2010-07-27

Plaża, parmezan i Coco Dance

Ciężko mi wrócić do rzeczywistości. Część mnie została na włoskiej plaży, w wiklinowym koszu, z wiaderkiem spoczywającym u nóg na wypadek znalezienia niebywałych okazów muszli o poranku. Przed oczami mam napis na piasku, który już stał się tradycją i w ten oto sposób zawsze zaczyna się nasz album wakacyjny. Tradycją jest też karta pamięci pełna zdjęć, począwszy od uwiecznionego leżaka na plaży, skończywszy na nitce włoskiego makaronu. Sztuk sześćset tym razem. Dwieście wywołanych w albumie z motywem włoskiej uliczki na okładce, ku pokrzepieniu tęsknoty za czymś co nieuchronnie minęło, pozostawiając na ciele opaleniznę, a w duszy wspomnienia, które wirując wewnątrz niczym kolorowe serpentynki muszą utrzymać na ustach uśmiech, aż do przyszłego lata.
Skończyłam rozpakowywanie, pranie i wieszanie. Zawsze z tym zwlekam rzucając walizki w kąt i łudząc się, że tydzień później jeszcze wykopię między ręcznikami ziarenka piasku, rachunek z włoskiej księgarni, czy dodatkowy cukier dodawany do latte macchiatto. Namiastkę wakacji. Dopóki nie rozpakuję walizek mam uczucie ciągłej nieobecności.
We Włoszech pomału czuję się jak w domu. Spędziłam tam już szóste wakacje. Wiem ile kilometrów jestem w stanie przejść plażą; wiem, że większość latarni nie działa; wiem, że muszle są tylko do siódmej rano, bo potem zjeżdżają się traktory i oczyszczają brzegi z morskich skarbów, nie zawsze miłych dla oka.Wiem, że po ósmej to już w kolejce się stoi przy barze po caffe espresso, a wieczorami zapach pizzy wkręca się w przełyk i nie sposób mu się oprzeć. Wiem, też że z roku na rok jest we Włoszech coraz drożej i obawiam się, ile razy dane mi jeszcze będzie ten kraj odwiedzić. Wiem już też ile kosztują książki... „La signora Dalloway” Virginii Woolf z serii Classici Moderni jedyne osiem euro („Pani Dalloway”), a „La solitudine dei numeri primi” Paolo Giordano wydana w 2008r. już osiemnaście euro („Samotność liczb pierwszych”). Nowości prozatorskie z tego roku przekraczały nawet dwadzieścia euro, co dochodzi do stu złotych. Skończyłam zatem zakupy tylko na dwóch wyżej wymienionych pozycjach... jedna pojawiła się w mojej biblioteczce ze względów sentymentalnych jak wiadomo, druga ku wzniosłym zamiarom szlifowania języka. Paolo Giordano pisze zdecydowanie łatwiejszą prozę niż Woolf. Ale czyż włoskie zdanie La signora Dalloway disse che i fiori li avrebbe comperati lei („Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty”) nie brzmi zachęcająco?
Włoski znam na tyle, że potrafiłam zrobić podstawowe zakupy, przywitać się o poranku z właścicielami mijanych sklepików, zamówić kawę, dowiedzieć się jak dojechać do Lidla i powiedzieć, że nie znam włoskiego w ogóle, kiedy wypachniony Włoch proponował mi wspólny spacer. Dziękuję il signore. Wolę swój upatrzony na plaży koszyk wiklinowy. Czasem Włosi bywają zbyt otwarci, ma się wrażenie, że wskoczą człowiekowi do walizki, albo zamienią się w koralik i zawisną na szyi na pamiątkę. Szczególnie blondynkom nie jest łatwo, co zauważyłam nie tyle w stosunku do własnej osoby, co do Loli, mojej blondwłosej rusałki. Nawet Włoszki się za nią oglądały, a jedno starsze małżeństwo nie mogło wyjść z podziwu ku jej lokom i niebieskim oczom i zatamowali ruch u brzegu morza. Miałam zatem oczy naokoło głowy, a w pamięci małą Madeleine, angielską blond dziewczynkę zaginioną w Portugalii, o której słuch zaginął i małego chłopczyka, którego moje miasto pochowało w kwietniu, bo nikt się nie przyznał do jakiegokolwiek z nim pokrewieństwa... nawet nocami sprawdzałam kilka razy okno w pokoju parterowego domku i na całe szczęście u sufitu ktoś mądry zamontował wiatrak, a ktoś jeszcze mądrzejszy zamontował klimatyzację. W życiu nigdy nie wiadomo co się może wydarzyć, a w takich kurortach wydarzyć się może wiele. Nigdy o tym nie zapominam i czasem ze zbytnim przewrażliwieniem przywoływałam dzieci z placu zabaw na kontrolę, bo choć ośrodek był zamknięty, kamerami nafaszerowany, to nigdy nie wiadomo gdzie licho śpi. Świat przestaje mi się podobać pod względem bezpieczeństwa.
Kiedy w lutym szukałam dla nas wakacji i wychodziłam z siebie, kiedy kolejna agencja odpowiadała mi, że nie ma już miejsc, pomyślałam sobie, że mnie nabierają. Jakaś Polka pisze łamanym włoskim,więc co się będą w dyskusję wdawać, lepiej powiedzieć, że nie ma miejsc. Jednak kiedy wyjeżdżaliśmy z Lignano, wspólnie z mężem stwierdziliśmy, że całkiem możliwe, że w styczniu takie miejsca są już zarezerwowane, bo sami mieliśmy ochotę już nie oddawać kluczy z domku Nibbio 2... małego parterowego bungalow, z ogródkiem, grillem i obrusem w oliwki, oraz zapasowym w kolorowe rybki. Ale nie to było meritum na którym opierała się nasza fascynacja tym miejscem. Sercem Centro Albatros byli Enjoyland, czyli tak zwani Animatorzy. To ta grupa młodych ludzi zawładnęła nie tylko uczuciami dzieci, ale także naszymi. Byliśmy dla nich pełni podziwu i wbrew pozorom nie z tak błahego powodu jakim by się mógł wydawać fakt, iż wyręczali nas z organizowania czasu dzieciom. Byliśmy pełni podziwu dla ich kreatywności, świeżości mimo zlanych potem koszulek, dla ich uśmiechów i tego „czegoś”, czego dotąd nie spotkaliśmy. Dzieci biegły do nich i wieszały im się na szyję (nie tylko nasze oczywiście) już o 9.30 podczas porannych zajęć na placu zabaw; rzucały wszystkim na basenie i stawały w kolejce, żeby przepłynąć pod nogami ulubionej pani; albo zagrać z nią w piłkę, a każdego wieczoru mimo zmęczenia po całym dniu atrakcji biegły na Baby Dance odtańczyć sześć kultowych piosenek z wszystkimi Animatorami, co było tak uroczym zjawiskiem, że zajmuje większą część naszych nagrań kamerą :). Poza tańcami trafiliśmy na pokaz dziecięcej grupy akrobatycznej, na przedstawienie „Alladyn” w wykonaniu Animatorów; na włoski wieczór zorganizowany w formie targowiska wokół bungalow, gdzie porozmawiać można było w producentem włoskiego wina i zakupić włoskie ręcznie robione cuda; był Baby Dance w basenie nocą co dla dzieci było nie lada atrakcją, a jeszcze większą był Coco Dance - Taniec kurczaków w wykonaniu dorosłych wczasowiczów podczas codziennego aerobiku w basenie. Czy grupa czterdziestu ludzi machających skrzydełkami , osuwających się ze śmiechu, nie jest warta zapamiętania? To były nasze najweselsze wakacje. Nawet Werona nie wyciągnęła nas poza Lignano Sabbiadoro, ze względu na uśmiechy dzieci.
Zatem pozostaliśmy całe dwa tygodnie na miejscu, wśród palm, czterdziestostopniowych upałów, czosnkowych bułeczek, parmezanu i olbrzymich pucharów lodowych posypanych kruszoną czekoladą, które nawet takiego smakosza jak ja przyprawiły o dezorientację, czy to przypadkiem nie dla zapaśnika sumo ze stolika obok. Jeden dzień spędziliśmy w Parku Rozrywki, gdzie foka pokazywała język, klaun pierdział wodą, a papugi jeździły na wrotkach. A jeden w Aquasplashu, gdzie prawie straciliśmy głosy piszcząc w czarnej niczym nora kreta rurze. Minutę później staliśmy ponownie w kolejce do zjazdu, bo taki był zamiar tego wyjazdu, że większość czasu poświęcamy dzieciom, sami doskonale się bawiąc. Czy odpoczęliśmy? Może nie w pełni tego słowa znaczeniu, ale tak po włosku, czyli z odrobiną szaleństwa, zasmakowaniem nocnego życia i popołudniowej sjesty. Tam ludzie żyją inaczej. W kapeluszach. I słońce jest inne. I dzień dłuższy. I uśmiech o poranku stoi pod drzwiami jak mleko w szklanej butelce. Tymczasem za oknem mam deszcz.
Co to za lato, kiedy chłód przepędza do domu?
p.s z racji czwartkowego Święta Czekolady zakupiłam sobie fondue do czekolady. teraz tylko potrzebne mi maliny, banan, winogrona. Może też być kiwi i brzoskwinia, a nawet małe mirabelki. Hmmmm, owoce zanurzane w gorącej czekoladzie. Od razu cieplej się robi, prawda?:)
Miłego popołudnia


2010-07-20

2010-07-01

Magnifico... riparto domani !!! :)

Usiadłam. Na pół godziny w końcu usiadłam. Boso na tarasie, tak jak lubię. Słońce dziś znowu da popalić, czuję jak skóra bez protestów przyjmuję dawkę promieni i zabarwia się na plażowy kolor. Żeby bardziej wprowadzić się we włoski klimat zrobiłam sobie kawę latte macchiato, a do kawy przyniosłam typowo polski przysmak, w stylowej puszce z Krakowskiego Kredensu śliwki spod Łącka w czekoladzie. A na drogę spakowane mam ręcznie robione według starej krakowskiej receptury Krówki i w kolejnym metalowym pudełku Landryny z Emausu.
Ostatnie trzy dni brałam udział w maratonie testującym moje siły. Zrobiłam więcej niż się spodziewałam i co ważne nadal mam w sobie energię. Do codziennych obowiązków przy dwójce dzieci, gdzie czas upływa od posiłku do posiłku, dodałam jeszcze szorowanie walizek, koszenie, ładowanie łopatą kamienia do jakiś pięćdziesięciu wiader i przenoszenie ich przed świeżo postawione ogrodzenie, gdzie ciężkie samochody zrobiły dziury wielkości łap słonia; mycie okien, żeby babci nie przyszło do głowy ich myć, czyszczenie samochodu, trzykrotne zakupy, dmuchanie i wydmuchiwanie sprawnych materacy, rozwieszenie sześciu suszarek prania, ich wyprasowanie, złożenie, spakowanie... i doczytanie ostatnich dwustu z ośmiuset stron „Czarodziejskiej góry”.
Czuję się taka lekka. Zgubiłam po drodze kilogram. Przyrumieniłam sobie twarz. Obtarłam od wiadra wewnętrzną część nadgarstka i wysypałam sobie na stopę ostatnie wiadro kamienia. Ale uśmiecham się, bo zdrowy śmiech tworzy duchowe niebo, pod którym wszystko dojrzewa. Czy już się dzisiaj śmiałaś? Tak podobno pyta mnie życie. W ostatnim Zwierciadle przeczytałam doskonały artykuł o gelotologii, czyli terapii śmiechem i tak sobie myślę, że coś w tym naprawdę jest. Momentami nie miałam lekkiego dzieciństwa, wiele w sobie noszę, odkładam wewnątrz na rozprawienie się z tym kiedyś tam, kiedy uznam za stosowne, ale  widzę, że przez te wszystkie lata, śmiech którym byłam przez Mamę w ramach rekompensaty karmiona, to wszystko skutecznie zamaskował. Przykrył swą leczniczą mocą. Czyżby Mama wiedziała już od dawna o terapii śmiechem? To z nią wylałam morze pełne łez radości i do teraz wpadamy w tak histeryczne ataki śmiechu, że wisimy na telefonie, trzymamy się za brzuchy i tylko rechot przez łącza pędzi. Pamiętam partie badmingtona jakie odgrywałyśmy przed blokiem, ja miałam z dziewięć lat, mama była w czeskich jarmilkach. Pod wielkimi kasztanowcami, na oczach znudzonych domową krzątaniną sąsiadek byłyśmy zawsze jak dobry kabaret. Rozśmieszało nas nawet to, że lotka już pięć minut fruwa w powietrzu i nikomu nie upadła. Śmiałyśmy się w kuchni, na spacerze, w sklepie, w samochodzie, nad rzeką Brennicą o poranku, kiedy wylała się nam na kolana sałatka z pomidora, ogórka i cebuli. Śmiałyśmy się spadając z materaca, kiedy włosy Mamy precyzyjnie nakręcone o poranku na lokówce wyglądały jak na pokazie glonowych peruk, a tusz spływał jej aż po kącik ust. Śmiałyśmy się kiedy na oczach pstrągów złożyło się na mnie łóżko turystyczne i osłabiona chichotem nie byłam w stanie nawet mamie ręki podać ... śmiejemy się do teraz przypominając sobie tę sobotę, kiedy zamiast ziemniaków przyniosłyśmy z targu szczeniaka i Babcia nie odzywała się do nas trzy dni, bo bez ziemniaków i własnoręcznie robionego makaronu do rosołu, nie wyobrażała sobie niedzielnego obiadu. Śmiejemy się, że przez trzy lata owy pies był psem, a potem okazało się, że to suka.
To były czasy... dlatego teraz kiedy wysypuje mi się wiadro kamienia na stopę przypominam sobie ten moment, kiedy pochłonęło mnie łóżko turystyczne. I patrząc na moje dzieci, które śmieją się ze swoich wpadek, cieszę się, że odziedziczyły po mnie dystans do samych siebie, że wynajdują słowa, które potrafią rozładować napięcie. Śmiech łączy ludzi, jest pomostem do bliskości, a co więcej podobno śmianie się z siebie podnosi poziom inteligencji.

„Humor:boski błysk, który odkrywa świat w jego moralnej wieloznaczności,a człowieka w głębokiej niezdatności do sądzenia innych; humor:upojenie względnością rzeczy ludzkich; dziwna przyjemność,wynikła z pewności, że nie ma pewności”
/Milan Kundera/

Pora wrócić do obowiązków. Znajda wyleguje się na drewnianej piaskownicy i nie zamierza dziś nic robić (jakie sielskie jest życie psa), dzieci jeszcze w piżamach, a mnie czeka wysprzątanie porządne domu, żeby Babci mojej kochanej to do głowy nie przyszło. Pozostałe prasowanie muszę gdzieś przed nią upchać, ale i tak wiem, że pewnie wynajdzie sobie coś do wyszorowania, choćby dywaniki łazienkowe. I jak zwykle posprząta szufladę z reklamówkami. I pewnie z Mamą zasadzą kilka kwiatów w doniczce, bo ja jeszcze nie zdążyłam... dobrze, że chociaż kamień przeniosłam i trawę wykosiłam.
Będę się żegnać pomału. Opuszczam Was na dwa tygodnie i porzucam z odrobiną szczerej tęsknoty życie blogowe. Nie wiem jak nadrobię potem zaległości, coraz więcej zakątków odwiedzam i będzie mi ich wieczorami brakowało... ale potrzebna mi zmiana, będę spacerować w japonkach włoskimi uliczkami, nosić piasek w torebce, kapelusz na głowie i aparat na szyi, a później kiedy wrócę 18 lipca podzielę się z Wami tym, co zanotuję siedząc nad brzegiem morza w moim Moleskine.
Trzymajcie kciuki jutro za naszą podróż. Wyjeżdżamy w nocy z piątku na sobotę i jeśli ktoś ma jakieś nadprzyrodzone siły, to proszę o usunięcie tirów z drogi... nie ukrywam, że one śnią mi się po nocach. Ta trasa zawsze mnie przeraża, a w tym roku wyjątkowo. Grazie mille!!!
Allora,mi dispiace , ma adesso devo andare.
Arrivederci. A presto!!!
Buon viaggio!!! :)

DOPISEK z dnia 2 lipca godz. 23:06 ... właśnie smażę kotlety na drogę. Dzięki za wszystkie kciuki, które poniżej sprawnie, grupowo i po przyjacielsku trzymacie!!! W tym wypadku na pewno dojedziemy szczęśliwie. Trzymajcie je też 17 lipca, kiedy to będziemy opuszczać słoneczną Italię!!!



2010-06-26

Z dialogów rodzinnych odc.13 - rozmowy (nie) kontrolowane

Pewna mała dziewczynka, zwana Lolą, której końcówki włosów nadal zwijają się w serpentyny, a prawy kciuk walczy z przystosowaniem do nowych zasad z dala od buzi, stała się niepokonaną mistrzynią w uwalnianiu zabójczych fal słownych i na wieczór osobnicy z nią przebywający widzą i słyszą podwójnie (czyt. ja). Czasem też się przewracają, wchodzą w skarpetkach do wanny, solą zamiast słodzić, bądź nie trafiają do łóżka, które zresztą i tak jest już o tej porze zajęte. Lola jest jak robocop, jak Królowa Mrówek Robotnic, jak cały koncern Red Bulla.... i dziś Charlie, jej brat, stwierdził, że mnie podziwia, że z nią wytrzymuję. Dziękuję synu. Twoje wsparcie wiele dla mnie znaczy. A wracając do Twojej siostry to nie mam wyjścia, bo kiedy staram się zatrzymać napierający na mnie potok słów, ona zaczyna śpiewać, pogrążając ciszę organkami na zejściu, fletem na emeryturze, harmonijką, na dźwięk której york dostaje szału i wyje niczym wilk pod lasem oraz bębenkiem bez dna. Z dwojga złego wolę już słuchać jej opowieści, głośno potwierdzać zaznajomienie się z aktualnie omawianym tematem i kontynuować jej ambitną, notorycznie się powtarzającą puentę i co ty na to mamo... . A ja na to córciu droga...
Jestem zmęczona. Autentycznie padam na twarz i chyba wytnę sobie dziurę na środku poduszki, żebym mogła poczytać książkę schowaną pod nią. Lola mnie pokonała. I jak tak dalej pójdzie, to pokona też brata, który widzę, że czasem marzy o czapce niewidce, chroniącej go przed wyskakującą zza ściany siostrą i jej piskliwym aaaaa tu cię mam!!!. Przed jej  strumieniem świadomości. Przed pytaniami, ciągłą potrzebą nauki i wyszukiwaniem nowych zajęć.
Lola jest tak żądna wiedzy, że nie umknie jej uwadze, żadne nowe słowo... każde trzeba rozłożyć na części i przesylabizować oraz podać przykłady użycia. Czasem namacalnie. I tak na przykład... wie już co to jest aut w meczu piłki nożnej (trenują w przedpokoju), wie że trzeci klawisz na organach to E, że do naleśników dodaję dwa jajka, a ślimaki się soli kiedy psocą. Wie, że najśmieszniejsze wiersze dla dzieci pisze Brzechwa, że po lecie jest jesień, że za siedem palców będzie na plaży, a tam będzie mnóstwo granulek piasku i będzie musiała chodzić w skarpetkach, bo księżniczki tak mają. Wie, że chomik wcale nie jest w sanatorium, że najlepsi malarze malowali palcami czego i ona dokonywać zamierza, a na wakacje musi zabrać pół domu i łóżko,bo inaczej nie jedzie.
- Lolka, czy ty kiedyś zamilkniesz? - zapytał dziś Charlie odważnie siostrę.
- Raczej nie - przekręciła filuternie oczkami w odpowiedzi.
- A wiesz, że ciężko czasem z tobą wytrzymać, a ja chciałbym mieć fajne wakacje...
- No wiem.
- To dobrze, że chociaż wiesz... Straszna gaduła z ciebie, nie boli cię buzia? – ciągnął dalej, próbując poruszyć maleńkie jak pestka czereśni sumienie Loli.
- Ojjj Charlie, jak to, to ty nie wiesz takich rzeczy? Przecież sam też ciągle gadasz, w końcu jesteś moim bratem - odparła bez zastanowienia i wspólnie wpadli w sidła spontanicznego dziecięcego chichotu.
A ja razem z nimi.
Przed nami wakacje. Wyjeżdżamy za tydzień. Codziennie, przez dwa tygodnie, między szóstą a ósmą rano będzie można mnie spotkać spacerującą samotnie po plaży Lignano Sabbiadoro... może nie tak całkiem samotnie, bo Woolf jedzie ze mną. Virginia Woolf. Obiecywałam jej już w lutym, że ją zabiorę.  Ona kochała szum morskich fal, być może nawet bardziej ode mnie. Należy się jej ten wyjazd, już dwa lata nigdzie nie była. Tylko ciągle na piętrze, w biblioteczce przesiaduje. W walizce, między ręcznikiem w muszle, a tym olbrzymim w pomarańczowe słońce leży już "Własny pokój. Trzy gwinee". Buon viaggio!!!



2010-06-24

"Kasika Mowka" Katarzyna T. Nowak

 

Kiedy już trzymałam w rękach zamówioną książkę Katarzyny T. Nowak „Kasika Mowka” przypomniałam sobie słowa pisarki chciałabym ,żeby moje książki budziły w czytelniku emocje, żeby on chciał do nich wracać, żeby one mu coś dawały i tak zaczęłam analizować, co może mi dać 114 stron kieszonkowo wręcz wydanej przez Wydawnictwo Literackie książki. I okazało się, że znacznie więcej niż niejedna obszerniejsza, barwniejsza, znacznie bardziej pchająca mi się w ręce powieść. Ta książka przetarła mi spojrzenie. Jako matce. Jako córce. Jako wnuczce.
„Kasika Mowka” to książka o nietypowym, ale jakże częstym dzieciństwie, gdzie dziecko niby jest odrębną jednostką, ale nigdy nie stanie się silnym korzeniem, zawsze pozostanie tylko gałęzią, bo nawet mu nie pozwolono rosnąć obok. Odrębnie. Poza. Nie ma dla niego miejsca i z góry ustalono, że go nie będzie. Przestrzeń wokół,wraz z jego pierwszym krzykiem się zaciska i reszta życia toczy się na wdechu. Tak jak życie Kasiki, gdzie wszystkie podarowane wraz z narodzinami drogi splatają się w jeden warkocz, który po latach jest tak zaciśnięty, że nie sposób go rozplątać.
Kasika Mowka sama siebie tak nazwała podpisując niespodziewanie nowym imieniem i nazwiskiem zeszyty pierwszoklasistki. Jako siedmiolatka powinna już być samodzielna, jednak jest zupełnie inaczej, co wynika nie tyle z jej lenistwa, co raczej z powstrzymywania się przed robieniem przykrości Babci, która jest jedyną opiekunką dziewczynki. To Babcia od lat obsługuje wnuczkę, podaje jej na tacy posiłki, myje, czesze, ubiera, sznuruje buty. Poleruje szklany klosz, pod który wsuwa w prezencie za rozwój intelektualny pachnący sernik i pióro w czarnym etui owinięte miękką szmatką. Ogranicza kontakty z rówieśnikami, pozwala porzucić szkołę, zastępując szkolne podręczniki własną biblioteczką wyposażoną w T.S Eliota czy Yeatsa. Dumna jest z coraz wyższego muru, którym odgradza Kasikę od świata zewnętrznego. Bo po co on? Ten obcy świat, ten marazm raniący każdą wrażliwą duszę. Mają siebie, swoją miłość. Samolubną. Samowystarczalną. Tak wydaje się Babci... do czasu kiedy zauważa, że wnuczka przestaje być wnuczką, a staje się potworem. Małym, genialnym potworem, nie umiejącym nic, poza słowami z książek.
Dziewczynka również popada w pewnym momencie w stan postępującej ambiwalencji. Dusi się w ciasnocie babcinego postrzegania życia, jej krótkowzroczności, której zasięg kończy się na podwórku. Naprzemiennie kocha i dręczy. Chce samodzielności i żąda usługiwania. Pragnie „onych”, ale się boi. Popycha i przytula.  Kusi ją by skrzywdzić, ale w chorej miłości człowiek tkwi jak w kaftanie bezpieczeństwa, bez możliwości ruchu i dosięgnięcia ofiary, zatem krzywdę najczęściej wyrządza samemu sobie. Co czyni też Kasika...
„Kasika Mowka” to historia o dążeniu do wolności, o próbie uwolnienia się z ramion, które zaciskając kruszą to co powinno się umacniać. O toksycznej miłości, którą ciało odchorowuje przez całe życie, a wewnętrzne szerokie blizny i ma się wrażenie wczoraj powstałe szramy bolą i nie pozwalają normalnie żyć. Czy się zasklepią? Raczej nie, bo przecież nosimy w sobie dziecko przez całe życie, na dzieciństwie budujemy dorosłość, a na starość wracamy do dzieciństwa.
Katarzyna T. Nowak zaintrygowała mnie szczerością swojej opowieści, bo jak się okazało sama była dzieckiem podobnym do Kasiki, jest to zatem książka wpisująca się w nurt powieści terapeutycznych, pomagających rozliczyć się z przeszłością, z trudnymi doświadczeniami i równocześnie ostrzegająca przed błędami wychowawczymi jakich dopuszczamy się w imię miłości.
To bardzo dobra i ważna pozycja, zmusza do refleksji. Po przeczytaniu sprawia, że domy które mijamy stają się przeźroczyste i wypatrujemy w nim Babci i Kasiki, a może Jadzi, Madzi, czy Stasia... Gorąco polecam. Ale może nie na plażę. Raczej do poduszki.

Katarzyna T. Nowak o swojej książce



Co ptak, to obyczaj

Poducha może i będzie wywietrzona, ale niekoniecznie czysta



2010-06-22

Gdzie wszystko jest ciszą

Gdzie wszystko jest ciszą


Tutaj nic się nie dzieje
poza tym co w sercu złożone
na płasko, w kosteczkę
lub na lewo w pośpiechu

Nie ma myśli co rano
poszarpanych bezsennością
zamkniętych od wewnątrz kluczem
złamanym po drugiej nad ranem

Tutaj wszystko jest ciszą
splecioną tylko ze wspomnień
odzianych w letnią sukienkę
i słomiany kapelusz

                 m.sz.

Czasem budzę się rano i przepisuję szybko słowa we śnie w wersy ułożone. Szkoda, że zdarza mi się to tylko raz na pół roku :). Nie wiem od czego to zależy. Nie pamiętam wtedy snu, tylko słowa po nim zostają.

Kolejne dwa dni jestem bez samochodu, bo oddaliśmy do przeglądu przed wyjazdem i czuję się jakby mnie ktoś nóg pozbawił. Nawet nie zdajemy sobie czasem sprawy z własnych uzależnień. Mam sześć kilometrów do centrum, z dwójką dzieci to daleko nie dojdę... idę lepiej gotować rybę po grecku.

Miłego, mam nadzieję w końcu słonecznego dnia Wam życzę.


2010-06-21

Z pokładu codzienności

Nad ranem wróciłam z wesela i stwierdzam, że mimo iż było bardzo sympatycznie to jednak nie nadaję się na imprezy masowe, szpilki, czystą wódkę, sukienki letnie kiedy za oknem ledwo piętnaście stopni, przytupywanki, tłuste jedzenie i niecenzuralne słowa, które są efektem upojenia alkoholowego... przykro mi tylko, bo pod powiekami mam obrazy sprzed kilku laty, kiedy potrafiłam tańczyć godzinami; teraz boli mnie kręgosłup, drętwieje lewa noga, a kolana uginają się pode mną po pierwszym tańcu. Nerki się buntują, kiedy zjem o talerz za dużo. Moje zdrowie nie pozwala mi na takie szaleństwa, stąd też pewnie moja niechęć do tego typu imprez, bo kończę zazwyczaj na byciu fotografką, kierowcą, szatniarką, podawaczką upadłych sztućców i pocieszycielką :). Na szczęście nie wiem kiedy kolejne wesele i nie martwię się na zapas.
Martwię się jednak gwałtownym powrotem zimna we Włoszech ... zamiast słońca są tam ulewne deszcze, silny wiatr, intensywne gradobicia,trąby powietrzne, podtopienia, a górach nawet śnieżyce ... chyba oszaleję!!! Za dwa tygodnie o tej porze mam w planach leżeć pępkiem w stronę chmur na plaży w Lignano Sabbiadoro. Już walizki zjechały z poddasza, już lista załatwień sięga ziemi. Czuję pod stopami drobinki piasku, na ramionach opierające się promienie słoneczne ... nie może być inaczej. Proszę!!!
p.s czy ktoś wie kiedy skończy się Mundial? Nie słyszę w domu własnych myśli. Druga Połowa krzyczy, gestykuluje i nerwowo zajada czekoladki. Charlie uczy się podrzucać piłkę stopą. Lola chce bajki. Psy chcą piłkę Charliego. A ja chciałabym oglądnąć o18:35 film na TVP Kultura „Chopin. Pragnienie miłości” o burzliwym związku Chopina z pisarką George Sand. Tymczasem poprzeglądam dopołudniowe zakupy... 20 książek za 35zł, które upolowałam na Kiermaszu Używanej Książki przy Miejskiej Bibliotece. W tym mam pięć pięknie w Czytelniku wydanych książek Jarosława Iwaszkiewicza (dwa tomy Opowiadań, Prozę Poetycką i dwa tomy Podróży), wiersze Gałczyńskiego, Rymkiewicza  i wiele innych, które uznałam warto w cenie dwóch, trzech złotych nabyć. 
Tym oto sposobem moja biblioteczka domowa liczy sobie prawie 600 książek, a 80 z nich czeka w kolejce na moment, w którym po nie sięgnę. Dużo. Nie kupuję nic do końca roku. Taaaaaaak, już to widzę :)



2010-06-16

Przyszłość z uśmiechem w tle

  
Kiedy jest się szczęśliwym posiadaczem dzieci czas odlicza się zupełnie inaczej. W trybie przyśpieszonym. Od pierwszego zęba, do pierwszego kroczku. Od pozbycia się pieluch, do pozbycia się wózka. Od wakacji do wakacji. Od początku roku szkolnego do jego końca. Od pierwszych urodzin do dziewiątych... Dzieci są klepsydrą, którą widuję codziennie i przyglądając się im widzę, że ziarenka życia nie próżnują, przeciskają się, nakładają jeden na drugiego, czasem umykają bokiem niezauważalne. Ma się wrażenie, że coś się kończy, ale nic nie zaczyna. Bo ludzka natura skupia się raczej na wspomnieniach, niż planowaniu. Przeszłości jesteśmy pewni, przyszłości się boimy. Robimy uniki przed nieznanym. Cofamy się. Przykucamy. Gaśniemy. Wisimy niczym pajączki uczepione cienkiej sieci, drżymy na wietrze, wysuwamy niepewnie jedną kończynę, pozostawiając w tyle trzy kolejne, bo ruch dwa na dwa mógłby już być zbyt niepewny niosąc za sobą ryzyko upadku.

 
Patrząc na moje dzieci zastanawiam się co ja im w obecnej chwili mogę zapewnić. I stwierdzam, że nic co daje gwarancję przetrwania. Przykre to. Żyjemy z dnia na dzień i choć staramy się teraz umożliwić im szczęśliwe dzieciństwo, to tak naprawdę nie mamy pojęcia co będzie za dwa, trzy, cztery lata. Mam wrażenie, że świat nie idzie ku lepszemu. Mieliśmy iść z postępem techniki, medycyny, nauki; rozwijać się, latać skuterami ponad powierzchnią ziemi, a nie radzimy sobie z kataklizmami, terroryzmem, chorobami i stabilnością finansową wielu państw. Aż strach pomyśleć co będzie za pięć lat... nawet nie będzie gdzie uciekać.
Tymczasem jest tak...
Lola ma trzy i pół roku, zaczyna dopiero swoją karierę przedszkolną i baletową. Tę taneczną traktujemy z przymrużeniem oka, choć miło patrzeć na jej beztroskie podskoki. Przedwczoraj wyszła zawstydzona na scenę, drgały jej policzki od tłumionego śmiechu, napełniły się nieokiełznaną radością, a jej małe paluszki zwijały nerwowo rogi sukienki. Po półrocznej nauce była wróżką w przedstawieniu „Kopciuszek”. Spełniła pierwsze ze swoich marzeń, stała się tak jak jej bohaterka Angelina Ballerina, prawdziwą gwiazdą estrady. Siedziała za kulisami białego prześcieradła. A kiedy wyszła rozjaśniła swoją postacią całą salę, a mnie łzy w oczach się zbierały, kiedy patrzyłam na jej lekkie jak u motyla ruchy.
Nigdy nie byłam zwolennikiem przymuszania dzieci do serii zajęć dodatkowych, lekcji pływania, baletu, angielskiego, skrzypiec, tenisa, piłki nożnej, karate, kreatywnego myślenia, rysunku, czy lepienia z gliny. Dałam im możliwość wyboru, podjęcia samodzielnej decyzji, do niczego nie przymuszałam, bo życie zbyt szybko się przesypuje, by odbierać im dzieciństwo. Na obowiązki przyjdzie czas. Każdy wybrał sobie zatem tylko po jednym zajęciu, które uważam wystarczająco kształtują nawyki odpowiedniego zdyscyplinowania, samozaparcia, dążenia do spełniania marzeń, które ewidentnie u moich dzieci idą w kierunkach muzycznych... Lola wybrała balet. Charlie fortepian. Dumą obrosłam niczym pergola kwiatami glicynii.
Nie wiem co z tego wyniknie, Lola ma niespełna cztery lata, Charlie dopiero dwie lekcje za sobą. Ale patrząc na ich zaangażowanie w te zajęcia, zrobię wszystko, żeby stać mnie było na te lekcje także za rok... żeby zakupić nowy strój i baletki we wrześniu, żeby rozglądnąć się za używanym pianinem, odbierać z Lolą kolejny dyplom, wysłuchać Mozarta w wykonaniu Charliego... mówiłam, że mając dzieci czas odlicza się zupełnie inaczej? Mówiłam, prawda? Zapomniałam wspomnieć, że żyje się nie tylko od końca pierwszej klasy, do końca drugiej, ale też od ich marzenia do marzenia. One oddalają wątpliwości związane z przyszłością. Rozświetlają klepsydrę. Dają nadzieję, że nawet jeżeli nam się nie udaje spełniać wszystkich marzeń, to może przynajmniej im się uda. Ich uśmiech jest moją przyszłością... 


2010-06-13

Stosikowo

Coraz bardziej upewniam się w fakcie, że z Wenus to ja na pewno nie pochodzę... mając odłożone dwieście złotych na weselną kreację, jednego dnia dopadła mnie słabość i taaaaddaaaaammmmm:)
    

"Wiersze z Cieniem" - Anna Janko ( wyczekiwany przeze mnie nowy tomik poezji)
"Pogłos" - Ewa Lipska ( równie wyczekiwany tomik poezji)
"Kasika Mowka" - Katarzyna T.Nowak ( nie czytałam jeszcze nic tej pisarki i jestem bardzo ciekawa tej książki)
"Przytulać kamienie" - Krystyna Januszewska ( książka wyszukana przypadkiem)
"Znak Wodny" - Josif Brodski ( o miłości Brodskiego do Wenecji)
"Łuk triumfalny" - Erich Maria Remarque ( polecona przez Przyjaciela)
"Opowieści o miłości i mroku" - Amos Oz ( lubię tego pisarza i myślałam już dawno o tej książce, a teraz Kasia.eira skutecznie mnie do niej przekonała)
"Samotność liczb pierwszych" - Paolo Giordano ( kupiłam, bo planuję na urlopie odszukać oryginalną wersję i przypomnieć sobie na podstawie tej książki język włoski)
"Włosy mamy" - Gro Dahle & Svein Nyhus ( na tej książce się zawiodłam, spodziewałam się czegoś obszerniejszego)
"Niebieska zasłona" - Virginia Woolf ( to jedyna książka dla dzieci, jaką napisała moja ukochana Virginia Woolf, po prostu musiałam ją mieć :)



2010-06-12

Holewiński, Murakami, Samozwaniec, Rakowicz, czyli nadrabianie na ekranie

   

Wraz z nadejściem upragnionego słońca w nasze życie wtargnęły też dodatkowe obowiązki, i tak na przykład kilka dni temu, zamiast odpoczywać po całym dniu, do dwudziestej malowaliśmy z Drugą Połową ponad dwadzieścia słupków ogrodzeniowych na kolor świeżo ściętej rzeżuchy. Nie powiem, było całkiem przyjemnie, bo ogrodzenie po pięciu latach cieszy, niczym pierwsze owoce na zasadzonym drzewie (notabene zbiegło się, owoce też są).
Przeczytałam ostatnio sporo ciekawych książek i o tyle, o ile mam siły nocą czytać, to niestety brak mi sił na pisanie, a w ciągu dnia rzadko mam czas i odpowiednie ku temu warunki by zatrzymywać słowa regularnie na papierze (często robię to byle gdzie, w notatnikach, na kartkach, po to aby potem złączyć zlepki myśli w tekst ku pamięci wiekopomnego lub mniej dzieła).
Żałuję. I cierpię z tego powodu, bo w głowie kłębią się myśli, refleksje, pojedyncze słowa, wybiórcze fragmenty i dopóki się ich nie pozbędę to brakuje miejsca na nowe. Dopóki nie napiszę choć kilku zdań o książce to mam dziwne uczucie, że po kolejnych dziesięciu o niej zapomnę, bo nie ukłoniłam się w podzięce. A są takie, o których zapomnieć nie chcę, choćby ze względu na sentyment do okoliczności ich pozyskania.
Te cztery książki czytane w maju dostałam w prezentach, w dodatku trafionych w moje gusta. Tak tak, to niesamowite, jak miło może być w świecie wirtualnym, jak zaskakująco mogą się układać znajomości, jak niepostrzeżenie przeradzać w przyjaźnie, szczere, ciepłe, żywiące się słowami lekko nakreślonymi na papeterii w krówki, bądź kwiaty magnolii, które w tradycyjnej kopercie, a nie po drutach pędzą do Londynu, Lublina, Piotrkowa Trybunalskiego czy Radomia.

Przedstawię książki w kolejności czytania. Najpierw z czystej ciekawości sięgnęłam po pisarza zupełnie mi wcześniej nieznanego, po Wacława Holewińskiego i jego książkę „Za późno na modlitwę”. W środku zastałam kartkę pocztową z Piotrkowa Trybunalskiego, która służyła mi za zakładkę i słowa Ewci To taki drobiazg dla Ciebie, zupełnie bez okazji. Ot tak po prostu z życzeniami miłego dnia. Z tyłu na okładce znalazłam zdjęcie sympatycznie wyglądającego pana po pięćdziesiątce i taki oto opis książki: To powieść wielowarstwowa, zawierająca diagnozę współczesnej rzeczywistości na wielu planach: psychologicznym, obyczajowym,społecznym i politycznym. Głównym bohaterem jest człowiek, który z perspektywy czasu i przestrzeni spogląda na swoje dawne miejsce w życiu demokratycznej opozycji w Polsce oraz na przełomie 1989 roku... . Początkowo bałam się, że mimo iż wątek polityczny został wymieniony na końcu, to jednak zdominuje on tę książkę ,a za polityką w beletrystyce nie przepadam. Jednak po dwóch pierwszych rozdziałach wiedziałam, że to będzie książka, którą szybko pochłonę. Już na wstępie spodobał mi się tok narracyjny autora, który każde dwa kolejne rozdziały zaczyna od tych samych słów, z tym że raz wychodzą one z ust kobiety, a raz mężczyzny... Historia ta wydawała mi się początkowo całkiem banalna. Siedemnastego listopada, w środę miałam dyżur w izbie przyjęć... Historia ta od samego początku nie miała dla mnie nic z banału. Ocknąłem się ze strasznym bólem głowy.
Ona, Anna Catherina, jest lekarką w paryskiej klinice specjalizującej się w operacjach neurochirurgicznych; ma na swoim życiowym koncie męża, córkę i sporo przelotnych miłostek, które nie pomogły jej odzyskać utraconego już dawno temu szczęścia. Jest samotna, zagubiona, często zimna i wulgarna. On, dla niej Kuba, dwukrotnie żonaty, ojciec dwójki dzieci, jest pisarzem sprzedającym z  większym powodzeniem swoje książki we Francji, niż w Polsce i człowiekiem szukającym czegoś, czego pewny jest, że znaleźć nie może. Pewnego dnia, tych dwoje się spotyka. Co z tego wyniknie? „Za późno na modlitwę” to bez wątpienia powieść o miłości i różnych jej odsłonach, zarówno o tej cierpliwie oczekującej jak i bezpardonowo szalonej; tej nastoletniej dla której ucieka się z domu, jak i tej dojrzałej, której pozwala się przykucnąć i odpocząć. Skojarzyła mi się z miłością Teresy i Tomasza z „Nieznośnej lekkości bytu” Milana Kundery, który autorowi nie jest obcy, bo jego powieść wsunął Annie Catherinie do kieszeni fartucha lekarskiego. Polecam, książka Wacława Holewińskiego to jedno z moich ciekawszych odkryć tego roku. Jedynym minusem jest fakt, że książka jest raczej trudno dostępna.

Autora drugiej książki nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Haruki Murakamiego można spotkać na półkach każdej księgarni i często też na liście bestsellerów. Nigdy wcześniej po niego nie sięgnęłam, bo spotkałam się z opinią, że to taki japoński Paolo Coelho, co do mnie nie przemawiało, bo Coelho może być tylko jeden, tak jak Woolf jest jedna. Jednak kiedy dostałam jego książkę od Dosi z zamieszczonym wpisem Tak, jak obiecałam, oto jedna z wielu powieści mojego ulubionego autora. Gdybyś się pokusiła o inne pozycje, nie trać jedynie czasu na „Przygodę z owcą"... i zaczęłam czytać, to przekonałam się po raz kolejny, jak różne są gusta czytelnicze. Nie wiem, być może fabuła przeważyła i będzie on dla mnie autorem tej jednej książki, a kolejne mnie znudzą, jednak na dzień dzisiejszy Murakami ma u mnie pięć z minusem, minus za te dość symplistyczne wstawki erotyczne, ale cóż, takie są w sumie prawa młodości i seksualnego wyzwolenia.
Akcja powieści "Norwegian Wood" rozgrywa się w Tokio w latach sześćdziesiątych, w czasach jazzu, wolnej miłości, i protestów na uczelniach. Poznajemy Toru Watanabe kiedy ma osiemnaście lat, mieszka w akademiku i spotyka się z Naoko, byłą miłością swojego przyjaciela Kizuki, który popełnił samobójstwo, co znacznie odbiło się na psychice Naoko. Po dwóch latach trafia ona do sanatorium koło Kioto, gdzie będzie przebywać do końca tej opowieści, co trochę zakrawa mi na „Czarodziejską górę”, w której zresztą Watanabe się namiętnie zaczytuje (być może to hołd złożony Mannowi, tak jak Holewiński zrobił to w stosunku do Kundery, dając głównej bohaterce jego książkę do kieszeni fartucha). Miejsce Naoko zastępuje poniekąd Midori, to z nią spędza on całe dnie,wspólnie spacerują, gotują, robią zakupy, jednak Naoko ciągle zajmuje ważne miejsce w jego sercu. Piszą do siebie listy i Toru odwiedza ją w sanatorium. Obie te kobiety mają na głównego bohatera wielki wpływ, stopniowo go kształtują, wymuszając na nim podejmowanie pewnych decyzji przyśpieszających kroki jakie stawia ku dorosłości.
Niewątpliwą zaletą tej książki jest spokój w jaki wprowadza ona czytelnika, z każdą stroną odsłaniając przed nim barwne, uwikłane w psychologiczne zawirowania postaci. Autor prostym i płynnym językiem, nieśpiesznie opowiada sentymentalną historię o sile przyjaźni, o poszukiwaniu miłości i swojego miejsca w życiu oraz o procesie dojrzewania, który niekoniecznie jest tylko swawolnym szaleństwem. Często dojrzewanie jest tym ostatnim etapem życiowym i Murakami nie przymyka oczu na problem samobójstw, które w Japonii stanowią poważny problem. Jednak mimo trudnej tematyki książkę tę czyta się lekko i przyjemnie, wierząc że taki los dany był jej bohaterom i nie czuje się uczucia przybicia i smutku po jej zakończeniu. Japończycy bardzo dobrze przyjęli tę powieść, traktując ją jak swego rodzaju manifest pokoleniowy (porównywany do „Buszujący w zbożu”), sprzedała się ona w samym kraju kwitnącej wiśni w ilości 3,5 miliona egzemplarzy i doczekała się już swojej ekranizacji, która w tym roku ma wejść na ekrany światowych kin. Obejrzę na pewno.

Trzecia książka to nieznane dotąd zapiski Magdaleny Samozwaniec odnalezione przypadkiem po kilkudziesięciu latach od jej śmierci. Książkę „Z pamiętnika niemłodej już mężatki” dostałam od Kate i uśmiechnęłam się czytając jej dosadną, ale jakże piękną dedykację Symptomem śmierci naszych marzeń jest spokój. Życie staje się niedzielnym popołudniem, nie żąda od nas niczego szczególnego, a i my nie mamy ochoty wiele z siebie dawać ... obyś nigdy nie zaznała spokoju :). Kate jako moja stała czytelniczka wie, że jestem fanką wszelakich biografii, dzienników i wspomnień, a książka ta doskonale ten dział literatury prezentuje uzupełniając tekst historycznymi czarno-białymi fotografiami z prywatnego archiwum Kossaków. Bo jak by ktoś nie wiedział, Magdalena Samozwaniec to wnuczka Juliusza Kossaka, córka Wojciecha Kossaka, a siostra Jerzego Kossaka i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Zatem mamy w tej książce wspomnienia nie tylko samej Samozwaniec, ale i całego rodu Kossaków, co niezmiernie mnie ucieszyło.
Samozwaniec wspomina lata dzieciństwa, kiedy to jako czterolatka pisała po murze rodzinnej krakowskiej posesji, bo od najmłodszych lat pragnęła zostać sławną pisarką, a jej siostra już w wieku sześciu lat pisała pierwsze wcale niebanalne wiersze. Poznajemy młode Kossakówny, te zakochane, uparte, obdarzone talentem i podziwem dla ojca, który był wzorem człowieka pracowitego i ambitnego. Są małżeństwa, zdrady, rozwody, rozprawy o modzie, malarstwie, literaturze, miłości do Francji i marzeniach. I co najważniejsze, nie brakuje tej książce tak charakterystycznego poczucia humoru, którym Samozwaniec obdarza od zarania dziejów swoich czytelników (pamiętam do teraz jak czaiłam się w łazience 39m mieszkania mojej mamy z książką „Czy pani mieszka sama”, bo nie wiedziałam, czy to pozycja dla mnie. Zainteresowała mnie, bo była już wtedy, jakieś piętnaście lat temu nieźle poturbowana, więc stwierdziłam, że skoro tak wygląda to pewnie sporo koleżanek od mamy już ją pochłonęło i warta jest ukrywania się z nią w łazience, albo pod kołdrą :).
Polecam tę pozycję nie tylko miłośnikom Magdaleny Samozwaniec. Nie trzeba znać jej prozy, by przy tej książce miło spędzić czas. Zastanawia mnie ostatnie zdanie tej książki... Magdalena Samozwaniec pisze kiedyś napiszę książkę o szczęśliwej wyspie, gdzie pracują tylko mężczyźni, a kobiety zajmują się wyłącznie domem i wychowywaniem dzieci... Czy ktoś wie, czy pisarka spełniła swoje marzenie? Jaką jej książkę polecacie? Chętnie przeczytam.

Ostatnia sprezentowana mi ostatnio książka to „Druga szansa” Joanny Rakowicz, mojej blogowej koleżanki, która ukrywała się lata całe pod pseudonimem Klepsydra, a aktualnie pisze swój blog jako Cassiopea (tworząc ciąg dalszy swojej książki). Wierzyłam w nią, wiedziałam, że jej się uda przebić i znaleźć Wydawcę co zresztą sama odnotowała w dedykacji, pisząc Tej, która trzymała kciuki :). Blog Klepsydry zaczęłam czytać... hmmmm, nie pamiętam nawet kiedy, tak jak nie pamiętam od kiedy piję po pięć kaw dziennie, wiem, że to było niedługo po rozpoczęciu mojego blogowania, czyli będzie już ze dwa lata. Codziennie zasiadałam i czytałam posty wstecz, aż do momentu kiedy uzupełniłam moją wcześniejszą na nim nieobecność. Uzależniłam się od jej lekkiego pióra, nietuzinkowej wyobraźni i tekstów,które na dzień dobry wywoływały na mojej twarzy uśmiech. Nigdy się nie nudziłam, bo Klepsydra zawsze zaskakiwała historiami, potrafiła tak ułożyć sobie przypadkowo dzień, że przebijała samą Bridget Jones (notabene uwielbiam ten film i chyba pora sobie go przy kolejnym środowym prasowaniu odtworzyć). Tak wiem, krytyka pewnie zarzuci jej, że podrabia Grocholę, albo aspiruje do samej Helen Fielding, ale czy to źle, że oprócz prezentowania chorej, zagmatwanej Polski, której teraz w naszej literaturze pod dostatkiem, jest ktoś taki jak Joanna Rakowicz, której proza jest jak letni motyl, którego gonimy po łące, radośnie, w podskokach, aż nagle motyl się unosi, a my nie zauważamy metalowego ogrodzenia i mamy kratkę odbitą na twarzy? :). Lubię ją, bo pisze tak jak by problemów nie było, jak by każdy był przez nas samych niepotrzebnie wyeksponowany, jak by do każdego można było dojść inną drogą, tylko tego trzeba się nauczyć. Bo jej bohaterka nie marudzi (a jeśli się jej zdarzy to robi to bardzo uroczo), nie oskarża losu (bo po co się będzie rozmieniać na drobne), nie ma złych dni (one są, ale po co tracić czas na ich zauważanie), nawet boso do ślubu udaje się z uśmiechem, kiedy inna panienka wpadła by w atak niepohamowanej desperacji. Taką trzeba się urodzić... trzeba urodzić się Julią, żeby móc przypalać wodę i sprać ręcznikiem trenera pływackiego :)
p.s właśnie siedzę sobie na tarasie w wiklinowym fotelu, a nad głową latają mi rozbrykane nietoperze... Lola śpi zmęczona trzydniową gorączką, Charlie podekscytowany pierwszą lekcją fortepianu, Druga Połowa wynikiem 0:0... mam ochotę na gorącą czekoladę, ale chyba już za późno. Za trzy tygodnie o tej porze, będę już w drodze na włoską plażę. Trzeba talię odchudzić.
Dobranoc. Pchły na noc. Chusteczki pod poduchy.




2010-06-10

Przegrzanie

Miałam w planach zupełnie inny dzień, ale kiedy ma się małe dzieci to nie powinno się mieć planów. Bo dzieci planów nie akceptują, jeśli plany owe nie mają z nimi nic wspólnego i zazwyczaj odchorowują szepty wymieniane za ich plecami.
Lola wczoraj spędziła piękny dzień na tarasie, w baseniku. Buźka nabrała odcieniu brzoskwinki, włoski zaczęły razić w oczy swą anielską jasnością i tylko pod strojem kąpielowych zostały resztki białej zimy. Piłyśmy wodę przez słomki z kolorowych kubków, z wystrzępionymi z bibuły parasolkami; rozłożyłyśmy plażowe ręczniki w muszle i delfiny; stąpałyśmy boso po nagrzanych deskach tarasowych zostawiając ślady, które znikały nim zdołałyśmy zrobić następne i obserwowałyśmy kształty mozolnie przesuwających się chmur. Ja widziałam but, taki jak ten włoski na mapie. Lola widziała Angelinę Balerinę. Ja jej osobiście nie widziałam, ale patrząc na uśmiech Loli uwierzyłam, że tam jest.
Dziś rano za to obie widziałyśmy 39 stopni gorączki na termometrze wysuniętym z jej zaschniętych warg. Nie schodziła mi z kolan, nie przestawała wołać mamoo, mamooo, mamiii. Rozpływała mi się w ramionach. Nie zrobiłam nic co miałam w planach zrobić... przeczytałam za to kilka przygód Kubusia Puchatka, Martynki, Klary i jej brata, oraz w przerwie od dziecięcej literatury dramat „Czekając na Godota” Samuela Becketta i wzruszającą książeczkę „Oskar i pani Róża” Erica Emmanuela Schmitta („Czarodziejska góra” jest zbyt ciężka i nieporęczna w takich kryzysowych chwilach, kiedy trzylatkę trzeba mieć na kolanach, a Herta Muller zbyt ciężkostrawna do tej scenerii, więc skorzystałam z pobranych ostatnio zasobów bibliotecznych).
Więc jednak coś zrobiłam. Dwie książki dziś przeczytałam.
I truskawkami się objadłam i objadać zamierzam do czasu, aż wymienię je na czereśnie.
Ciężka noc przede mną... zimne ręczniki pora przygotować, bo gorączka mimo czopków nie spada. Mam nadzieję, że to nie żaden udar słoneczny.

Wasza na szczęście na udary odporna



2010-06-05

A może Berghof?

Czytam „Czarodziejską górę” Thomasa Manna i mam coraz większą ochotę na werandowanie w sanatorium Berghof, tysiąc sześćset metrów nad poziomem morza... zjadłabym też chętnie obiad z sześciu dań, a potem zapaliłabym z dwudziestotrzyletnim Hansem Castorpem jego ulubioną Marię Mancini w pokoju numer trzydzieści cztery; po południu wysłuchałabym poglądów włoskiego filozofa Lodovica Settembriniego; obejrzałabym się za trzaskającą drzwiami Kławdią Chauchat zasiadającą do lepszego rosyjskiego stołu, a potem patrzyłabym jak zwija kulki z chleba... i zapytałabym Joachima podczas niedzielnego koncertu orkiestry dętej czemu o nim do tej pory wiem najmniej. Kim jest? Przecież nie można być tylko czyimś kuzynem. Jestem w połowie książki... przede mną jeszcze czterysta stron, więc może dowiem się kim jest Joachim Ziemssen i czy Kławdia usłyszy szybciej bijące serce Hansa, kiedy przypadkowo potrącą się raz jeszcze przy okienku portiera, odbierając cotygodniową pocztę.
Mann mnie przeciągnął na swoją stronę bez większego problemu. Nie mam ochoty się śpieszyć, wręcz przeciwnie drobnymi kroczkami przemierzam strony prowadzące mnie na Czarodziejską górę.
Ciekawe czy przyjęliby mnie tam bez gorączki? Pewnie nie, sześciokrotne jej mierzenie w ciągu dnia to podstawa. Ale za to mam zapalenie krtani, być może wystarczy radco Behrens?  Proszę to przemyśleć. Przez trzy dni charczałam, jak stara maszynka do mięsa, niewiele zrozumiałych słów potrafiłam wypowiedzieć. Dziś już lepiej, mogę mówić, ale z kolei za bardzo nie mam o czym... tracę coś, na co pracowałam kilka lat, w co inwestowałam, czemu się poświęciłam, co kiedyś sprawiało mi radość, ale niezdrowa atmosfera, ciągnące się od lat zatargi, słowne potyczki, nieprofesjonalne zagrania, odbierają mi resztki sił, jakie we mnie pozostały. Żal mi tego co osiągnęłam. Czuję wzbierającą się złość na samą myśl, że jeśli się poddam to oddam swoją pracę komuś kto na to z mojego punktu widzenia nie zasługuje, komuś kto niewiele dla mnie znaczy, więc ciężko zdobyć się na gest wręczenia podarunku obwiązanego czerwoną kokardą tkaną własnoręcznie przez siedem lat.

Jestem taka klapnięta – powiedziała, ciągnąc sylaby i krygując się bardzo niekulturalnie"

2010-05-29

spacerem boso przez popołudnie

Są takie dni, kiedy nic nie idzie zgodnie z planem, tak jak w ostatnim miesiącu kiedy to zamiast pięknego maja mieliśmy powódź w Polsce i do teraz jej skutki są odczuwalne na sporym terenie kraju.Wszystko się zatrzymało. Nic nie miało znaczenia. Słońce nawet jeżeli się pojawiało na krótką chwilę, to nie mieliśmy sił go przyjąć, bo patrząc na wiadomości, gdzie ludziom tylko czubki czerwonych dachów zostały robiło się wstyd, że nas to nie dotyczy, że wystawiamy twarze do słońca, kiedy twarze powodzian blasku zostały na długie miesiące pozbawione.
Jednak dziś, kiedy pierwszy raz od miesiąca słońce raczyło nas swą obecnością cały dzień, poczułam, że albo oddam się mu w całości, albo zgrzeszę pokutując kolejny tydzień. Oddałam się. Wyszłam boso na taras. Założyłam ciemne okulary. Zjadłam filet z tilapii patrząc jak myszołów wiruje nad intensywnie zielonym polem. Nie miał sprecyzowanego celu, jak ja tego popołudnia. Po prostu wyszliśmy pogodzie naprzeciw.
Na stole wokół mnie różowe kwiaty koniczyny rozrzucone przez dzieci, gdzieniegdzie na tarasie resztki skoszonej trawy, zapachy tańczą pomiędzy myślami o niczym. Na młodym drzewku dostrzegam owoce, małe, zielone, kilka sztuk, nawet nie pamiętam co zasadziłam pięć lat temu, czy to wiśnia, czy mirabelka, ale radość wielka, że mimo obfitych deszczy mała dała radę, zakwitła i po raz pierwszy obrodziła. Sztuk osiem.
Wzięłam dwa ostatnie numery „Bluszcza”, by przejrzeć co w książkach piszczy, ale najpierw wyszukałam moje ulubione artykuły „Książka życia” i „Rozmowa o poczytalności”. Tam ludzie kultury opowiadają o swoich książkowych upodobaniach, o nawykach, o miłościach i nienawiściach, czyli to co lubię czytać w pierwszej kolejności. Poeta Krzysztof Siwczyk pisze: Tak się na moje nieszczęście złożyło, że jestem rodzajem człowieka książkowego. Traktuję tę przypadłość jak poważny mankament. W dzisiejszych czasach książka staje się synonimem marnotrawstwa – czasu, energii, życia. Ludzie nie czytają z wielu powodów. Jednym z nich jest zapewne lęk. Książki są po to, żebyśmy zwątpili. Wytrącają z dobrego samopoczucia,powodują przewlekły dyskomfort ducha. Przynajmniej w przypadku tych, którzy rozumieją sensy transferowane przez zdania (...)Człowiek książkowy jest mierny, ale wierny: wierny przegranej, jak mawiał Samuel Beckett. Tak sobie myślę, że może to u mnie przez tego Manna... ale nie mogę się od niego oderwać, mimo tego dyskomfortu ducha jaki mi serwuje. 

Marek Łuszczyna pyta Mariusza Szczygła czy czytanie to jego rytuał... Nie mogę zacząć, jak nie zrobię sobie cappuccino. Mam specjalny garnek do ubijania mleka. Pierwszy łyk kawy i pierwsze zdanie. Jak wiem, że będę czytał książkę, na którą się cieszę, to nawet kupuję droższą kawę Illy, na którą na co dzień nie mogę sobie pozwolić, bo jest piekielnie droga (...)Wydaje mi się, że najlepsze książki świata już przeczytałem - mówi wymieniając „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla, „Amatorki” Jelinek, „Trudności ze wstawaniem” Hanny Krall, „Życie z gwiazdą” Jirzego Weila, „Matkę noc” Vonneguta, „Papugę Flauberta” Juliana Barnesa i „Zamek” Kafki. Jednej książki, niedawno wydanej nauczyłem się na pamięć! To tekst sztuki „Między nami dobrze jest” Doroty Masłowskiej , której z kolei ja nawet nie tknęłam, ale uśmiechnęłam się czytając słowa podziwu dla książki zniewalającej, błyskotliwej i mądrej jaką jest „Po śniadaniu” Eustachego Rylskiego, w której mam zakreślone sporo fragmentów. Rylski w swoich esejach o pisarzach wyprzedził uwielbianego przeze mnie Milana Kunderę i jego eseje „Spotkanie”. W takim starciu raczej stawiałabym na Kunderę, a jednak Rylski mnie do siebie bardziej przekonał.

Na koniec filtruję poczytalność Borysa Szyca, który nie potrzebuje cappuccino do czytania, ale chętnie podpiera się opinią właściciela kawiarni Czuły Barbarzyńca i prosi o pomoc, która ostatnio skończyła się wyborem „Przyjaciela doskonałego” Martina Sutera i książki „Duże ładne amerykańskie dziecko” Judy Budnitz. Nic mi to nie mówi, ale z ciekawości zaraz zajrzę do internetowej księgarni, bo sam Borys Szyc mnie zaskoczył faktem, iż bliska mu jest literatura rosyjska, od dziecka bowiem karmiony był przez mamę Tołstojem, Dostojewskim, Czechowem i Bułhakowem. Patrząc na jego rolę w „Wojnie polsko-ruskiej” jakoś nie mogę w to uwierzyć :)
Słońce zaszło... ostatnie fiolety znikają za horyzontem.
Nadchodzi noc. To był piękny dzień.



2010-05-27

Wata cukrowa

Ta ciszaaaa... wszyscy śpią, wydawałoby się, że nic już nie przeszkodzi, by w spokoju napić się zielonej herbaty w moim ulubionym kubku z napisem London, który dostałam od Mamy i poprzeglądać co u kogo się dzieje, co się przeczytało, co zrecenzowało... Jednak jakże mylna jest psychika kobieca, jakże naiwna i łatwowierna... przecież kobieto psy masz! I to dwa. I do tego yorki... tak tak, te co to na zdjęciach mają kokardki, trzepoczą wyczesanymi rzęskami ,są słodkie jak różowa wata cukrowa i przytulne jak ukochana poduszka. Nic bardziej mylnego moi mili, początkowo też ufałam opisom elegancki, inteligentny, ambitny i rzadko kapryśny, ale szybko zmieniłam zdanie. W ciągu dnia moje yorki to roztrzepane psiaki, które zachowują się jak wytresowane, niespełna rozumu małpki. Wskakują, zeskakują, podskakują, pod nogi wpadają, czasem też na szybę, kiedy obiekt latający (czyt. ptak) przemknie gdzieś tam w przestworzach i one mają ochotę dogonić ptaszka bez wcześniejszego uprzedzenia właściciela, by ten otworzył okno na taras. Pewnie dlatego mają nosy jak guziki. Są głośne, lękliwe, często zdezorientowane, uparte i mają tendencje do spania na wysokościach np. na oparciu tapczanu, porzuconej gdzieś na fotelu kurtce, wierzchołku wyprasowanych ułożonych w wieżę ubrań, albo na świeżo przebranym jaśku leżącym na dwóch innych poduszkach.
Poza tym symulują, że są wiecznie głodne, że chcą grać w rozgrywki ligi yorków w piłkę nożną, albo ciągle siku, a kiedy już brodzą po brzuch w błocie (nie ma szans na zmiany, bo codziennie pada) to się im nagle odwidzi i w krowy się przemieniają. Mielą trawę i udają, że Didi i Bibi, to nie na tej łące proszę pani. Można wołać i wołać, po czym człowiek musi ładować się w za duże o pięć numerów kalosze i krokiem niepewnym śpieszyć na ratunek nagle uciekającym krowom. I tak biega kobieta po ogrodzie i zagania krowy do domu, których nawet zza trawy nie widać, co skrzętnie odnotowują sąsiedzi, bo czasem ma maseczkę na twarzy,czego przecież nie czuje. Dwa razy też zdarzyło się jej w piżamie po ogrodzie biegać, bo nie przyszły osły do baby, to baba musiała iść po osły. Ale to jeszcze nie koniec opowieści o słodkich watach cukrowych... jeszcze mycie. Od jakiegoś czasu do mycia zgłasza się osiem łap często nawet dziesięć razy dziennie (mówiłam , że symulują) co daje osiemdziesiąt łap na dobę, mydełko, szorowanie, wycieranie... a potem walka byków i rycie pazurkami w kremowym dywaniku, bo mydełko Magical zmieniłam na Aloha i to chyba rodzaj buntu na bardziej kręcący w guzikowym nosku zapach. A potem jeszcze, żeby pani bardziej dopiec, że zbyt się obija, to małe rzyganko przedobiednie i popisy w podrzucaniu miskami po kuchni, najlepiej wprost pod nogi, żeby pani miała gotowanie z przeszkodami. Sprawna bestia. Przeżyła. A to kupkę strzelimy na odchodne. Zagoniła krowy za wcześnie to ma ...
Pamięć jest ulotna. Nadchodzi wymarzony wieczór, kiedy to człowiek ma ochotę wyprostować nogi i napić się wcześniej już wspomnianej herbatki, a tu jeszcze trzeba o miejsce rywalizować. Yorki są jak bumerang, ile razy wyrzucisz , tyle razy wróci . Bezwzględnie uparte, rodem z hrabstwa angielskiego... kiedy zbyt mocno przechylisz się, by sięgnąć po kubek z herbatą, to pod pośladkami masz już zajęte. Kiedy przekręcisz się na lewy bok, to nie masz prawa zmiany położenia do rana. Kiedy chcesz spaść z łóżka, proszę bardzo, pomogą. Bo pchają się i pchają, a ich waga za dnia dwukilowa, w nocy wydaje się przynajmniej trzykrotnie większa i człowiek przesuwa się dla świętego spokoju... na sam skraj, na drewnianą belkę, a czasem na dywanik pod łóżko.
Dziś wycieniowałam Znajdę, bo przez to błoto i ciągłe mycie nie sposób zadbać o jedwabiste włosy ciągnące się niczym welon za pięknością o wdzięcznych oczach . Wygląda teraz jak zwierzak z Muppet Show i akcja "ktokolwiek widział, ktokolwiek wie" nie ma już sensu, i dobrze, mieli czas dwa miesiące, milczeli, więc mogę w końcu odetchnąć z ulgą, bo teraz jest już moja. Śmieszna, kapryśna, udająca właśnie trupa pod moimi kolanami, ale to dla niej poruszyłam niebo i ziemię, żeby ogrodzić działkę przed wakacjami, żeby przypadkiem nie przyszło jej do głowy mnie szukać. Tak, to mnie Didi sobie upatrzyła, bo to ja ją znalazłam i nie mam jej tego za złe... tak, yorki mają tendencję do papugowania i Bibi nagle też mnie pokochał miłością wierną po blady świt i udaje trupa przy moim brzuchu.
Nie jestem w stanie ich nie kochać. Wariaty moje dwa.
A miałam napisać recenzję. Rozmyła się jednak. Psiaki nie dały jej dojść do słowa.
Dobranoc.
p.s dziękuję za to co zadziało się pod ostatnim postem... ta niespodziewanie wysoka fala wsparcia rozjaśniła niebo ponad moimi myślami i wszystko wraca do normy :)



2010-05-25

Z pokładu codzienności

Kiedy ponad dwa lata temu zakładałam bloga nie miałam pojęcia co dzieje się w blogosferze i poruszałam się w przód bardzo niepewnie, jak by poza tym fascynującym kołem, delikatnie na paluszkach, żeby tylko być, ale raczej pod szklanym kloszem. Klosz jednak został rozbity kilkoma polecanymi postami na głównej stronie Onetu i zaczęło odwiedzać mnie coraz więcej osób, którym mój świat ukazywał się jako bajkowa kraina gdzie zawsze sporo śmiechu, dystansu do domowników i radości z każdego dnia. Jednak wraz z poleceniami trafiali się też tacy, którym przeszkadzało to, że potrafię czerpać radość z codzienności i z uporem przesyłali mi maile pełne słów zalewających czarną smołą zawiści moje życie... na szczęście nie zastygłam, choć czasem było ciężko zmyć to wszystko z duszy, która ma tę skazę, że jest nadwrażliwa.
To dlatego przeszłam metamorfozę, którą zauważyła ostatnio moja przyjaciółka stwierdzając, że czuje się niepewnie w rozmowie ze mną, bo ja mam swój świat książek, a ona tego świata zupełnie nie zna. Kiedy pisałam tylko o mojej codzienności czuła, że jest blisko mnie, a teraz dogonić mnie nie może. Ja jednak celowo z powodu pewnych osób, które zaczęły przeciwko mnie wykorzystywać to, że dzieliłam się tym co w duszy mi gra, przestałam pisać tak dużo o mojej prywatności, a że pisać przestać zupełnie nie jestem wstanie, to blog ten przekształciłam z typowego dziennika w dziennik książkowej pasjonatki. Ku radości niektórych, a odruchu znudzenia mną innych (bo oczywiście fakt, iż Virginia Woolf nie lubiła zakupów, a Marcel Proust był uzależniony od matki, jest mniej interesujący niż to kto płaci mój kredyt, albo ile hektarów ziemi mam wokół domu i jak bardzo codziennie się nudzę)... chcę jednak zapewnić, że prywatnie w mailu napiszę co u mnie, że odbieram telefony przyjaciółek, że czasem wręcz czekam na nie, że pukając do moich drzwi nie zsypią się im na głowę już w przedpokoju książki, a ja nie zacznę recytować poezji nim jeszcze wsuną na stopy papućki w kolorowe cekinki :). Ja sama, skłonna odpowiedzieć na zaproszenie, zapewniam, że nie przyjadę na kawę z aktualnie czytaną „Czarodziejską górą” pod pachą i nie zatopię się w głębi kanapy nie zwracając uwagi na gościnność, ani też nie poruszę niepytana tematu książek. Mimo swojej nienormalności, jestem całkiem kulturalna ...  jeśli oczywiście wrodzona szczerość i nabyta z wiekiem asertywność, zaliczana jest do dobrych manier, a nie braku taktu, wywyższania się, bądź stwierdzenia że zadzieram nosa. A z taką przykrą opinią się już spotkałam... uważam jednak, że skoro nie mam ochoty na pokaz garnków za pięć tysięcy, albo nowej sieci komórkowej, to mówię bez owijania w bawełnę, że nie jestem zainteresowana, bo szkoda mi czasu na coś na co mnie nie stać. Tak samo jeśli zamiast podążania za modą typu tenis, nurkowanie, szusowanie po stokach w najmodniejszych i najdroższych danego sezonu nartach , wolę poczytać, bądź coś czasem niemądrego, lub całkiem znośnego napisać, to mówię o tym głośno i oczekuję zrozumienia, bo ja przecież niezainteresowanych do akcji Czytanie w pianie, albo Czytanie na dywanie nie zmuszam. Dlatego czasem nie rozumiem, czemu moja pasja tak niektórych odstraszyła, czemu zrodził się dystans, czemu jeżeli pani z cukierni staje się szwaczką jest to normalne, a ja jako była menedżerka nie mogę bez szeptów za moimi plecami bardziej niż walki o czarne bmw miłować książek...
Przypomniała mi się teraz moja wymiana mailowa z pewną pisarką, której nie wymienię z nazwiska, bo nie wiem czy by sobie tego życzyła, ale zdradzę, że ma na swoim koncie kilkadziesiąt napisanych książek (jestem pełna podziwu), a w kręgu rodziny i znajomych niejednokrotnie określana jest mianem „nieroba”, bo pisanie to przecież „nicnierobienie”. A czytanie, które jak wiadomo jest podstawą dobrego pisania, jest już w takim razie lenistwem niegodnym nawet wspomnienia... zatem lenię się, nic nie robię, i całkiem możliwe, że niebawem zostanę „nierobem”. 

p.s a teraz idę załadować pralkę, bo kupiłam dzieciom nowe kaloszki i wczoraj uległy urokowi okolicznych kałuż; pozanosić na swoje miejsca czternaście kwiatków, które przesadziłam; ugotować zupę z fasolki szparagowej i wymyślić coś na drugie danie; wypuścić psy na błoto w ogrodzie, umyć po raz trzeci już dziś osiem łap; zagrać w grę planszową Farmer; odebrać Charliego ze szkoły; zrobić zakupy, zadanie i porządek w kuchni; wyprać dywanik z ubikacji, bo Lola nie zdążyła; odwiedzić babcię po operacji; odpowiedzieć na „dwieście pytań do mamy”... czyli generalnie odbębnić pewien odłam nieróbstwa, jak to mojej Drugiej Połowie się wydaje. Tak, jestem zmęczona. Tak, mam na głowie moją pracę i kryzys jaki sprawił, że ledwo utrzymuję działalność co wiąże się z tym, że szukam nowej; wielki dom z ogrodem, dwoje dzieci, dwa psy i obciążenie związane z wychowaniem całej czwórki. Nie, nie narzekam, dam sobie radę, zastanawiam się tylko, czemu mężczyzna jest w stanie skupić się tylko na jednej rzeczy (czyt. praca),która i tak już jest w jego mniemaniu tak wykańczająca, że grozi mu zawałem, a kobieta musi ogarnąć całą resztę? Począwszy od prasowania jego koszul, poprzez mycie jego butów, plewienie jego choinek, gotowanie domowych obiadków;malowanie tarasu, koszenie i wyręczanie go z innych czynności ... chciałam być dobrą żoną, chyba zbyt dobrą, a wyszłam na tym jak zabłocki na mydle. Koniec.
Mam trzydzieści lat i nie wiem co wpisać w CV.
A moja koleżanka wczoraj dostała pracę w bibliotece... druga przesłała mi swoją książkę z dedykacją; trzecia stwierdziła, że mnie podziwia, a czwarta, że ona by na moim miejscu zwariowała. Czyż to wszystko nie jest pocieszające... mnie bardzo podniosło na duchu. Dzięki kochane :)



2010-05-24

przychodzi Lola do piaskownicy, a tam ...

 
(podobny do żyrafy, uparty jak osioł, dumny jak pa ... jelonek w papilotach :)

   
(te z pierwszego planu przesyłają pozdrowienia... kiedy się zbliżałam machały uszami)

   
(a ten osobnik nie uwierzycie, ale recytował Szekspira... )



2010-05-21

Nominacje do Nagrody Literackiej Nike 2010

Od kilku lat przyglądam się nominacjom do Nagrody Literackiej Nike i jeszcze nigdy nie wygrała książka w myślach obstawiana przeze mnie. Całkiem to normalne, tak jak nigdy Miss Świata nie wygrywa najpiękniejsza z pięknych. W tym roku jednak patrząc na nominacje mam wrażenie, że kryzys zeszłoroczny dopadł nie tylko rynek biznesowy, ale też rynek literacki (choć poniekąd książka to też biznes więc nie ma się co dziwić), bo jakoś tak skromnie i przewidywalnie  jest w nominacjach, szczególnie powieści, gatunku literackiego jak by nie było najbardziej poczytnego. Tylko cztery powieści kontra cały rok? Z rekordowej liczby prawie 340 książek, które zgłoszono do konkursu tylko cztery powieści zasłużyły na wystąpienie przed szereg? Wierzyć mi się nie chce.
Doskonale natomiast ma się poezja. To zdecydowanie jej rok, bo aż siedem nominacji. Sama wyczuwam, że w ostatnim czasie wyjątkowo dobrze mi z poezją, więc może coś w powietrzu wisi, tuż obok ducha Jarosława Iwaszkiewicza, bo to przecież jego rok. Chciałoby się rzec, że lepiej by było, żeby tak już pozostało, aż do października, kiedy to ogłoszony zostanie zwycięzca 14 edycji tego konkursu, ale patrząc na fakt, iż laureatem zeszłorocznej Nagrody Literackiej Nike został Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki to tym razem mało prawdopodobne jest by wybór padł znowu na poezję.
A szkoda, bo jest naprawdę w czym wybierać. I tak oto prezentują się nominacje (dziewięć autorek i jedenastu autorów, aż 12 wydawnictw i jak już wspomniałam zdecydowana przewaga poezji):

Poezja:
„Czarny kwadrat” - Tadeusz Dąbrowski ( Wydawnictwo a5, Kraków )
„Dni i noce” - Piotr Sommer ( Wydawnictwo Biuro Literackie, Wrocław )
„Ekran Kontrolny” - Jacek Dehnel ( Wydawnictwo Biuro Literackie, Wrocław)
Intencje codzienne” - ks. Jan Sochoń ( Wydawnictwo Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, Rzeszów )
„Jasne niejasne” -Julia Hartwig ( Wydawnictwo a5, Kraków)
„Powietrze i czerń”- Piotr Matywiecki (Wydawnictwo Literackie, Kraków )
„Tutaj” - Wisława Szymborska (Wydawnictwo Znak, Kraków )
Proza (pierwsze cztery to typowe powieści):
„Pensjonat” - Piotr Paziński ( Wydawnictwo Nisza, Warszawa )
„Piaskowa góra” -Joanna Bator ( Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa )
„Prowadź swój pług przez kości umarłych” - Olga Tokarczuk ( Wydawnictwo Literackie,Kraków )
„Rzeczy uprzyjemniające. Utopia” - Tamara Bołdak-Janowska ( Wydawnictwo Borussia, Olsztyn )
„Walce wolne, walce szybkie” - Adam Poprawa ( Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu)
„Śmierć czeskiego psa” - Janusz Rudnicki ( Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa ) -opowiadania
Literatura faktu:
„Frascati” - Ewa Kuryluk (Wydawnictwo Literackie, Kraków ) - autobiografia
„Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu” - Magdalena Grochowska ( Wydawnictwo Świat Książki,Warszawa ) - biografia
„Nocni wędrowcy” - Wojciech Jagielski ( Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa ) - reportaż
„Proszę bardzo” - Anda Rottenberg ( Wydawnictwo W.A.B. , Warszawa ) - autobiografia
„Wyspa klucz” - Małgorzata Szejnert ( Wydawnictwo Znak, Kraków ) - reportaż
Esej:
„Uśmiech Demokryta. Un presque rien” - Ryszard Przybylski ( Wydawnictwo Sic!, Warszawa )
Dramat:
„Nasza klasa” -Tadeusz Słobodzianek ( Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk )

Z tych dwudziestu pozycji jury wyłoni finałową siódemkę, a w pierwszą niedzielę października poznamy tegorocznego laureata, który oprócz statuetki Nike otrzyma również 100 tys. złotych.
Ja już mam swojego faworyta, a Wy?



2010-05-20

Przykro mi

Jakoś tak nijak jest mi ostatnio, to zapewne przez tę pogodę, powódź w moim regionie i jeszcze wiele innych czynników, o których miałam wspomnieć, ale kiedy przed godziną weszłam na tę stronę http://remigiusz-grzela.bloog.pl/ (jak zresztą codziennie), to nawet pisać mi się odechciało. Poważnie, uszło mi powietrze z palców, serce zbladło, a myśli które miałam przelać na klawiaturę stanęły na baczność i są sztywne, nie do ruszenia.
Czytam sporo zaprzyjaźnionych blogów, ale niewiele wśród nich jest prowadzonych przez mężczyzn, bo mężczyzn interesujących się w dzisiejszych czasach literaturą, teatrem, filmem czy poezją też jest niewielu. Ten ceniłam sobie szczególnie i przykro mi się zrobiło, kiedy przeczytałam w jaki sposób potraktowano autora jednego z moich ulubionych blogów.
Nasunęła mi się natychmiast jedna myśl... może to nawet powód wycofania się Wirtualnej Polski ze współpracy z panem Remigiuszem Grzelą, ale nie czas tu i miejsce na moje domysły.
Panie Remigiuszu jako wierna czytelniczka nie wyobrażam sobie, żeby nie było "Z Kafką przy kawce", czy z Kafką przy herbatce i wierzę głęboko w to, że niejedną filiżankę przy pana wpisach blogowych jeszcze wypiję... a z tego miejsca dziękuję za całą masę pracy jaką pan włożył w tworzenie swojego fascynującego i często inspirującego mnie bloga, a szczególnie za wpis z 13 maja "Byłem Szymborską" ( już dawno tak się nie uśmiałam :).
Dziękuję...i z niecierpliwością czekam na nowy adres.
Swoją drogą już kilka razy zastanawiam się, kiedy mój blog zniknie. Czasem trafiam na awarię i przez kilka godzin jest on niedostępny i ogarnia mnie strach i wielki żal, że być może to już jego koniec. Czy jednego dnia zniknie on na zawsze? Całkiem możliwe... nieprzewidywalne są zdarzenia dnia następnego. To tylko jeden blog wśród miliona innych.