2010-10-04

Nike 2010 dla dramatu "Nasza klasa"

Właśnie przed chwilą skończyłam oglądać transmisję z gali wręczenia statuetki Nike, wprost z Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego i powinnam iść spać, bo wstaję za sześć godzin, a nim jeszcze tutaj coś napiszę, przemyślę, i nim zniknie mi z oczu obraz niezwykle fascynującego mnie Jacka Dehnela, to się okaże, że wstaję za pięć, co może okazać się dramatem o poranku.
Mój faworyt, wyżej wspomniany Jacek Dehnel, niestety jako poeta musiał ustąpić dramaturgowi, co mnie troszkę zasmuciło, bo mocno ściskałam kciuki, ale jestem pełna nadziei, że za rok się uda. Jacek Dehnel powiedział o sobie: od wielu ludzi różnię się tym, że jestem kolekcjonerem, zbieractwo to specyficzny rys charakteru; jestem żarłoczny, co się tyczy książek, kultury, a to z kolei łączy się ze zbieractwem... i bardzo dużo myślę o śmierci... śmierć jest na tyle intensywną sprawą w naszym życiu, że nie możemy jej omijać... Lubię go. Nawet bardzo. Za tę żarłoczność, muszkę na szyi, „Lalę” i „Ekran kontrolny” też. Jednak Nagroda Nike nie była mu pisana. Szkoda.
W tym roku, ten najbardziej prestiżowy laur literacki, jakim w Polsce jest Nagroda Nike, przypadł Tadeuszowi Słobodziankowi za dramat „Nasza klasa”. Przyznam szczerze, że nawet tej książki nie miałam w rękach, przeszłam koło niej kilka razy obojętnie, bo niewiele o niej mówiono oprócz tego, że jest nominowana do tegorocznej Nike, a nie rzucam się na wszystko co nominowane, bądź nawet nagradzane, bo zwyczajnie nie mam tego w zwyczaju. Jednak kiedy przewodnicząca jury, profesor Grażyna Borkowska, odczytała laudację na temat książki Tadeusza Słobodzianka to pożałowałam swojej obojętności skierowanej ku tej pozycji.
„Nasza klasa” to dramat osnuty na historii Jedwabnego, miasteczka w województwie podlaskim, w którym to 10 lipca 1941r. dokonano mordu co najmniej 340 Żydów, przez miejscowych Polaków. Bohaterami książki są uczniowie tej samej klasy – Polacy i Żydzi – którzy żyją zgodnie, aż do czasu wybuchu wojny. Jednak po wkroczeniu wojsk, najpierw radzieckich, a później niemieckich, narastają w nich negatywne emocje, które kończą się serią gwałtów, morderstw i masowych tortur. Autor został nagrodzony nie za odwagę podjęcia trudnego tematu, ale za formę dramatu, za sposób w jaki nakreślił historię katów i katowanych, kolegów z jednej ławki szkolnej. Sam autor powiedział: napisałem Naszą Klasę z jakiegoś poczucia świadomości, że my nie jesteśmy tylko jako naród... że nie możemy przez całą swoją historię przyznawać się do tego, że to tylko nam zadawano cierpienia, ale także do tego, jak my Polacy potrafimy zadawać cierpienia.
Tadeusz Słobodzianek (1955r.)dramaturg, reżyser, krytyk teatralny. Współzałożyciel Teatru Wierszalin. Autor takich dramatów, jak „Car Mikołaj” (1985), „Obywatel Pekosiewicz” (1986) „Turlaj groszek” (1990), „Prorok Ilja” (1992), „Merlin. Inna historia” (1992), „Sen pluskwy” (2001). Laureat wielu nagród i wyróżnień, m.in. Paszportu Polityki (1993), Nagrody im.Stanisława Piętaka (1993), Nagrody Fundacji im. Kościelskich (1994). Od 2003 roku prowadzi warszawskie Laboratorium Dramatu – teatr i ośrodek badawczy wspierający współczesną dramaturgię.
Dramat „Nasza klasa”stanowi podwójną korzyść dla kultury polskiej, bo oprócz wersji książkowej jest też sztuką teatralną, która swoją premierę będzie miała 16 października na deskach Teatru Na Woli.
Żałuję, że mam tak daleko... i że zwracam uwagę na tytuły książek.


Z dialogów rodzinnych odc.14 - rozmowy (nie) kontrolowane

Każda niedziela, począwszy od września, jest jak wracający bumerang, który pędzi z góry zaplanowanym celem zapędzenia mnie w kozi róg. Staram się umknąć. Jednak Lola jest czujna. Powraca niechęć, niepewność, tkliwość; domowe zacisze ją rozmiękcza, łaskocze swym lenistwem, a wisząca na suszarce przedszkolna piżamka prowokuje do złych wspomnień i staje się bodźcem do zadawania mamie niezręcznych pytań.
- Czy ja muszę chodzić do tego przedszkola – pyta Lola ze spokojem w głosie, ale nadzieją w oczach.
- Kochanie, wszystkie dzieci chodzą – odpowiadam zaatakowana podczas sypania pietruszki do rosołu i staram się utopić w nim szybko słowo „musisz”.
- Ale ja się tam smucę – dodaje przyklejona do mojego kolana i swym natrętnym zwyczajem staje nerwowo stopą na stopę.
- Nie musisz się smucić, przecież wiesz, że się śpieszę po ciebie i cały dzień jestem w twoim serduszku...
- Wcale nie – przerywa mi natychmiast. - Skoro w nim jesteś, to dlaczego z niego nie wyskakujesz zaraz po obiadki i muszę leżakować? - pyta wlepiając we mnie swe duże błękitne oczy.
- Bo to nasza tajemnica skarbie, inne dzieci nie mogą się o tym dowiedzieć – próbuję ratować sytuację. - Ale ja w nim naprawdę jestem, tak jak ty jesteś w moim, kiedy jestem w pracy...
- Wcale nie – przerywa mi znowu. - Nie mogę być w twoim serduszku. Przecież ja jestem w przedszkolu, kiedy ty jesteś w pracy.



2010-09-30

Migdałowy blues

Jak to zwykle o tej porze roku bywa, pochorowałam się. Migdały mam jak śliwki węgierki i siedzę owinięta dwukrotnie szalem, z wysoko postawionym kołnierzem.Ogrzewam piecykiem raz jedną nóżkę, raz drugą, zaparzam kawę za herbatą, po kawie znów herbatę i czuję jak każda kosteczka puchnie we mnie od nadmiaru przeziębienia. Zamykam oczy i wszystko wiruje, głowa jakaś nie moja dziś, cięższa, wolniejsza, drzemiąca.
Nie chce mi się pracować, ani czytać, ani pisać, ani nawet porządku w torebce zrobić, a przydałby się, bo gdzieś na dnie leży czekolada, z nowej wyszczuplającej linii, cienkiej jak pół kalorii, o smaku brzoskwiniowo-żurawinowym. Znajdę cię. Kiedyś cię znajdę, zanuciłam za Reni Jusis... 
Dziś Dzień Chłopaka, jednemu kupiłam ciepły sweterek, drugiemu szlafrok w pingwiny.Wiem, że pingwiny będą miały większe branie. Trudno, muszą się podzielić. Mężczyzna w tym momencie musi ustąpić Chłopakowi, bo właśnie patrzę, że to dwa różne święta. Czy istnieje jeszcze coś, lub ktoś, kto nie ma swojego dnia w kalendarzu? Nawet Ziemniak, i osobno Pieczony Ziemniak, dożyły czasów odpowiedniego poszanowania i celebracji :)
A w domu czeka na nas zapiekanka z kalafiora i brokuł, w sosie śmietanowo serowym, z talarkami duszonej polędwiczki. Nie lubię gotować, przegotowałam się, ale podobno wszystko smaczne mi wychodzi i druga połowa sugeruje przebranżowienie... Czy warto w obecnym kryzysie inwestować? Patrząc na siebie, koleżankę zza ściany, kolegę kilka ulic dalej, sieć Travel Orbis, zaczynam powątpiewać i mam ochotę na L4 w jaskini, do czasu odpłynięcia kryzysu. Bynajmniej nie krócej, jak do wiosny.
Dobrze, że jutro już piątek... a za dwa tygodnie podobno zima. Taadammmm, będę w śpiworze do pracy przychodzić :)

p.s
Od jakiegoś czasu poszukuję książki „Przyślę Panu list i klucz” Marii Pruszkowskiej. Nie ma ktoś, gdzieś, w piwnicy może, albo w skrzyni ze starymi książkami? Mam na nią wielką ochotę i chętnie odkupię, bądź wyślę coś na wymianę.

p.s
Wszystkiego najlepszego Chłopakom. I Mężczyznom też, za jednym razem. Przecież oni z jednej gliny zlepieni. Tatuś i syn. Tak jak Matka i córka... Lola mi wczoraj powiedziała "mamo, chcę być taka jak ty, duża, dorosła". Dlaczego spytałam? "Bo będę mogła więcej niż mogę, i wyprzedzę Charliego". Wie dziewczyna czego chce. I już nie płacze w przedszkolu :)

Wasza przeziębieniem nadszarpnięta



2010-09-23

Ach ten Truman

Wiecie, że chodzenie na pocztę i po rurkę z serem bywa niebezpiecznie uzależniające i tragiczne w skutkach dla wyników pracy? Z miłą chęcią znajduję sobie rano zawsze coś do wysłania i idę drogą okrężną, byle na trasie biuro-rurka-poczta, znalazła się księgarnia.Wchodzę, tak dziwnie niepełna, bez dzieci, skręcam od razu na dział literatury pięknej, a nie kolorowanek, i przeglądam, podczytuję, porównuję. Jaki miły poranek...
W piątek trafiłam na książkę „Kłopoty to męska specjalność” Charlesa Bukowskiego, a dziś na nowość wydawniczą Albatrosa „Inne głosy,inne ściany” Trumana Capote. Ott, takie perełki sobie wyszperałam i jedna z nich tkwi teraz w torebce... zamykam oczy, przenoszę się na mój taras, gdzie stoją dwa samotne leżaki i słońce się marnuje, otwieram książkę i już jestem w powieści Capote:
„Osierocony przez matkę trzynastoletni Joel Knox wychowuje się w Nowym Orleanie pod opieką ciotki. Pewnego dnia dowiaduje się, że ma jechać na prowincję, do domu ojca, którego nie zdążył poznać, by tam rozpocząć nowe życie. Wrażliwy i obdarzony bogatą wyobraźnią, trafia do świata, którego nie potrafi zrozumieć. Ojcowska posiadłość, niszczejąca i porośnięta dziką roślinnością, okazuje się miejscem tajemniczym i niepokojącym, pełnym niewyjaśnionych odgłosów, dziwnych przedmiotów i obcych ludzi. Jego  ojciec zaś - niezdolnym do nawiązania jakiegokolwiek kontaktu paralitykiem: z praktycznego punktu widzenia jedynie parą oczu i ręką rzucającą czerwone piłeczki tenisowe. To już nie ojciec, ale „pan Sansom”. Osamotniony Joel walczy o miłość otoczenia, zabiegając o względy i uwagę kolejnych osób - krewniaka, czarnoskórej służącej, wreszcie dziewczynki z sąsiedztwa” (opis pochodzi z okładki książki).
A teraz otwieram oczy i co widzę... pracę widzę, widzę pracę. Pozwolę sobie tylko na pierwszy rozdział, ale ciiii :)
Wczoraj mąż przyniósł do domu ciekawe motto życiowe, którym uraczył go jego klient po udanej transakcji: Niemożliwe robię natychmiast. Na cud dajcie mi trzy dni... i tak sobie myślę, że dokonałam cudu w tydzień. Polubiłam swoją pracę, bo jak tu na nią złe słowo powiedzieć, kiedy daje mi możliwość spędzenia dopołudnia w samotności, tylko z Trumanem Capote w trzynastometrowym pomieszczeniu, wypełnionym zapachem perfum i jeżynowej herbaty, podczas gdy rurka z serem zwija się ze śmiechu na talerzyku.

Miłego dnia
Choć to już jesień, ale przynajmniej na razie piękna
Wasza, pod biurkiem dziś tankująca słowa

2010-09-21

"Przytul się do mnie"


Jesteśmy tacy delikatni
Aż strach
Oczy z niebem i łąką
Chroni powieka z bibułki
Nóż wchodzi w brzuch
Łatwiej niż w chleb
A krew
Przy nieostrożnym ruchu kierownicy
Wyfruwa jak spłoszony ptak
Nasza płeć
Meduza wyrzucona na brzeg
Tylko przez chwilę wilgotna
Wszystko w nas
Jest bardziej kwestią czasu
Niż w przypadku cegieł
A nawet kruchego szkła
Kamień posiada nad nami
Druzgocącą przewagę
Więc przytul się do mnie

Tylko czułość idzie do nieba

Wiersz Tomasza Jastruna z tomiku "Tylko czułość idzie do nieba"



2010-09-19

Kręci się karuzela

Minął mnie tydzień, a ja mam wrażenie, że w ogóle się z nim nie spotkałam. Zupełnie jakby trwał sam dla siebie, a nie w komitywie ze mną. Obcy. Bezkompromisowy. Stanowczy.
Niby wszystko tak blisko mnie dotyczyło, a miałam momentami wrażenie, że dzieje się poza moją świadomością. Jakbym nie potrafiła wpasować się w ten cały marazm i miała na nogach za ciasne buty. W dodatku cudze.
To ciekawe doznanie, kiedy robi się coś wbrew sobie. Kiedy ciało wykonuje plan, a dusza obraca się plecami, by tego nie widzieć. Jakby się grało w spektaklu, który zrzuci się z siebie za kulisami i odłoży na wieszak do kolejnego występu. Sfatygowany fartuch uszyty z codziennych potknięć, trudnych decyzji, niepewnych posunięć.
Ciężko mi było, ojjj bardzo. Lola to uparta, pełna sprzeczności i pewności siebie, indywidualistka. Stwierdziła, że przedszkole jest głupie. Bywa i głupie, ale przecież nie mogę powiedzieć, że ma rację. Wzięła mnie na sposób, swój skrupulatnie przemyślany plan. Odstawiła w połowie tygodnia histerię, głośny krzyk i wymieniła oczy na inne. Pełne żalu, smutku, rozgoryczenia i błagalnej głębi. Mamusiu proszę, nie zostawiaj mnie, będę grzeczna, czemu mnie oddajesz... Mamusiu, proszę, proszę, nie chcę, nie chcę, nie zostawiaj mnie... Krzyk był dla mnie znacznie łatwiejszy. Bunt dziecka mniej boli, niż jego smutek. Histerie się zwykle ignoruje, łzy powinno się eliminować. Ale jak? Jak, kiedy to takie trudne, bo dotyczy ukochanego dziecka. Wiem, że nie dzieje się jej krzywda, wiem, że to minie, ale tak trudno pracować, kiedy z samego rana robi się coś wbrew sobie... i wbrew własnemu dziecku. Każdego ranka, wprowadzając Lolę do przedszkola walczę z tym, żeby nie pokazać swojej słabości i nie zawrócić z nią wtuloną we mnie, do samochodu. Nie podarować jej uśmiechu w prezencie na dzień dobry. Wytrzymuję. Wchodzę. I cierpię chyba bardziej niż ona...
W ciągu dnia jednak wracam do sił, stopniowo, ale konsekwentnie. Muszę. Piję kawę, jem francuską rurkę z serem, słucham Radia Zet, pełna nadziei zerkam na przechodzących ludzi i odliczam do pięćdziesięciu nim pięćdziesiąty pierwszy osobnik wejdzie do mnie. Jest dobrze, myślę sobie, przecież mógł nikt nie wejść, jak w pierwszym tygodniu.
Próbuję też dodzwonić się do pana od reklamy, który po dwóch tygodniach stwierdził, że najlepiej by było, gdybym odrąbała ten kawałek drewnianej, rzeźbionej konstrukcji na zabytkowej kamienicy, bo on ma problem z zawieszeniem reklamy świetlnej... Mężczyźni nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Kobiety są bardziej skomplikowane, to fakt, ale mężczyznom lepiej idzie komplikowanie.
Szczerzę się do najemców, kiedy mijają mój grajdołek, zerkam nerwowo raz na nich, raz na plakat reklamowy przyklejony dwustronną taśmą klejącą i modlę się, by nie odkleił się akurat teraz, bo pod nim niespodziewanie odpadł tynk w sześciu miejscach. Mnie oczywiście... kiedy próbowałam zmienić klimat z letniego na bardziej jesienny.
Roznoszę ulotki, dzwonię, piszę e-maile, zachęcam, doradzam, analizuję, raportuję, plotkuję, wracam do ludzi. Uśmiecham się, bo w międzyczasie, w nocy, w pracy, i trochę w samochodzie, napisałam opowiadanie... I to nie do szuflady. W listopadzie pojawi się ono w szóstej książce Moniki Sawickiej pt. „Szeptem”... chyba muszę więcej pisać. Łatwiej znoszę te wszystkie zmiany, kiedy mogę, choć na kilka minut w ciągu dnia, przenieść się do mojego azylu, na sam koniec myśli, tuż za róg zwyczajnej codzienności.
p.s. Rozpoczęła się kolejna edycja programu "Mam talent". Moje dzieci go uwielbiają, o czym już kiedyś pisałam (Talenty Charliego)... Lola dziś podczas jego trwania prawie się pakowała. Wyjeżdża. Do Mam talent. Będzie śpiewać jestem muzykantem, konszabelantem, my muzykanci konszabelanci i do tego wykręci skomplikowane piruety baletowe :).
Od trzech tygodni uwielbiam weekendy. Bez płaczu, bez pośpiechu, z szarlotką na stole i kieliszkiem czerwonego w wannie. Muzycznie



2010-09-06

"Oryginał Laury" Vladimir Nabokov

 

Vladimir Nabokov jest dla mnie mistrzem, tak jak Virginia Woolf, z tą jedną różnicą, że w przypadku Nabokova przede mną jeszcze przyjemność wynikająca z zagłębiania się w jego literaturę i biografię. Jednak wystarczyła mi lektura „Lolity”, by bez wątpliwości stwierdzić, że stał on się jednym z moich ulubionych pisarzy i z czasem stopniowo będę starała się jego postać dogłębnie prześwietlić.
„Oryginał Laury” to ostatnia, niewydana za życia pisarza, książka Nabokova. Pracował nad nią ponad dwa lata, od czasu nieszczęśliwego upadku na zboczu góry Davos, który to napoczął jego zdrowotne problemy, aż do czasu ostatnich miesięcy swojego życia, które spędził w szpitalu w Lozannie. Prawdopodobnie to w tym klaustrofobicznym mikrokosmosie szpitalnej izolatki przeprowadził poważną rozmowę ze swoją żoną Verą, w której podkreślał, że gdyby nie zdążył ukończyć napoczętej Laury, to należy rękopis niezwłocznie spalić. Jednak wdowa po pisarzu nie spełniła ostatniej woli swojego męża i jedynie ukryła rękopis w głębinach szwajcarskiego banku, gdzie żył on w cieniu szuflad ponad trzydzieści lat, pilnie strzeżony, tajemnicą owiany i długo przez miłośników Nabokova wyczekiwany, z czym nie lada problem miał syn pisarza Dmitri. Wiele lat, już po śmierci matki, zastanawiał się on, czy spełnić wolę ojca i docelowo spalić rękopis, czy opublikować wbrew jego prośbom dzieło nieskończone. W końcu, po szczegółowej analizie apeli zwolenników i przeciwników publikacji Laury, postanowił po uprzednim dokonaniu niewielkich zabiegów edytorskich wydać dzieło ojca. Tym oto sposobem przepięknie wydana anglojęzyczna wersja "The oryginał of Laura" pojawiła się w sprzedaży (równocześnie w Londynie i Nowym Jorku) 17 listopada 2009r. i co ciekawe istnieje w niej możliwość wyciągania pojedynczych fiszek i układania ich we własną wersję powieści. W polskiej wersji czytelnicy takiej możliwości nie otrzymali, co jest niezgodne poniekąd z oryginałem i odbiera jeszcze większą przyjemność z odczytywania tej książki, ale tu chyba górę wzięły kwestie finansowe, bo takowa oprawa podrożyłaby jeszcze i tak już mocno wygórowaną cenę. Jednak, mimo pewnej niezgodności, Wydawnictwo Muza stanęło na wysokości dzieła i z właściwym poszanowaniem wielkiego pisarza przekazuje w ręce czytelników jego ostatnie słowa. Przyznam, że nie spotkałam się jeszcze z taką formą wydania jakiejkolwiek powieści, w której znajduje się pełny, oryginalny zapis słów autora i jest to zdecydowanie w tej chwili najpiękniejsza książka, sama w sobie, jaką mam w biblioteczce. To perełka na wagę ciągłego przytulania do piersi, głaskania po okładce, odszyfrowywania ołówkowych przekreśleń i analizowania pojedynczych słów. Zdecydowanie warta wydania i przygarnięcia przez miłośników nie tylko Nabokova, ale także wszystkich tych, których interesuje sam kunszt powstawania powieści.
Sama treść niewiele nam mówi. Bo to tak naprawdę powieść, której nie ma. Czytelnik otrzymuje tylko jej fragmenty zmontowane z fiszek, niedokończonych zdań i chaotycznych, wyłapywanych szybko, często nierozwiniętych myśli, punktów, zamysłów ku stworzeniu powieści. Czasem nawet pojedynczych słów, jak na ostatniej fiszce... wymazywać, wykreślać, kasować, usuwać, wygumkowywać, ścierać, unicestwiać.
Z pomiędzy wielu, w pełni udanych, zakończonych zdań, wyłania się postać dwudziestoczteroletniej Flory, do przesady szczupłej, niecierpliwie pięknej, w aksamitnych pantofelkach, ale z widoczną rysą stworzoną z powtarzających się zdrad wobec męża Philipa Wilda. On z kolei, inteligentny, potężny, sławny neurolog, upokorzony zdradami żony, szuka sposobu na śmierć bezbolesną... i znajduje... intrygującą samobójczą metodę wymazywania poszczególnych części ciała z wcześniej narysowanego swojego mentalnego portretu. Nic więcej nie zdradzę, oprócz tego, że to książka w książce i tytułowa Laura jest postacią wzorowaną na Florze, a może Flora na Laurze? Właśnie to jest w tej książce najpiękniejsze... poszukiwanie... wynajdywanie punktu zaczepienia, zdań które byłyby pierwszymi; słów, które nie zostały rozwinięte w zdania, a także samego Nabokova, który pisząc swe ostatnie słowa zapewne też szukał sposobu na śmierć bezbolesną, która nieuchronnie się zbliżała. To niewątpliwie dzieło, mimo iż nieskończone, wymagające zaledwie trzydziestu minut na przeczytanie... niewiele prawda? Wręcz rzec by się chciało niepotrzebnie mąci w głowie, prowokuje niezrozumienie i zabiera czas. Dla mnie jednak ma swoją wartość i myślę, że dla wielu będzie to książka wyjątkowa, intrygująca i nadal pełna tajemnic. 


2010-09-05

Finałowa siódemka Nike 2010

W maju prezentowałam dwudziestu kandydatów do tegorocznej nagrody NIKE, a już jesteśmy po debatach jury wyłaniających finałową siódemkę nominowanych. Zaskoczona jestem wyeliminowaniem Olgi Tokarczuk i Joanny Bator, choć wcale nie znaczy to, że w równym stopniu tym paniom kibicowałam. Szczerze mówiąc jestem w kropce... lubię Jacka Dehnela i szanuję Julię Hartwig (przeczytałam gdzieś ostatnio: gdyby Miłosz był kobietą pisałby jak Hartwig, i coś w tym jest), ale NIKE to nie nagroda za całokształt, więc pewnie się nie uda.
Może Janusz Rudnicki?... Nie czytałam jego opowiadań, ale podobno warto poświęcić im uwagę i zabieram się za ich przeglądnięcie w księgarni. Tymczasem po przeczytaniu w miesięczniku Nowe Książki wywiadu ze Stefanem Chwinem, zakupiłam "Esther" i wypożyczyłam "Złotego pelikana". Zauważyłam, że w literaturze mam słabość do mężczyzn. Piszących mężczyzn. Mam wrażenie, że oni albo piszą dobrze, albo nie piszą wcale. Nie trafiłam jeszcze na męskie tak zwane czytadło.
A oto wspomniana już siódemka. Po raz trzeci zdarza się w historii Nagrody NIKE, że w finale nie ma żadnej powieści (wcześniej w 1998 i 2005):

1. „Śmierć czeskiego psa” - Janusz Rudnicki, W.A.B (proza-opowiadania)
2. „Jasne niejasne” - Julia Hartwig, a5 (poezja)
3. „Dni i noce” - Piotr Sommer, Biuro Literackie (poezja)
4. „Ekran kontrolny” - Jacek Dehnel, Biuro Literackie (poezja)
5. „Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu” - Magdalena Grochowska, Świat Książki (biografia)
6. „Nocni wędrowcy” - Wojciech Jagielski, W.A.B (reportaż)
7. „Nasza klasa” - Tadeusz Słobodzianek, słowo/obraz terytoria (dramat)
Pięciu mężczyzn i dwie kobiety... do kogo trafi tegoroczna statuetka? Finał już 3 października.




2010-09-04

Jednak łzy

Zawijam blond włoski wokół palca, a po chwili chowam małą dłoń w swoją, opuszkiem kciuka muskając dziecięcą skórę... smutek przenika zalaną łzami poduszkę. Do ostatniego mrugnięcia przed snem prosiła bym jej więcej nie oddawała do przedszkola.
Nie potrafię się uśmiechać, kiedy czuję na ręce i nodze jej ostatnie uchwycenie przed oddaniem ... kiedy widzę na jej policzkach łzy i nagle przede mną ktoś zatrzaskuje drzwi i już nie mogę jej przytulić.
Wiem, że to minie, mam już za sobą te doświadczenia. Ale serce mi pęka, kiedy przez cały dzień myśli krążą mi wokół tego jej ostatniego spojrzenia.

2010-08-31

Ostatni taki dzień

Trzydziesty sierpnia. Dziesięć stopni za oknem. Dosine, różowo-biało-kawowe podkolanówki na nogach. Pod nogami dwie kulki psiej sierści stykające się w oznace przyjaźni.Wyczuwalny ziąb na wszystkich dwudziestu palcach. Marznę, a według kalendarza powinnam stać w garderobie i przeglądać właśnie wieszaki z letnimi, zwiewnymi sukienkami, wsparta o promienie słońca wpadające przez okna dachowe. Tymczasem jak co roku dałam się zwieść nadziejom i wypełniona złudzeniami mogę jedynie przykleić nos do szyby, po której krople deszczu prześcigają się w swej ostatniej drodze ku rozpryśnięciu.
Dzieciaki w piżamach.Trwa ostatni dzień, kiedy nikt nikogo nie pogania. Sama też pozwalam sobie na błogie lenistwo, na drugą już kawę, na szlafrok, dziecko na kolanach, przytulanie, dwie książki pod ręką, podsmażony chleb z czosnkiem, mozarellą i pomidorem... otwieram na przypadkowej stronie Sekretny układ, jedną z najlepszych książek portretujących Woolf i wyłapuję z tekstu słowa... Jego dalsze życie całkowicie zniweczyłoby moje. Co by się stało? Nie pisać, nie czytać – to niewyobrażalne (V.Woolf, 28.XI.1928r.).
Tak, to niewyobrażalne. Zastanawiam się jak od jutra ułożyć sobie codzienność, żeby nie odczuć tęsknoty za słowem. Żeby nie poddać się pędowi, pospolitemu chaosowi, którego tak bardzo chcę uniknąć. Żeby nadal znajdywać czas na Moleskine, listy, mejle, książki, blogi, słowa, słowa, słowa ... czy to możliwe do zrealizowania jeśli przede mną wizja powrotów do domu o siedemnastej? Jeśli od jutra słowa muszę w ciągu dnia zamienić na cyfry, poszukiwanie siebie na poszukiwanie pieniądza na czynsz, błogie refleksje na intensywne, acz niepewne w skutki działanie? Czuję jak wypełnia mnie obawa, że to wszystko mi się nie spodoba... Że przyjdę, otworzę drewniane drzwi, uśmiechnę się, sprzedam, obsłużę, doradzę, przestawię, przeliczę, pozamiatam, zamknę, wrócę pusta i zastanie mnie wieczór nim znów się wypełnię.
Mam jednak nadzieję, że to wizja deszczowa, skrajnie pesymistyczna, a tak naprawdę na co dzień obcowanie z ludźmi stanie się czymś przyjemnym, czymś czego przecież tak bardzo mi brakowało, a wyniki mojej pracy sprawią, że odnajdę się w nowym wcieleniu... w przeciwnym razie w przyszłym roku o tej porze będę na innej drodze. Najważniejsze teraz dla mnie jest to, żeby Lola jutro uśmiechnięta ucałowała mnie w drzwiach przedszkolnych na pożegnanie!!! Wtedy ja też inaczej, pełna nadziei spojrzę w przyszłość,  wypełniając pracą  lukę po wypuszczeniu spod skrzydeł mojego blond aniołka. Na obecną chwilę przyglądam się córce i zastanawiam się, która z nas pierwsza przystosuje się do nowej rzeczywistości. Obstawiam, że ona... dzieci są bardziej giętkie, elastyczne i podatne na zmiany. Poza tym nie dostrzegają alternatywy, ich umysł nie błądzi, nie analizuje, tylko łapie się rzuconej przez dorosłych liny, która prowadzi, a w razie potrzeby wciąga. Czasem chciałabym być ponownie dzieckiem. Ubrałabym różowe balerinki i piruetem podążyła za marzeniami.
Tymczasem idę poszukać trzech par kaloszy, płaszcze przeciwdeszczowe i ruszamy ponownie do TP załatwić internet do biura, bo blog powiedział, że tam gdzie ja, tam on. I ma rację. Kto powiedział, że muszę się pozbywać wszystkich przyjemności jednego dnia, wystarczające to dla mnie przeżycie, że oddaję Lolę w obce ręce. Przynajmniej Was chcę zabrać ze sobą. Że też wcześniej na to nie wpadłam. Oooo, słońce wyszło... żartuję :). Ale znacznie mi lepiej. Refleksyjność pobudza kreatywność.
Miłego dnia. Czy pierwszy wrzesień to dla Was też jakieś zmiany?

Wasza od jutra w innej oprawie, ale ta sama



2010-08-26

Z pokładu codzienności

Kilka lat temu bym powiedziała, że w moim życiu coś się dzieje. Teraz mówię, że to tylko pospolity chaos. W biurze mam już prąd, ale nie mam lampy. Nie wiem nawet jaki kolor mają ściany. Mam też trzy kwiatki w lawendowych donicach, ale nie mam mebli. Telefon wewnątrz traci zasięg. Powierzchnia z 18m skurczyła się do 13m według danych z umowy, ale chyba się zmieszczę. Najwyżej wyjdę na korytarz i będę rozdawać uśmiech przed drzwiami. Mam już kilka pomysłów w głowie, a na głowie problem czynszu płatnego do dziesiątego, ale dobrze mi w letnich, zwiewnych kapeluszach. W co ja się pakuję tak sobie myślę i myślę... i nic nie wymyśliłam, oprócz tego, że analizując swoje posunięcia stwierdzam, że ja to jednak jestem niepoprawną optymistką :)
Tymczasem przyjechały trole. Paskudne brzuchomówce. Szepczą mi za uchem. Do wtóru im Lola przygrywa świergotem od świtu bladego. Właśnie pyta co mi ugotować ziemniaczki z truskawkami, słonecznik z kapustą, czy jajko w łupkach. Pytała też czy policjant ma złe serce i czy ślepotko to ładnie czy brzydko, bo ma ochotę tak do mnie powiedzieć. Podobno podałam jej farby zamiast kredek. Powinnam być zatem głucholką, a nie ślepotką. Tłumaczę więc, że policjant ma dobre serce... a ona na to, że kiedyś tata jej powiedział, że jak będzie niegrzeczna to policjant ją zabierze,więc według niej ktoś kto zabiera dzieci ma złe serce. Tłumaczę dalej i słyszę urocze ahhhaaaaaaaaaaaa... a jakie ja mam serce? Odpowiadam na kolejne wątpliwości, a moja odpowiedź staje się haczykiem wyciągającym kolejny zestaw pytań. A jakie serce masz ty mamo?
Teraz Lola robi pieczątki z folii aluminiowej. Śpiewa przy tym na zmianę Waka waka Shakiry i Dzień dobry kocham Cię, dziś posmarowałam Tobą chleb z repertuaru Strachy na Lachy. A ja idę przeglądnąć lodówkę i wymyślić płynny obiad, bo Charlie ma aparat na zębach i nie je, nie mówi i kiepsko śpi. Byle do pierwszego... a potem domowe utrudnienia staną się miłym wspomnieniem.
Czy pisałam już po czym poznać kobietę trzydziestoletnią? Po tym, że zasypia w wannie :).Nie mogę się z tym pogodzić. Zawsze czytałam w niej godzinę, a teraz przesypiam kilka stron, po to by potem kłócić się z poduszką do drugiej nad ranem.
Miłego dnia... gdzie dziś jest słońce? To przyjadę na kawę, bo mam ochotę łapać ostatnie chwile lata w siatkę wspomnień. Uparcie, jak Nabokov łapał motyle.

Wasza pędząca po szynach nowych wizji

2010-08-25

"I wspinałem się po nim i trzymał mnie"

Czy wiecie, że wiśnie już rozebrały się z liści? To niemożliwe, żeby już nadciągał koniec okresu, na który czekałam osiem miesięcy... tylko maj,czerwiec, lipiec, sierpień do połowy i znowu bose stopy trzeba będzie przyodziać w skarpetki, a na ramiona zarzucić pled. Kiedy wczoraj wieczorem usiadłam na tarasie to poczułam na skórze tę nadchodzącą nieubłaganie zmianę. Chłód i zupełnie inny zapach powietrza, i gdyby nie widok wisterii, która pędzi kilka centymetrów dziennie ku niebu, po sznurkach, które jej przymocowałam, to bym już przestała wierzyć w lato.
Chciałabym mieszkać w cieplejszym kraju, gdzie mój mąż otworzyłby wymarzoną restaurację, z której wymykałby się na śniącą mu się po nocach deskę surfingową, a ja tworzyłabym dzieło wiekopomne. Tak, tak, to jego nowe gadanie i trenował nawet już raz pozycje na huśtawce ogrodowej, na którą z dziurawego węża tryskała woda. Wczuł się w rolę surfera, patrząc na niedokończony projekt "choinki". Obserwuję te jego poczynania i się zastanawiam kiedy on mi dorośnie? A sąsiedzi pewnie zastanawiają się, kiedy on zdążył zwariować? :)
Ja tymczasem wariuję po swojemu i do kawy dokładam sobie porcję poezji. Miłosza na przykład. Widzę ten jego magiczny ogród, pełen kwiatów, krzewów i ziół. Mieścił się na wzgórzu, jakby w środku lasu, a do domu schodziło się ścieżką w dół, najpierw poznając tajemnicę ogrodu, a dopiero później wyłaniały się z pomiędzy natury mury domu. Miłosz uwielbiał przyrodę, jeździł podglądać ptaki i niezmierzony pejzaż kalifornijski, który uważał za bezlitosny i okrutny, ale inspirujący. Natura była ważnym elementem jego twórczości i mówił dla mnie przyroda to czysty horror, ale piękno to zupełnie inna historia. Czuł smutek rzeki, bo wiedział, że odbijające się w niej drzewa i obłoki, nie są prawdziwymi drzewami i obłokami...
Pięknie o poezji Miłosza powiedziała Susan Sontag w filmie „Czarodziejska góra" - To poezja myślenia i namysłu. To poezja, która celebruje świadomość w różnych jej przejawach. To poezja szlachetnej kontemplacji. Trudno o właściwsze słowa.

Czarodziejska góra

Nie pamiętam dokładnie kiedy umarł Budberg, albo dwa albo trzy lata temu.
Ani kiedy Chen. Rok temu czy dawniej.
Wkrótce po naszym przyjeździe, Budberg, melancholijnie łagodny,
Powiedział, że z początku trudno się przyzwyczaić
Bo nie ma tutaj ni wiosny i lata, ni jesieni i zimy.

„- Śnił mi się ciągle śnieg i brzozowe lasy.
Gdzie prawie nie ma pór roku, ani spostrzec jak upływa czas.
To jest, zobaczy Pan, czarodziejska góra”.

(...)

Aż minęło. Co minęło? Życie.
Teraz nie wstydzę się mojej przegranej.
Jedna pochmurna wyspa ze szczekaniem fok
Albo sprażona pustynia,i tego nam dosyć
Żeby powiedzieć yes,tak, si.
„Nawet śpiąc pracujemy nad stawaniem się świata”.
Tylko z wytrwałości bierze się wytrwałość.
Gestami stwarzałem niewidzialny sznur.
I wspinałem się po nimi trzymał mnie.

(fragmenty wiersza „Czarodziejska góra” - 1975r.)


2010-08-22

Coś się kończy, by zacząć mogło się coś

 

Miłość Matki
jest ogromna
nie do zmierzenia,
nie do ogarnięcia,
nie do pojęcia.
Jest cudem nie do skopiowania.




Będę tęsknić za nimi, jeszcze tylko dziesięć pełnych dni z dziećmi... pierwszego września wracam do świata, od którego się odzwyczaiłam. Stał mi się on obcy, odległy i tak przerażająco bezbarwny. Podjęłam decyzję, która przyprawia mnie o bezsenność, bo nie jestem jej pewna. Wynajęłam lokal, znowu inwestuję z własnej kieszeni i być może znowu popełniam błąd. Nie dowiem się dopóki rzeczywistość nie zedrze ze mnie skóry. Po raz kolejny. Nadal jednak szukam w życiu czegoś więcej, nie wierzę w aktualnie ustawione na mojej drodze drogowskazy, czuję, że mnie zwodzą. Chwilowo tylko o nie się opieram, spoczywam w niepewności i wytężam wzrok w poszukiwaniu przeznaczenia. 



2010-08-19

Noiva, kawiarenka literacka

Kawiarnia i restauracja Avion, widokówka z ok. 1935r. 
(zdj. Henryk Wawrzeczka)

Mam słabość do kawiarni. Zawsze wypatruję ich w każdym nowo poznanym miejscu, zaglądając nawet w wąskie, krótkie uliczki i ukryte w zaciszu gwarnego centrum zaułki. Zazwyczaj nic tam nie znajduję, bo przyjęło się, że kawiarenka musi być ulokowana w centrum, żeby miała klientów, więc ciągle marzę o takiej, która mnie zaskoczy w miejscu gdzie bym się jej nie spodziewała. Zauroczy mnie otulona pnącym bluszczem i nazwą zwisającą na metalowych łańcuchach wydających charakterystyczne, równomierne skrzypienie. Wejdę do środka przez drewniane, ciężkie drzwi i zobaczę niewielką, przytulną norkę, stylowo wyposażoną w meble z historią wytłoczoną na ich grzbietach, gdzie pod dotykiem czuć będzie minione lata ... na głowach zobaczę kapelusze, przy stolikach oparte eleganckie parasole, a w dłoniach niewielkie kremowe filiżanki z rzeźbionymi uszkami, ale za to bez niepotrzebnych motywów. Może uda mi się podobną znaleźć w Pradze, do której chciałabym pojechać w przyszłym roku? Chociażby we śnie...
Tymczasem wybrałam się do kawiarni, która z zewnątrz nie przypomina tej mojej w myślach wyszukanej, bo jest ledwo co wybudowana i nie widać na niej oznak minionego czasu, ani wijących się roślin, ale w środku unosi się klimat, którego w naszym mieście wcześniej nie znalazłam. Ta również nie do końca w moim mieście stoi, a raczej po jego czeskiej części, tuż za znanym mieszkańcom mostem Przyjaźni, łączącym polski i czeski Cieszyn. Kawiarnia ta pełni poniekąd funkcję spajającą te dwa miasta, ale również przypominającą o historii, bo jej pierwowzór stał dokładnie w tym samym miejscu podczas drugiej wojny światowej (zdjęcie powyżej).
Popularna wśród bohemy towarzyskiej kawiarnia Avion powstała w 1933r na rogu Saskiej Kępy oraz Alei Masaryka i była własnością Rozalii Wiesner. Półokrągły budynek w modernistycznym stylu zaprojektował Vaclav Nekvasil i stał on się natychmiast najbardziej obleganym miejscem nie tylko spotkań kulturalno towarzyskich, ale także biznesowych, na których przemytnicy dobijali czarnych interesów, obserwując przez okna kawiarni finał udanego bądź nie przemytu.
Jednak już we wrześniu 1939r. podczas wysadzania mostu przez polskie wojsko kawiarnia Avion została uszkodzona. Ze względu na strategiczne znaczenie Mostu Głównego Niemcy postanowili most odbudować, ale należącą do Żydów kawiarnię Avion rozebrali. Stosunkowo krótka zatem była jej historia... tym bardziej cieszy, że ktoś postanowił o niej po latach przypomnieć.
W lutym 1996r. do międzywojennej kawiarni Avion wspomnieniami zaczęli wracać w swoim autorskim projekcie V KAVÁRNĚ AVION, KTERÁ NENÍ… W KAWIARNI AVION, KTÓREJ NIE MA czeski pieśniarz Jaromír Nohavica i polska poetka Renata Putzlacher. Organizowali spotkania,tzw. wieczorki kawiarni Avion, na których skupiali się wykonawcy z różnych części obu przyległych do siebie krajów, oraz grono towarzyszących im wiernych widzów, polskich, czeskich i słowackich miłośników poezji, kabaretu i piosenki poetyckiej (zarówno na dużej scenie Těąínského divadla jak i w jego podziemiach i galeriach). Nieistniejąca kawiarnia inspirowała tych dwoje artystów i powstało kilkanaście wierszy i piosenek na jej cześć... W kawiarni AVION, której nie ma, poranną kawę kontempluję… Bydleli bychom na Sachsenbergu u Žida Kohna… Oczami szukam smutna niema, kawiarni AVION, której nie ma… Až budu starým mužem,budu svoje místo mít u okna kavárny AVION… Śpieszyli mieszczanie cieszyńscy ze wszystkich stron tam, gdzie Olza płynie, tam gdzie kaffeehaus AVION… W związku z wielkim zainteresowaniem i uznaniem jakim cieszyły się owe spotkania organizowane przez pana Nohavica i panią Putzlacher, w styczniu 2000r. zostało w Pradze oficjalnie zarejestrowane polsko-czeskie stowarzyszenie artystyczne SPOLEK-TOWARZYSTWO AVION, do którego jako założyciel w międzyczasie dołączył jeszcze cieszyński kompozytor Zbigniew Siwek. W ten sposób, początkowo tylko duchowo, AVION ponownie zaczął istnieć.
W związku z tym, że w międzyczasie powstała odrębna sieć Avion Cafe w Czeskim Cieszynie, Trzyńcu i Frydku Mistku, to obecnie odbudowana na kanwie pierwowzoru kawiarnia, dokładnie w miejscu tej stojącej tam w latach 1933-1939 nosi nazwę Kawiarnia Literacka i Czytelnia Noiva (słowo Avion czytane wspak). Spędziłam w niej wczoraj z dziećmi miłe chwile i w dodatku mieliśmy to szczęście, że siedział w niej sam pan Jaromir Nohavica, uśmiechnięty i pełen wewnętrznego spokoju, mimo iż oczekiwał na wywiad dla TV czeskiej. Poczułam niezwykłą magię tego miejsca, nie tylko ze względu na smakowitą gorącą czekoladę oraz obecność pana Jaromira, ale przede wszystkim dzięki wystrojowi, który  wciągał mnie jak moja własna biblioteczka... nawet zapach był przyjemny, lekko kawa wyprzedzała kartki papieru. Na dole kawiarni można zatopić się w łososiowych, welurowych kanapach, z których bez problemu sięgnąć można zarówno po czeską, jak i polską literaturę, wśród której na pierwszy rzut oka wydaje mi się dominuje poezja. Pod oknem na swoją porę dumnie wyczekuje fortepian. Na barku stary, lśniący gramofon. Na podwyższeniu za zasłonką stolik dla pragnących intymności, a tuż obok niego za szybką stary kałamarz, pióro, damskie białe koronkowe rękawiczki i maszyna do pisania Underwood. Na ścianach pełno czarno białych fotografii różnych znanych wówczas osobistości, oraz samej kawiarni Avion. Można też wyjść na piętro, gdzie są miejsca na tarasie, z którego rozciąga się widok na Wzgórze Zamkowe i rzekę Olzę ... czyż nie urocze miejsce? Jestem pod wrażeniem, nieprzesadzonego, skromnego wystroju i klimatu, którego tak bardzo mi brakowało... Jakże się cieszę, że mam w końcu gdzie wypić kilka rodzajów dobrej kawy, zaraz potem filiżankę gorącej czekolady, a obok mnie mogą leżeć książki i nikt nie będzie dziwnie na mnie zerkać kiedy zacznę czytać, lekko się uśmiechać, przymykać oczy ... Że mogę wyjąć notes, moje pióro i spisać wiersze z leżącego na półce zbioru poezji Henryka Jasiczka ...

       Szkoda tych kwiatów   
      
Gdy niebo odsłoni z lekkich mgieł firanek,
Nad błękitną Olzą zatrzymał się ranek
I patrzał, jak fale niecierpliwie płyną,
Bo za morzem tęsknią – nie wiedząc, że zginą.

I nic nie zamąca Olzy zbłękitnionej ...
Tylko białe kwiatki opadłe z jabłoni,
Tylko białym płatkom, co je wiatr roztrwonił,
Samotny fiołek na rozstanie dzwoni ...

Być może, że Olza "płynie jak przed laty,
Takie jak przed laty kwitną wiosną kwiaty” -
Lecz żal mi tych kwiatów, co zanim rozkwitną,
Wiatrem oderwane opadną i nikną.

(tomik "Rozmowy z ciszą",1948r.)


    Poezja

Być szczyptą soli,
raną, co boli,
werblem, sztandarem,
struną gitary,
cieniem motyli,
pomnikiem chwili,
rosą i burzą,
cierniem i różą,
chlebem i winem,
gwiazdą, jaśminem,
błyskiem magnezji ...
Taka jest chyba
rola poezji.

(tomik "Jaśminowe noce",1959r.)

Achch, chyba tam będę co rano od września przed pracą na kawie i wierszu ...

http://www.putzlacher.net/

http://www.nohavica.cz/

http://avion.blog.onet.pl/



2010-08-17

Mur, a za nim słowa

Wybiła druga. W domu pół godziny temu przebiegły tylko dwie małe stópki z łóżka do łóżka, a reszta familiady śpi snem kamiennym. Pewnie znowu pozostał dla mnie znikomy fragment łóżka. Miałam coś napisać o fenomenalnym „Łuku triumfalnym” Remarque, albo o „Żonie Adama” Rakusy, albo o filmie, który dziś obejrzałam („Czarodziejska góra. Amerykański portret Czesława Miłosza", czasem dobrze być uwięzionym w domu w południe :), ale musiałam wcześniej popracować i siły mnie opuściły po walce z unowocześnionym, rzekomo ułatwiającym pracę programem. Niech go szlag trafi. Lubię wdrażanie nowych udoskonaleń  systemu monitorowania tak samo jak nowe komórki. O północy starczyło mi więc tylko sił na doczłapanie do kuchni, ułożenie na talerzyku dwóch kiszonych ogórków, trzech plasterków sera żółtego i zalanie kubka herbaty z cytryną.
Wyposażona w podtrzymywacze przejrzałam maile. Uwielbiam kiedy ktoś mi pisze co aktualnie czyta. Wynajduję tym sposobem różne perełki i poznaję na przykład Leopolda Tyrmanda, którego wcześniej nie znałam. Nie wspominając o Remarque, który dołącza do ulubionych. Poza tym mogę z kimś porozmawiać o książkach, czego na co dzień nie robię, bo mój mąż niewiele czyta i nic nie zapowiada zmian, bo przecież czytać każdy może, jeden lepiej, a drugi gorzej. Podsunęłam mu ostatnio „Znak wodny” Brodskiego, bo podobno kocha Wenecję, ale chyba przesadziłam, bo zasnął na drugiej stronie.
Poszłam po jeszcze jednego ogórka. Pasuje do cytryny i chwilowo pobudza.
Przejrzałam kilka znajomych stron i przeraziłam się tym co pani Anna Janko napisała na swoim blogu w ostatnim wpisie. Elegancko pochowałam marzenia i odprawiłam ceremonię pogrzebową zagryzając czerń myśli ostatnim kiszonym ogórkiem.
A teraz pójdę po kolejną książkę, bo wygląda na to, że w Polsce lepiej czytać niż choćby marzyć o pisaniu. Mam wrażenie, że pisarze są za osobnym murem, sami sobie, jakby słowo było wrogiem...

2010-08-13

Matka Polka Intercity

Wakacje dobiegają końca. Lato niedługo zacznie się wycofywać zabierając ze sobą ciepłe poranki i gwieździste wieczory. Korzystamy zatem ostatkiem sił ze słonecznych dni i wygrzewamy się na basenie. Dzieci szaleją, podskakują radośnie, wskakują, wyskakują, chcą frytki, lody, langosza, wodę, colę, nurkowanie, naukę pływania, skakania na główkę, zjeżdżanie ze zjeżdżalni, polewanie, chlapanie i wszystko to razy dwa oczywiście. Mamuś bułka, mamuś biszkopty, mamuś siku, mamuś bananka, jabłuszko, gruszeczkę... razy dwa. Uwielbiam to, każdego dnia uśmiecham się, bo przecież przyjdzie w końcu litościwy wieczór i dwa małe dzióbki przestaną świergotać. Dziś jednak do teraz mam wrażenie, że wróble urządziły sobie w mojej głowie karnawał! O ranyyyyyy. Spłodziłam, na wzór siebie samej, niezmordowane istoty ludzkie! Lola, mimo swych niespełna czterech lat spędziła cały dzień na basenie, po czym w drodze powrotnej, o dziewiętnastej, stwierdziła, że ona by jeszcze na rowerku pojeździła... Niezmordowana istota ludzka dwa, czyli Charlie, podchwycił wystrzałowy pomysł siostry i do dwudziestej pierwszej byliśmy jeszcze na rowerach. Oczywiste jednak jest, że Matka Polka podtrzymywała swe młodsze dziecię na rowerku i tym oto sposobem z niezmordowanej przemieniłam się w zamordowaną. Tadaaam. Kręgosłup do wymiany proszę. A Lola, zasypiając przed dwudziestą drugą, podskoczyła jeszcze kilka razy na łóżku, pełna werwy i planów na jutro ... mamusiu, a sprawdź pogodę w komputerku, bo jutro zapakujemy hulajnogi i pojedziemy poszukać tych nożyczek co mi obiecywałaś... a mamusiuuuu, a na rowerek jutro też pójdziemy po basenie prawda?
I co ja będę robić we wrześniu? Umrę z przenudzenia. Bez nich minuta będzie godziną, a dzień wiecznością. To niemożliwe, że to już koniec. Że wymykają się spod mych skrzydeł. Życie chyba nie jest w stanie zaoferować mi nic lepszego.

p.s rano na schodach przejechałam się na psiej niespodziance, moje dochodzenie nie doprowadziło mnie do winnego. Skazani przybrali identyczny wyraz pyska i przywarli do ściany udając figury woskowe. Cóż za psia solidarność :)
p.s dwa...  na zamówienie mojego wiernego czytelnika z odległej niemieckiej krainy donoszę, że w sprawie choinek nic się nie ruszyło, a wręcz zastygło. Są zarośnięte i nie wróżę im kariery bożonarodzeniowej. W ramach akcji „drzewko Virginii” mogę wykopać jedno z tysiąca i przesłać na adres opiekuna adopcyjnego. Przygotuj proszę respirator, miejsce z widokiem na chwasty, bo sierota w odległej krainie może w depresję popaść i odpowiednią dawkę hormonu wzrostu, żeby Ci nowa przyjaciółka chociaż do pasa dorosła :)
Uciekam znaleźć sobie miejsce w łóżku i wylosować książkę na dobranoc. Popadłam z zły nawyk czytania kilku na raz, a jeszcze trzy zaległe gazety patrzą na mnie z byka.

Wasza wakacyjnie przekręcona



2010-08-11

Wakacyjny stosik

 

Marzą mi się trzy dni w hotelu z obsługą, która na udekorowanym kwiatami stoliczku przywoziłaby specjalnie dla mnie miniaturowe porcje przysmaków z całego świata i małe buteleczki wina zatopione w wiaderku z lodem. Wybrałabym trzy książki w powyższego stosika i czytała od rana do wieczora, przy uchylonym balkonie, na który od czasu do czasu wyszłabym zapalić mentolowego slima. Normalnie nie palę. Czasem podpalam, ostatnio zbyt często. Ale w hotelu papieros smakuje inaczej, bardziej luksusowo. Choć podobno luksusowe mogą być tylko cygara, na przykład ulubiona Maria Mancini, którą palił Hans Castorp. Odpoczęłabym, nawdychała się ciszy i słów, bo cierpię przez wakacje na ich niedobór... mam wrażenie jakby mi ktoś ujmował uroku, jestem może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca.
Tymczasem nic bardziej nie cieszy niż kolejny stosik... i myśl, że mam już wszystkie wydane do tej pory w Polsce książki Virginii Woolf i prawie wszystkie o Virginii Woolf :)
1) "Oryginał Laury" - Vladimir Nabokov
2) "Gra w klasy" - Julio Cortazar
3) "Blaszany bębenek" - Gunter Grass
4) "Śniadanie u Tiffany'ego" - Truman Capote
5) "Virginia Woolf i Vanessa Bell. Sekretny układ" - Jane Dunn
6) "Orlando" - Virginia Woolf
7) "Proces" - Franz Kafka
8) "Franz Kafka" - Klaus Wagenbach
9) "Matka" - Pearl S. Buck
10) "Chłopiec z latawcem" - Khaled Hosseini
11) "Żona Adama" - Monika Rakusa
12) "Lata" - Virginia Woolf
13) "Do latarni morskiej" - Virginia Woolf
14) "Dziecko Rosemary" - Ira Levin
oraz "Dzidzia" Sylwii Chutnik (prezent od Dosi poza stosikiem)

Wiem, pisałam już, że wygram z nałogiem. Przegrałam. Skusiły mnie wyprzedaże i dwie nowości. Kupiłam. Znowu jestem w tym samym miejscu i mam czterdzieści nieprzeczytanych książek na półce. I dobrze mi z tym :)
 
 

2010-08-10

Kochać to należeć do siebie

"Czuję, że kocham, czuję to każdą swoją cząstką: mój oddech jest inny i mój sen nie jest już martwy, ruchy moich stawów mają znowu sens, a ręce nie są już puste, i jest mi zupełnie obojętne, co o tym sądzisz i co o tym mówisz, unoszę się w powietrzu i frunę nad ziemią, i rzucam się przed siebie, bez namysłu, i jestem szczęśliwa, i ani mnie to nie odstrasza, ani się nie boję o tym mówić, chociaż się śmiejesz i szydzisz ze mnie (...) "

"Ludzie się kochają, to najważniejsze; cud i najoczywistsza rzecz pod słońcem, poczułem to dzisiaj, kiedy noc rozpłynęła się w bukiet kwiatów i wiatr miał zapach truskawek, a bez miłości człowiek jest tylko trupem na urlopie, niczym więcej oprócz paru danych i przypadkowego nazwiska, i równie dobrze może umrzeć (...) "

"Uśmiechnęła się i przytuliła do niego. Czuł, jak coś się w nim otwiera i rozszerza, coś ciepłego i miękkiego, rozlewa się i ściąga go w dół jakby wieloma rękami, i nagle nie do zniesienia było to, że stoją obok siebie na stopach, tych wąskich platformach, śmiesznie wyprostowani, próbując utrzymać równowagę, zamiast zapomnieć o tym i osunąć się na ziemię, poddając się szlochowi skóry,wezwaniu sprzed tysięcy lat, kiedy tego wszystkiego jeszcze nie było, mózgu i pytań, i udręki, i wątpliwości - tylko ciemne szczęście krwi (...) "

"Miłość, Joan, to nie staw, w którym zawsze można się przejrzeć. Ma odpływy i przypływy. I wraki, i zatopione miasta, i ośmiornice, i sztormy, i złote wybrzeża, i perły. Ale perły leżą głęboko."

                        
                            fragmenty "Łuk triumfalny" Erich Maria Remarque

2010-08-07

Sześć dni i pięć nocy

Nie było mnie tu długo, bo w moim życiu było jak w filmie... z tą jedną różnicą, że w filmie przyjaźń i miłość zawsze jest czymś odległym, nierealnym, naciągniętym na potrzeby skomercjalizowanego rynku. W moim filmie byłam tylko Ja i Ona. I wspólny spacer ku przyjaźni.
Wysiadła z samochodu w zeszłą niedzielę. Urocza blondynka o naturalnym uśmiechu i zaokrąglonym brzuszku. Padły pierwsze słowa i barwy naszych głosów spotkały się w połowie drogi. Po ciałach przeszły dreszcze niepewności, jak to będzie, niby znamy się od roku, ale dotąd dzieliło nas ponad trzysta kilometrów i nie znałyśmy nawet swoich głosów, nawyków, zachowań na co dzień. Było ryzyko, że skończy się coś magicznego, układ którego żadna z nas się nie spodziewała. Którego żadna nie szukała. A jednak, jak to sama nazwała, trafiła się nam kumulacja w postaci tej drugiej osoby.
Wczoraj wyjechała. A właściwie wyjechali... Ona, jej roczna córeczka i czekający na światełko w tunelu syn, który na świecie pojawić ma się w październiku. O mężu pokonującym dzielnie dwukrotnie trasę też wspomnę, bo nie każdy mąż ma ochotę w ciągu sześciu dni przejechać tysiąc trzysta kilometrów, zapakować, zawieźć, rozpakować, wrócić do pustego domu i znieść rozłąkę z najważniejszymi w jego życiu kobietami.
Sądziłam, że dziś wrócę do codzienności. Jednak brakuje mi Ich bardziej niż myślałam. Ona nie czekała o poranku z kawą. Jej córeczka nie wyciągała już do mnie rączek. Na poddaszu pusto. Z kranu w kuchni zniknęły butelki na mleko, w łazience jej kosmetyki. Skończyły się wieczorne rozmowy o książkach, dzieciach, życiu, nieskończoności i zielonych ludkach... Nie załaduję już samochodu po brzegi, trójką dzieci i dwoma wózkami. Nikt lepiej niż Ona nie przyrządzi mi faszerowanej cukinii i sałatki z kurczakiem i koperkiem. Nikt nie przyjmie z takim wzruszeniem prezentu. Nikt nie zada tak bezpośrednio pytania, którego się nie spodziewam, ale na które mam ochotę odpowiedzieć. Nikt nie wpadnie na szalony pomysł wspólnego z dziećmi wymalowania sobie twarzy w centrum miasta ... pięknie Jej było z motylem na policzku.
Ten tydzień pokazał mi, że przyjaźń ma dwie strony medalu, że może wyglądać inaczej niż moje o niej wyobrażenie. Że nie zawsze należy zabiegać o tą, która gdzieś się wymyka, wisi na ostatnim włosku jednostronnych o nią starań. Wówczas może zbrzydnąć. Stać się rutynowym schematem. Przyjaźń powinna zaskakiwać, być spontanicznym szczerym odruchem. Bez skrępowań, zobowiązań, porównywań.
Kiedy wczoraj zostałam sama pomyślałam sobie, że to wręcz niemożliwe, że Ona wie tyle o mnie i o moich dzieciach, że potrafi zobaczyć coś moimi oczami, przeniknąć do mojego wnętrza i jeszcze wyrazić to słowami... teraz już wiem czemu tyle wie. Proste. Bo chce wiedzieć. Bo obserwuje, analizuje, rozmawia ze mną, a kiedy to niemożliwe pisze. Bo słucha i czyta ze zrozumieniem. Bo daje i potrafi brać. Bo nie żąda i nie oczekuje. Bo nasze dusze narodziły się tego samego dnia, gdzieś tam w jednej przestrzeni o podwyższonym stężeniu wrażliwości i podobnym postrzeganiu życia.
Dziękuję... sama najlepiej wiesz za co. Virgo.




2010-07-27

Plaża, parmezan i Coco Dance

Ciężko mi wrócić do rzeczywistości. Część mnie została na włoskiej plaży, w wiklinowym koszu, z wiaderkiem spoczywającym u nóg na wypadek znalezienia niebywałych okazów muszli o poranku. Przed oczami mam napis na piasku, który już stał się tradycją i w ten oto sposób zawsze zaczyna się nasz album wakacyjny. Tradycją jest też karta pamięci pełna zdjęć, począwszy od uwiecznionego leżaka na plaży, skończywszy na nitce włoskiego makaronu. Sztuk sześćset tym razem. Dwieście wywołanych w albumie z motywem włoskiej uliczki na okładce, ku pokrzepieniu tęsknoty za czymś co nieuchronnie minęło, pozostawiając na ciele opaleniznę, a w duszy wspomnienia, które wirując wewnątrz niczym kolorowe serpentynki muszą utrzymać na ustach uśmiech, aż do przyszłego lata.
Skończyłam rozpakowywanie, pranie i wieszanie. Zawsze z tym zwlekam rzucając walizki w kąt i łudząc się, że tydzień później jeszcze wykopię między ręcznikami ziarenka piasku, rachunek z włoskiej księgarni, czy dodatkowy cukier dodawany do latte macchiatto. Namiastkę wakacji. Dopóki nie rozpakuję walizek mam uczucie ciągłej nieobecności.
We Włoszech pomału czuję się jak w domu. Spędziłam tam już szóste wakacje. Wiem ile kilometrów jestem w stanie przejść plażą; wiem, że większość latarni nie działa; wiem, że muszle są tylko do siódmej rano, bo potem zjeżdżają się traktory i oczyszczają brzegi z morskich skarbów, nie zawsze miłych dla oka.Wiem, że po ósmej to już w kolejce się stoi przy barze po caffe espresso, a wieczorami zapach pizzy wkręca się w przełyk i nie sposób mu się oprzeć. Wiem, też że z roku na rok jest we Włoszech coraz drożej i obawiam się, ile razy dane mi jeszcze będzie ten kraj odwiedzić. Wiem już też ile kosztują książki... „La signora Dalloway” Virginii Woolf z serii Classici Moderni jedyne osiem euro („Pani Dalloway”), a „La solitudine dei numeri primi” Paolo Giordano wydana w 2008r. już osiemnaście euro („Samotność liczb pierwszych”). Nowości prozatorskie z tego roku przekraczały nawet dwadzieścia euro, co dochodzi do stu złotych. Skończyłam zatem zakupy tylko na dwóch wyżej wymienionych pozycjach... jedna pojawiła się w mojej biblioteczce ze względów sentymentalnych jak wiadomo, druga ku wzniosłym zamiarom szlifowania języka. Paolo Giordano pisze zdecydowanie łatwiejszą prozę niż Woolf. Ale czyż włoskie zdanie La signora Dalloway disse che i fiori li avrebbe comperati lei („Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty”) nie brzmi zachęcająco?
Włoski znam na tyle, że potrafiłam zrobić podstawowe zakupy, przywitać się o poranku z właścicielami mijanych sklepików, zamówić kawę, dowiedzieć się jak dojechać do Lidla i powiedzieć, że nie znam włoskiego w ogóle, kiedy wypachniony Włoch proponował mi wspólny spacer. Dziękuję il signore. Wolę swój upatrzony na plaży koszyk wiklinowy. Czasem Włosi bywają zbyt otwarci, ma się wrażenie, że wskoczą człowiekowi do walizki, albo zamienią się w koralik i zawisną na szyi na pamiątkę. Szczególnie blondynkom nie jest łatwo, co zauważyłam nie tyle w stosunku do własnej osoby, co do Loli, mojej blondwłosej rusałki. Nawet Włoszki się za nią oglądały, a jedno starsze małżeństwo nie mogło wyjść z podziwu ku jej lokom i niebieskim oczom i zatamowali ruch u brzegu morza. Miałam zatem oczy naokoło głowy, a w pamięci małą Madeleine, angielską blond dziewczynkę zaginioną w Portugalii, o której słuch zaginął i małego chłopczyka, którego moje miasto pochowało w kwietniu, bo nikt się nie przyznał do jakiegokolwiek z nim pokrewieństwa... nawet nocami sprawdzałam kilka razy okno w pokoju parterowego domku i na całe szczęście u sufitu ktoś mądry zamontował wiatrak, a ktoś jeszcze mądrzejszy zamontował klimatyzację. W życiu nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć, a w takich kurortach wydarzyć się może wiele. Nigdy o tym nie zapominam i czasem ze zbytnim przewrażliwieniem przywoływałam dzieci z placu zabaw na kontrolę, bo choć ośrodek był zamknięty, kamerami nafaszerowany, to nigdy nie wiadomo gdzie licho śpi. Świat przestaje mi się podobać pod względem bezpieczeństwa.
Kiedy w lutym szukałam dla nas wakacji i wychodziłam z siebie, kiedy kolejna agencja odpowiadała mi, że nie ma już miejsc, pomyślałam sobie, że mnie nabierają. Jakaś Polka pisze łamanym włoskim,więc co się będą w dyskusję wdawać, lepiej powiedzieć, że nie ma miejsc. Jednak kiedy wyjeżdżaliśmy z Lignano, wspólnie z mężem stwierdziliśmy, że całkiem możliwe, że w styczniu takie miejsca są już zarezerwowane, bo sami mieliśmy ochotę już nie oddawać kluczy z domku Nibbio 2... małego parterowego bungalow, z ogródkiem, grillem i obrusem w oliwki, oraz zapasowym w kolorowe rybki. Ale nie to było meritum na którym opierała się nasza fascynacja tym miejscem. Sercem Centro Albatros byli Enjoyland, czyli tak zwani Animatorzy. To ta grupa młodych ludzi zawładnęła nie tylko uczuciami dzieci, ale także naszymi. Byliśmy dla nich pełni podziwu i wbrew pozorom nie z tak błahego powodu jakim by się mógł wydawać fakt, iż wyręczali nas z organizowania czasu dzieciom. Byliśmy pełni podziwu dla ich kreatywności, świeżości mimo zlanych potem koszulek, dla ich uśmiechów i tego „czegoś”, czego dotąd nie spotkaliśmy. Dzieci biegły do nich i wieszały im się na szyję (nie tylko nasze oczywiście) już o 9.30 podczas porannych zajęć na placu zabaw; rzucały wszystkim na basenie i stawały w kolejce, żeby przepłynąć pod nogami ulubionej pani; albo zagrać z nią w piłkę, a każdego wieczoru mimo zmęczenia po całym dniu atrakcji biegły na Baby Dance odtańczyć sześć kultowych piosenek z wszystkimi Animatorami, co było tak uroczym zjawiskiem, że zajmuje większą część naszych nagrań kamerą :). Poza tańcami trafiliśmy na pokaz dziecięcej grupy akrobatycznej, na przedstawienie „Alladyn” w wykonaniu Animatorów; na włoski wieczór zorganizowany w formie targowiska wokół bungalow, gdzie porozmawiać można było w producentem włoskiego wina i zakupić włoskie ręcznie robione cuda; był Baby Dance w basenie nocą co dla dzieci było nie lada atrakcją, a jeszcze większą był Coco Dance - Taniec kurczaków w wykonaniu dorosłych wczasowiczów podczas codziennego aerobiku w basenie. Czy grupa czterdziestu ludzi machających skrzydełkami , osuwających się ze śmiechu, nie jest warta zapamiętania? To były nasze najweselsze wakacje. Nawet Werona nie wyciągnęła nas poza Lignano Sabbiadoro, ze względu na uśmiechy dzieci.
Zatem pozostaliśmy całe dwa tygodnie na miejscu, wśród palm, czterdziestostopniowych upałów, czosnkowych bułeczek, parmezanu i olbrzymich pucharów lodowych posypanych kruszoną czekoladą, które nawet takiego smakosza jak ja przyprawiły o dezorientację, czy to przypadkiem nie dla zapaśnika sumo ze stolika obok. Jeden dzień spędziliśmy w Parku Rozrywki, gdzie foka pokazywała język, klaun pierdział wodą, a papugi jeździły na wrotkach. A jeden w Aquasplashu, gdzie prawie straciliśmy głosy piszcząc w czarnej niczym nora kreta rurze. Minutę później staliśmy ponownie w kolejce do zjazdu, bo taki był zamiar tego wyjazdu, że większość czasu poświęcamy dzieciom, sami doskonale się bawiąc. Czy odpoczęliśmy? Może nie w pełni tego słowa znaczeniu, ale tak po włosku, czyli z odrobiną szaleństwa, zasmakowaniem nocnego życia i popołudniowej sjesty. Tam ludzie żyją inaczej. W kapeluszach. I słońce jest inne. I dzień dłuższy. I uśmiech o poranku stoi pod drzwiami jak mleko w szklanej butelce. Tymczasem za oknem mam deszcz.
Co to za lato, kiedy chłód przepędza do domu?
p.s z racji czwartkowego Święta Czekolady zakupiłam sobie fondue do czekolady. teraz tylko potrzebne mi maliny, banan, winogrona. Może też być kiwi i brzoskwinia, a nawet małe mirabelki. Hmmmm, owoce zanurzane w gorącej czekoladzie. Od razu cieplej się robi, prawda?:)
Miłego popołudnia


2010-07-20

2010-07-01

Magnifico... riparto domani !!! :)

Usiadłam. Na pół godziny w końcu usiadłam. Boso na tarasie, tak jak lubię. Słońce dziś znowu da popalić, czuję jak skóra bez protestów przyjmuję dawkę promieni i zabarwia się na plażowy kolor. Żeby bardziej wprowadzić się we włoski klimat zrobiłam sobie kawę latte macchiato, a do kawy przyniosłam typowo polski przysmak, w stylowej puszce z Krakowskiego Kredensu śliwki spod Łącka w czekoladzie. A na drogę spakowane mam ręcznie robione według starej krakowskiej receptury Krówki i w kolejnym metalowym pudełku Landryny z Emausu.
Ostatnie trzy dni brałam udział w maratonie testującym moje siły. Zrobiłam więcej niż się spodziewałam i co ważne nadal mam w sobie energię. Do codziennych obowiązków przy dwójce dzieci, gdzie czas upływa od posiłku do posiłku, dodałam jeszcze szorowanie walizek, koszenie, ładowanie łopatą kamienia do jakiś pięćdziesięciu wiader i przenoszenie ich przed świeżo postawione ogrodzenie, gdzie ciężkie samochody zrobiły dziury wielkości łap słonia; mycie okien, żeby babci nie przyszło do głowy ich myć, czyszczenie samochodu, trzykrotne zakupy, dmuchanie i wydmuchiwanie sprawnych materacy, rozwieszenie sześciu suszarek prania, ich wyprasowanie, złożenie, spakowanie... i doczytanie ostatnich dwustu z ośmiuset stron „Czarodziejskiej góry”.
Czuję się taka lekka. Zgubiłam po drodze kilogram. Przyrumieniłam sobie twarz. Obtarłam od wiadra wewnętrzną część nadgarstka i wysypałam sobie na stopę ostatnie wiadro kamienia. Ale uśmiecham się, bo zdrowy śmiech tworzy duchowe niebo, pod którym wszystko dojrzewa. Czy już się dzisiaj śmiałaś? Tak podobno pyta mnie życie. W ostatnim Zwierciadle przeczytałam doskonały artykuł o gelotologii, czyli terapii śmiechem i tak sobie myślę, że coś w tym naprawdę jest. Momentami nie miałam lekkiego dzieciństwa, wiele w sobie noszę, odkładam wewnątrz na rozprawienie się z tym kiedyś tam, kiedy uznam za stosowne, ale  widzę, że przez te wszystkie lata, śmiech którym byłam przez Mamę w ramach rekompensaty karmiona, to wszystko skutecznie zamaskował. Przykrył swą leczniczą mocą. Czyżby Mama wiedziała już od dawna o terapii śmiechem? To z nią wylałam morze pełne łez radości i do teraz wpadamy w tak histeryczne ataki śmiechu, że wisimy na telefonie, trzymamy się za brzuchy i tylko rechot przez łącza pędzi. Pamiętam partie badmingtona jakie odgrywałyśmy przed blokiem, ja miałam z dziewięć lat, mama była w czeskich jarmilkach. Pod wielkimi kasztanowcami, na oczach znudzonych domową krzątaniną sąsiadek byłyśmy zawsze jak dobry kabaret. Rozśmieszało nas nawet to, że lotka już pięć minut fruwa w powietrzu i nikomu nie upadła. Śmiałyśmy się w kuchni, na spacerze, w sklepie, w samochodzie, nad rzeką Brennicą o poranku, kiedy wylała się nam na kolana sałatka z pomidora, ogórka i cebuli. Śmiałyśmy się spadając z materaca, kiedy włosy Mamy precyzyjnie nakręcone o poranku na lokówce wyglądały jak na pokazie glonowych peruk, a tusz spływał jej aż po kącik ust. Śmiałyśmy się kiedy na oczach pstrągów złożyło się na mnie łóżko turystyczne i osłabiona chichotem nie byłam w stanie nawet mamie ręki podać ... śmiejemy się do teraz przypominając sobie tę sobotę, kiedy zamiast ziemniaków przyniosłyśmy z targu szczeniaka i Babcia nie odzywała się do nas trzy dni, bo bez ziemniaków i własnoręcznie robionego makaronu do rosołu, nie wyobrażała sobie niedzielnego obiadu. Śmiejemy się, że przez trzy lata owy pies był psem, a potem okazało się, że to suka.
To były czasy... dlatego teraz kiedy wysypuje mi się wiadro kamienia na stopę przypominam sobie ten moment, kiedy pochłonęło mnie łóżko turystyczne. I patrząc na moje dzieci, które śmieją się ze swoich wpadek, cieszę się, że odziedziczyły po mnie dystans do samych siebie, że wynajdują słowa, które potrafią rozładować napięcie. Śmiech łączy ludzi, jest pomostem do bliskości, a co więcej podobno śmianie się z siebie podnosi poziom inteligencji.

„Humor:boski błysk, który odkrywa świat w jego moralnej wieloznaczności,a człowieka w głębokiej niezdatności do sądzenia innych; humor:upojenie względnością rzeczy ludzkich; dziwna przyjemność,wynikła z pewności, że nie ma pewności”
/Milan Kundera/

Pora wrócić do obowiązków. Znajda wyleguje się na drewnianej piaskownicy i nie zamierza dziś nic robić (jakie sielskie jest życie psa), dzieci jeszcze w piżamach, a mnie czeka wysprzątanie porządne domu, żeby Babci mojej kochanej to do głowy nie przyszło. Pozostałe prasowanie muszę gdzieś przed nią upchać, ale i tak wiem, że pewnie wynajdzie sobie coś do wyszorowania, choćby dywaniki łazienkowe. I jak zwykle posprząta szufladę z reklamówkami. I pewnie z Mamą zasadzą kilka kwiatów w doniczce, bo ja jeszcze nie zdążyłam... dobrze, że chociaż kamień przeniosłam i trawę wykosiłam.
Będę się żegnać pomału. Opuszczam Was na dwa tygodnie i porzucam z odrobiną szczerej tęsknoty życie blogowe. Nie wiem jak nadrobię potem zaległości, coraz więcej zakątków odwiedzam i będzie mi ich wieczorami brakowało... ale potrzebna mi zmiana, będę spacerować w japonkach włoskimi uliczkami, nosić piasek w torebce, kapelusz na głowie i aparat na szyi, a później kiedy wrócę 18 lipca podzielę się z Wami tym, co zanotuję siedząc nad brzegiem morza w moim Moleskine.
Trzymajcie kciuki jutro za naszą podróż. Wyjeżdżamy w nocy z piątku na sobotę i jeśli ktoś ma jakieś nadprzyrodzone siły, to proszę o usunięcie tirów z drogi... nie ukrywam, że one śnią mi się po nocach. Ta trasa zawsze mnie przeraża, a w tym roku wyjątkowo. Grazie mille!!!
Allora,mi dispiace , ma adesso devo andare.
Arrivederci. A presto!!!
Buon viaggio!!! :)

DOPISEK z dnia 2 lipca godz. 23:06 ... właśnie smażę kotlety na drogę. Dzięki za wszystkie kciuki, które poniżej sprawnie, grupowo i po przyjacielsku trzymacie!!! W tym wypadku na pewno dojedziemy szczęśliwie. Trzymajcie je też 17 lipca, kiedy to będziemy opuszczać słoneczną Italię!!!