2010-05-29

spacerem boso przez popołudnie

Są takie dni, kiedy nic nie idzie zgodnie z planem, tak jak w ostatnim miesiącu kiedy to zamiast pięknego maja mieliśmy powódź w Polsce i do teraz jej skutki są odczuwalne na sporym terenie kraju.Wszystko się zatrzymało. Nic nie miało znaczenia. Słońce nawet jeżeli się pojawiało na krótką chwilę, to nie mieliśmy sił go przyjąć, bo patrząc na wiadomości, gdzie ludziom tylko czubki czerwonych dachów zostały robiło się wstyd, że nas to nie dotyczy, że wystawiamy twarze do słońca, kiedy twarze powodzian blasku zostały na długie miesiące pozbawione.
Jednak dziś, kiedy pierwszy raz od miesiąca słońce raczyło nas swą obecnością cały dzień, poczułam, że albo oddam się mu w całości, albo zgrzeszę pokutując kolejny tydzień. Oddałam się. Wyszłam boso na taras. Założyłam ciemne okulary. Zjadłam filet z tilapii patrząc jak myszołów wiruje nad intensywnie zielonym polem. Nie miał sprecyzowanego celu, jak ja tego popołudnia. Po prostu wyszliśmy pogodzie naprzeciw.
Na stole wokół mnie różowe kwiaty koniczyny rozrzucone przez dzieci, gdzieniegdzie na tarasie resztki skoszonej trawy, zapachy tańczą pomiędzy myślami o niczym. Na młodym drzewku dostrzegam owoce, małe, zielone, kilka sztuk, nawet nie pamiętam co zasadziłam pięć lat temu, czy to wiśnia, czy mirabelka, ale radość wielka, że mimo obfitych deszczy mała dała radę, zakwitła i po raz pierwszy obrodziła. Sztuk osiem.
Wzięłam dwa ostatnie numery „Bluszcza”, by przejrzeć co w książkach piszczy, ale najpierw wyszukałam moje ulubione artykuły „Książka życia” i „Rozmowa o poczytalności”. Tam ludzie kultury opowiadają o swoich książkowych upodobaniach, o nawykach, o miłościach i nienawiściach, czyli to co lubię czytać w pierwszej kolejności. Poeta Krzysztof Siwczyk pisze: Tak się na moje nieszczęście złożyło, że jestem rodzajem człowieka książkowego. Traktuję tę przypadłość jak poważny mankament. W dzisiejszych czasach książka staje się synonimem marnotrawstwa – czasu, energii, życia. Ludzie nie czytają z wielu powodów. Jednym z nich jest zapewne lęk. Książki są po to, żebyśmy zwątpili. Wytrącają z dobrego samopoczucia,powodują przewlekły dyskomfort ducha. Przynajmniej w przypadku tych, którzy rozumieją sensy transferowane przez zdania (...)Człowiek książkowy jest mierny, ale wierny: wierny przegranej, jak mawiał Samuel Beckett. Tak sobie myślę, że może to u mnie przez tego Manna... ale nie mogę się od niego oderwać, mimo tego dyskomfortu ducha jaki mi serwuje. 

Marek Łuszczyna pyta Mariusza Szczygła czy czytanie to jego rytuał... Nie mogę zacząć, jak nie zrobię sobie cappuccino. Mam specjalny garnek do ubijania mleka. Pierwszy łyk kawy i pierwsze zdanie. Jak wiem, że będę czytał książkę, na którą się cieszę, to nawet kupuję droższą kawę Illy, na którą na co dzień nie mogę sobie pozwolić, bo jest piekielnie droga (...)Wydaje mi się, że najlepsze książki świata już przeczytałem - mówi wymieniając „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla, „Amatorki” Jelinek, „Trudności ze wstawaniem” Hanny Krall, „Życie z gwiazdą” Jirzego Weila, „Matkę noc” Vonneguta, „Papugę Flauberta” Juliana Barnesa i „Zamek” Kafki. Jednej książki, niedawno wydanej nauczyłem się na pamięć! To tekst sztuki „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej , której z kolei ja nawet nie tknęłam, ale uśmiechnęłam się czytając słowa podziwu dla książki zniewalającej, błyskotliwej i mądrej jaką jest „Po śniadaniu” Eustachego Rylskiego, w której mam zakreślone sporo fragmentów. Rylski w swoich esejach o pisarzach wyprzedził uwielbianego przeze mnie Milana Kunderę i jego eseje „Spotkanie”. W takim starciu raczej stawiałabym na Kunderę, a jednak Rylski mnie do siebie bardziej przekonał.

Na koniec filtruję poczytalność Borysa Szyca, który nie potrzebuje cappuccino do czytania, ale chętnie podpiera się opinią właściciela kawiarni Czuły Barbarzyńca i prosi o pomoc, która ostatnio skończyła się wyborem „Przyjaciela doskonałego” Martina Sutera i książki „Duże ładne amerykańskie dziecko” Judy Budnitz. Nic mi to nie mówi, ale z ciekawości zaraz zajrzę do internetowej księgarni, bo sam Borys Szyc mnie zaskoczył faktem, iż bliska mu jest literatura rosyjska, od dziecka bowiem karmiony był przez mamę Tołstojem, Dostojewskim, Czechowem i Bułhakowem. Patrząc na jego rolę w „Wojnie polsko-ruskiej” jakoś nie mogę w to uwierzyć :)
Słońce zaszło... ostatnie fiolety znikają za horyzontem.
Nadchodzi noc. To był piękny dzień.



2010-05-27

Wata cukrowa

Ta ciszaaaa... wszyscy śpią, wydawałoby się, że nic już nie przeszkodzi, by w spokoju napić się zielonej herbaty w moim ulubionym kubku z napisem London, który dostałam od Mamy i poprzeglądać co u kogo się dzieje, co się przeczytało, co zrecenzowało... Jednak jakże mylna jest psychika kobieca, jakże naiwna i łatwowierna... przecież kobieto psy masz! I to dwa. I do tego yorki... tak tak, te co to na zdjęciach mają kokardki, trzepoczą wyczesanymi rzęskami ,są słodkie jak różowa wata cukrowa i przytulne jak ukochana poduszka. Nic bardziej mylnego moi mili, początkowo też ufałam opisom elegancki, inteligentny, ambitny i rzadko kapryśny, ale szybko zmieniłam zdanie. W ciągu dnia moje yorki to roztrzepane psiaki, które zachowują się jak wytresowane, niespełna rozumu małpki. Wskakują, zeskakują, podskakują, pod nogi wpadają, czasem też na szybę, kiedy obiekt latający (czyt. ptak) przemknie gdzieś tam w przestworzach i one mają ochotę dogonić ptaszka bez wcześniejszego uprzedzenia właściciela, by ten otworzył okno na taras. Pewnie dlatego mają nosy jak guziki. Są głośne, lękliwe, często zdezorientowane, uparte i mają tendencje do spania na wysokościach np. na oparciu tapczanu, porzuconej gdzieś na fotelu kurtce, wierzchołku wyprasowanych ułożonych w wieżę ubrań, albo na świeżo przebranym jaśku leżącym na dwóch innych poduszkach.
Poza tym symulują, że są wiecznie głodne, że chcą grać w rozgrywki ligi yorków w piłkę nożną, albo ciągle siku, a kiedy już brodzą po brzuch w błocie (nie ma szans na zmiany, bo codziennie pada) to się im nagle odwidzi i w krowy się przemieniają. Mielą trawę i udają, że Didi i Bibi, to nie na tej łące proszę pani. Można wołać i wołać, po czym człowiek musi ładować się w za duże o pięć numerów kalosze i krokiem niepewnym śpieszyć na ratunek nagle uciekającym krowom. I tak biega kobieta po ogrodzie i zagania krowy do domu, których nawet zza trawy nie widać, co skrzętnie odnotowują sąsiedzi, bo czasem ma maseczkę na twarzy,czego przecież nie czuje. Dwa razy też zdarzyło się jej w piżamie po ogrodzie biegać, bo nie przyszły osły do baby, to baba musiała iść po osły. Ale to jeszcze nie koniec opowieści o słodkich watach cukrowych... jeszcze mycie. Od jakiegoś czasu do mycia zgłasza się osiem łap często nawet dziesięć razy dziennie (mówiłam , że symulują) co daje osiemdziesiąt łap na dobę, mydełko, szorowanie, wycieranie... a potem walka byków i rycie pazurkami w kremowym dywaniku, bo mydełko Magical zmieniłam na Aloha i to chyba rodzaj buntu na bardziej kręcący w guzikowym nosku zapach. A potem jeszcze, żeby pani bardziej dopiec, że zbyt się obija, to małe rzyganko przedobiednie i popisy w podrzucaniu miskami po kuchni, najlepiej wprost pod nogi, żeby pani miała gotowanie z przeszkodami. Sprawna bestia. Przeżyła. A to kupkę strzelimy na odchodne. Zagoniła krowy za wcześnie to ma ...
Pamięć jest ulotna. Nadchodzi wymarzony wieczór, kiedy to człowiek ma ochotę wyprostować nogi i napić się wcześniej już wspomnianej herbatki, a tu jeszcze trzeba o miejsce rywalizować. Yorki są jak bumerang, ile razy wyrzucisz , tyle razy wróci . Bezwzględnie uparte, rodem z hrabstwa angielskiego... kiedy zbyt mocno przechylisz się, by sięgnąć po kubek z herbatą, to pod pośladkami masz już zajęte. Kiedy przekręcisz się na lewy bok, to nie masz prawa zmiany położenia do rana. Kiedy chcesz spaść z łóżka, proszę bardzo, pomogą. Bo pchają się i pchają, a ich waga za dnia dwukilowa, w nocy wydaje się przynajmniej trzykrotnie większa i człowiek przesuwa się dla świętego spokoju... na sam skraj, na drewnianą belkę, a czasem na dywanik pod łóżko.
Dziś wycieniowałam Znajdę, bo przez to błoto i ciągłe mycie nie sposób zadbać o jedwabiste włosy ciągnące się niczym welon za pięknością o wdzięcznych oczach . Wygląda teraz jak zwierzak z Muppet Show i akcja "ktokolwiek widział, ktokolwiek wie" nie ma już sensu, i dobrze, mieli czas dwa miesiące, milczeli, więc mogę w końcu odetchnąć z ulgą, bo teraz jest już moja. Śmieszna, kapryśna, udająca właśnie trupa pod moimi kolanami, ale to dla niej poruszyłam niebo i ziemię, żeby ogrodzić działkę przed wakacjami, żeby przypadkiem nie przyszło jej do głowy mnie szukać. Tak, to mnie Didi sobie upatrzyła, bo to ja ją znalazłam i nie mam jej tego za złe... tak, yorki mają tendencję do papugowania i Bibi nagle też mnie pokochał miłością wierną po blady świt i udaje trupa przy moim brzuchu.
Nie jestem w stanie ich nie kochać. Wariaty moje dwa.
A miałam napisać recenzję. Rozmyła się jednak. Psiaki nie dały jej dojść do słowa.
Dobranoc.
p.s dziękuję za to co zadziało się pod ostatnim postem... ta niespodziewanie wysoka fala wsparcia rozjaśniła niebo ponad moimi myślami i wszystko wraca do normy :)



2010-05-25

Z pokładu codzienności

Kiedy ponad dwa lata temu zakładałam bloga nie miałam pojęcia co dzieje się w blogosferze i poruszałam się w przód bardzo niepewnie, jak by poza tym fascynującym kołem, delikatnie na paluszkach, żeby tylko być, ale raczej pod szklanym kloszem. Klosz jednak został rozbity kilkoma polecanymi postami na głównej stronie Onetu i zaczęło odwiedzać mnie coraz więcej osób, którym mój świat ukazywał się jako bajkowa kraina gdzie zawsze sporo śmiechu, dystansu do domowników i radości z każdego dnia. Jednak wraz z poleceniami trafiali się też tacy, którym przeszkadzało to, że potrafię czerpać radość z codzienności i z uporem przesyłali mi maile pełne słów zalewających czarną smołą zawiści moje życie... na szczęście nie zastygłam, choć czasem było ciężko zmyć to wszystko z duszy, która ma tę skazę, że jest nadwrażliwa.
To dlatego przeszłam metamorfozę, którą zauważyła ostatnio moja przyjaciółka stwierdzając, że czuje się niepewnie w rozmowie ze mną, bo ja mam swój świat książek, a ona tego świata zupełnie nie zna. Kiedy pisałam tylko o mojej codzienności czuła, że jest blisko mnie, a teraz dogonić mnie nie może. Ja jednak celowo z powodu pewnych osób, które zaczęły przeciwko mnie wykorzystywać to, że dzieliłam się tym co w duszy mi gra, przestałam pisać tak dużo o mojej prywatności, a że pisać przestać zupełnie nie jestem wstanie, to blog ten przekształciłam z typowego dziennika w dziennik książkowej pasjonatki. Ku radości niektórych, a odruchu znudzenia mną innych (bo oczywiście fakt, iż Virginia Woolf nie lubiła zakupów, a Marcel Proust był uzależniony od matki, jest mniej interesujący niż to kto płaci mój kredyt, albo ile hektarów ziemi mam wokół domu i jak bardzo codziennie się nudzę)... chcę jednak zapewnić, że prywatnie w mailu napiszę co u mnie, że odbieram telefony przyjaciółek, że czasem wręcz czekam na nie, że pukając do moich drzwi nie zsypią się im na głowę już w przedpokoju książki, a ja nie zacznę recytować poezji nim jeszcze wsuną na stopy papućki w kolorowe cekinki :). Ja sama, skłonna odpowiedzieć na zaproszenie, zapewniam, że nie przyjadę na kawę z aktualnie czytaną „Czarodziejską górą” pod pachą i nie zatopię się w głębi kanapy nie zwracając uwagi na gościnność, ani też nie poruszę niepytana tematu książek. Mimo swojej nienormalności, jestem całkiem kulturalna ...  jeśli oczywiście wrodzona szczerość i nabyta z wiekiem asertywność, zaliczana jest do dobrych manier, a nie braku taktu, wywyższania się, bądź stwierdzenia że zadzieram nosa. A z taką przykrą opinią się już spotkałam... uważam jednak, że skoro nie mam ochoty na pokaz garnków za pięć tysięcy, albo nowej sieci komórkowej, to mówię bez owijania w bawełnę, że nie jestem zainteresowana, bo szkoda mi czasu na coś na co mnie nie stać. Tak samo jeśli zamiast podążania za modą typu tenis, nurkowanie, szusowanie po stokach w najmodniejszych i najdroższych danego sezonu nartach , wolę poczytać, bądź coś czasem niemądrego, lub całkiem znośnego napisać, to mówię o tym głośno i oczekuję zrozumienia, bo ja przecież niezainteresowanych do akcji Czytanie w pianie, albo Czytanie na dywanie nie zmuszam. Dlatego czasem nie rozumiem, czemu moja pasja tak niektórych odstraszyła, czemu zrodził się dystans, czemu jeżeli pani z cukierni staje się szwaczką jest to normalne, a ja jako była menedżerka nie mogę bez szeptów za moimi plecami bardziej niż walki o czarne bmw miłować książek...
Przypomniała mi się teraz moja wymiana mailowa z pewną pisarką, której nie wymienię z nazwiska, bo nie wiem czy by sobie tego życzyła, ale zdradzę, że ma na swoim koncie kilkadziesiąt napisanych książek (jestem pełna podziwu), a w kręgu rodziny i znajomych niejednokrotnie określana jest mianem „nieroba”, bo pisanie to przecież „nicnierobienie”. A czytanie, które jak wiadomo jest podstawą dobrego pisania, jest już w takim razie lenistwem niegodnym nawet wspomnienia... zatem lenię się, nic nie robię, i całkiem możliwe, że niebawem zostanę „nierobem”. 

p.s a teraz idę załadować pralkę, bo kupiłam dzieciom nowe kaloszki i wczoraj uległy urokowi okolicznych kałuż; pozanosić na swoje miejsca czternaście kwiatków, które przesadziłam; ugotować zupę z fasolki szparagowej i wymyślić coś na drugie danie; wypuścić psy na błoto w ogrodzie, umyć po raz trzeci już dziś osiem łap; zagrać w grę planszową Farmer; odebrać Charliego ze szkoły; zrobić zakupy, zadanie i porządek w kuchni; wyprać dywanik z ubikacji, bo Lola nie zdążyła; odwiedzić babcię po operacji; odpowiedzieć na „dwieście pytań do mamy”... czyli generalnie odbębnić pewien odłam nieróbstwa, jak to mojej Drugiej Połowie się wydaje. Tak, jestem zmęczona. Tak, mam na głowie moją pracę i kryzys jaki sprawił, że ledwo utrzymuję działalność co wiąże się z tym, że szukam nowej; wielki dom z ogrodem, dwoje dzieci, dwa psy i obciążenie związane z wychowaniem całej czwórki. Nie, nie narzekam, dam sobie radę, zastanawiam się tylko, czemu mężczyzna jest w stanie skupić się tylko na jednej rzeczy (czyt. praca),która i tak już jest w jego mniemaniu tak wykańczająca, że grozi mu zawałem, a kobieta musi ogarnąć całą resztę? Począwszy od prasowania jego koszul, poprzez mycie jego butów, plewienie jego choinek, gotowanie domowych obiadków;malowanie tarasu, koszenie i wyręczanie go z innych czynności ... chciałam być dobrą żoną, chyba zbyt dobrą, a wyszłam na tym jak zabłocki na mydle. Koniec.
Mam trzydzieści lat i nie wiem co wpisać w CV.
A moja koleżanka wczoraj dostała pracę w bibliotece... druga przesłała mi swoją książkę z dedykacją; trzecia stwierdziła, że mnie podziwia, a czwarta, że ona by na moim miejscu zwariowała. Czyż to wszystko nie jest pocieszające... mnie bardzo podniosło na duchu. Dzięki kochane :)



2010-05-24

przychodzi Lola do piaskownicy, a tam ...

 
(podobny do żyrafy, uparty jak osioł, dumny jak pa ... jelonek w papilotach :)

   
(te z pierwszego planu przesyłają pozdrowienia... kiedy się zbliżałam machały uszami)

   
(a ten osobnik nie uwierzycie, ale recytował Szekspira... )



2010-05-21

Nominacje do Nagrody Literackiej Nike 2010

Od kilku lat przyglądam się nominacjom do Nagrody Literackiej Nike i jeszcze nigdy nie wygrała książka w myślach obstawiana przeze mnie. Całkiem to normalne, tak jak nigdy Miss Świata nie wygrywa najpiękniejsza z pięknych. W tym roku jednak patrząc na nominacje mam wrażenie, że kryzys zeszłoroczny dopadł nie tylko rynek biznesowy, ale też rynek literacki (choć poniekąd książka to też biznes więc nie ma się co dziwić), bo jakoś tak skromnie i przewidywalnie  jest w nominacjach, szczególnie powieści, gatunku literackiego jak by nie było najbardziej poczytnego. Tylko cztery powieści kontra cały rok? Z rekordowej liczby prawie 340 książek, które zgłoszono do konkursu tylko cztery powieści zasłużyły na wystąpienie przed szereg? Wierzyć mi się nie chce.
Doskonale natomiast ma się poezja. To zdecydowanie jej rok, bo aż siedem nominacji. Sama wyczuwam, że w ostatnim czasie wyjątkowo dobrze mi z poezją, więc może coś w powietrzu wisi, tuż obok ducha Jarosława Iwaszkiewicza, bo to przecież jego rok. Chciałoby się rzec, że lepiej by było, żeby tak już pozostało, aż do października, kiedy to ogłoszony zostanie zwycięzca 14 edycji tego konkursu, ale patrząc na fakt, iż laureatem zeszłorocznej Nagrody Literackiej Nike został Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki to tym razem mało prawdopodobne jest by wybór padł znowu na poezję.
A szkoda, bo jest naprawdę w czym wybierać. I tak oto prezentują się nominacje (dziewięć autorek i jedenastu autorów, aż 12 wydawnictw i jak już wspomniałam zdecydowana przewaga poezji):

Poezja:
„Czarny kwadrat” - Tadeusz Dąbrowski ( Wydawnictwo a5, Kraków )
„Dni i noce” - Piotr Sommer ( Wydawnictwo Biuro Literackie, Wrocław )
„Ekran Kontrolny” - Jacek Dehnel ( Wydawnictwo Biuro Literackie, Wrocław)
Intencje codzienne” - ks. Jan Sochoń ( Wydawnictwo Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, Rzeszów )
„Jasne niejasne” -Julia Hartwig ( Wydawnictwo a5, Kraków)
„Powietrze i czerń”- Piotr Matywiecki (Wydawnictwo Literackie, Kraków )
„Tutaj” - Wisława Szymborska (Wydawnictwo Znak, Kraków )
Proza (pierwsze cztery to typowe powieści):
„Pensjonat” - Piotr Paziński ( Wydawnictwo Nisza, Warszawa )
„Piaskowa góra” -Joanna Bator ( Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa )
„Prowadź swój pług przez kości umarłych” - Olga Tokarczuk ( Wydawnictwo Literackie,Kraków )
„Rzeczy uprzyjemniające. Utopia” - Tamara Bołdak-Janowska ( Wydawnictwo Borussia, Olsztyn )
„Walce wolne, walce szybkie” - Adam Poprawa ( Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu)
„Śmierć czeskiego psa” - Janusz Rudnicki ( Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa ) -opowiadania
Literatura faktu:
„Frascati” - Ewa Kuryluk (Wydawnictwo Literackie, Kraków ) - autobiografia
„Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu” - Magdalena Grochowska ( Wydawnictwo Świat Książki,Warszawa ) - biografia
„Nocni wędrowcy” - Wojciech Jagielski ( Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa ) - reportaż
„Proszę bardzo” - Anda Rottenberg ( Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa ) - autobiografia
„Wyspa klucz” - Małgorzata Szejnert ( Wydawnictwo Znak, Kraków ) - reportaż
Esej:
„Uśmiech Demokryta. Un presque rien” - Ryszard Przybylski ( Wydawnictwo Sic!, Warszawa )
Dramat:
„Nasza klasa” -Tadeusz Słobodzianek ( Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk )

Z tych dwudziestu pozycji jury wyłoni finałową siódemkę, a w pierwszą niedzielę października poznamy tegorocznego laureata, który oprócz statuetki Nike otrzyma również 100 tys. złotych.
Ja już mam swojego faworyta, a Wy?



2010-05-20

Przykro mi

Jakoś tak nijak jest mi ostatnio, to zapewne przez tę pogodę, powódź w moim regionie i jeszcze wiele innych czynników, o których miałam wspomnieć, ale kiedy przed godziną weszłam na tę stronę http://remigiusz-grzela.bloog.pl/ (jak zresztą codziennie), to nawet pisać mi się odechciało. Poważnie, uszło mi powietrze z palców, serce zbladło, a myśli które miałam przelać na klawiaturę stanęły na baczność i są sztywne, nie do ruszenia.
Czytam sporo zaprzyjaźnionych blogów, ale niewiele wśród nich jest prowadzonych przez mężczyzn, bo mężczyzn interesujących się w dzisiejszych czasach literaturą, teatrem, filmem czy poezją też jest niewielu. Ten ceniłam sobie szczególnie i przykro mi się zrobiło, kiedy przeczytałam w jaki sposób potraktowano autora jednego z moich ulubionych blogów.
Nasunęła mi się natychmiast jedna myśl... może to nawet powód wycofania się Wirtualnej Polski ze współpracy z panem Remigiuszem Grzelą, ale nie czas tu i miejsce na moje domysły.
Panie Remigiuszu jako wierna czytelniczka nie wyobrażam sobie, żeby nie było "Z Kafką przy kawce", czy z Kafką przy herbatce i wierzę głęboko w to, że niejedną filiżankę przy pana wpisach blogowych jeszcze wypiję... a z tego miejsca dziękuję za całą masę pracy jaką pan włożył w tworzenie swojego fascynującego i często inspirującego mnie bloga, a szczególnie za wpis z 13 maja "Byłem Szymborską" ( już dawno tak się nie uśmiałam :).
Dziękuję...i z niecierpliwością czekam na nowy adres.
Swoją drogą już kilka razy zastanawiam się, kiedy mój blog zniknie. Czasem trafiam na awarię i przez kilka godzin jest on niedostępny i ogarnia mnie strach i wielki żal, że być może to już jego koniec. Czy jednego dnia zniknie on na zawsze? Całkiem możliwe... nieprzewidywalne są zdarzenia dnia następnego. To tylko jeden blog wśród miliona innych.




2010-05-17

Deszczowo, ale za to nastrojowo

Wszystkiemu winna pogoda. Zamknięci w domu, odcięci od suchych kamieni po których można by do samochodu dojść, zalewani sukcesywnie przez cały dzień, nie ruszaliśmy się dziś z ciepłych murów. Kawa. Koc. Jajecznica. Koc. Obiad. Koc. Herbata. Koc. Niezastygnięta galaretka z owocami. Koc. Czekolada. Koc. Czerwone wino. Koc... i tak przez cały dzień, wszystkie czynności z wełnianym pledem na ramionach.
Dalszemu przebiegowi dnia winny ostatni numer Przekroju. Zamknięta w kroplach deszczu, postanowiłam nadrobić zaległości prasowe. Poszukując ostatnich numerów w różnych częściach domu trafiłam na pamiątki z Komunii Charliego, a wśród nich, między kartkami pełnymi ciepłych życzeń leżał sobie „Mały Książę” Antoine de Saint-Exupery... czyż taki deszczowy dzień nie jest wymarzonym na przypomnienie sobie tej właśnie książki? - pomyślałam. Jeszcze o trzynastej wraz z Charlim byliśmy w piżamach, spacerowaliśmy za Małym Księciem po malutkich jednoosobowych planetach i przestaliśmy żałować, że za oknem wielki płacz. Czytałam tę książkę wieki temu i zawsze chciałam ją mieć w domu, ale jakoś nie było okazji, do dnia Pierwszej Komunii mojego syna, kiedy to wpadłam na genialny pomysł zapisania mu życzeń komunijnych w tej właśnie książce zamiast na kartce, która swą biel za kilka lat straci, a kto wie, czy nawet nie zniknie w czeluściach kartonowego pudełka z pamiątkami. Tak oto Charli w wieku dziewięciu lat, stał się szczęśliwym posiadaczem „Małego Księcia”, a ja na tym jakby nie było skorzystałam. Przepadliśmy, choć przyznać muszę, że znacznie bardziej ja, bo dobrnęłam do ostatniej strony już w samotności (Lola porwała brata do zabawy w połowie książki). Streszczać tej książki będę, bo domyślam się, że większość ją czytała, a jeśli nie czytała to przynajmniej ze słyszenia wie, o czym ona jest. Chciałam tylko zamieścić mój ulubiony fragment:
Ponieważ Mały Książę był senny, wziąłem go na ręce i poszedłem dalej. Byłem wzruszony. Wydawało mi się, że niosę kruchy skarb.Wydawało mi się nawet, że na Ziemi nie istnieje nic bardziej nietrwałego. W świetle księżyca patrzyłem na blade czoło, na zamknięte oczy, na pukle włosów poruszane wiatrem i mówiłem sobie, że to co widzę, jest tylko zewnętrzną powłoką. Najważniejsze jest niewidoczne.
Ponieważ półotwarte wargi uśmiechały się leciutko, powiedziałem sobie jeszcze „To, co mnie wzrusza najmocniej w tym małym śpiącym królewiczu, to jego wierność dla kwiatu, to obraz róży, który świeci w nim jak płomień lampy, nawet podczas snu”. I wydał mi się jeszcze bardziej kruchy. Byle podmuch wiatru może zgasić lampę-trzeba dobrze uważać. I tak idąc, o świcie odnalazłem studnię.
(...)Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

Po południu wróciłam do Przekroju, którego wcześniej porzuciłam nim go odnalazłam, i omijając politykę przeniosłam się w świat książek i filmów, a tam obszerny wywiad z Marcinem Królem, autorem nowej książki „Czego nas uczy Leszek Kołakowski”; ciekawa wzmianka o Elizie Orzeszkowej, nazywanej polską Jane Austen czy Doris Lessing, której wręcz wydarto z życiorysu Literacką Nagrodę Nobla przekazując ją w ręce Henryka Sienkiewicza w 1904r.- 18 maja obchodzić będziemy setną rocznicę śmierci tej pisarki. Potem przeszłam przez krótkie zaproszenie do poezji Adama Zagajewskiego i jego nowego tomiku „Wiersze wybrane” oraz przez recenzję filmu „Samotny mężczyzna” z Colinem Firthem w roli głównej, który nominowany jest do Oskara za rolę geja-profesora literatury. Colina Firtha bardzo lubię, a kiedy doczytałam , że u jego boku pojawi się Julianne Moore, to już wiem, że do czwartku muszę znaleźć jakiś wolny wieczór, żeby wybrać się do kina. Cofając się kilka stron wcześniej (mam zwyczaj czytania gazet od końca) trafiłam na wciągającą prezentację sylwetki najsłynniejszej nowozelandzkiej reżyserki Jane Campion („Anioł przy moim stole”, „Portret Damy”, „Fortepian”, „Święty dym”, „Tatuaż” i najnowszy film niebawem w kinach „Jaśniejsza od gwiazd”).
Nie mogłam się oprzeć, zaparzyłam dzbanuszek gorącej herbaty i wskoczyłam pod koc załączając zakupiony kilka tygodni temu na wyprzedaży „Fortepian”. Jako, że dzień zaczęłam od powtórki „Małego Księcia”, to i powtórki „Fortepianu”, a właściwie to muzyki towarzyszącej scenom w tym filmie się mi zachciało... Michael Nyman sprawił, że moja trwająca ostatnimi czasu słabość do muzyki fortepianowej się pogłębia. Zamykam oczy i mnie nie ma. Przenoszę się na szeroką nowozelandzką plażę, na której Ada (Holly Hunter) gra na swym ukochanym fortepianie. Widzę ją szczerze uśmiechniętą, oddaną całym sercem pasji, muzyce, unoszącą się ponad to co przyziemne. To w tej scenie, Ada jest w pełni szczęśliwa, w pozostałych walczy o takie właśnie chwile. Na co dzień jej szczupła, blada twarz, o nieobecnym spojrzeniu, pełnym pytań, których nie jest w stanie zadać, bo jest niemową, sprawia, że postrzega się ją jako bohaterką niedostępną, odizolowaną, niechętną do wpuszczenia widza w swój świat. Jest nieszczęśliwa u boku swojego męża, którego wybrał dla niej ojciec, a który rezygnując z transportu fortepianu skazał się z góry na milczenie i oziębłość w stosunku do niego. W filmie tym jednak nie ma miejsca na tłumaczenie i naprawianie popełnionych błędów, każda z postaci żyje swoim życiem, z pewnym dystansem i nieufnością do innych, ale wielką wewnętrzną siłą i zaparciem. Nie ma rozmów, są czyny, raniące, poniżające, niepewne konsekwencji. I jest ciągła walka. Bainesa o miłość, Ady o wolność własnych wyborów, Stewarta o poszanowanie małżeńskiej przysięgi. I każdy z nich walczy w szczytnym dla siebie celu, z potrzeby serca, nie bacząc na skutki jakie są nieuniknione przy tego typu działaniach. Zadowalając siebie, nie możemy bowiem zadowalać równocześnie innych.
Nie będę zdradzać dalszych szczegółów, bo film ten zaczyna istnieć przede wszystkim dopiero wraz z pierwszym dźwiękiem klawiszy fortepianu... sami posłuchajcie: The Sacrifice - Michael Nyman ( z filmu "Fortepian")

p.s wraz z jutrzejszym numerem Nesweeka można zakupić inny film tej pełnej wrażliwości reżyserki pt. „Portret damy” z Nicole Kidman w roli głównej. A „Jaśniejszą od gwiazd” już będę wypatrywać w kinie, bo Jane Campion tworzy filmy, których się nie zapomina.

A poza tym to ciągle pada i obawiam się, że jutro będę mieć wodę w przedpokoju... 

2010-05-13

Warszawskie Targi Książki

Pogoda nas nie rozpieszcza. Wczoraj padało tak mocno, że wszystkie dmuchawce w okolicy pióra straciły, a wychodząc na taras słyszę jak ziemia bulgocze i zwraca nadmiar wody. Psy sikają na pierwszym kamyku i wracają bardzo ostrożnie do domu, jakby na paluszkach,byle nie zmoczyć sobie sierści. Charlie na całodniowej wycieczce szkolnej w studio filmowym i w górach. Lola jeszcze zaspana, o lekko przygaszonej o poranku percepcji dziecięcej, która dopiero w godzinach popołudniowych wzrasta i prowadzi do jej wzmożonej aktywności, aż do późnego wieczora, kiedy to wygonić panienkę do łóżka jest problem. Zatem teraz korzystam z chwili wolnego, ale szczerze mówiąc patrząc na mgłę okalającą nasz dom, mam ochotę tylko na jedno... wełniane skarpety i kożuch. Czy to maj, czy ja może przespałam lato i mamy już październik??? Mam wrażenie, że za kilka lat te cztery miesiące, które nas od czasu do czasu raczą słońcem, skurczą się do dwóch i tym oto sposobem na dwanaście miesięcy zaczną przypadać tylko dwa słoneczne, ciepłe i warte wyjścia z domu. Jako istota potrzebująca do życia słońca jak tlenu... protestuję. Tymczasem ratuję się żółtymi tulipanami w wazonie i gorącą czekoladą.
Myślę o Warszawskich Targach Książki, które startują już dziś w Pałacu Kultury i Nauki... miałam wielką ochotę się wybrać i wczoraj analizowałam wszystkie za i przeciw, jednak rozsądek odstrzelił mi tę myśl dosyć sprawnie, bo jednak ponad pięć godzin drogi samochodem w nieznane, gdzie nawet nie mam pewności, czy zdążę chociaż do dwóch , trzech autorów się dopchać, to dosyć niepewna wyprawa. Myślałam o sobocie, bo to tego dnia będzie największe skupienie autorów, których cenię i których książki czytałam, bądź przeczytać zamierzam. Tylko wielki minus organizacyjny wypatrzyłam ... a mianowicie na przykład bliskie moim gustom literackim pani Ewa Lipska („Sefer” czytałam, a kupić zamierzam nowy tomik poezji „Pogłos”) i Małgorzata Rejmer („Toksymia”) podpisują książki w różnych miejscach o tej samej godzinie - 13.00. Tak samo pani Roma Ligocka (zamierzam kupić jej „Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku”), pani Hanna Krall („Różowe strusie pióra”, „Wyjątkowo długa linia”) i Vedrana Rudan („Ucho, gardło, nóż”, „Miłość od ostatniego wejrzenia”) o 14.00. W sobotę będzie też moja ukochana pani Anna Janko z „Dziewczyną z zapałkami” i nowym wyczekiwanym przeze mnie tomikiem poezji „Wiersze z Cieniem”, a także pani Inga Iwasiów, Beata Pawlikowska, Joanna Szczepkowska, Magda Umer oraz panowie Kazimierz Orłoś (poluję na jego zbiór nowel „Bez Ciebie nie mogę żyć”), Michał Komar („Wtajemniczenia”) i Wojciech Karpiński („Książki zbójeckie”).
Nie dość, że musiałabym o czwartej rano wyruszyć w tę podróż , to jeszcze bym się musiała nie rozdwoić , a pociąć na trzynaście kawałków i każdą część ciała postawić do innej kolejki. Z prawą komorą serca trafiłabym do Anny Janko, z lewą do Ewy Lipskiej, a nad resztą i tak nie miałabym kontroli, więc w ramach załatania dziury, którą żal z pozostania w domu wytarł na mojej duszy, zaraz udam się do księgarni internetowej i jeśli już będzie można zakupić te dwa tomiki poezji, to niech się dzieje radość sercu :)
Wszystkim, którym dane będzie być na tych Targach życzę owocnych łowów i może jednak lepiej się sklonujcie niż tnijcie, bo kto mi potem opowie co straciłam? :)
Bawcie się dobrze, uśmiechnięci, spragnieni choćby „dzień dobry” z ust ulubionych autorów skierowanych w Waszym kierunku, nowych książek, autografów i godzin pełnych emocji.

Wasza na południu Polski, daleko od stolicy osadzona


2010-05-11

Roller coaster

Hrabina Didi, suczka znajda, która jest z nami już od pięciu tygodni, każdego dnia zaskakuje mnie nawykami, które wygląda na to, że nie są wrodzonymi, a raczej definitywnie nabytymi. Początkowe wymioty tłumaczyłam stresem, usikiwanie próbą pozostawiania zapachów w miejscu jej obcym, kopanie dziur w piasku formą zabawy z dziećmi... Ale kiedy kilka dni temu zastałam ją w pozie groteskowej, ze strachem w oczach, z kulką zielonej gąbki na nosie,  zaczęłam dopuszczać do głosu pewną myśl, ale równie szybką ją  odrzuciłam. Jednak fakt, że wygrzebała dziurę w materiałowym, w dodatku nieswoim domku co spotkało się ze sprzeciwem psa numer jeden, mówił sam za siebie. Stała taka sierota na środku sypialni, a ja udając, że nic nie widziałam, żeby tylko nie dopuszczać do siebie znów tych sugerowanych przez moją mamę skojarzeń, pozbierałam gąbkę, i próbując zatrzeć ślady zapchałam  niechcący ubikację. Dziś Hrabina Didi wytarzała się w sarnich odchodach, a jej wierny towarzysz postanowił być bardziej ekstrawagancki i owe odchody postanowił zasmakować. Zatarłam kolejne ślady. Wykąpałam dwukrotnie każdego z osobna... i aż sama siebie zaskoczyłam, że wybaczyłam im natychmiastowo.
Jednak przed chwilą skorupa cierpliwości i zrozumienia, tak skrupulatnie balsamowana moją wrodzoną miłością do zwierząt zaczęła pękać... z sutków Hrabiny Didi wypłynęło mleko!!! Help!!! S.O.S. Czy ktoś zna sposób na zatarcie śladów? Widziałam ten jej powiększony brzuch dziwnie przełamany na pół, ale zwaliłam na moją gościnność; widziałam tą jej kapryśność, to podniecenie, to pchanie się pod moją kołdrę i przyleganie do mojego ciała w pozycji „trup, nie ruszać”. No i ta gąbka na jej nosie, ten moment kiedy nakryłam ją na budowaniu gniazda , ale nie wierzyłam i nadal nie wierzę... niech już zapadnie noc!!! Niech sen nie waży się uchylać mi rąbków tajemnicy ciąży u suczek; niech nie wplątuje moich nóg pomiędzy jedną, drugą, trzecią, czwartą, piątą smycz; ja już będę grzeczna, obiecuję, nie jestem w stanie odebrać psiego porodu i wychować szczeniaków, bo wyjeżdżam na moją ukochaną włoską plażę i na dziesiątą rocznicę ślubu nie życzyłam sobie powiększenia rodziny, więc ja naprawdę nie wiem, kto mnie tak urządził i wepchnął tę nieszczęsną sierotkę (być może już zaciążoną, bo patrząc na mojego psa numer jeden i jego reakcję na nową koleżankę, nie wierzę, że to on) pod koła samochodu.
Czy ktoś miał do czynienia z ciążą urojoną u swej suczki? Łapię się tej możliwości jak tonący brzytwy, bo obawiam się, że grozi mi eksmisja i zaproponowanie ewentualnie zastępczego pomieszczenia gospodarczego z widokiem na studnię.
Nie miała kobieta problemu, to pies wpadł na nią.
Jeden mąż, dwoje dzieci, dwa yorki, jeden berneński pies pasterski... i dwa, a może trzy szczeniaki.
Sąsiedzi mnie wezmą za dziwaczkę i przestaną mówić dzień dobry.
Niech no przynajmniej te wszystkie psie języki mi to wynagrodzą... to chyba całkiem normalne, że spać nie mogę, prawda?  :)
p.s dopisek z 12 maja ... dziękuję Wam za wsparcie w chwilach grozy. Ciąża okazała się jednak urojoną i lekarz zlecił mi szczególną opiekę nad tym nieszczęsnym stworzeniem, któremu hormony buzują. Co więcej dowiedziałam się, że prawdopodobnie czeka mnie taki pseudo-ciężarny stan mojej suczki dwa razy do roku, po każdej cieczce, bo u małych 2,5kg yorków to dość częste nawracające schorzenie. Gorzej jak kiedyś prawdziwą wezmę za urojoną...

Wasza z psem po lewej i suczką po prawej


2010-05-10

Z dialogów rodzinnych odc.12 - rozmowy (nie) kontrolowane

Kiedy myślę o wrześniu to czuję jak adrenalina związana ze zmianami, z powrotem na pełny etat do pracy, z porzuceniem domowej rutyny (czasem błogiego lenistwa) tylko w połowie przeplatanej zawodowymi obowiązkami, zaczyna buzować w moim ciele jak rozkręcony, świszczący, mieniący się trudnymi do uchwycenia barwami bączek. Zaczynam się zastanawiać, czy temu podołam. Ale to temat na osobne refleksje... dziś chciałam o czym innym.
O tym, że myśląc o tym kręcącym się bączku, mam ochotę podłożyć mu palec, żeby się jeszcze na chwilkę zatrzymał, żeby się potknął o moją niechęć do prędkości z jaką ten świat zmierza ku bylejakości dnia codziennego... żebym mogła jeszcze jak najdłużej czytając o poranku w łóżku nasłuchiwać jak w pokoju obok budzi się moja córka, jak drepcze z ukochaną poduszką i Myszką Miki pod pachą, z metką z koszulki wsuniętą w dłoń, z prawym kciukiem w buzi. Żebyśmy mogły jeszcze się poprzytulać, wypić razem kakao z kolorowych, dziecięcych kubków, usiąść po turecku na łóżku i ze zmierzwionymi włosami opowiedzieć sobie o swoich snach.
- Skarbie, co dzisiaj Ci się śniło – pytam, kiedy już psy kończą odgrywać rytuał codziennych powitań, podskoków, wylizywania i przypadkowego spadania z łóżka.
- Nooo, czerwony stoliczek... - odpowiada po chwili Lola przytulając się do znajdy.
- Czerwony stoliczek? Aaaaa, już wiem, i coś jeszcze? - po chwili dopiero dotarło do mnie co to za czerwony stoliczek.
- A na nim pleciony koszyczek... w koszyczku jabłuszko, w jabłuszko robaczek, a na tym robaczku zielony kubraczek – recytuje o poranku moje kochane dziecię.
- To koniecznie będziesz musiała ten piękny sen opowiedzieć Charliemu jak wróci, bo...
- Nie wiem czy będę miała siły, bo się już troszkę zmęczyłam – przerywa mi nadal głaszcząc psiaka. Powiem mu, że śnił mi się entliczek pentliczek ... to przecież to samo.
Nie chcę września !!! Chcę wrzesień .. sama już nie wiem. Czuję, że to ten moment, kiedy kończy się coś pięknego. Kiedy dziecko idzie do przedszkola, matka czuje, że przestaje być w pełni matką, coś się od niej odrywa, jakby białko oderwać od żółtka, hubę od drzewa, płatki od kwiatka. Jedno funkcjonuje bez drugiego, ale nie ma już w sobie tyle piękna.
Cholernie będę tęsknić za tymi leniwymi porankami, za czasem który już nie wróci, za córką, która będzie z obcą osobą dzielić się swoimi myślami, a ja nie będę mogła ich zapisać. Nie sądzę, żeby faktycznie śnił się jej czerwony stoliczek, ale wiersz Jana Brzechwy to ostatnie słowa jakie słyszała przed snem i to dla mnie wielka radość, że wieczorne czytanie zapada jej w pamięć i daje nam obustronne zadowolenie. Gdyby była już w przedszkolu to pewnie nie dowiedziałabym się jak bardzo ten wiersz się jej spodobał... w ogóle czy ktoś by ją tam zapytał co się jej śniło? Wątpię. Na tego typu pytania czas nie daje tam przyzwolenia. 




2010-04-25

Stosikowo

     
Kiedy nadchodzi ten czas, że bosymi stopami mogę stąpać po deskach tarasowych, a nad głową wirują motyle, wszystko nagle nabiera jasności i lekkości. Nie muszę już zaciskać zmarzniętych dłoni na filiżance z gorącą kawą, bo wyręcza mnie słońce. Poddaję mu się. Zamykam oczy, wystawiam twarz ku promieniom i oddycham głęboko zapachem świeżo skoszonej trawy... wystarczy mi kilka minut, czas jaki potrzebuję na wypicie jednej filiżanki, czas na wyłączenie się chwilowe dla dobra całej rodziny. Tam, w rogu tarasu myślę o nowych książkach, o Marquezie, którego chciałam od dawna, co za tym idzie też o osobie, która mi go poleciła; o Woolf i jej zmaganiach z pierwszą powieścią; i o Annie Frank, trzynastoletniej żydowskiej dziewczynce ukrywającej się podczas drugiej wojny światowej w centrum Amsterdamu; i o brzmieniach nowej płyty Kaczmarek by Możdżer, która skrywa w sobie jedne z piękniejszych utworów skomponowanych przez Jana A.P Kaczmarka, a granych przez światowej sławy pianistę Leszka Możdżera. To niezwykle wzruszająca muzyka, o przejmująco czystym brzmieniu fortepianu, która z każdą wybitą na klawiszach nutą maluje w myślach obrazy jak za delikatnym pociągnięciem pędzla. Obrazy z filmu "Evening" - "Wieczór”, który oglądałam nie tak dawno skuszona przez blogową Indię-Małgosię, oraz z pięknego filmu „Finding Neverland” - słynnego „Marzyciela” z Johnny Deepem i Kate Winslet (za którego Jan A.P Kaczmarek dostał w 2005 r. Oskara).
Poza tymi kilkoma utworami, które znałam już z tych dwóch filmów, jest też mnóstwo równie pieknych skomponowanych dla „Lost Souls”, „Unfaithful”, „The Third Miracle”, „Hania”, czy „Hachico: The Dog's Story”. Te brzmienia zostają w pamięci, nie sposób wyłączyć odtwarzacza, mimo iż już jest środek nocy ...
Zatem prezentuję jeszcze obiecywany stosik:
"Sto lat samotności" - Gabriel Garcia Marquez (bo już od dawna planowałam zakupić)
"Opowiadania" - Gabriel Garcia Marquez (bo jakieś opowiadania chcę zabrać na wakacje i może to będą właśnie te)
"Podróż w świat" - Virginia Woolf (to najnowsza z wydanych książek Woolf, ale tak naprawdę najstarsza, napisana przez pisarkę jako jej pierwsza powieść i oczywiście zwieńczona depresją)
"Bóg rzeczy małych" - Arundhati Roy (bo koleżanka, która mi poleciła kiedyś Kunderę, poleciła mi też tę książkę. Na Kunderze się nie zawiodłam. Zobaczę jak będzie z Roy)
"Dziennik Anne Frank" - Anne Frank (bo dawno temu nie zdążyłam doczytać pożyczonej)
"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" - Mary Ann Shaffer i Annie Barrows (bo czytałam kilka pozytywnych recenzji)
"Dziś wolałabym siebie nie spotkać"- Herta Muller (bo czasem siebie też wolałabym nie spotkać i zaintrygował mnie ten tytuł)
I jeszcze zakupiłam dzieciom książeczkę "Charlie i Lola" Lauren Child, z wiadomych przyczyn oraz "Ja i moja siostra Klara" Dimiter Inkiow i Justyna Mahboob.

2010-04-23

Światowy Dzień Książki

  

Uwielbiam ten dzień!!! Czekałam na niego od miesiąca i skrupulatnie notowałam tytuły książek, które mają szanse dziś powalczyć o miejsce w mojej biblioteczce. Oczywiście nawet komplikacje mnie nie zatrzymają i mimo iż paskudny wirus wtargnął w nasze progi (Charlie padł jako pierwszy ofiarą i do trzeciej w nocy zużył wszystkie sześć kompletów piżam) to ja jakoś się te 30km przemieszczę i choćby przed samym zamknięciem sklepu ze stosikiem dumnie wymaszeruję. Nie wiem czy to będzie stos trzypiętrowy, czy sześcio, czy może wpadnę w szał i będzie dziewięciopiętrowy, zza którego tylko czubek głowy mi będzie widać... naprawdę nie wiem, wszystko zależy od tego, jak najbliższy mi Empik przygotował się do swojej corocznej promocji „Kup 3, płać za2”. Być może skończy się na tym, że wrócę zawiedziona jak już się mi zdarzyło, ale przynajmniej zrobię sobie przyjemność, pospaceruję samotnie między regałami, godzinę, może dwie; odpocznę, pozaglądam w nowości, przeglądnę biografie, poezję, literaturę obcą, bo polska już mnie chyba niczym nie zaskoczy, przesiąknę zapachem nowych książek, wzrokiem zaskoczonej moim dreptaniem tam i z powrotem obsługi... a może spotkam jakiegoś innego szalonego mola książkowego, który też taczki zaparkuje pod regałami i będę zerkać ukradkiem co też osobnik ten wypatrzy?. A może zamiast zaplanowanego Marqueza, Rotha, czy Oza wypatrzę coś co zaintryguje mnie na tyle mocno, że poddam się spontanicznym wyborom?
Modlę się tylko, żeby wirus nie zdążył mnie zaatakować (czuję, że się skrada) nim nadejdzie godzina, która zwolni mnie od obowiązków domowych i z wielką nadzieją na udane łowy ruszę w kierunku sądzę aż nazbyt nieoblężonym, bo w Polsce Dzień Książki nadal tylko dla niewielu ma znaczenie.
W związku z ciężkim stanem budzącego się właśnie Charliego nie jestem w stanie napisać więcej o samym dzisiejszym Molikowym Święcie, więc wklejam fragment ze strony, z której pochodzi też powyższe logo http://www.swiatowydzienksiazki.pl
 
Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich  to  ustanowione w 1995 roku przez UNESCO doroczne święto mające na celu promocję czytelnictwa, edytorstwa i ochronę własności intelektualnej prawem autorskim.
Pomysł organizacji święta zrodził się w Katalonii. W 1926 roku wystąpił z nim wydawca, Vicente Clavel Andrés.  23 kwietnia jest tam hucznie obchodzonym świętem narodowym, jako dzień jej patrona – Świętego Jerzego. Zgodnie z długą tradycją w Katalonii obdarowywano w ten dzień kobiety czerwonymi różami, mającymi symbolizować krew pokonanego przez Św. Jerzego smoka. Z czasem kobiety zaczęły odwzajemniać się mężczyznom podarunkami w postaci książek.
23 kwietnia to również symboliczna data dla literatury światowej. W tym dniu, w roku 1616 zmarli Miguel de Cervantes, William Shakespeare i Inca Garcilaso de la Vega (przy czym datę śmierci Shakespeare’a podaje się według kalendarza juliańskiego, a pozostałych dwóch – według gregoriańskiego). Na ten sam dzień przypada również rocznica urodzin lub śmierci innych wybitnych pisarzy, np. Maurice’a Druona, Halldóra Laxnessa, Vladimira Nabokova, Josepa Pla i Manuela Mejía Vallejo.
W Hiszpanii Dzień Książki jest świętem oficjalnym już od roku 1930. Od 1964  tradycja ta kultywowana jest we wszystkich krajach hiszpańskojęzycznych. Obecnie Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich celebrowany jest na całym globie– od Nowej Zelandii po Kanadę.
Może wrócę tu wieczorem. Tymczasem życzę Wam miłego dnia i udanych łowów, tym którzy mają je w planach. Podzielcie się po powrocie...

Wasza podekscytowana wyprawą i lekko niepewna jej przebiegu
Virginia
Niech moc rozsądku będzie ze mną :)



2010-04-22

Przeziębienie

  


  

Nie udało mi się uniknąć przesilenia wiosennego. Czuję jakby ciało oddzielało mi się od kości, a w wolnej przestrzeni był przeciąg. Wieje nastrojami. Wieje chłodem. Przeziębienie osiadło na mnie, jak nieproszony pył wulkaniczny. I słońce od kilku dni oszukuje. Niby zagląda zza chmur, ale dłonie marzną, lekkie kurtki są za lekkie, i tak się to później kończy, że jestem przesiąknięta kwaskowatością cytryny.
Mimo wszystko szukam ciągle punktu zaczepienia, żeby już strzepnąć zimową skórkę, odstawić na bok te wszystkie trumny, które ciągle mam przed oczyma, bo w każdej gazecie relacje z kolejnych pożegnań ofiar tragedii pod Smoleńskiem. Za dużo tej śmierci.Wszystko od jakiegoś czasu porusza się mozolnie w rytm „Wyjazdu z Polski” Michała Lorenca. W takich momentach zazdroszczę tym,którzy potrafią szybko zapominać, którzy kładą się i zasypiają  wraz z trzecią przeskakującą przez płotek owieczką. Mnie śniły się dziś żmije ... co za tupet tych żmij. Chodziły sobie po mnie i chyba badały poziom mojego strachu. A ja chciałam, żeby śniły mi się magnolie. Takie piękne, pulchne, w kolorze lizaka.Specjalnie wzięłam dzieci na spacer kilka dni temu w miejsce, gdzie rosną najpiękniejsze magnolie i zawsze o tej porze roku się nimi zachwycam. To taki obraz z dzieciństwa, one zawsze tam były, tak jak na kolanach mojej mamy zawsze popołudniami był obrus, a na nim fiołki haftowane czeską muliną.
 
 

2010-04-16

"Chwile istnienia" Virginia Woolf

 

Czuję, że pisząc, robię coś, co jest o wiele potrzebniejsze, niż wszystko inne - V. Woolf
Virginia Woolf kochała pisać, nie tyle tworzyć powieści, ile po prostu pisać. Szczególnie żywiła namiętność do niedocenionych form literackich, takich jak dzienniki, eseje, czy listy i choć po części traktowała ten rodzaj pisarstwa jako swego rodzaju ćwiczenia, to jednak czytając jej teksty czuć, że robiła to z wielką miłością do słowa i z przekonaniem, że kontynuowanie rodzinnej tradycji jakim było od lat zachowywanie wspomnień w formie dzienników jest czymś w rodzaju zaszczytu. Tradycję ową napoczął dziadek Virginii James Stephen, a następnie z oddaniem kontynuował ją Leslie Stephen, ojciec Virginii, spisując choćby bolesne wspomnienia o zmarłej żonie. Virginia zatem od dziecka wychowywana była w duchu szacunku dla literatury, dla słowa, i już jako nastolatka wraz z ukochaną siostrą podjęły bardzo ważne życiowe decyzje. Virginia miała zachowywać wspomnienia na kartkach. A Vanessa na płótnie. Jedna z sióstr Stephen została więc pisarką. Druga malarką.
„Chwile istnienia” to bardzo ważny zbiór pięciu esejów niepublikowanych za życia pisarki, które doskonale uzupełniają się z Dziennikami i gdyby tylko Virginia dłużej mogła nad nimi popracować, stałyby się pewnie częścią jej autobiografii, którą miała na uwadze. Od pierwszych bowiem prób literackich wzorując się na ojcu, który był znanym biografem (George Eliot, Alexander Pope, Jonathan Swift, Thomas Hobbes), czuła sentyment do tego rodzaju pisarstwa i to właśnie życiorysy członków rodziny i najbliższych przyjaciół stanowiły sporą część jej wczesnych notatek.
Mając dwadzieścia pięć lat (1907r.), będąc już w trakcie pisania pierwszej powieści o początkowym tytule „Malymbrosia” - później „The Voyage Out” („Podróż w świat”), zaczęła pisać biografię swojej ukochanej starszej siostry Vanessy, skierowaną do jej mającego się narodzić dopiero dziecka, jak się później okazało syna Juliana. I to właśnie szkic „Wspomnienia”, poniekąd biografia Vanessy, poniekąd autobiograficzne wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, otwiera cykl esejów „Chwile istnienia”.
Ten pierwszy obraz to olbrzymi wiktoriański dom dzieciństwa Virginii w londyńskiej dzielnicy Kensington, przy ulicy Hyde Park Gate, w którym mieszkało ośmioro dzieci: Laura (1870) – córka Lesliego Stephena z pierwszego małżeństwa; George (1868), Stella(1869) i Gerald (1870) – dzieci Julii Duckworth z pierwszego małżeństwa oraz wspólne dzieci Julii i Lesliego – Vanessa (1879), Thoby (1880), Virginia (1882) i Adrian (1883). Dzieci prowadziły życie zorganizowane z wielką prostotą i regularnością,były nauczane przez rodziców, obsługiwane przez służbę,grały w krykieta, spacerowały, jeździły corocznie na wakacje do letniego domu Talland House w Kornwalii (od roku 1882r, w którym urodziła się Virginia przez następne 12 lat). Wspomnienia te dotyczą jednak przede wszystkim trzech kobiet - siostry Vanessy; matki Julii Stephen, która przedwcześnie umarła oraz przyrodniej siostry Stelli Duckworth, na którą przeszły obowiązki ciągnięcia wózka z młodymi istotami rodziny Stephensów. Jednak niebawem śmierć brutalnie wkracza ponownie zabierając młodą mężatkę Stellę, i dziedzictwo rodzinnych komplikacji i bólu przypada osiemnastoletniej wówczas Vanessie. Kolejne „siedem smutnych lat” to ciąg nowych traumatycznych przeżyć jakie nie opuszczają od lat sióstr,jednak tym razem nie śmierć jest ich podstawą , a tyrania ojca i molestowanie przez przyrodniego brata Georga. Ojciec stał się dla nas ucieleśnieniem tego wszystkiego, czego nienawidziłyśmy w naszym życiu; był tyranem niewyobrażalnie egoistycznym, który brzydotą i smutkiem zastąpił piękno i radość tych, które umarły.
Kolejne trzy eseje łączą się w podtytuł „Szkice dla Klubu Wspomnień” i były pisane na zamówienie w latach 1920 i 1930 dla Klubu będącego przegrupowaniem dawnego przedwojennego Bloomsbury. Teksty te Virginia odczytywała na głos członkom Klubu, którymi byli m.in.: ona sama i Leonard Woolf, Vanessa i Clive Bell, Desmond i Molly MacCarthy, Adrian Stephen, John Keynes, Roger Fry, Duncan Grant, Lytton Strachey.To wspomnienia o wprowadzeniu Virginii i Vanessy przez Georga w świat eleganckiego Bloomsbury i inteligentnego Londynu; mało eleganckie stroje zostały zamienione w atłasowe suknie, na szyjach błyszczały drogie kamienie, pod dom podjeżdżały dorożki, a stopniowy sukces towarzyski nadawał promienności zmęczonym smutkiem twarzom sióstr Stephen. Jednak długo trwało nim owy sukces tak naprawdę nastąpił i nim Virginia spotkania towarzyskie traktowała jako coś przyjemnego, bo w początkowym stadium, kiedy jeszcze pojawiała się wszędzie u boku przyrodniego brata Georga, była przez niego wiecznie ganiona i uciszana: szepnął mi do ucha udręczonym głosem: Nie są przyzwyczajone, że kobiety w ogóle cokolwiek mówią... uważam, że potrzeba ci trochę praktyki, jak się zachowywać przy obcych.
Ostatni,ale zdecydowanie najobszerniejszy i najpiękniejszy tekst to „Szkice z przeszłości”, który pisany był na przełomie lat 1939 i 1940 (ostatni zapisek – cztery miesiące przed śmiercią), ale tak jak pozostałe obejmuje tylko czasy dzieciństwa i panieństwa pisarki. Virginia na początku próbuje zastanowić się nad sposobem w jaki powinna opisywać siebie, jak tworzyć autobiografię, co brać za wzór, jaki przyjąć schemat. Powodem tych wątpliwości było to, że tak trudno jest opisać jakąkolwiek istotę ludzką - Nie wiem jak dalece różnię się od innych - pisała.Te pierwsze wspomnienia to zmiana pokoju dziecinnego, ciemność, zamieszanie kiedy szło się na górę do łóżka; mama w białym szlafroku na balkonie, kwiaty passiflory w fioletowe prążki pnące się po murze; St. Ives brzęczący, słoneczny, pachnący tyloma zapachami naraz; ogrodnik kopiący grządkę szparagów, służąca trzepiąca dywanik. Wspinanie się po skałach,wdrapywanie na drzewa, przeglądanie się w niedużym lustrze w wieku siedmiu lat ... skrępowanie, onieśmielenie, półka obok jadalni. Gerald i jego dłonie... Każdy dzień zawiera o wiele więcej nieistnienia niż istnienia... Wiele jasnych kolorów, wiele wyrazistych dźwięków, trochę istot ludzkich, karykatur komicznych, liczne gwałtowne chwile istnienia,zawsze zawierające koło sceny, którą wykrawały, i wszystko otoczone rozległą przestrzenią – oto pobieżny opis dzieciństwa.Oto jaki mu nadaję kształt i jak widzę samą siebie jako dziecko,włóczące się w tej przestrzeni czasu, który trwał od 1882 do 1895 roku . W 1895 roku w maju sielskość się kończy, umiera matka Virginii i ona jako trzynastolatka nie jest w stanie się z tym pogodzić; mama już na zawsze stanie się jej obsesją ... Widzę siebie jako rybę w strumieniu,zepchniętą na bok, zatrzymaną w miejscu, ale nie umiem opisać strumienia.Tutaj ponownie Virginia wraca do wielu wspomnień o mamie, jej młodości, pierwszym małżeństwie, ośmiu latach wdowieństwa i kolejnym związku; o jej smutku, prostocie, surowości. O jej śmierci. Bardziej niż w pierwszym eseju rozwiła wątek narzeczeństwa siostry przyrodniej Stelli, a także jej śmierci trzy miesiące po ślubie. Wówczas Virginia miała piętnaście i pół roku, jej siostra Vanessa osiemnaście i zostały jedynymi kobietami w domu. Kobietami ojca, tymi które musiały tolerować jego wybuchowe usposobienie, podawać mu podwieczorek, uczestniczyć z nim w środowych nasiadówkach dotyczących rachunków domowych. Jego niezaspokojone pragnienie bycia geniuszem doprowadzało go do dużego przygnębienia,często milczenia i posępności; na co dzień żył jakby na pamięć, pisząc bezustannie palił fajkę i był wtedy zupełnie nieprzystępny. Wraz z jego śmiercią Virginia odetchnęła z ulgą i zaczęła znacznie intensywniej poświęcać się pisaniu.
W„Szkicach z przeszłości” wyczuwalny jest bardziej niż w poprzednich esejach styl wypracowany przez Virginię przez wiele lat; melodyczny, malowniczy, pełen odniesień do kolorów, zapachów, przeżyć, szczegółów. Charakterystyczny, często lekko rozproszony, ale nigdy chaotyczny. Dla wielu czytelników jednak nudny, wręcz męczący i w żaden sposób niewciągający. Mimo wszystko ja czytając Woolf czuję się jakbym przesiadła się z pędzącego pociągu na pokład dostojnie wiszącego ponad chmurami balonu. Mnie pisarstwo Woolf nieustannie zachwyca, bo jest na tyle głębokie, że pozwala zobaczyć dno, poczuć że to już ten moment, po którym nic więcej nie ma. Dalsza decyzja zależy ode mnie. Mogę się odbić, albo tam pozostać. Coraz częściej pozostaję, choć początkowo czułam, że to jeszcze nie ten moment, że mam klaustrofobiczne objawy i muszę wyjść na powierzchnię, opuścić ją. Teraz po przeczytaniu kilkunastu książek Woolf: prozy, dzienników,listów i esejów, rozumiem jej słowa, i być może nawet ją samą, bardziej niż wydawało mi się to możliwe do osiągnięcia.
Jednak zdecydowanie „Chwile istnienia” polecałabym raczej tylko wielbicielom Virginii Woolf, bądź czytelnikom, którzy po przeczytaniu którejś z jej książek chcieliby zapoznać się z życiorysem pisarki, a obszerna biografia Quentina Bella ich przeraża. Jako dzieło samo w sobie sporej części czytelników zapewne nie zadowoli.

Tytuł: Chwile istnienia. Eseje autobiograficzne
Wydawnictwo: Twój Styl
Przełożyła: Maja Lavergne
Ilość stron: 360
Okoliczność zdobycia: upolowana na allegro
Miejsce na półce: wyjątkowe, jak zwykle dla Woolf



2010-04-13

I dymi mgłą katyński las

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las...

(fragment wiersza "Guziki" Zbigniewa Herberta)

Potrzebuję jeszcze pomilczeć. Słowa mnie omijają.
Z dziur sączy się już jad.

A mieliśmy podać sobie znak pokoju.
Dostało mi się za to, że dostrzegam w człowieku człowieka. W jednym. Drugim. Trzecim. Dziewięćdziesiątym szóstym.
Polska.

2010-04-10

Smutek

Kiedy człowiek budzi się w sobotni wiosenny poranek, odsłania rolety i widzi za oknem deszcz to planuje zrobić wszystko, żeby ten dzień w uśmiech przystroić. Jak zwykle wsuwa zmarznięte stopy w kapcie, stawia wodę na kawę, sięga po kostkę czekolady i załącza radio... a tam słyszy o tragedii samolotu rządowego Tu-154, w którym ginie pod Smoleńskiem nasz Prezydent Lech Kaczyński wraz z małżonką Marią Kaczyńską oraz mnóstwem innych osobistości rządzących naszym krajem i pełniących w nim ważne funkcje.
To niewiarygodne, bez względu na to jakie są moje zapatrywania polityczne... rozpłakałam się. Usiadłam i zaczęłam się zastanawiać co jeszcze mnie czeka.
Nie ogarniam pewnych sytuacji.
Nie ma Jana Pawła II...
Nie ma Prezydenta...
Kto następny?
Co następne?
Polska się kruszy, rozpada... teraz tylko czekać kiedy wybuchnie.
Tym samolotem leciało  96 osób, zwyczajnych niezwyczajnych ludzi, pojedynczych istot będących dla najbliższych całym światem. Każda tragedia mną wstrząsa, szczególnie lotnicza, bo panicznie boję się latać... ilu z nich też bało się latać? Ilu leciało, bo lecieć wypadało? Przecież byli w pracy. Ilu z nich zniżając się do lądowania spoglądało w okno i widziało okalającą lasy katyńskie mgłę? Ilu pomyślało, że może się nie udać...

Dokładnie 70 lat temu w lasach katyńskich rozstrzelano elitę intelektualną... dziś te same lasy pochłonęły elitę polityczną naszego kraju, przedstawicieli rządu, Wojska Polskiego, Rodzin Katyńskich oraz załogę samolotu prezydenckiego.To przeklęte miejsce.
Miała być zwyczajna sobota, a 10 kwietnia 2010 r. przechodzi do historii Polski i Europy.
W lasach katyńskich modlą się właśnie za zmarłych 70 lat temu... i za zmarłych dziś rano.
W radiu muzyka bez słów.
W myślach czarno białe zdjęcie Pary Prezydenckiej.
Mnóstwo refleksji się nasuwa.
A łzy same napływają i kapią na śniadanie, które dziś spóźnione...

Wasza smutna dziś
Virginia

p.s dopisek z 11 kwietnia
Wpis ten został polecony dziś na stronie głównej Onetu, tradycyjnie zdaniem wyrwanym z kontekstu. Sfrustrowanych ludzi było tu pod dostatkiem. Zupełnie niepotrzebnie. Ale byli też tacy, którzy bliscy są moich odczuciom. Tym dziękuję za komentarze, jednak zważając na ich ilość nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć.
Pozostałym nie zamierzam się tłumaczyć ze swoich refleksji, ze smutku, z chwili zadumy. Będę usuwać wszystkie komentarze obrażające mnie, bądź ofiary wczorajszej tragedii.



2010-04-06

Psi zajączek

Nie miała kobieta kłopotów, to sobie psa znalazła.
Właściwie to pies znalazł ową kobietę.
Tym oto sposobem wzajemnego odnajdywania się, mam w domu trzeciego psa. Berneńskiego psa pasterskiego i dwa yorki, bo znajda która nieopatrznie wtargnęła mi w sobotę przed świętami pod koła samochodu jest tej właśnie rasy.

Jechałam sobie na szczęście wyjątkowo spokojnie, kiedy to od strony pasażera na drogę wtargnęło coś czarnego. Zahamowałam gwałtownie, a kiedy wystraszona, że dzień przed Wielkanocą naruszyłam przykazanie Nie zabijaj otworzyłam drzwi, to natychmiast pod pedały wskoczyła krecia kulka. Chwilę później krecia kulka siedziała już na moich kolanach, jakby kolana te znała od lat i radośnie kręciła resztką ogonka.
Lekko wytrącona z planów jakie rozwijałam wcześniej w głowie poczekałam chwilę na właścicieli. Nikt się nie pojawił. Droga pusta, ogrody puste, żadnych śladów, tylko szyby w kuchniach zaparowane od świątecznie wypełnionych po brzegi piekarników i rosołów bulgoczących pod pokrywkami.
Znajda wtuliła się w moje kolana i nie miałam sumienia wyrzucać jej z powrotem na ulicę, więc trafiła do nas... i już trzecią noc śpię z dwoma yorkami na głowie. Nikt przez całe trzy świąteczne dni nie szukał tej ślicznej suczki. Objechałam kilka domów sąsiednich pytać, czy ktoś nie kojarzy czyj to może być pies. Zadzwoniłam do jedynego w naszym mieście schroniska i zgłosiłam, że taka suczka ma się u nas dobrze i czeka na właścicieli. Nikt jej nie rozjechał, nie głoduje, nie zaginęła w ciemnym lesie... nic jej nie zjadło. Czemu do cholery ludzie są tak nieczuli na krzywdy zwierząt i nie szukają swoich zaginionych psów? Czemu na żadnym słupie nie ma ręcznie choćby wypisanej kartki Zaginęła suczka, rasy york, czarna, wypuszczona niedawno spod nożyczek psiego fryzjera. Tęsknimy.
Chciałam ją uratować przed kolejnym nadjeżdżającym samochodem, ale nie planowałam spędzać z nią trzeciej nocy!!! I nie dlatego, że jest mi niewygodnie; nie dlatego że nasz york strzela fochy, bo też nie spodziewał się koleżanki na tak długo (początkowo był gościnny); nie dlatego że mycie dwunastu łap stało się uciążliwe; nie dlatego że ciągle gdzieś jest nasikane, że przejechałam się na psiej kupie po kremowym dywanie tuż przed śniadaniem wielkanocnym; nie dlatego że zwymiotowała się na mojej części łóżka ... nie planowałam tego wszystkiego, bo byłam pewna, że przed pierwszą nocą ktoś się po nią zgłosi. Że ktoś zauważy brak psiaka w domu i zadzwoni tam, gdzie każdy wierny swojemu psiemu przyjacielowi pan by zadzwonił, czyli do azylu. Tam zostawiony jest telefon do nas...
Nie mam już zaufania do tych ludzi. Nie interesuje ich los tej suczki.
To nie tak miało być... mieliśmy nie zdążyć jej pokochać.
Dzieci nazwały ją Didi. Bo reaguje na słowa na literę "D".

Pięć lat temu, takiego samego ubarwienia sześcioletni york nam zaginął. Szukałam go trzy doby. Oblepiłam wszystkie możliwe słupy i gabinety weterynaryjne jego zdjęciem. Dałam ogłoszenie do gazety. Oferowałam wysoką nagrodę. Rozpłynął się... Nie rozumiem jak można trzecią dobę nie szukać trzykilogramowego przymilnego psiaka? Choć jak widać można. Na tym chorym świecie nawet niektórych dzieci nikt nie szuka po dwóch tygodniach od wydobycia zwłok ze stawu.
Idę spać, bo włącza mi się agresja na znieczulicę ludzką. Albo jestem zbyt wrażliwa, albo ten świat się kończy.

2010-04-03

Wesołego Alleluja

Niech nadchodzące Święta przyniosą Wam radość i wewnętrzny spokój,
pozwolą na chwile wypoczynku i refleksji, na które brakuje nam czasu;

niech promienie słoneczne wypełnią Wasze dusze wiosennym blaskiem,
który sprawi, że wiara, nadzieja i miłość,
narodzą się ponownie w Waszych sercach,
po zimowym stanie spoczynku.

Wesołego Alleluja!!! :)

2010-04-01

La lingua e la letteratura italiana

Nel Trecento, periodo molto importante per la storia della lingua italiana, visero tre grandi scrittori toscani: Dante, Petrarca,Boccaccio.
Dante Alighieri (1265-1321), considerato il padre lingua italiana, con la sua „Divina commedia” difese l'uso del volgare, che riteneva piu facilmente comprensibile del latino, in particolare da parte diquegli italiani che, non conoscendo il latino, non potevano accostarsi alle opere di cultura.
Francesco Petrarca (1304-1374) il grande poeta d'amore, scrisse e dedico ad una donna di nome Laura, di cui era innamorato senza speranza, la sua opera piu nota, il „Canzoniere”, che venne pubblicato qualche anno dopo la „Divina Commedia”.
Giovanni Boccaccio (1313-1375) e autore di „Il Decamerone”, primo vero esempio di prosa narrativa.
Questi capolavori, scritti in fiorentino, rappresentarono soprattutto modelli di lingua e di stile, ed il fiorentino stesso, grazie alla sua dolcezza, alla sua eleganza ed alla sua minore lontananza dal latino rispetto agli altri dialetti, divenne col tempo la lingua di tutti gli italiani.
Del periodo del Rinascimento possiamo ricordare i poeti epici Ludovico Ariosto e Torquato Tasso. Il primo e l'autore de „L'Orlando Furioso”, il secondo de „La Gerusalemme liberata”. Uno dei piu apprezzati grandi poeti del passato (prima meta dell'Ottocento) e Giacomo Leopardi. All'Ottocento appartiente anche un altro grande scrittore, Alessandro Manzoni, l'autore de „I promessi sposi”.
Nella letteratura italiana del Novecento si possono differenziare due correnti principali: quella del romanzo a sfondo storico-sociale(Verga, Bacchelli, Silone) con componenti neorealistiche affini a quella del cinema (Pavese, Moravia, Pratolini, Cassola), e quella del romanzo psicologico con venature kafkiane (Buzzati) o psicanalitiche (Svevo, Moravia, Bassani).

Arrivederci a presto!!!  :)

p.s dopisek z 2 kwietnia... ten wpis był żartem na Prima Aprilis... czy ktoś może mi go przetłumaczyć? :) :) :)
Tak na poważnie, to tekst pochodzi z książki "Italiano - Repetytorium Tematyczno Leksykalne" Aldona Jenerowicz & Carluccio Giorgi i rozumiem sporo, choć nie wszystko. Uczyłam się dwa lata włoskiego, ale po kilku latach przerwy nie byłabym w stanie napisać takiego tekstu poprawnie gramatycznie.
Mile jednak sporo osób mnie zaskoczyło znajomością włoskiego :)



2010-03-29

Puk, puk, wiosna idzie... ależ proszę

Miało mnie dopaść przesilenie wiosenne, ale ostatecznie wybrało inną drogę, a ja niczym radosny krokusik, rozpromieniona, słońcem łechtana, sił dostałam nadprzyrodzonych. Kilka dni temu ściągnęłam kożuch liści zebrany na budzących się do życia w ogrodzie: żółtych krokusach, fioletowych irysach, czerwonych tulipanach; wyplewiłam resztki jesiennych pozostałości po chwastach; wyszorowałam dziesięciometrowy taras i przygotowałam wszystkie zimowe buty do upchania w kartony.Wyszedł karton na głowę, bo jeszcze znalazły się buty za małe; buty które czekały na swoją kolejkę i się nie doczekały, oraz tak zwane buty widmo - są kiedy sprzątam, nie ma ich kiedy w pośpiechu trzeba wybiec z domu.
Wczoraj pozaklejane kartony wyjechały na poddasze,ugotował się obiad, wysprzątał cały dom; z innych kartonów wyskoczyły mechate zające, grubaśne barany, jednookie kurczaki i wielkanocne jajka, które koniecznie musiały zawisnąć na lampie. Umyły się okna (sztuk sześć, jeszcze jakieś dziesięć zostało), garnki które ktoś cały dzień mi podrzucał, a na koniec jeszcze samochód się umył z pomocą czterech małych rączek, które sprawiły, że trzy pary świeżo dzień wcześniej wyszorowanych precyzyjnie butów, zaszło błotem, a właściwie w nim utonęło.
Druga Połowa w tym czasie sprawił, że mamy owocowo w przedpokoju. Morele mnie miło zaskoczyły i mam ochotę na przemalowanie całego domu (on oczywiście znacznie mniejszą) ... tej głębi, intensywności koloru, tej świeżości potrzebowałam. I czystych okien. I krokusów miniaturowych gdzieś tam w ogrodzie, niewidocznych, przyczajonych, ale ważne że mam świadomość ich kwitnięcia. I tulipanów na stole. I puchatych bazi na oknie. I kawy na tarasie... i bażanta, który od pięciu lat nam towarzyszy i dostojnie, niczym mniejsza wersja pawia prezentuje swe upierzenie, i niczym bardziej uparta wersja koguta budzi bażancim jazgotem o poranku... dziś zapomniał zegar biologiczny przestawić, ale za to zabrał żonę na spacer. Pierwszy raz tej wiosny.
p.s właśnie w wiadomościach przeczytałam, że zmarła Eva  Markvoort, od kilku miesięcy śledziłam jej szpitalne życie, które opisywała na blogu.  W środę, tak jak moja mama, obchodziłaby urodziny ... Eva 26. Smutno mi się zrobiło. To była sympatyczna dziewczyna.