznych Cogito. Bez efektu.
Rozdział „Bestseller” zrekompensował mi złe wspomnienia z początku i cieszę się, że do niego dotrwałam, co trudne nie było, bo rozpoczął się już na 81 stronie. Na etapie już całkiem zimnej wody w wannie… Dowiaduję się, jak uroczo prezentuje się trasa promocyjna książki, która ma zalążki na bestseller, jak traktują pisarza wydawcy, gdzie śpi, ile sam za noclegi płaci, a jemu nie płacą oczywiście nic. W końcu autor sam postanawia wykraść z trzech salonów Empik swoje książki i na własną rękę spotkania autorskie organizować, za co grożą mu trzy miesiące więzienia, ale on nie protestuje, pełen nadziei, że odnajdzie w ciemnych murach  uwięzioną wenę … Wydaje się to wręcz niemożliwe, a może możliwe, sam człowiek już nie wie po skomasowanym ataku absurdów od pierwszych stron.I chyba o to w tej książce chodziło. Te kilka zdań na wstępie, że to książka autobiograficzna robią z niej ciekawy produkt. A że Klimko-Dobrzaniecki atakuje z każdej strony niebanalnymi, przerysowanymi postaciami i to w swoim dość szybkim, konkretnym, nieprzewidywalnym stylu to czyta się tę książkę w wannie całkiem przyjemnie.
Nie mam już dziś szukać czy Klimko-Dobrzaniecki faktycznie siedział za kradzież własnych książek, czy może absurd napędza absurd. Nie wiem też jakie jej miejsce znaleźć na półce... literatura piękna to nie jest, nagrodzona literacko w końcu też nie, czytadło też nie... W sumie to nie wiem co z nią zrobię. Myślałam, że jako pierwsza utonie w wannie, bo ostatnio notorycznie w niej zasypiam, ale przetrwałam, więc coś w niej pociągającego jest. Najwyraźniej zajmie jakieś absurdalnie wysokie miejsce na półce, bo tam mam jeszcze wolne miejsca...
Wrócę jeszcze do pana, panie Hubercie, Humbercie.
Ale dziś, o tej absurdalnie późnej porze już się pożegnam.
Naprawdę pan ukradł książki z Empiku? Nie wierzę. Tam piszczy wszystko nawet jak się z siatką pełną ciuchów wychodzi.
Jedno jest pewne. Nikt pana nie poznał w Empiku. W to akurat mogę uwierzyć.
Już to słyszę od trzeciego pisarza...

Dobranoc tym co śpią. Dzień dobry tym co niebawem wstają.

2010-03-16

Ukulturalnić się potrzebuję

Czytam na zaprzyjaźnionych blogach, że Ktoś wraca wzruszony z Teatru, Ktoś inny z kina, jeszcze Ktoś inny przygotowuje się do spektaklu i trochę mi żal, bo... U nas kino w remoncie od trzech miesięcy, Teatr do czerwca nic ciekawego nie oferuje, a moje umiejętności aktorskie ograniczają się do tego, że obracam w locie naleśniki (ale to od niedawna) i coraz częściej ze skrzydłami motyla na plecach wywijam piruety pod czujnym okiem mistrza - panny Lolindy, która to postanowiła matkę baletu nauczyć.

A w świecie się dzieje...
Pani Marta Fox skończyła kolejną książkę
Pan Remigiusz Grzela skończył kolejną książkę.
Pani Anna Janko pisze wyczekiwaną przeze mnie swoją drugą powieść...

Trzy promienie słońca na moim zmarzniętym policzku.

Wznoszę modły, a jak nie pomogą to zacznę czarować, zaklinać i może nawet przeklinać .. Chcę już wiosnę !!!
p.s skończyłam "Kapuściński Non-Fiction", ale jestem tą książką tak zmęczona, że nawet mi się nie chce o niej pisać. Nie tego się spodziewałam ... a może to nie był dobry czas dla tej książki. 

 

2010-03-15

Słowne pieszczoty

Pogoda nas nie rozpieszcza. Wczoraj zamieć śnieżna zmiotła wszelakie nadzieje na wiosnę, rozsiała po polach drobinki mroźnego niepokoju, które niepostrzeżenie przez szparę w drzwiach wślizgnęły się w nasze cztery ściany szukając ofiary, i napotkały na mój opór... przywdziałam tarczę ochronną. Poezja, to jest to czego w zimie odmówić sobie nie mogę.
Bardzo chętnie czytam poezje Grzegorza Kozery ( opublikował on pięć tomików poezji, powieść "Biały Kafka" oraz zbiór bardzo wciągających, niebanalnych i pełnych humoru  opowiadań zebranych w książce "Opowiadania sanatoryjne", których akcja rozgrywa się w sanatorium "Włókniarz" w Busku-Zdroju).


Ballada dla dwojga

On kochał tyle młodych kobiet
że wspominając ich imiona
myli się ciągle niczym starzec
w którego głowie rak zasypia


Ona kochanków nie liczyła
zostało po nich trochę drobnych
obrączki srebrne fotografie
kilka siniaków na pośladkach


Może spotkają się przypadkiem
w tanim hotelu gdzieś przy drodze
albo w tym samym sklepie mięsnym
kupią kiełbasę na kolację


Potem umówią się na chwilę
i będą smutnie uśmiechnięci
Gdy po raz trzeci się zobaczą
adresy złączą wspólnym kluczem

Wtedy narodzi się legenda
o dwojgu ludziach co nie wierzą
ale próbują jeszcze złapać
uciekające krople deszczu

Grzegorz Kozera



Bardzo lubię też wiersz Grzegorza Kozery pt."Ulica Długa", który znajdziecie na blogu poety Notes Poetycki , bo choć moja ulica nieco różni się od tej w wierszu słownie naszkicowanej, to jednak miło przenieść się z mojej Długiej, na tę stworzoną przez poetę.


2010-03-13

Z dialogów rodzinnych odc.10 - rozmowy (nie) kontrolowane

Kiedy Charlie wraca ze szkoły, z czapką na bakier i grymasem zmęczenia na twarzy ma się wrażenie, że to dziecko zaraz upadnie pod ciężarem szkolnych uniesień i nim zdąży wtulić się porządnie w poduszkę popadnie w stan drzemki. Jednak to nie u moich dzieci... nie, nie, tego się nigdy nie doczekam, żeby któreś z nich zasnęło w ciągu dnia, albo przed dwudziestą pierwszą. W momencie kiedy Charlie wrzuca tornister pod schody wraz z nim strzepuje w kąt zapomnienia zmęczenie, a jego siostra z wdziękiem małej, gibkiej rybki, natychmiast zjawia się u jego stóp poprawiając w pośpiechu blond loki. Na widok brata zawsze promienieje. Niczym Julia na widok Romea...
Rozpoczyna się podążanie Loli za bratem, myją wspólnie ręce, kremują je, przebierają się w dresy, a czynnościom tym towarzyszy entuzjastyczny dialog, pełen uniesień, śmiechu, nierozwikłanego nigdy niezrozumienia pewnych słów. Charlie rozmawia z Lolą jak z rówieśniczką. Ona jednak nigdy nie zdradza swojej niepewności, czy aby dobrze zrozumiała. Wchłania w siebie potok słów, niepełnych zdań, pojedynczych skojarzeń. Byle tylko brat nie przestawał mówić...
Późnym popołudniem wraca Druga Połowa, z czapką na bakier i grymasem zmęczenia na twarzy i ma się wrażenie, że zaśnie na stojąco w przedpokoju zabijając psa teczką wypełnioną dokumentami, ważnymi i mniej ważnymi, a także zupełnie nieważnymi. Charlie zaczyna opowiadać z prędkością pociągu sunącego po torach całe swoje życie, a Lola wiesza się tacie na szyi zaskakując takimi oto zasłyszanymi od Charliego nowościami:
- A wiesz... mama ma pióro od Pawła - chwali się przywierając do taty.
Tata natychmiast budzi się ze zmęczenia i z rąk wprost na psa wypada mu teczka.
- Taaaakkkkk? A od jakiego Pawła? Pióro... ? - docieka z odpowiednią ilością zazdrości w przełyku.
- No pióro, taakieeee piękneee - Lola rozkłada zamaszyście ramiona i opada bezwładnie co znacznie utrudnia jej utrzymanie i w końcu tata stawia ją na ziemi.
- Pokaż mi... a gdzie ono jest, a kim jest Paweł, a to ciekawe hmmm... - myśli maszerując z czapką na bakier za trzyletnią córką, która jest szczęśliwa, że wygrała tatę dla siebie.
- No tuuuuuu, nie widzisz, to jest pióro od Pawła, a Charlie mówił, że Paweł jest ptakiem - rozwija myśl ściskając za rękę tatę wpatrzonego w pióro od pawia, które podarował mi osobiście na Walentynki, bo tulipanów jeszcze podobno nie było.


Wasza wmieszana w intrygę z piórem Pawła

2010-03-09

Kobieta kobiecie nierówna


Emma Bovary - „Pani Bovary” Gustav Flaubert
„Nigdy pani Bovary nie była tak piękna jak w owym czasie, piękna tą niewymowną urodą, która daje radość, entuzjazm, powodzenie, a która jest tylko harmonią między temperamentem a okolicznościami zewnętrznymi. (…) przeżycia miłosne i wiecznie młode złudzenia rozwinęły ją stopniowo, jak nawóz, deszcz, wiatr i słońce rozwijają kwiaty; toteż zakwitła wreszcie w całej pełni swe natury.”
Magdalena Brzeska - „Emancypantki” Bolesław Prus
„Istotnie była podniecona. W jej duszy zapłonął nowy a piękny cel:zastąpić matkę i siostrę opuszczonemu człowiekowi – zbudzić geniusz do lotów… Madzia nawet przypomniała sobie kilka romansów i kilka poezyj, których treścią było to, że kobieta może albo natchnąć, albo zamordować geniusza. Jeszcze nigdy stanowisko kobiety nie wydawało się Madzi tak wysokim i nigdy tak dumną nie była z siebie jak w tej chwili. Co tam stowarzyszenie kobiet, pensja w Iksinowie albo szkoła przy cukrowni!… Geniusza uratować dla ludzkości to cel!… A jak rzadko podobne zagadnienia nastręcza się kobietom!”
Anna Karenina - „Anna Karenina” Lew Tołstoj
„Gdyby ją kochał, doceniałby cały ogrom jej cierpień i wyzwoliłby ją od niego. Jego winą było, że mieszkała w Moskwie zamiast w majątku; nie potrafił zagrzebać się na wsi tak, jak ona tego pragnęła; potrzebował towarzystwa i stąd wytworzył się ten straszny dla niej stan rzeczy. Wroński zaś nie chciał nawet zrozumieć, jak jej z tym było ciężko. A poza tym także rozłączenie jej na zawsze z synem było jego winą.”
Izabela Łęcka - „Lalka” Bolesław Prus
„Ciekawym zjawiskiem była dusza panny Izabeli. Gdyby ją kto szczerze zapytał:czym jest świat, a czym ona sama? Niezawodnie odpowiedziałaby , że świat jest zaczarowanym ogrodem , napełnionym czarodziejskimi zamkami, a ona - boginią czy nimfą uwięzioną w formy cielesne.  Panna Izabela od kołyski żyła w świecie pięknym i nie tylko nadludzkim, – ale nadnaturalnym. Sypiała w puchach, odziewała się w jedwabie i hafty, siadała na rzeźbionych i wyściełanych hebanach lub palisandrach, piła z kryształów, jadała ze sreber i porcelany kosztownej jak złoto.
Dla niej nie istniały pory roku, tylko wiekuista wiosna pełna łagodnego światła, żywych kwiatów i woni. Nie istniały pory dnia, gdyż nieraz przez całe miesiące kładła się spać o ósmej rano, a jadała obiad o drugiej po północy.”
Madame- „Madame” Antoni Libera
„Dyrektorka nastała stosunkowo późno – gdy kończyliśmy klasę dziewiątą– i uczyła francuskiego. Była to trzydziestoparoletnia, nader przystojna niewiasta, która w zasadniczy sposób odbija od reszty nauczycieli – szarych, zgorzkniałych, nudnych, w najlepszym razie nijakich. Chodziła elegancko ubrana, wyłącznie w garderobie produkcji zachodniej (to się widziało od razu), miała wypielęgnowane ręce, zdobione gustowną biżuterią, i bił od niej odurzający zapach dobrych, francuskich perfum. Jej twarz pokrywał zawsze starannie zrobiony makijaż, a głowę wieńczyły lśniące,kasztanowe włosy, przycięte krótko i zgrabnie ułożone ponad długą, wysmukłą szyją. Trzymała się prosto, miała nienaganne maniery, a przy tym ciągnął od niej jakiś mrożący chłód.                                                                       
Piękna i zimna, wspaniała i nieprzystępna, dumna i bezlitosna – istna Królowa Śniegu”.

Klarysa- „Pani Dalloway” Virginia Woolf
„Miewa śmieszne uczucie, że jest niewidoczna, niedostrzegalna, nikomu nieznana; bo nie czeka ją już małżeństwo, nie czeka macierzyństwo, nie ma nic, jest tylko ten dziwaczny i jakby uroczysty pochód z tłumem przez Bond Street, jest tylko pani Dalloway, nawet już nie Klarysa, jest tylko pani Ryszardowa Dalloway”.

Małgorzata- „Mistrz i Małgorzata” Michaił Bułhakow
„Ukochana mistrza miała na imię Małgorzata. Wszystko, co opowiadał o niej nieszczęsnemu poecie, było zresztą prawdą. Opisał swą ukochaną wiernie, Małgorzata była piękna i mądra. I jeszcze jedno trzeba tutaj dodać – można stwierdzić z całym przekonaniem, że jest wiele kobiet, które nie wiem co dałyby za to, aby zamienić się z Małgorzatą. Trzydziestoletnia bezdzietna Małgorzata była żoną wybitnego specjalisty, który w dodatku dokonał pewnego odkrycia o ogólnopaństwowym znaczeniu. Jej mąż był młody, przystojny. Dobry i uczciwy i uwielbiał żonę. Małgorzata zajmowała z mężem całe piętro pięknej willi stojącej w ogrodzie przy jednej z uliczek w pobliżu Arbatu. (…)
Małgorzacie nigdy nie brakowało pieniędzy. Mogła kupić wszystko, na co miała ochotę. Wśród znajomych jej męża było wielu interesujących ludzi. Małgorzata nigdy nie dotknęła prymusa, nie zaznała udręk wspólnego mieszkania. Słowem … czy była szczęśliwa? Ani przez chwilę! Odkąd mając lat dziewiętnaście wyszła za mąż i trafiła do tej willi, nie zaznała szczęścia. O bogowie, o bogowie moi! Czegóż jeszcze brakowało tej kobiecie, w której oczach jarzyły się nieustannie jakieś niepojęte ogniki?Czegóż więcej trzeba było tej leciutko zezującej wiedźmie, która wtedy, na wiosnę, niosła bukiet mimozy? Nie wiem, nie mam pojęcia. Mówiła zapewne prawdę – potrzebny był jej on, mistrz, a nie żadna gotycka willa ani własny ogródek, ani pieniądze. Mówiła prawdę – ona go kochała”.
Emilia- „Kobieta zaklęta w kamień” Marta Fox
„Emilia czasem popadała w stany, które nazywała „mistyką na własny użytek”. Lubiła wierzyć, że prócz codzienności, prócz politycznych przepychanek, małości jest także świat idei, ducha, uniesień, niewytłumaczalnych w racjonalny sposób.
(…)Dzisiaj potrafię się już zatrzymać. Stanąć nagle w środku miasta, w kuchni, przed obrazem, przed wierszem. Trwać tylko w tym. Słyszeć swój środek. Nie zmagać się ze swoimi demonami teatru, ze swoim „teatrem codziennego życia”. Chcę, aby moje życie było interesującą sztuką, jak w wierszu Anne Sexton. Dlatego brnę dalej, choć czasami słyszę gwizdy”.
Hania- „Dziewczyna z zapałkami” Anna Janko
„W moim ciele mieszka skurczona, napięta istota, która nie wie, czym jest i co ma robić. Nie uskrzydla jej ani miłość, ani wolność, ani poezja. Ona patrzy ze mnie przez okienka oczu, potem przez okna domu i potem przez błękitne przezroczyste tafle nieba, tam, gdzie się mieszczą boskie stajnie Platońskich idei. Niechby mnie ta Wzorcowa Doskonałość zabrała z tego przedszkola bytu, bo ja się już niczego nie nauczę… Przepadło aktualne wcielenie. Po prostu pudło, nie wyszło, trzeba wracać do Najwyższego Paradygmatu, przebrać się w inną sukienkę ciała i zaczynać jeszcze raz, gdzie indziej, z innymi ludźmi”.

Niezliczona jest ilość kobiecych wcieleń ...


2010-03-08

Kobieca niepewność

Tylko jednego w życiu jestem pewna... przyszłam na świat jako kobieta i odejdę z niego jako kobieta. Niczego innego pewna być nie mogę.
Nawet gdybym mogła się zamienić, nie zrobiłabym tego, bo mężczyźni podobno są bardziej pewni siebie i nie tylko siebie.
A ja wolę być taka niepewna.
Bo nam za niepewność nic nie grozi.
Wpisana ona jest w kobiecość.

Miłego Dnia Kobiet Wam życzę :)


A ta piosenka była ze mną całą niedzielę i nie potrafię nawet przejść do liczenia baranów, bo ciągle mam jej słowa i muzykę w głowie ...  Peter Gabriel
Wasza jak zwykle pokłócona z poduszką :)
Virginia






2010-03-06

Przyjaźń

Kiedyś gdzieś przeczytałam, że przyjaciel to ktoś taki przed kim można głośno myśleć.
Okazuje się, że przed niektórymi nawet nie można głośno mówić…
Zawiodłam się. Bardzo. Na kimś, po kim takich słów jakie do mnie dotarły się nie spodziewałam.
Przykro mi, bo wydawało mi się, że przyjaciel to ktoś, kto daje totalną swobodę bycia sobą...

Kiedy znajdujesz się poza ramami czyjegoś postrzegania świata, nagle stajesz się dla tej osoby kimś obcym, kimś na kogo patrzy ona z pogardą, bo wymykasz się jej spod kontroli. A jeśli do tego wszystkiego bardziej cenisz sobie samotność i książkę, niż gwarne życie, stajesz się dziwakiem.

2010-03-04

Wiadomości bieżące

Miałam już nie kupować książek. Stop.
Nawinął się antykwariat. Stop.
Na półce czekały na mnie: "Imię Róży" - Umberto Eco, "Buddenbrookowie" Tomasza Manna, dwa tomy Wierszy Czesława Miłosza i "Wieczór" Susan Minot. Stop.
Miałam już nie chodzić koło księgarni. Stop.
Przejść nie potrafiłam. Wydeptałam dziurę w chodniku patrząc na książkę o Kapuścińskim i powtarzałam mantrę nie kupię, nie kupię, trzeba iść zamówić strój liturgiczny do komunii. Stop.
Coś mnie pchnęło, wepchnęło i wyszłam z esejem "O chorowaniu" Virginii Woolf i z książką "Kapuściński Non-Fiction" pod pachą. Stop.
Wydrukowałam kilka artykułów z Gazety Wyborczej o kontrowersjach jakie budzi ta książka. Artur Domosławski kontra pani Alicja (żona Mistrza) kontra Jerzy Illg (wydawnictwo Znak). Stop.
Wcisnęłam artykuły w torebkę. Tuż obok wczorajszego "Przekroju" , w którym o tym sporze też piszą.
Zaraz odpalę silniczki i zawiozę Lolę na balet. Stop. Tam poczytam. Stop. Być może. Stop.
Potem muszę oddać Charliego w ręce dentysty. Stop.

Marzę o wannie. Stop.
Kręgosłup znowu rzuca mną na wszystkie strony. Stop.
Uciekam. Stop.

Wasza w locie i przelocie


2010-03-02

Chwilami życie bywa znośne

 

Wczoraj wieczorem obejrzałam zapadający w pamięć dokument Katarzyny Kolendy-Zaleskiej o Wisławie Szymborskiej, poetce która kiedy na nią patrzę kojarzy mi się z delikatnością, lekkością i kruchością motyla. Motyla, który jest dla mnie symbolem czegoś bardzo radosnego, subtelnego i nieuchwytnego. Samo patrzenia na panią Wisławę sprawia mi ogromną radość, jej usta i oczy łączące się w jedność przy uśmiechu wywołują u mnie wzruszenie. Sposób w jaki wybucha niepohamowanym śmiechem, w jaki skrywa usta za pomarszczoną drobną dłonią, która przelała na papier niezliczone ilości słów, jest czymś niezwykle „szymborskim”, jakby lekko wstydliwym obnażeniem własnej nieposkromionej naturalnej radości przed okrutnością świata. Człowiek uśmiecha się razem z nią. Nie kontroluje uniesienia kącików ust, nagłego rozświetlenia spojrzenia, mimowolnego podniesienia podbródka... oddaje się magii jej dziecięcej wdzięczności zmieszanej z  pięknem spostrzeżeń doświadczonej, inteligentnej kobiety, która z wrażliwością spogląda na otaczający ją świat.
Film o tytule upamiętniającym słowa poetki, które wypowiada na samym końcu „Chwilami życie bywa znośne” powstawał dwa lata. Większość prawie dwugodzinnego dokumentu stanowią wspomnienia ze spacerów po Limericku (mieście, które zapoczątkowało karierę tak lubianych przez poetkę limeryków), Amsterdamie gdzie widzimy drobną postać  krążącą wokół niezliczonej liczby holenderskich rowerów, która zmniejsza się na oczach widza do wielkości oliwki i znika za rogiem jednej z kolorowych kamienic. Widzimy też Szymborską we Włoszech, na Sycylii, w Katanii u podnóża Etny, w Corleone, w Wenecji, w Bolonii na uniwersytecie, gdzie wita ją sam Umberto Eco. Wśród kwiatów, zabytków, w słońcu, w deszczu, z filiżanką czy papierosem, który nie odbiera jej uroku (mówi, że wszyscy wybitni twórcy palili, czy palą - nie sądzę, by takie dzieła jak Czarodziejska góra (przyp. Tomasza Manna) powstały bez papierosa - powiedziała).Wszędzie uśmiechniętą, chętną do zwiedzania, zapamiętywania szczegółów i upamiętniania obrazów z podróży takich jak choćby nazwy miast na metalowych tabliczkach, pod którymi poetka uwielbia się fotografować. Ma też zwyczaj kupowania pamiątek dla przyjaciół, więc towarzyszymy jej na zakupach, a także jesteśmy świadkami jej opowieści o kiczowatych bibelotach, jakie zwożą jej z całego świata znajomi, które zalegają w jej niewielkim, zaledwie 60m mieszkaniu. Obserwujemy też wielkie poszukiwania Nobla, który zaginął w jednej z 600 szuflad, zapełnionych pocztówkami, listami, nagrodami, wyróżnieniami i wycinkami z gazet, z których Szymborska robi przepiękne kolaże. Jeden z takich podarowała szczerze wzruszonemu Woody Allenowi, którego tak samo jak Vaclava Havla i Jane Goodall (sławną badaczkę małp) chciałaby osobiście poznać. Żadnej z tych trzech osobistości nie miała okazji na żywo spotkać, ale dotarła do nich Katarzyna Kolenda-Zaleska i każda z nich wypowiada się w tym filmie na temat twórczości poetki, co było widać sprawiło Szymborskiej niespodziankę i dało powód do zaiste szczerego wzruszenia. Sam Woody Allen mówi o niej: Szymborska ma wielki wkład w moje zadowolenie z życia, jej poezja jest dramatyczna, ironiczna i jednocześnie zabawna; jest dla mnie artystką głęboką, przenikliwą, ale pamiętającą o zabawianiu czytelnika.
Nie tylko z ust Woody Allena pada mnóstwo pełnych szacunku i docenienia słów dotyczących twórczości poetki, wypowiadają się również pisarze Umberto Eco i Jerzy Pilch, poeci Ewa Lipska i Bronisław Maj, wydawca Jerzy Illg (który stworzył równie piękny jak Kolenda-Zaleska portret Szymborskiej, z tym, że malowany słowami w swojej książce „Mój Znak”), a także piosenkarz Grzegorz Turnau, oraz inni, do nazwisk których pamięć mnie zawiodła. Mnóstwo szczegółów, często tych wesołych pada z ust sekretarza poetki Michała Rusinka, który ze swobodnym uśmiechem opowiada jak to musiał zakupić znajomym poetki ogrodową owieczkę naturalnych rozmiarów i co najważniejsze w tej opowieści, zawieźć zgodnie z zaleceniami Szymborskiej, bezszelestnie najlepiej na zgaszonym silniku pod górkę i wstawić niezauważalnie do ich ogrodu.
Mamy okazję zobaczyć też przechowywany nadal przez krakowskie siostry zakonne dziennik z lat 1936-37, kiedy Szymborska miała zaledwie trzynaście lat, co nie wadziło by odnotować proroczą opinię na temat tej nastoletniej wówczas dziewczynki: będzie sławną autorką w rodzaju Marka Twaina - odczytała jedna z sióstr zachowane notatki.
Razem z Szymborską kroczymy alejami wystaw malarskich, podziwiamy Jana Vermeera i jego ulubiony przez poetkę obraz „Mleczarka”… słuchamy ukochanej piosenkarki Elli Fitzgerald, obserwujemy także ciekawe wspomnienia o Noblu i tzw. tragedii sztokholmskiej (Illg wspomina, że Szymborska zawsze powtarzała: zawsze starałam się być osobą i nie zamierzam teraz zostać osobistością), oraz trudne rozmowy o jej młodzieńczych wierszach o Stalinie ( żałuję, że brakowało mi wiedzy i wyobraźni; i najgorsze, że to była moja dobra wola, nie robiłam tego dla pieniędzy, dla kariery … no trudno, trudno,tak wtedy myślałam - wspomina zamyślona), a także jedyne niezbyt wylewne fragmenty o miłości do Kornela Filipowicza, z którym poetka była związana luźnym związkiem przez dwadzieścia lat i któremu była skłonna oddać swojego Nobla ( jeżeli ja słyszę z ust Szymborskiej, że to Filipowicz powinien Nobla dostać to ja tu widzę szaleństwo śmiertelnie zakochanej kobiety, a nie obiektywizm literacki - komentuje z uśmiechem pisarz Jerzy Pilch).
Z filmu jasno wynika, że Szymborska nie lubi kiedy się jej szpera w życiorysie, rzadko udziela wywiadów, unika spotkań autorskich, a złoty medal Nobla , znaleziony wreszcie przez Michała Rusinka na końcu filmu, każe włożyć do szuflady, gdzieś tam między Borzęcinem, a Krynicą Górską. Jak wspomniała bodajże Ewa Lipska, jest w niej naturalna potrzeba dystansu do świata, do ludzi, patrzy na nas, na gatunek ludzki, przez pryzmat własnych myśli i próbuje wybić nas z pychy. Zupełnie niepotrzebny był jej ten Nobel, który tylko przysporzył jej kłopotów, dał powody do stresu, bo ani o nim nie marzyła, ani jej to nie było potrzebne, ale zniosła to z godnością. Bo wszyscy doskonale wiemy, że nawet jeżeli Szymborska Nobla by nie miała, to i tak byłaby tą ukochaną poetką wielu ludzi na świecie (w filmie wspomniano, że w metro w USA wyryte są na ścianach jej wiersze), bo jak powiedział Umberto Eco Szymborska w prosty i nieskomplikowany sposób pisze o rzeczach najważniejszych, a to w zupełności wystarcza by bezgranicznie się w niej zakochać.

"Przykład"

Wichura
zdarła nocą wszystkie liście z drzewa
oprócz listka jednego
pozostawionego,
żeby się kiwał solo na gołej gałęzi.

Na tym przykładzie
Przemoc demonstruje,
że owszem -
pożartować sobie czasem lubi.

(wiersz pochodzi z tomiku "Tutaj")

2010-02-28

Sobotnie misz masz

Skłonności do zapadania na choroby kręgosłupa odziedziczyłam po Babci, ale dzięki jej genom pełna jestem miłości do literatury. Po Dziadku, u którego od wczesnego dzieciństwa obserwowałam świat przez lornetkę, mam w sobie miłość do podglądania, podsłuchiwania i fotograficznego zatrzymywania rzeczywistości. Po Mamie mam tyle, że nie sposób ująć tego w jednym zdaniu... na pewno ataki zaśmiewania się do łez, łatwość do wzruszeń, upartość w dążeniu do celu, siłę z jaką nieugięcie strzegę pewnych życiowych zasad, a także miłość do pisania i wystarczalność pięciu godzin snu na dobę. Po Tacie jeszcze nie wiem co odziedziczyłam, ale może niedługo się dowiem, bo widzę światełko w tunelu.
Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, a wszystko to za sprawą "Lali" Jacka Dehnela, który to autor wywołał u mnie całkiem przyjemną refleksyjność nad przemijalnością pokoleń, bo przedstawił w "Lali" dzieje swojej rodziny, aż po prapradziadków. Ale w związku z tym, że lek, który mi przepisano na kręgosłup, działa na mnie jak duża dawka alkoholu i w każdej chwili mogę zasnąć jak człowiek chory na narkolepsję, albo co gorsze zacząć bredzić trzy po trzy, to nie będę się dziś zbytnio o "Lali"
rozpisywać. Na okładce jednak przeczytać można słowa autora:

Lala to książka gadana, a zatem książka o wielu sprawach. O miłości z rozmaitych odmianach, chorobie i odchodzeniu. O wielkich wojnach i japońskim szpiegu, piorunie kulistym i krowie w sałatkach. O małym dworku i zagubionym pierścionku z szafirem. Lecz nade wszystko o bliskości - o tym, jak obce miejsca i osoby stają się nam bliskie dzięki opowieści.

Polecam szczególnie miłośnikom niebanalnych sag rodzinnych. Dla mnie ta książka ma ogromną wartość, bo dostałam ją z dedykacją od mojej Babci na trzydzieste urodziny:
Usiądź pod szumiącym drzewem i posłuchaj jak opowiada historię swego istnienia. O tym, jak z małej roślinki stawało się potężnym drzewem, jak wzrastało ku niebu, stawiając opór wichrom, jak dawało schronienie ptakom i osłaniało przed skwarem czy deszczem.
Ty też wzrastaj, jak drzewo.
Bądź silna, jak dąb stuletni i przyjazna, jak jego cień w upalne południe.

Miłego wieczoru kochani.
Ja uciekam przygotować się do kibicowania Justynie Kowalczyk... przed nią 30km stylem klasycznym i walka o medal. Start o 20:45 na TVP2. 

p.s (dopisek z 22.30) MAMY ZŁOTOOOOOOOOOOOOO PO 38 LATACH NA OLIMPIADZIE!!!! BRAWA DLA JUSTYNY KOWALCZYK :) :) :)

Wasza mająca smak na warstwową sałatkę ryżową

2010-02-26

Faza podobno starcza

Od dwóch dni rozrastał się we mnie kolczasty żywopłot.
Każdy oddech wbijał mi się niczym sztylet w klatkę piersiową i zaczęłam już widzieć podwójnie. Dziś nie wytrzymałam i doczołgałam się do kardiologa ... okazało się, że zaatakowało mnie coś takiego jak "nerwoból międzyżebrowy".
Dowiedziałam się przy okazji, że z punktu widzenia medycznego starzejemy się od 27 roku życia. Zatem jako trzydziestolatka jestem już obiektem w fazie starczej i w moim przypadku musiałabym usunąć sobie kręgosłup, żeby czuć się tak doskonale jak obiekt w fazie rozrodczej.
To brzmi jak jakaś apokalipsa ...
Jeszcze trochę i stanę się obiektem w fazie spoczynku wiecznego :)
Ale uśmiecham się, bo wiosna coraz intensywniej rozpycha się ze swym bagażem zeszłorocznych wspomnień i niebawem rozwinie zielone dywany.

Wasza nieco dziś sztywna

2010-02-24

Przez łąki, przez pola, pędzi wiosna

   

Dzień za dniem wiruje w przestrzeni, by zniknąć niepostrzeżenie jako zlepek całego tygodnia. Kolejny, posklejany w fragmentów rzeczywistości skończy się niebawem, a co za tym idzie zaczyna się lament czemu to już koniec ferii? Temu mój drogi Charlie, żebym przeżyła… wczorajszy wypad na sanki oraz niespodziewane fikołki w moich wykonaniu, po tym jak plastikowe jajko postanowiło sunąć tyłem do stoku z prędkością niebagatelną i straciłam kontrolę nad kierowaniem owego pojazdu, utwierdziło mnie w tym, że moje ciało trzydziestolatki straciło już bezpowrotnie tę dziecięcą giętkość i umiejętność pozbycia się plastiku spod tyłka w porę nim nastąpi katastrofa …
Dziś mam serce w żołądku i kręgosłup w rozsypce, jednak wszystko musi wrócić na swoje miejsca, bo obiecywałam, że w czwartek jeszcze raz załadujemy samochód po brzegi i pożegnamy zimę.

Czas mnie oszukuje. Wypadają mi z życia godziny jak kasztany przez dziurawą kieszeń palta. Przeczytałam w zeszłym tygodniu ponownie „Panią Dalloway” Virginii Woolf (koniecznie muszę zapisać kilka ulubionych  fragmentów, lubię wracać do tej książki), pochłonęłam też  ze łzami w oczach „I więcej nic nie pamiętam” Adiny Blady-Szwajger (ta książka jest we mnie ciągle, ale nie jestem w stanie o niej pisać; o holokauście pisać nie potrafię, bo boli mnie każde zapamiętane zdanie, a słowa wymykają mi się spod pióra przy każdej próbie ich uchwycenia), oraz „Biały kamień” Anny Boleckiej (piękną historię pewnego Pradziadka niezwykle poetycko napisaną. Do książek Boleckiej jeszcze na pewno wrócę).
Teraz czytam „Lalę” Jacka Dehnela, a w kolejce czeka cała armia książek, wśród nich dwie nowo w sobotę nabyte „Spotkanie” Milana Kundery, który od czasów "Nieznośnej lekkości bytu" jest mi bardzo bliski oraz „Pensjonat” Piotra Pazińskiego, bo jestem ciekawa czy Paszport Polityki mu się należał. Odłożyłam natomiast z powrotem na półkę księgarnianą "Dzidzię" Sylwii Chutnik, bo po wybranych losowo fragmentach zaczęła boleć mnie głowa. Nie wiem, może to był przypadek, bo rozboleć i tak mnie miała, ale aktualnie mówię tej książce "nie".
Chciałam jeszcze wspomnieć, że otrzymałam ponownie blogowe wyróżnienie Kreativ Blogger od Scarletki i Kasi z Notatek Coolturalnych. Bardzo Wam dziewczyny dziękuję !!! Takie wyróżnienia są zawsze miłe i sprawiają, że wnętrze człowiekowi obrasta polnymi kwiatami, nawet jeżeli na zewnątrz warstwa wierzchnia na cebulkę. Jednak w związku z tym, że już w zeszłym roku ten zaszczyt mnie dostąpił, to postanowiłam nie typować ponownie. Zresztą… ufff, odetchnęłam z ulgą, bo musiałabym chyba jakąś wyliczankę ułożyć, żeby kogoś wytypować. Cała moja linkownia jest niezwykle kreatywna.
A teraz patrzcie... wiosna idzie. Każdego dnia ich wypatrywałam i w końcu moje ukochane przyjaciółki sarny wyszły zaprezentować się w strojach wiosennych, lekko w słońcu błyszczących.

2010-02-19

Czy ten dzień mógłby się nie kończyć? Tak mi w nim dobrze, tak mnie dziś rozpieszcza, tak miło zaskakuje… rano pismo wyjaśniające sprawę uczelni, w południe e-mail potwierdzający otrzymanie zaliczki na nasze wakacje letnie i oficjalne pokwitowanie rezerwacji ( w Lignano Sabbiadoro), a po południu tajemnicza przesyłka od mojej Matuś kochanej. Zupełnie bez okazji – choć może troszkę walentynkowo – dostałam książkę „Godot i jego cień” Antoniego Libery. Zapakowana w czarną, nic niesugerującą reklamówkę, trafiła do mych rąk tak niespodziewanie, że wyciągając ją czułam dreszcz wzruszenia pędzący przez ramiona, poprzez uniesione kąciki ust, aż po pełne uśmiechu oczy. Moja Matuś nie czyta książek, bo nie ma obecnie na to czasu pracując nocami z nosem w dokumentach, ale jak widać czyta mój blog, bo o książce „Godot i jego cień” wspominałam całkiem niedawno, przy okazji moich wrażeń po spotkaniu z „Madame” tego samego autora. A zatem Matuś, niczym prawdziwy detektyw marzeń, wytropiła, zanotowała i pobiegła do księgarni zamówić, po czym dostarczyła przesyłką rodzinną na koniec świata. Do mnie… uzależnionej od książek, czekolady i własnych dzieci kobiety błagającej o pierwszy zielony pączek życia na drzewie.
Dziękuję Matuś kochana… Ty wiesz, że mi niewiele do szczęścia potrzeba.
A Lola dziś podeszła do mnie i zapytała czy przygarniemy centka? Jakiego centka kochanie? No tę żyrafę co jej domu w telewizorze szukają… Po chwili Charlie mi wyjaśnił, że w Teleexpressie mówili o jakiejś żyrafie, która nie ma gdzie mieszkać. Urocze zwierzę, ale dziękuję. Nie miałoby co jeść, bo mamy tylko choinki karłowate w ogrodzie :)
p.s czy ktoś słyszał o filmie o Wisławie Szymborskiej? Kątem ucha usłyszałam rano, ale nie wiem kiedy i na jakim kanale mają go emitować, a nie chciałabym przegapić.

Perypetie uczelniane

Jestem zodiakalnym Skorpionem, często chodzę tyłem, bo świat z tej perspektywy wydaje mi się mniej przerażający, bardziej odległy, mnie niedotyczący.  Ale i tak muszę na każdym kroku uważać.
Dziś dostałam odpowiedź z uczelni. Czasem wystarczy znać kilka przepisów i umiejętnie swoje prawa na piśmie przedstawić, żeby ta druga strona podkuliła ogon... W związku ze złożonym przez Panią pismem wycofujemy przedsądowe wezwanie do zapłaty na kwotę 1.700zł.
Tadaaaaaaammmmmmm!!!!
Pozostaje po tym zajściu tylko niesmak wyłudzenia. Cieszę się, że mnie tam nie ma. To nie miejsce dla mnie. Omijam takie szerokim łukiem. I tyłem.

2010-02-18

Szklana pułapka

Trzeci dzień ferii rzeźbi moje ciało na kształt pocisków rakietowych. Muszę być smukła, pełna blasku i rządna misji do spełnienia, bo przecież ferie zobowiązują... mamuś, to tylko 14 dni, spraw by trwały wiecznie - wytoczył swe spostrzeżenia Charlie pierwszego wolnego dnia. Zatem jest mnie kilka kobiet, czuję jak nadmiar wrażeń szkicuje me różne postacie i jestem trudna do uchwycenia na płótnie codzienności. Tempo dziecięcych pomysłów wyprzedza każdy mój ruch,  nim zorientuję się, że leci śniegowa kula, mam już na twarzy resztki nieprzyjemnej lodowatej mazi. Chwilę później, ku uciesze dwóch roześmianych małych twarzyczek, zjeżdżam z nogami w górze na plastikowym jajku wypatrując na niebie odbicia siebie, jakby fale obłoków  były niczym tafla jeziora... a potem przebieram, suszę, sprzątam zalany przedpokój, herbata, obiad, kremowy budyń polany sokiem malinowym, sterta naczyń, pięć minut na chłodną kawę, Lola chce malować motyle, Charlie bawić się w chowanego... szukam pędzli, liczę do dwudziestu. Telefon. Nie dam rady. Proszę zadzwonić później.
Najlepiej za pięć lat. Proszę się nie zniechęcać... To naprawdę niedługo.
Tylko nie wieczorem. Wieczorami mnie nie ma. Wychodzę sama ze sobą poza ramy codzienności.

Wasza popijająca zieloną herbatkę

2010-02-14

"Cheri" Sidonie Gabrielle Colette

  

Sidonie Gabrielle Colette (1873 – 1954), francuska pisarka i aktorka, znana jest polskim czytelnikom przede wszystkim z cyklu powieści o Klaudynie oraz wydanej w zeszłym roku książki uważanej za najbardziej autobiograficzną „Czyste, Nieczyste”. Niedawno, po dziewięćdziesięciu latach od pierwszego francuskiego wydania, nakładem Wydawnictwa W.A.B ukazała się po raz pierwszy w Polsce kolejna książka Colette - „Chéri”.
Tytułowy Chéri to zadufany w sobie i sardoniczny dwudziestopięciolatek, syn byłej damy do towarzystwa Charlotte Peloux, który ostatnie sześć lat swojego życia spędził w ramionach przyjaciółki swej matki Léi de Lonval. Nounoune, bo tak nazywa ją Chéri, jest dobiegającą pięćdziesiątki nadal namiętnie pełniącą swą rolę kurtyzaną, o dorodnym zabarwionym różem ciele, długich nogach i jędrnych piersiach. Wygląda jak nimfa na włoskich fontannach i choć dostrzega już kres swej kobiecości, to dla Chéri jest ciągle niezwykle pociągająca, i nawet dwudziestoczteroletnia różnica wieku nie odbiera ich miłości wdzięku. Wszystko jednak ulega komplikacji, kiedy Charlotta postanawia w końcu swego wymykającego się małżeństwu syna ożenić z bardzo bogatą osiemnastoletnią Edmée, córką kolejnej koleżanki po fachu.
Tak naprawdę dopiero w tym momencie zaczyna wypływać na powierzchnię piękno tej skromnej objętościowo powieści. Colette po mistrzowsku ukazuje tę ciemną odsłonę miłosnego zadurzenia i moment usunięcia się w cień jednej ze stron. Léa, mimo iż sama namawia swego kochanka do ożenku, odczuwa odciśnięte na sercu piętno osamotnienia i poniekąd odrzucenia, zaczyna przesadnia dbać o ciało, o swój wizerunek, obawiając się, że jej życie właśnie dobiegło kresu. Postanawia na pół roku wyjechać z Paryża i choć tak naprawdę nie wiemy co przez ten czas się z nią dzieje, to jednak obserwując ją po powrocie nieco chudszą, wyciszoną i mniej pogodną, łatwo się domyśleć, jak wielki smutek ją ogarnął. Zrodziła się w niej bowiem świadomość, że Chéri nie odgrywał w jej życiu bohatera kolejnej przelotnej przygody seksualnej, nie traktowała go jak zwykła traktować swych partnerów z dystansem i bez zbytniego rozpieszczania. Zdecydowanie wywyższała go ponad innych, czego potwierdzeniem jest fakt tak długiego wspólnego pożycia. Pokochała go zbyt mocno, stał się on częścią jej życia, a wcześniejsze matkowanie mu było fundamentem ku budowie prawdziwego uczucia. Czy Léa czuje, że przegrała z Edmée? Czy ma prawo domagać się jako kurtyzana prawdziwej miłości i powrotu Chéri do jej życia?
„Chéri” nie jest zatem tak banalną historią z jaką możemy ją początkowo utożsamiać. Składa się z kilku warstw, z wewnętrznych labiryntów i zewnętrznej gry pozorów, w związku z czym czytelnik może czuć lekki niedosyt, bo wiele wątków jest w pełni niewyjaśnionych, niedopowiedzianych, ukrytych między wierszami w woalce utkanej z ludzkich dylematów. Jednak subtelność, zmysłowość i piękno języka Colette sprawia, że jest to zapadająca w pamięć opowieść o miłości, przemianie i nieuchronności losu, a szczegóły z życia kurtyzan tworzą niezwykle barwny i rzeczywisty obraz paryskiej belle epoque.
Na postawie książki Colette, scenarzysta Christopher Hampton i reżyser Stephen Frears nakręcili film, który w listopadzie tego roku wejdzie na ekrany polskich kin. W rolach głównych wystąpią Michelle Pfeiffer i Rupert Friend.

Tytuł: "Chéri"
Wydawnictwo: W.A.B.
Ilość stron: 236
Okoliczności zdobycia: zakup własny... walentynkowy
Miejsce na półce: literatura piękna - romanse


2010-02-12

Diabelskie wcielenie

   

Przystosowanie do życia w mojej rodzinie wymaga sprawności wszechstronnej, proroczej i genialnej w swych wynikach. Nie sposób zaplanować co dzień ma w planach i tym samym wgryźć się w codzienność nim ona sama zacznie podgryzać.
Charlie wyszedł... odetchnęłam z ulgą, bo wczorajsze łzy związane z brakiem stroju na bal, zaczęły zalewać dom, kiedy czas listonosza dobiegł końca, a przesyłki jak nie było tak nie ma. Rzeczywistość go przygniotła, ale niech się chłopak uczy, bo przywali mu jeszcze w życiu nie raz. Mnie oprócz pączków oraz resztek czekoladowego pysznego brownie (przepis od  Lady Agi) nic więcej nie gniotło, więc ruszyłam na znajome wszystkich z wykopalisk poddasze i szukałam coś, z czego zesztukuję strój dla diabła. Udało się. Nawet niczym Picasso strzeliłam mu diabelskie dzieło na twarz ...


Czytałam w sobotnim wydaniu "Wysokich Obcasów" wzruszający wywiad z Jackiem Olszewskim, mężem zmarłej niecałe dwa lata temu siatkarki Agaty Mróz. Jej córeczka Lilianka miała wtedy dwa miesiące. Dziś jest śliczną, bardzo podobną do taty dwulatką i tworzą dwuosobowy zgrany zespół. Podziwiam tego mężczyzną, zajmuje się córeczką, udziela się w szpitalu we Wrocławiu, w Tarnowie i przedstawił pani wicemarszałek Sejmu problem urlopu tacierzyńskiego. Od tego roku ma on wejść w życie. Pan Jacek udzielając wywiadu wypowiedział też ważne słowa, które z ust kobiet nie brzmią tak wiarygodnie, jak z ust mężczyzn: Ja chodzę do pracy i odpoczywam. Jeśli facet uważa, że ciężko pracuje, a żona nic nie robi, tylko siedzi w domu przy dziecku - to chcę wyraźnie powiedzieć, że jak chodzę do pracy, to naprawdę odpoczywam. Przy dziecku jest więcej roboty. 
Wiem, że opinia jednego mężczyzny nie zawojuje świata i nawet podrzucenie "Wysokich Obcasów" na stoliczek nocny pewnym osobnikom niczego nie zmieni, ale być może Ci , którzy mają wątpliwości co do zmęczenia jakie spływa na kobietę po całym dniu obowiązków domowych, zrozumieją że naprawdę niełatwe mamy zadanie.
Jest mnóstwo kobiet, które są ciągle słownie poniżane i upokarzane, tylko za to, że wychowują dzieci. Mnie to na szczęście nie dotyczy, ale takich drani znam i... nie mam pojęcia jak mam pomóc.

Wasza dwa kilo cięższa dziś
Virginia

2010-02-09

Happy new day

Jeden niewielkich rozmiarów listonosz, dwa nerwowo otwierane zamki, trzy dość sporej objętości paczki, pusty portfel ... i wolne przedpołudnie. Nie jestem w stanie opisać swej radości, bo nie mam na to czasu. Idę się z każdą książką zapoznać i znaleźć dla niej miejsce.

  


 

Już dawno tak wartościowego stosika nie ustawiałam, zawiera pozycje na które miałam wielką ochotę już dawno temu, ale zawsze było w domu coś co zalegało i warte było przeczytania (nadal takie książki mam, ale uzależnienie silniejsze :). Jednak zbliża się Tłusty Czwartek i Walentynki i może jeszcze jakieś święto o którym nie wiem, więc postanowiłam sobie zrobić prezenty. I oto są:

1) "W poszukiwaniu straconego czasu" Marcel Proust (tom 1-7, długo obserwowałam aukcje internetowe, żeby znaleźć cały komplet w dobrym stanie i w rozsądnej cenie. W końcu się udało.)
2) "Czarodziejska góra" Thomas Mann (zawsze bardzo chciałam mieć, opasłe 800 stron)
3) "Pani Bovary" Gustave Flaubert (wskazana przeze mnie na Walentynki od Drugiej Połowy)
4) "Biały kamień" Anna Bolecka ( zamówiłam po przeczytaniu wywiadu z autorką w "Hotelu Europa")
5) "I więcej nic nie pamiętam" Adina Blady-Szwajger (o lekarce, która przeżyła zagładę getta warszawskiego )
6) "Rzeczy pierwsze" Hubert Klimko-Dobrzaniecki (chyba jedyny nieprzemyślany zakup, ale może mnie urzeknie)
7) "Norwegian Wood" Haruki Murakami (prezent od Dosi na Walentynki - dziękuję :)
8) "Dostojewski - z umiarem i inne eseje" Thomas Mann (to akurat znalazłam w przecenach w naszej księgarni)
9) "O bibliotece" Umberto Eco (urocza mała książeczka na czas stania w korku)
10) "Cheri" Sidonie Gabrielle Colette (nowość wydana po raz pierwszy w Polsce po 90 latach od pierwszej francuskiej publikacji)
11) "Bunt ciała" Alice Miller (zakupiona wcześniej, o pisarzach - ofiarach złego traktowania w dzieciństwie Woolf, Proust, Kafka, Joyce, Dostojewski, Nietzsche, Czechow)
12) "Magia" Sandor Marai (ta też z wcześniejszej przesyłki)
13) "Przecudna" Grażyna Bełza (ta także, to druga książka mojej blogowej koleżanki GabiGabi)
14) "Rzeczywiste i nierzeczywiste staje się jednym ciałem. 111 wierszy" Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki

A teraz już znikam. Chciałabym dziś mieć służbę, która by mi obiad ugotowała i dziećmi się zajęła i pozałatwiała co załatwić trzeba ... nie obraziłabym się jakby też na jutro została.

Wasza dziś niezwykle szczęśliwa
Virginia

2010-02-08

"Madame" Antoni Libera

 

Dziś w nocy skończyłam czytać „Madame” Antoniego Libery i z wielką przyjemnością robię dla niej miejsce na półce Urzekające, z prawem ku wiecznym powrotom. Antoni Libera napisał tę książkę mając zaledwie trzydzieści cztery lata, czyli w 1983r., ale świat zaczął poznawać „Madame” dopiero od 1998r. Wówczas Libera zdobył pierwsze miejsce w konkursie na powieść ogłoszonym rok wcześniej przez Wydawnictwo Znak i jako zwycięzca został opublikowany. Przez te jedenaście lat „Madame” została przetłumaczona na ponad dwadzieścia języków, była w 1999r. Nominowana do Nagrody Nike i wyróżniona została Nagrodą im. Andrzeja Kijowskiego, a w 2002 znalazła się w ścisłym finale (7 książek spośród 123) irlandzkiej IMPAC Dublin Literary Award.
Tytułowa Madame to nieprzeciętnej urody trzydziestoparoletnia nauczycielka języka francuskiego i zarazem dyrektorka warszawskiego liceum, której życie osobiste intryguje kilku maturzystów, szczególnie jednak jednego. Za wszelką cenę próbuje on poznać bliżej obiekt swych westchnień i uparcie, podżegany wewnętrzną buńczucznością walczy o jej względy. Ale robi to niezwykle inteligentnie, ukradkiem, z szacunkiem dla niej i jej historii. Jego rozmyślania balansują na pograniczu jawy i snu, docieka prawd, analizuje spojrzenie Madame, którym go chwilowo obdarzyła, czy przypadkowe spotkanie się ich dłoni. Podziwia ją i to dla niej traktuje słowa z uprzednim namaszczeniem, smaży kunsztowne prace, by mogła się wykazać przed swymi mocarstwami; trenuje elokwencję na popis przed wizytacją; wkuwa na pamięć wiersze, by błyszczeć „erudycją”, ale też ma przejawy zwątpienia w piękno uczuć , które wiszą niepewnie w powietrzu, jakby nie były nikomu przeznaczone… Gniewałem się na panią, to prawda, nie zaprzeczam, za ów brak odpowiedzi na moją serenadę i niepojęte, okrutne nasilenie niełaski, jakbym w czymś pani uchybił... Słowem, za tę nieczułość i za niesprawiedliwość. No, ale trudno. Minęło. Miłość wszystko wybacza. Znów jestem jak przedtem, a nawet bardziej karny.
Główny bohater jest typem „odmieńca”, zafascynowany literaturą, teatrem i muzyką zapomina o życiu jakie jest mu jako młodzieńcowi przypisane. Buntuje się, nie poddaje zwyczajności, szkolnej nudzie, szuka ciągle właściwej drogi ku marzeniom o pisarstwie. Zauroczenie Madame odwodzi go chwilowo od tych zacnych planów i kiedy skupia swoją uwagę na nauczycielce ulegając namiętności, która doprowadza go nierzadko do stanów beznadziei i odrętwienia, czuje że musi zakończyć tę grę, by móc ruszyć w dalsze życie… Ale czy pierwszą miłość można zapomnieć?
„Madame” to książka nie tylko o rodzącej się namiętności, to także obraz peerelowskiej rzeczywistości i politycznych manier tego okresu, ale jednak postawa i erudycja młodzieńca, który tą rzeczywistość próbuje zgłębić zauroczyła mnie w tej historii najbardziej… no i stylistyczny popis Antoniego Libery, jestem pod wielkim wrażeniem jego kunsztu pisarskiego, wręcz wydaje się, że biegnie on przed czytelnikiem układając na świeżo słowo za słowem, jak mozaikę bez uchybień, po której można spacerować z zamkniętymi oczami.
Nie mogę się już doczekać, kiedy do mojej domowej biblioteczki dołączy kolejna książka tego pisarza, a mianowicie wydana w 2009r. powieść „Godot i jego cień” - to autobiograficzna opowieść o magii literatury i fascynacji osobą Samuela Becketta.

2010-02-07

Rozmowy o książkach

W ostatnich kilku dniach zostałam zaproszona przez trzy blogowe miłośniczki literatury (Jolanta z Przystani, Scarletka i Kasia.eira z Notatek Coolturalnych) do rozmów na temat książek, które w życiu każdej z nas pełnią rolę nie lada wzniosłą.
W książkach podkochiwałam się zawsze, jednak jako dziecko niewiele ich miałam. Pamiętam tylko kilka małych podłużnych książeczek wydanych w ZSRR przez Wszechzwiązkowe Biuro Propagandy Sztuki Filmowej. Była to seria Bajki Filmowe i do teraz zostało mi osiem sztuk z 1983r. (w tym ulubione „Pasikonik”, „Gaduła”, „Dziewczynka i gąsior”, oraz bez okładki o dziewczynce o imieniu Masza, która spać nie mogła). Potem przyszła szkoła i dostęp do bibliotek, które chętnie odwiedzałam, kiedy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Aż nadszedł moment mojego życia, w których zaczęłam sama zarabiać i mogłam w końcu pozwolić sobie na tworzenie własnej biblioteczki... początkowo bardzo skromnej, bo czasy nastoletnie zobowiązywały też do innych wydatków. Życie toczyło się dalej,  dużo pracy, dziecko, budowa domu i nie miałam tyle czasu na słowo pisane, a właściwie to przyznać się muszę, że z własnej winy tę miłość zaniedbałam. Uprawiałam bieg przez życie.
Do czasu kiedy trzy lata temu urodziła się moja córka. Życie się zatrzymało, spadłam w głęboką czarną dziurę i słowa, które usłyszałam w szpitalu oraz obrazy jakie mam w swej pamięci z tamtych chwil, zmieniły mnie na zawsze. Zaczęłam się zastanawiać, w którym momencie codzienność stała się pusta i krucha jak wydmuszka… zmieniłam nastawienie do życia, przewartościowałam, usunęłam przeszkody, rozwinęłam aksamitny dywan i poszłam inną drogą. Wtedy z wręcz chorobliwą intensywnością wróciłam do książek i do dziś dnia pielęgnuję miłość do słowa pisanego, które w tamtych chwilach było mi niezbędne i nie zawiodło.

Wracając do rozmów, od których gwoli wstępu odeszłam, mam zaszczyt przedstawić pierwsze trzy pytania Jolanty:
  1. Która książka jest dla Was przysłowiowym „lekiem na całe zło”?
Zdecydowanie „Chwile wolności” czyli dzienniki Virginii Woolf. To jest książka, do której sięgam codziennie i za każdym razem trafię na szczegół, którego wcześniej nie dostrzegłam. Woolf fascynuje mnie jako osobowość, jako pisarka i jako bardzo bliska w jakimś stopniu pokrewna mi dusza. Nie jestem w stanie się od niej uwolnić, bo już zbyt dobrze ją znam. Może to zabrzmi niepoprawnie, ale przyjaźnię się z nią.
  1. Z jakiej książki pochodzi Twoje życiowe credo?
Moje życiowe credo nie pochodzi z żadnej książki. W książkach znajduję tylko zdania, myśli, słowa, które warte są zapamiętania. Jednak jest ich tak dużo, że nie jestem w stanie wskazać jednej. Musiałabym chyba patrzeć na ilość podkreśleń, żeby wysunąć którąś na prowadzenie… jest ich dużo w „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery, w „Dziewczynie z zapałkami” Anny Janko, w dziennikach Virginii Woolf, Sylvii Plath oraz Anais Nin. Wiem już, że będzie ich sporo w Lapidariach Ryszarda Kapuścińskiego i „Czarodziejskiej górze” Tomasza Manna, które planuję niebawem przeczytać.
  1. Książka do której boicie się wracać? ... nie chodzi o książkę, która Was rozczarowała z powodu niskiej wartości literackiej, lecz taką, która wjakiś sposób sprawiła, że na ten moment nie bylibyście w stanie do niejwrócić.
„Bieguni” Olgi Tokarczuk. Bo wiem, że chyba jednak nie dam się przekonać na prozę pani Tokarczuk, mimo ogólnie panujących nad jej stylem zachwytów. Boję się też w pewnym tego słowa znaczeniu książek o holokauście, bo zbyt bolą. Chodzę potem z ranami na duszy i patrząc na moje dzieci płaczę. Wojna prześladuje mnie czasem nocami. Nie boję śmierci, ale wojny tak.

Pytania Scarletki:
  1. Jaki jest Wasz stosunek do lektur szkolnych? Czy macie jakąś ulubioną?
Jestem trochę jak kot, lubię chodzić nawet między książkami swoimi drogami, dlatego mnóstwo lektur szkolnych potraktowałam jako niemiły obowiązek i niewiele z nich pamiętam. Chciałabym po dwunastu latach wrócić do „Lalki” Bolesława Prusa, do „Moralności pani Dulskiej” Gabrieli Zapolskiej, do „Ludzi bezdomnych” Stefana Żeromskiego … i może jeszcze do kilku.
    2.  Czy macie jakąś książkę, która stoi na półce "od zawsze", rozpada się, ale nie macie zamiaru się z nią rozstawać? (ja mam:))
Ja też mam :). Są to trzy małe książeczki 6cm na 10cm, które jako jedyne pochodzą z mojego rodzinnego domu. Mama trzymała je na półce i kiedyś je podprowadziłam, nawet nie wiem czy wie. To seria Poeci Polscy z wydawnictwa Czytelnik z 1967 roku, wszystkie w nakładzie 20 tys.egzemplarzy – Konstanty Ildefons Gałczyński, Jarosław Iwaszkiewicz i Władysław Broniewski. W każdej z nich znajduje się około sześćdziesięciu wierszy poetów.
  1. Czy była taka książka, nad którą zdarzyło Wam się spędzić całą noc i połowę poranka?
Spędzam nad książkami połowę prawie każdej nocy, a o poranku szukam po omacku drogi do kolejnego dnia. Całej nocy jeszcze nie spędziłam, ale tylko dlatego, że mam świadomość tego, że w ciągu dnia nie zmrużę oka, bo obowiązki mi na to nie pozwalają. Ale do 3.15 zdarzyło mi się zasiedzieć… chyba pierwszy raz tak długo przy dziennikach Anais Nin.

Pytania z Notatek Coolturalnych od Kasi:
  1. Jakie trzy powieści poleciłabyś koleżance idącej na patologię ciąży z informacją, że będzie musiała tam spędzić miesiąc do porodu?
Hmmm… nie mam takiej koleżanki, która przeczytałaby trzy powieści w miesiąc :). A tak na poważnie, jeżeli już by się taka trafiła to spakowałabym jej najpierw ciepłe skarpety, wełniany pled, rozkładany stoliczek na posiłki i jakiś sympatyczny kubek w prezencie. A z książek coś przy czym nie będzie płakać (co raczej wątpliwe w takim stanie :) więc może „Julie&Julia” Julie Powell (bo lekka i przyjemna), „Drań na kanapie” Daniela Jonesa (żeby lepiej zrozumiała mężczyzn) oraz „Lolitę” Vladimira Nabokova, bo warta przeczytania. Absolutnie nic by nie dostała o ciąży, porodzie, wychowywaniu dziecka.
  1. Jaką książkę chciałabyś zobaczyć zekranizowaną, a która powinna zostać tylko na papierze, bo jej ekranizacja tylko by ją spłyciła?
Mam bardzo krytyczne podejście do porównywania książki do filmu, raczej zawsze na niekorzyść filmu. Nigdy dla mnie obraz nie będzie znaczył więcej niż słowo. Zdecydowanie bardziej wolę czytać, niż słuchać i patrzeć na twarze, które do danej roli po prostu mi nie pasują.Czytając książkę zapamiętuję wiele szczegółów i drażni mnie później jeżeli reżyser wtrąca swoje trzy grosze. Jednak widziałam kilka udanych ekranizacji, jak na przykład „Godziny” Michaela Cunninghama, czy „Rewers” Andrzeja Barta. Boję się natomiast oglądać „Nieznośną lekkości bytu” Kundery, mimo iż Juliette Binoche bardzo lubię.
Nie mam więc takiej książki, którą chciałabym pilne zekranizowaną zobaczyć. Nie chciałabym natomiast oglądnąć na pewno „Dziewczyny z zapałkami” Anny Janko, bo jej poetyckości nie da się zamienić w obraz oraz „Madame” Antoniego Libery, bo żaden z polskich aktorów młodego pokolenia nie jest tak inteligentny i oczytany jak główny bohater tej książki, zatem ekranizacja byłaby zbędnym zniżaniem poziomu tej doskonałej literatury. Książek Virginii Woolf też nie chciałabym oglądać. Jest zekranizowany „Orlando”, ale nie widziałam i nie zamierzam na razie.
  1. Jaką powieść poleciłabyś mężczyźnie, a jaką kobiecie, osobom które, które nigdy nie czytały nic oprócz lektur, a teraz chcą zacząć swoją przygodę z książką? ( staję przed takim pytaniem często, w tej bibliotece, którą prowadzę społecznie, ale mam ograniczony wybór do tych, które tam dostępne, ale wy możecie oczywiście wybrać ze wszystkich, nawet tych nie tłumaczonych na polski).
To trudne pytanie. Jeżeli kogoś nie znam, to nie jestem w stanie mu nic polecić. Czasem znajomi mnie pytają, co być mi poleciła przeczytać i zawsze waham się z odpowiedzią. Jeżeli przy następnym kontakcie ten ktoś uporczywie pyta jeszcze raz, to próbuję wybadać jego gusta, żeby wiedzieć, w który segment księgarniany zerknąć. Jeśli natomiast więcej nie zapyta to jasne dla mnie jest, że grzecznościowo pytał jak o pogodę, bo wypadało, skoro ja nic nie robię tylko czytam :). Dlatego unikam takich odpowiedzi, bo boję się, że mogę kogoś urazić celując zbyt nisko, bądź ten ktoś może mnie wziąć za wymądrzającą się erudytkę, którą nie jestem, bo sama ciągle przecież szukam książki, która stanie się tą jedyną, niepowtarzalną, bezsprzecznie najlepszą dla mnie.
Teraz, zgodnie z regulaminem zabawy następuję moja kolej na zadawanie pytań.
  1. Czy wyjeżdżając na wakacje zabierasz ze sobą książkę, która klimatem i tematyką będzie pasować do danego miejsca, czy próbujesz na ten wyjątkowy czas znaleźć książkę, która masz nadzieję będzie tą najlepszą, jaką dane Ci było w życiu czytać?
  2. Czy denerwuje Cię, że Twoi przyjaciele i znajomi z najbliższego otoczenia nie czytają w ogóle i nie masz z kim porozmawiać o przeczytanej książce? I co za tym idzie, czy nie wydaje Ci się z czasem, że miłość do literatury zbliża, bądź jej brak poróżnia ludzi, (nawet bliskich przyjaciół)?
  3. Czy czytając książkę zastanawiasz się nad tym w jakich okolicznościach powstała, kim jest człowiek który ją napisał (doszukujesz się szczegółów jego biografii), zastanawiasz się co myślą o niej inni, czy raczej skupiasz się tylko na treści i własnych doznaniach związanych z przeczytaną historią?
Do tablicy wzywam Dosię, Ciasteczkową, Josefine, Małgosię (Indie) i Magdalenę W. Oczywiście bez przymusu, tylko jeżeli odpowiedź na te pytania sprawi Wam przyjemność. Ograniczeń nie ma (przynajmniej się w regulaminie żadnym nie doczytałam), więc kto ma ochotę porozmawiać poza wymienionymi przeze mnie to zapraszam.
Dziewczynom, które mnie zaprosiły do rozmowy bardzo dziękuję. Z przyjemnością spędziłam ten wieczór na odpowiedzi na Wasze ciekawe pytania.

Wasza udająca się na sobotnią kąpiel z książką
Virginia


2010-02-06

Spacerkiem po uśmiech

 

 

 

Dzieci zawsze mają sposób, żeby przywrócić mi uśmiech. Wybraliśmy się na spacer,a skończyło się na mini kuligu. Koniem byłam oczywiście ja. Na pierwszych saniach ciągnęłam 15kg kobiecej wrażliwości na mróz, a na drugich 35kg chichotów i bryłę śniegu zebraną z boku drogi. Łącznie 50kg plus sanie. Poczułam się jak dziki mustang. Ale najwyraźniej tego mi było trzeba.
A teraz nie mogę zasnąć, bo nogi mi zwariowały. Na blogu Kot w butach znalazłam pewien filmik i właśnie pies się na mnie obraził, bo spać nie może.
Ten człowiek zjeździł kawał świata, wymyślił swój tupot zwinnych nóżek i sprawia, że nie można się nie uśmiechnąć na jego widok :)
Zawsze powtarzam, że trzeba w życiu mieć pasję. Nawet jeśli wydaje się ona innym nazbyt szalona ...


Roztańczony Matt Harding - klik na weekend

2010-02-04

Wrrrrrrrrrrrrr...

Znowu nas przykryło płachtą białego puchu. Zaczyna mnie to męczyć i choć staram się  nie narzekać, to dziś czuję się jakbym nosiła na plecach skorupę niepowodzeń ostatnich dni i chyba mnie trochę przygniotło do poziomu średniej wielkości psa.
Mam dość zimy… ileż można się przewracać, zdrapywać lodu z szyby, pchać auto pod górę, ubierać się i rozbierać, przenosić psa w bezpieczne miejsce, żeby go spadający lód z dachu nie zabił, dmuchać w suche jak rodzynki dłonie i w dziurkę od zamarzniętej na skrzynce pocztowej kłódki. Ileż można odgarniać metrów śniegu i płacić kosmicznych rachunków za gaz. Ileż można spać w skarpetkach i szlafroku, cierpiąc przy tym na chorobę supła, czyli krótko mówiąc mieć odgnieciony notorycznie węzeł od szlafroka na brzuchu.


Dziś się nie wyspałam, bo wiatr tańczył rock&rola i prawie wyrwało nam rolety z okien, a kratka wentylacyjna u sufitu całą noc próbowała popełnić połamanie skacząc z wysokości i wierciła mi swoją niepewnością dziurę we śnie. Nie dojechałam też do dentysty i nie znalazłam po trzech dniach szukania wczasów - Villaggio, który zadowoliłby wszystkich , szczególnie Drugą Połowę. Zatem szukać przestałam. Nigdzie nie jadę.
Poza tym... nie ręczę za moje słowa, jak jeszcze raz ktoś do mnie zadzwoni i zaproponuje mi marketing wielopoziomowy rozpoczynając rozmowę od stwierdzenia bo ty masz w tym doświadczenie. Owszem mam, ale to właśnie doświadczenie traktuję jak opatrzność  boską i nigdy już na trzeźwo i na szeroki aż za uszy uśmiech nie wpakuję się takie bagno, które z ludzkiego wnętrza po upływie czasu robi kogel mogel i człowiek początkowo gubi przez dziurawe ego szacunek do siebie, a chwilę później do innych. Dlatego... już nigdy nie dam się nabrać na żaden MLM, żadne cud miód hiszpańskie biżuterie, rozlewane w garażu perfumy, żadne produkty gospodarstwa domowego, latające odkurzacze, magiczne szmatki, żadne ekologiczne kiełbasy, czy pieluchy dla starców. Oszczędźcie moich zszarganych nerwów i nie dzwońcie do mnie w tej sprawie!!!
I wiadomość z ostatnich minut tego koszmarnego dnia… dostałam przedsądowe wezwanie do zapłaty za studia, których nie rozpoczęłam.
Tadddddammmm, kocham Polskę!!! Nie podpisałam z uczelnią żadnej umowy, bo sobie z nami igrała raz tworząc grupę, raz nie... po czym teraz w lutym przypomnieli sobie, że odebranie indeksu 19 września, za który zapłaciłam osobne 21 zł, zobowiązuje mnie do zapłaty za pierwszy semestr studiowania. To, że jestem ze wsi, to nie znaczy, że dam się zastraszać... hellllooo, dziekanie, strzeż się. Idzie odsiecz e-mailem do Ciebie i jutro padniesz za zawał. 
Gdyby mnie długo nie było to znaczy, że jednak ten dzień mnie pokonał.

Wasza Waleczna z Wietrznego Wzgórza
Virginia